W owym pięknym i naiwnym czasie mojego życia nie dostrzegałem jednego. Obecnie żyjemy w bardzo podobnych czasach. Cały XIX wiek z okładem to czas niesamowitego rozwoju nauki i techniki, wręcz niespotykanego w historii ludzkości. Czas, w którym nowe rozwiązania technologiczne powstawały każdego dnia i tworzone były przez zwykłych ludzi w ich szopach i garażach, a finansowane były z ich własnych kieszeni.
Dziś co prawda technika postępuje nadal, ale w znacznej mierze opiera się na rozwijaniu technologii sprzed stu lat niż na innowacyjnych rozwiązaniach, a w dodatku przeniosła się do wielkich i drogich laboratoriów.
Jeszcze gorzej rzecz się ma z kulturą i sztuką. Dziś przepuszczenie kobiety w drzwiach jest nierzadko odbierane jako zachowanie "seksistowskie", cokolwiek to znaczy. A wizyta w galerii sztuki współczesnej, czy też na koncercie takowej muzyki, bądź obejrzenie pokazu mody jest dla rozsądnego człowieka przeżyciem cokolwiek dezorientującym. Sztuką przez wielkie "Sz" nazywa się fekalia rozciągnięte po płótnie, godzinę czekania na dwa nieskoordynowane dźwięki oraz anorektyczkę odzianą w palto z kaszanki.
Może i w średniowieczu nie było Internetu ani samolotów, ale ludzie chyba mieli więcej rozumu.
To moje spostrzeżenie. Próbowałem znaleźć przyczynę takiego stanu. Jak to możliwe, że ludzie, którzy mają dużo lepszy dostęp do wiedzy niż sto lat temu są w porównaniu ze swoimi ówczesnymi odpowiednikami imbecylami?
Nie mam wątpliwości. Przyczyną jest centralnie zarządzana edukacja. Wszyscy jesteśmy uczeni nie tylko tego samego, ale i w ten sam sposób. Tak jak w średniowieczu, gdy cała nauka skupiała się wokół kościoła, który strzegł pilnie swoich dogmatów, a tych, którzy ośmielali się wygłaszać niezgodne z nimi teorie grillowano. Żaden nowy pomysł, czy nowa technologia nie miały prawie żadnej szansy się przebić. W najlepszym razie wychodziły na światło dzienne po dziesiątkach lub setkach lat ukrywania się i żmudnego przekonywania bardzo sceptycznych duchownych, a okupione były ofiarami z najlepszych ówczesnych naukowców.
Nie inaczej rzecz się ma i dzisiaj. Jednak obecnie miejsce kardynałów zajęli urzędnicy. To oni decydują czego i w jakim zakresie wolno się uczyć. To oni układają program, który jest obowiązkowy dla młodzieży do osiemnastego roku życia, zatem zabierając nam te lata, w których umysł jest najbardziej twórczy.
Jednocześnie odkrycia i wyniki ważnych badań naukowych są cenzurowane ze względu na ich "polityczną niepoprawność". To nie żart - ludzie są wyrzucani z uniwersytetów za głoszenie poglądów niezgodnych z antropogeniczną teorią globalnego ocieplenia, za naukowe wykazanie, że mężczyzna jest inteligentniejszy od kobiety, albo że biały człowiek jest inteligentniejszy od czarnego. Za negowanie oficjalnej liczby ofiar holokaustu można zaś trafić do więzienia. Takie praktyki są tożsame ze spaleniem na stosie. Naukowiec wprawdzie przeżywa, ale dla samej nauki różnica praktycznie nie istnieje.
Dlatego tak ważnym jest, by na powrót uwolnić naukę. Tak by każdy mógł uczyć się tego, czego chce, tego w czym jest dobry i nie zagracał sobie głowy innymi rzeczami. Ktoś inny się w nich wyspecjalizuje. O wiele bowiem lepiej jest mieć osiemnastoletnich doktorów w pełni możliwości umysłowych, z których jeden jest ekspertem w dziedzinie fizyki kwantowej, choćby nie miał bladego pojęcia o wojnach napoleońskich, drugi jest inżynierem specjalizującym się w budowie samolotów, który nie zna się na fizyce kwantowej, a trzeci jest znawcą historii Europy przełomu XVIII i XIX wieku, który podróżuje tylko statkiem i koleją, bo nie wierzy, że maszyna cięższa od powietrze może się w nim utrzymać bez spadania, niż trzech nastoletnich imbecyli z bigosem w głowach. Lepiej mieć różnych specjalistów i zapaleńców, niż równych, jednakich obywateli, z których każdy wie trochę o wszystkim.
Wszyscy mamy różne możliwości poznawcze i zainteresowania. Jedni mają lepszą pamięć, inni mają lepsze pojmowanie. Każdy z nas uczy się inaczej. Próba unifikacji sposobu i programu nauczania dla wszystkich jest pomysłem tak samo głupim i szkodliwym, jak przygotowywanie w jednym kotle pożywienia dla całego ogrodu zoologicznego. Oczywiście, że jest to sposób wygodny i prosty do ogarnięcia. Małpy, świnie i inne pantofagi na pewno sobie dadzą radę, wiele zwierząt będzie się męczyć, a te o najbardziej rygorystycznych zapotrzebowaniach wyzdychają - tak samo jak obecnie "zdychają" genialne umysły, które są karmione tą uniwersalną edukacyjną breją, zanim jeszcze zostaną odkryte. Szkoda.