Jest to fragment dokumentu I want your money (Chcę waszych pieniędzy) z 2010 roku, który tłumaczy różnice między socjalizmem a kapitalizmem, porównując prezydentury Barucha Obamy i Ronalda Reagana. Warto przypomnieć przed wyborami.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą usa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą usa. Pokaż wszystkie posty
środa, 31 października 2012
Kapitalizm a socjalizm
Krótka prezentacja podsumowująca czym jest socjalizm. Prosta treść w ciekawej formie - dowcipnie i dobitnie.
Jest to fragment dokumentu I want your money (Chcę waszych pieniędzy) z 2010 roku, który tłumaczy różnice między socjalizmem a kapitalizmem, porównując prezydentury Barucha Obamy i Ronalda Reagana. Warto przypomnieć przed wyborami.
Jest to fragment dokumentu I want your money (Chcę waszych pieniędzy) z 2010 roku, który tłumaczy różnice między socjalizmem a kapitalizmem, porównując prezydentury Barucha Obamy i Ronalda Reagana. Warto przypomnieć przed wyborami.
piątek, 16 marca 2012
Wszystko nielegalne
Polecam film Jana Stossela o regulacjach prawnych w Stanach Zjednoczonych. O tym, jak w kraju mylnie nazywanym "Land of Liberty" policjanci ścigają nawet dzieci, za sprzedawanie lemoniady w ogródku własnego domu - za coś co jeszcze kilkanaście lat temu było niemalże tradycją i jakże uroczą!
Film jest w języku angielskim, ale podstawowa jego znajomość jest całkowicie wystarczająca, by zrozumieć jego przesłanie.
Illegal Everything
Polecam też wyszukanie innych filmów tego autora.
Film jest w języku angielskim, ale podstawowa jego znajomość jest całkowicie wystarczająca, by zrozumieć jego przesłanie.
Illegal Everything
Polecam też wyszukanie innych filmów tego autora.
wtorek, 13 grudnia 2011
Dla pań i zboczeńców
Świat schodzi na psy. Wygląda na to, że w Ameryce prawo karze nie za to, co winny zrobił, ale za to, co myślał, że robi - tak pisałem w lipcu, gdy w Kansas bandzior miał się spodziewać łagodnego wyroku, bo myślał, że gwałci trupa, a nie żywą kobietę. Tymczasem okazuje się, że sieć handlowa Macy's, która w swoich sklepach ma przymierzalnie damskie i męskie, udostępniając je klientowi stosuje tę samą filozofię - nie kieruje się tym, jakiej jest on/ona płci, tylko jaką płeć udaje. Na portalu niezależnej można znaleźć szczegóły.
Innymi słowy szata nie tylko zdobi człowieka, ale również go określa. Facet miał damskie fatałaszki, więc go wpuszczono do przymierzalni dla pań. Zastanawia mnie, kiedy do wesołego miasteczka, na przejażdżkę dozwoloną dla dzieci wyższych niż 120cm zaczną wpuszczać dzieci niższe, jeśli tylko założą za duże ubrania, a alkohol zaczną sprzedawać młodzieży, pod warunkiem, że przyjdzie do sklepu ubrana w garnitur i melonik. Czekam z niecierpliwością, bo kiedy to już nastąpi, to ja natychmiast narzucę palto z gronostaja, udam się czym prędzej na Zamek Królewski, by koronować się na króla Polski.
Oczywiście w przypadku sprzedania alkoholu nieletniemu przebranemu za dorosłego, albo kolejki górskiej dla malucha sprawa jest nieco inna, bo zainteresowany szkodzi jedynie sobie. A przebieralnie dla dam i panów są odseparowane nie po to, by chronić mnie przed samym sobą, tylko by zapewnić komfort nie tylko mnie, ale również innym z nich korzystającym. Wolność mojej pięści z polakierowanymi paznokciami kończy się na wolności nosa półnagich klientek.
Nie wątpię, że transwestyta ów lepiej się czuł w przymierzalni damskiej, ale czy inne panie czuły się równie komfortowo w jednej przymierzalni z przebierańcem? Nie sądzę. Uważam nawet, że mniejszym nietaktem byłoby wpuszczenie tam mężczyzny świadomego swej płci - dżentelmen zasłoni oczy i przeprosi. Ale wpuszczenie do damskiej przymierzalni zboczeńca to proszenie się o kłopoty.
Oczywiście guzik mnie obchodzi w co kto się ubiera. A niechby się i przebrał w szkocki kilt, skafander kosmonauty albo za Lorda Vadera - dopóki nie przechadza się po ulicy z gołym siusiakiem, to niech się nosi jak chce. Ale nie mówmy, że jest Szkotem, Buzzem Aldrinem, czy bandziorem z bardzo daleko położonej galaktyki. Gdyby bowiem w takim kostiumie chciał wtargnąć do przymierzalni dla rycerzy Jedi, to mógłby oberwać bzyczącą jarzeniówką.
Rozumiem, że sklepy Macy's są własnością prywatną. Klientki, które przebywały w przymierzalni w chwili, gdy wpuszczono tam mężczyznę, mogą mieć jedynie żal do zarządu sklepu o dezinformację, czyli oznaczenie przebieralni jako damskiej, gdy w rzeczywistości nie do końca nią jest - zostały wprowadzone w błąd i narażone na upokorzenie. Co innego, gdy kobieta idzie do sklepu, gdzie są przymierzalnie "dla wszystkich" i wtedy wie, że za cienką zasłonką stoi facet w samych bokserkach i się na to godzi. Tutaj tej zgody nie było.
Być może, wyrzucając z pracy panią, która nie wyraziła zgody na pogwałcenie prywatności przebierających się klientek w imię idiotycznie rozumianej poprawności politycznej, firma Macy's zyskała w oczach pederastów. Ale jestem przekonany, że ta decyzja odbije się niekorzystnie na jej obrotach. Bo większość pań, nawet tych postępowych i "otwartych na inne opcje" woli przymierzać bieliznę w miejscu intymnym, wolnym od facetów w stanikach. Bo wspomniana sytuacja, a zwłaszcza towarzyszący jej rozgłos są tożsame z wywieszeniem na przymierzalniach Macy's tabliczek - na jednej "dla panów", na drugiej "dla pań i zboczeńców". Czy któraś z czytelniczek odważyłaby się?
Innymi słowy szata nie tylko zdobi człowieka, ale również go określa. Facet miał damskie fatałaszki, więc go wpuszczono do przymierzalni dla pań. Zastanawia mnie, kiedy do wesołego miasteczka, na przejażdżkę dozwoloną dla dzieci wyższych niż 120cm zaczną wpuszczać dzieci niższe, jeśli tylko założą za duże ubrania, a alkohol zaczną sprzedawać młodzieży, pod warunkiem, że przyjdzie do sklepu ubrana w garnitur i melonik. Czekam z niecierpliwością, bo kiedy to już nastąpi, to ja natychmiast narzucę palto z gronostaja, udam się czym prędzej na Zamek Królewski, by koronować się na króla Polski.
Oczywiście w przypadku sprzedania alkoholu nieletniemu przebranemu za dorosłego, albo kolejki górskiej dla malucha sprawa jest nieco inna, bo zainteresowany szkodzi jedynie sobie. A przebieralnie dla dam i panów są odseparowane nie po to, by chronić mnie przed samym sobą, tylko by zapewnić komfort nie tylko mnie, ale również innym z nich korzystającym. Wolność mojej pięści z polakierowanymi paznokciami kończy się na wolności nosa półnagich klientek.
Nie wątpię, że transwestyta ów lepiej się czuł w przymierzalni damskiej, ale czy inne panie czuły się równie komfortowo w jednej przymierzalni z przebierańcem? Nie sądzę. Uważam nawet, że mniejszym nietaktem byłoby wpuszczenie tam mężczyzny świadomego swej płci - dżentelmen zasłoni oczy i przeprosi. Ale wpuszczenie do damskiej przymierzalni zboczeńca to proszenie się o kłopoty.
Oczywiście guzik mnie obchodzi w co kto się ubiera. A niechby się i przebrał w szkocki kilt, skafander kosmonauty albo za Lorda Vadera - dopóki nie przechadza się po ulicy z gołym siusiakiem, to niech się nosi jak chce. Ale nie mówmy, że jest Szkotem, Buzzem Aldrinem, czy bandziorem z bardzo daleko położonej galaktyki. Gdyby bowiem w takim kostiumie chciał wtargnąć do przymierzalni dla rycerzy Jedi, to mógłby oberwać bzyczącą jarzeniówką.
Rozumiem, że sklepy Macy's są własnością prywatną. Klientki, które przebywały w przymierzalni w chwili, gdy wpuszczono tam mężczyznę, mogą mieć jedynie żal do zarządu sklepu o dezinformację, czyli oznaczenie przebieralni jako damskiej, gdy w rzeczywistości nie do końca nią jest - zostały wprowadzone w błąd i narażone na upokorzenie. Co innego, gdy kobieta idzie do sklepu, gdzie są przymierzalnie "dla wszystkich" i wtedy wie, że za cienką zasłonką stoi facet w samych bokserkach i się na to godzi. Tutaj tej zgody nie było.
Być może, wyrzucając z pracy panią, która nie wyraziła zgody na pogwałcenie prywatności przebierających się klientek w imię idiotycznie rozumianej poprawności politycznej, firma Macy's zyskała w oczach pederastów. Ale jestem przekonany, że ta decyzja odbije się niekorzystnie na jej obrotach. Bo większość pań, nawet tych postępowych i "otwartych na inne opcje" woli przymierzać bieliznę w miejscu intymnym, wolnym od facetów w stanikach. Bo wspomniana sytuacja, a zwłaszcza towarzyszący jej rozgłos są tożsame z wywieszeniem na przymierzalniach Macy's tabliczek - na jednej "dla panów", na drugiej "dla pań i zboczeńców". Czy któraś z czytelniczek odważyłaby się?
sobota, 8 października 2011
Wała zwycięzcom
Demais Jimerson to czarnoskóry szóstoklasista z Arkansas, który jest wybitnie uzdolnionym zawodnikiem futbolu amerykańskiego. Młodzieżowa liga, do której należy postanowiła go z tego tytułu uhonorować. Jego nagrodą jest zakaz zdobywania zbyt wielu przyłożeń w jednym meczu. Limit wynosi trzy przyłożenia, lecz może być przekroczony, pod warunkiem, że przewaga jego drużyny jest mniejsza niż 14 punktów. Czytanka.
Jest to oczywiście bardzo jaskrawy przykład równania w dół. Łatwiej jest bowiem uziemić wybitnego dzieciaka, niż sprawić by jego koledzy pofrunęli. Najbardziej zdumiewające jest tłumaczenie pełnomocnika (pełnomocniczki?) ligi, Terri Bryant:
Nie wątpię, że nikt nie miał w zamyśle ukarania tego dzieciaka, ale pomaganie w rozwoju jego kolegom poprzez obniżanie poprzeczki, to coś nowego. Przecież zanim upośledzono możliwości Jimersona, dzieciaki z drużyny przeciwnej musiały naprawdę dużo się nabiegać i, co nie mniej istotne, główkować, by powstrzymać rywala. Teraz i oni mogą sobie pograć na pół gwizdka, a w sytuacji, w której Jimerson zdobędzie już swoje trzy przyłożenia, to już nawet nie muszą go kryć, ani za nim ganiać, bo i tak im nic nie zrobi.
Sam zainteresowany, mimo, że to nie miała być kara, został bardzo pokrzywdzony. Dawniej trener poganiałby go jeszcze bardziej: "Zdobyłeś siedem przyłożeń - w następnym spotkaniu chcę zobaczyć osiem!", chłopak sam walczyłby o bicie kolejnych własnych rekordów, a w przyszłości zapewne zostałby świetnym zawodowym graczem. Dziś wiadomo - wszyscy mają być równi, a wybitne jednostki trzeba przyciąć do odpowiedniej długości.
Jeśli tym biurokratom sportowym tak bardzo przeszkadza ta dysproporcja, to lepszym rozwiązaniem jest umieszczenie Jimersona w drużynie z trzynasto-, lub piętnastolatkami, zamiast podcinać mu skrzydła. Ale o tym nikt nie pomyślał.
Przypomniało mi to inny przypadek, prawdopodobnie jeszcze bardziej bezmyślny, z Ontario. Sznurek. Tym razem sprawa dotyczy młodzieżowej ligi futbolu prawdziwego. Wprowadzona w zeszłym roku zasada głosi, że jeśli jedna z drużyn w spotkaniu prowadzi pięcioma punktami, to zdobywając kolejną bramkę PRZEGRYWA mecz.
Jest to zasada jeszcze gorsza, bo wprowadza odpowiedzialność zbiorową - koledzy wlepili już po golu, wykazali się, w efekcie czego ja już nie mogę się wykazać.
Ta zasada jeszcze bardziej uderza w słabszych. Wyobraźmy sobie, że jestem taką drużynową sierotą - nie urosłem tak jak koledzy, jestem wątły i mam "dziurawe nogi". Wszyscy się ze mnie śmieją. Nagle w czasie meczu udaje mi się fartownie zdobyć piłkę i biegnę z nią przez pół boiska. Podbiega do mnie obrońca - poślizgnął się, drugi nadepnął sobie na sznurowadło - leży, jakimś cudem mijam trzeciego, podbiegam pod bramkę i nic więcej nie mogę zrobić, bo moi zdolniejsi koledzy wykopali już cały limit. To właśnie jest krzywdzące.
Fakt jest taki, że wprowadzanie takich zasad demotywuje! Nie warto walczyć. Jeśli wynik jest 5:0 to drużyna prowadząca nie może nic zrobić i czeka tylko na gola przeciwników, a przeciwnicy też się rozleniwiają, bo prędzej drużyna prowadząca wlepi jednego nadprogramowego gola, niż oni strzelą sześć.
Ponadto słabsza drużyna w uczciwym meczu przegrywając dziesięcioma punktami może się pocieszyć, że nie przegrała jedenastoma. Przy nowych zasadach drużyna, która przegrała pięcioma punktami - przegrała wszystko - gorzej być nie mogło. Co jest bardziej krzywdzące dla psychiki tych dzieci, w trosce o którą wprowadzono tę zasadę?
Zasada powinna być jasna: wygrywa lepszy i kropka. W przeciwnym razie, przy tak zmanipulowanych zasadach zachodzi oczywisty paradoks. Wynik spotkania jest rozstrzygany przez rzut monetą, samo spotkanie trwa zaś kilka minut. Jak? Na początku spotkania sędzia rzuca monetą by wyznaczyć drużynę rozpoczynającą. Gwizdek, drużyna rozpoczynająca wykopuje piłkę i biegnie... do swojej bramki. Strzela samobója. Piłkę dostaje drużyna, która właśnie straciła bramkę, czyli ta sama - ponownie zaczynają ze środka boiska. Powtarzają to kilka razy i drużyna przeciwna przegrywa prowadząc sześcioma punktami nawet nie mając szansy dotknąć piłki.
Znowu nikt nie pomyślał o tym, że skoro i tak przy sześciobramkowej przewadze przerywa się mecz, to równie dobrze zwycięzcą może zostać drużyna lepsza. Efekt na psychikę dziecka (bo o to pomysłodawcy chodziło) ten sam, ale tak jest jednak trochę uczciwiej, nieprawdaż?
Pardon, efekt nie jest ten sam. Przy obecnym rozwiązaniu dziecko koduje, że tylko frajerzy starają się coś osiągnąć. A jeśli ktoś swoją ciężką pracą zdobył za dużo, to trzeba mu to odebrać i przekazać leniom i nieudacznikom. Bo przecież zasada ta jest fundamentem dzisiejszego świata..
Polityczna poprawność wyrządza ludziom więcej szkody niż dobra - wywyższając ciamajdy i poniżając zwycięzców. Tymczasem o wiele cenniejszą lekcją jest przegrana z silniejszym, niż wygrana ze słabszym. Zwłaszcza młodzież od najwcześniejszych lat powinna umieć to zrozumieć. Że należy zwyciężać za wszelką cenę, a jeżeli jest to niemożliwe - przegrać z podniesionym czołem. Złoty medal to nie jest nagroda pocieszenia.
Z niepokojem czekam aż politpoprawni historycy ogłoszą, że Kara Mustafa zwyciężył pod Wiedniem. Wszak Imperium Osmańske zabiło zaledwie półtora tysiąca naszych, podczas gdy siły polsko-austriacko-niemieckie wybiły im 20.000. Jest to bardzo niepoprawna politycznie dysproporcja i zapewne odbiło się to niekorzystnie na psychice Turków. Było im smutno.
Jest to oczywiście bardzo jaskrawy przykład równania w dół. Łatwiej jest bowiem uziemić wybitnego dzieciaka, niż sprawić by jego koledzy pofrunęli. Najbardziej zdumiewające jest tłumaczenie pełnomocnika (pełnomocniczki?) ligi, Terri Bryant:
W tym przypadku zasada ta została wprowadzona, by pomóc jego rówieśnikom w rozwijaniu swoich zdolności w futbolu amerykańskim, nie zaś po to, by ukarać Jimersona.
Nie wątpię, że nikt nie miał w zamyśle ukarania tego dzieciaka, ale pomaganie w rozwoju jego kolegom poprzez obniżanie poprzeczki, to coś nowego. Przecież zanim upośledzono możliwości Jimersona, dzieciaki z drużyny przeciwnej musiały naprawdę dużo się nabiegać i, co nie mniej istotne, główkować, by powstrzymać rywala. Teraz i oni mogą sobie pograć na pół gwizdka, a w sytuacji, w której Jimerson zdobędzie już swoje trzy przyłożenia, to już nawet nie muszą go kryć, ani za nim ganiać, bo i tak im nic nie zrobi.
Sam zainteresowany, mimo, że to nie miała być kara, został bardzo pokrzywdzony. Dawniej trener poganiałby go jeszcze bardziej: "Zdobyłeś siedem przyłożeń - w następnym spotkaniu chcę zobaczyć osiem!", chłopak sam walczyłby o bicie kolejnych własnych rekordów, a w przyszłości zapewne zostałby świetnym zawodowym graczem. Dziś wiadomo - wszyscy mają być równi, a wybitne jednostki trzeba przyciąć do odpowiedniej długości.
Dzieciak jest lepszy od kolegów i to jest jego zasługa. A ci idioci rozumują inaczej: koledzy są gorsi od niego i to jest jego wina.
Jeśli tym biurokratom sportowym tak bardzo przeszkadza ta dysproporcja, to lepszym rozwiązaniem jest umieszczenie Jimersona w drużynie z trzynasto-, lub piętnastolatkami, zamiast podcinać mu skrzydła. Ale o tym nikt nie pomyślał.
Przypomniało mi to inny przypadek, prawdopodobnie jeszcze bardziej bezmyślny, z Ontario. Sznurek. Tym razem sprawa dotyczy młodzieżowej ligi futbolu prawdziwego. Wprowadzona w zeszłym roku zasada głosi, że jeśli jedna z drużyn w spotkaniu prowadzi pięcioma punktami, to zdobywając kolejną bramkę PRZEGRYWA mecz.
Jest to zasada jeszcze gorsza, bo wprowadza odpowiedzialność zbiorową - koledzy wlepili już po golu, wykazali się, w efekcie czego ja już nie mogę się wykazać.
Ta zasada jeszcze bardziej uderza w słabszych. Wyobraźmy sobie, że jestem taką drużynową sierotą - nie urosłem tak jak koledzy, jestem wątły i mam "dziurawe nogi". Wszyscy się ze mnie śmieją. Nagle w czasie meczu udaje mi się fartownie zdobyć piłkę i biegnę z nią przez pół boiska. Podbiega do mnie obrońca - poślizgnął się, drugi nadepnął sobie na sznurowadło - leży, jakimś cudem mijam trzeciego, podbiegam pod bramkę i nic więcej nie mogę zrobić, bo moi zdolniejsi koledzy wykopali już cały limit. To właśnie jest krzywdzące.
Fakt jest taki, że wprowadzanie takich zasad demotywuje! Nie warto walczyć. Jeśli wynik jest 5:0 to drużyna prowadząca nie może nic zrobić i czeka tylko na gola przeciwników, a przeciwnicy też się rozleniwiają, bo prędzej drużyna prowadząca wlepi jednego nadprogramowego gola, niż oni strzelą sześć.
Ponadto słabsza drużyna w uczciwym meczu przegrywając dziesięcioma punktami może się pocieszyć, że nie przegrała jedenastoma. Przy nowych zasadach drużyna, która przegrała pięcioma punktami - przegrała wszystko - gorzej być nie mogło. Co jest bardziej krzywdzące dla psychiki tych dzieci, w trosce o którą wprowadzono tę zasadę?
Zasada powinna być jasna: wygrywa lepszy i kropka. W przeciwnym razie, przy tak zmanipulowanych zasadach zachodzi oczywisty paradoks. Wynik spotkania jest rozstrzygany przez rzut monetą, samo spotkanie trwa zaś kilka minut. Jak? Na początku spotkania sędzia rzuca monetą by wyznaczyć drużynę rozpoczynającą. Gwizdek, drużyna rozpoczynająca wykopuje piłkę i biegnie... do swojej bramki. Strzela samobója. Piłkę dostaje drużyna, która właśnie straciła bramkę, czyli ta sama - ponownie zaczynają ze środka boiska. Powtarzają to kilka razy i drużyna przeciwna przegrywa prowadząc sześcioma punktami nawet nie mając szansy dotknąć piłki.
Znowu nikt nie pomyślał o tym, że skoro i tak przy sześciobramkowej przewadze przerywa się mecz, to równie dobrze zwycięzcą może zostać drużyna lepsza. Efekt na psychikę dziecka (bo o to pomysłodawcy chodziło) ten sam, ale tak jest jednak trochę uczciwiej, nieprawdaż?
Pardon, efekt nie jest ten sam. Przy obecnym rozwiązaniu dziecko koduje, że tylko frajerzy starają się coś osiągnąć. A jeśli ktoś swoją ciężką pracą zdobył za dużo, to trzeba mu to odebrać i przekazać leniom i nieudacznikom. Bo przecież zasada ta jest fundamentem dzisiejszego świata..
Polityczna poprawność wyrządza ludziom więcej szkody niż dobra - wywyższając ciamajdy i poniżając zwycięzców. Tymczasem o wiele cenniejszą lekcją jest przegrana z silniejszym, niż wygrana ze słabszym. Zwłaszcza młodzież od najwcześniejszych lat powinna umieć to zrozumieć. Że należy zwyciężać za wszelką cenę, a jeżeli jest to niemożliwe - przegrać z podniesionym czołem. Złoty medal to nie jest nagroda pocieszenia.
Z niepokojem czekam aż politpoprawni historycy ogłoszą, że Kara Mustafa zwyciężył pod Wiedniem. Wszak Imperium Osmańske zabiło zaledwie półtora tysiąca naszych, podczas gdy siły polsko-austriacko-niemieckie wybiły im 20.000. Jest to bardzo niepoprawna politycznie dysproporcja i zapewne odbiło się to niekorzystnie na psychice Turków. Było im smutno.
piątek, 12 sierpnia 2011
To oczywiste, że hipopotam złapał kiłę od chomika
Pan Baruch Obama, prezydent USA nie ma za grosz wstydu. Nawet Amerykanie nie są tak głupi, aby przełknąć bezkrytycznie kit, który ten próbuje im wcisnąć. Jak przeczytałem na portalu Informacje USA, pan Obama ogłosił:
Jest to aż tak oczywiste, że nawet nie posilił się na rozwinięcie tej myśli. Nie dowiedziałem się zatem na czym ta oczywistość polega. Dla mnie bowiem nie jest oczywistym, że kłopoty finansowe tej, jak zwykło się mawiać, potęgi ekonomicznej, a także najbardziej wpływowego państwa świata, którego notowania ratingowe mimo niedawnego obniżenia wciąż wynoszą AA+, spowodowany jest kryzysem w paru małych europejskich państewkach, po drugiej stronie świata. To nawet nie jest Wielka Brytania, czy Niemcy, tylko trzy ojczyzny sjesty.
Nawet nie jestem pewien, czy poza handlem winem łączą je z USA jakieś większe interesy, a mimo to były one w stanie tak zachwiać ich gospodarką , że mówi się nawet o rychłym bankructwie tego mocarstwa. Dlaczego na wynikach gospodarczych Stanów Zjednoczonych nie odbijają się wyniki innych państw - wielka i ludna Azja ma się dobrze, ale wpływ na gospodarkę USA ma tylko leniwe południe Europy.
Gdyby to faktycznie była prawda, to pan Obama nie wystawia najlepszego świadectwa o swoim państwie. Według tego co mówi, USA są kolosem nawet nie na glinianych nogach, ale na nogach z chrupków kukurydzianych, jeśli zawirowania gdzieś w Atenach, Lizbonie i Madrycie popchnęły je w objęcia tak gigantycznego długu.
Pan prezydent USA mówi, że to oczywiste i to ma mu wystarczyć za wszelką argumentację. Chwatit - on tak mówi, więc tak jest. W końcu jest prezydentem USA. Ja również posilę się tak wygodną retoryką: To oczywiste, że skoro prezydentem Stanów Zjednoczonych jest chuderlawy Murzyn, to gospodarka musi w nich pójść na dno.
Trochę to podobne do wiadomości, która obiegła kilka miesięcy temu polskie brukowce, o nastolatce, która rzekomo zaszła w ciążę od pływania w basenie w Egipcie, w którym woda miała być zanieczyszczona życiodajnymi substancjami. Podobnie w przypadku pana Obamy: lepiej podać najbardziej absurdalną i niewiarygodną historyjkę, niż przyznać się, że się dało.
To oczywiste, że jeśli Grecja, Włochy i Hiszpania znajdują się w tak poważnych tarapatach finansowych, ma to ogromny wpływ na naszą gospodarkę.
Jest to aż tak oczywiste, że nawet nie posilił się na rozwinięcie tej myśli. Nie dowiedziałem się zatem na czym ta oczywistość polega. Dla mnie bowiem nie jest oczywistym, że kłopoty finansowe tej, jak zwykło się mawiać, potęgi ekonomicznej, a także najbardziej wpływowego państwa świata, którego notowania ratingowe mimo niedawnego obniżenia wciąż wynoszą AA+, spowodowany jest kryzysem w paru małych europejskich państewkach, po drugiej stronie świata. To nawet nie jest Wielka Brytania, czy Niemcy, tylko trzy ojczyzny sjesty.
Nawet nie jestem pewien, czy poza handlem winem łączą je z USA jakieś większe interesy, a mimo to były one w stanie tak zachwiać ich gospodarką , że mówi się nawet o rychłym bankructwie tego mocarstwa. Dlaczego na wynikach gospodarczych Stanów Zjednoczonych nie odbijają się wyniki innych państw - wielka i ludna Azja ma się dobrze, ale wpływ na gospodarkę USA ma tylko leniwe południe Europy.
Gdyby to faktycznie była prawda, to pan Obama nie wystawia najlepszego świadectwa o swoim państwie. Według tego co mówi, USA są kolosem nawet nie na glinianych nogach, ale na nogach z chrupków kukurydzianych, jeśli zawirowania gdzieś w Atenach, Lizbonie i Madrycie popchnęły je w objęcia tak gigantycznego długu.
Pan prezydent USA mówi, że to oczywiste i to ma mu wystarczyć za wszelką argumentację. Chwatit - on tak mówi, więc tak jest. W końcu jest prezydentem USA. Ja również posilę się tak wygodną retoryką: To oczywiste, że skoro prezydentem Stanów Zjednoczonych jest chuderlawy Murzyn, to gospodarka musi w nich pójść na dno.
Trochę to podobne do wiadomości, która obiegła kilka miesięcy temu polskie brukowce, o nastolatce, która rzekomo zaszła w ciążę od pływania w basenie w Egipcie, w którym woda miała być zanieczyszczona życiodajnymi substancjami. Podobnie w przypadku pana Obamy: lepiej podać najbardziej absurdalną i niewiarygodną historyjkę, niż przyznać się, że się dało.
środa, 10 sierpnia 2011
Amerykanie już żerują na twórczości Leppera
Jak podaje Puls Biznesu, były szef Rezerwy Federalnej USA, Alan Greenspan powiedział był:
Są to słowa doktora ekonomii Uniwersytetu Nowojorskiego, jednej z najważniejszych uczelni wyższych w Stanach Zjednoczonych. Jego studia w tej zacnej instytucji możemy śmiało uznać za zmarnowany czas i pieniądze. U nas do podobnych wniosków i to dobre kilka lat temu doszedł absolwent Państwowego Technikum Rolniczego w Sypniewie, który nawet nie podszedł do egzaminu maturalnego. Jaka szkoda, że ów człowiek, pan Andrzej Lepper, nie doczekał tej chwili, w której były szef FEDu głosi to, co on wiedział był od dawna. Pan Lepper wyprzedził epokę.
Warto się zastanowić, co oznaczają słowa pana Greenspana. Skoro bowiem dla niego spłata długu to tylko kwestia wydrukowania odpowiedniej kwoty, to co takie pieniądze są warte? Oczywiście nic (no może tylko tyle co papier i farba). Nie mają żadnego pokrycia. Wierzyciel płaci za kolorowy papierek. Równie dobrze USA mogłyby spłacać dług widokówkami z Karpacza, albo ulotkami agencji towarzyskich (tych na kredowym, bo to jednak dolar!).
A najlepiej, bo po co zadawać sobie tyle trudu, zaciągnięty dług spłacić ryzą czystego papieru - przynajmniej do czegoś się przyda (bo drukowany dla samego drukowania dolar przyda się tylko do jednego) - wierzyciel użyje go do faksu, albo jeszcze lepiej zamiast dolarów wydrukuje sobie juany.
Każdy rozsądny inwestor słysząc te słowa powinien natychmiast powiedzieć sobie "temu państwu już nie pożyczamy." W każdym razie nie w dolarach - może w innej walucie, ale najbezpieczniej to w złocie. Jeśli podana wypowiedź zostanie potraktowana poważnie, AA+ stanie się odległym wspomnieniem "tobyły" czasów.
Kapitał nie bierze się z drukarki, tylko z pracy. Pieniądz papierowy to nie bogactwo, tylko reprezentacja bogactwa. Sam w sobie nie jest niczym.
Mam jeszcze jeden pomysł na uzdrowienie gospodarki USA. Ustawić na ulicach automaty do drukowania pieniędzy tak, by każdy obywatel mógł sobie za darmo wydrukować dowolną ilość "zielonych". Wszyscy będą wówczas bogaci i nastanie ogólny dobrobyt.
USA są w stanie spłacić każdy dług , gdyż zawsze mogą dodrukować więcej pieniędzy.
Są to słowa doktora ekonomii Uniwersytetu Nowojorskiego, jednej z najważniejszych uczelni wyższych w Stanach Zjednoczonych. Jego studia w tej zacnej instytucji możemy śmiało uznać za zmarnowany czas i pieniądze. U nas do podobnych wniosków i to dobre kilka lat temu doszedł absolwent Państwowego Technikum Rolniczego w Sypniewie, który nawet nie podszedł do egzaminu maturalnego. Jaka szkoda, że ów człowiek, pan Andrzej Lepper, nie doczekał tej chwili, w której były szef FEDu głosi to, co on wiedział był od dawna. Pan Lepper wyprzedził epokę.
Warto się zastanowić, co oznaczają słowa pana Greenspana. Skoro bowiem dla niego spłata długu to tylko kwestia wydrukowania odpowiedniej kwoty, to co takie pieniądze są warte? Oczywiście nic (no może tylko tyle co papier i farba). Nie mają żadnego pokrycia. Wierzyciel płaci za kolorowy papierek. Równie dobrze USA mogłyby spłacać dług widokówkami z Karpacza, albo ulotkami agencji towarzyskich (tych na kredowym, bo to jednak dolar!).
A najlepiej, bo po co zadawać sobie tyle trudu, zaciągnięty dług spłacić ryzą czystego papieru - przynajmniej do czegoś się przyda (bo drukowany dla samego drukowania dolar przyda się tylko do jednego) - wierzyciel użyje go do faksu, albo jeszcze lepiej zamiast dolarów wydrukuje sobie juany.
Każdy rozsądny inwestor słysząc te słowa powinien natychmiast powiedzieć sobie "temu państwu już nie pożyczamy." W każdym razie nie w dolarach - może w innej walucie, ale najbezpieczniej to w złocie. Jeśli podana wypowiedź zostanie potraktowana poważnie, AA+ stanie się odległym wspomnieniem "tobyły" czasów.
Kapitał nie bierze się z drukarki, tylko z pracy. Pieniądz papierowy to nie bogactwo, tylko reprezentacja bogactwa. Sam w sobie nie jest niczym.
Mam jeszcze jeden pomysł na uzdrowienie gospodarki USA. Ustawić na ulicach automaty do drukowania pieniędzy tak, by każdy obywatel mógł sobie za darmo wydrukować dowolną ilość "zielonych". Wszyscy będą wówczas bogaci i nastanie ogólny dobrobyt.
niedziela, 10 lipca 2011
Myślę, więc gwałcę
Świat schodzi na psy. Wygląda na to, że w Ameryce prawo karze nie za to, co winny zrobił, ale za to, co myślał, że robi (czytanka). W mieście Kansas niejaki Melvin Jackson, znalazł omdlałą obywatelkę na ulicy. Skorzystał z okazji, by sobie pociupciać. Chwilę potem został ujęty przez policję, która go aresztowała pod zarzutem gwałtu.
Jackson do gwałtu się nie przyznał. Twierdzi, że o gwałcie nie może być mowy, gdyż myślał, że kobieta nie żyje. Wygląda na to, że uniknie wieloletniego więzienia.
Oznacza to, że Jackson jest odpowiedzialny nie za to co zrobił, ale za to, co myślał, że robi. Innymi słowy, gdyby zamiast gwałcić ofiarę, postanowił ją przejechać walcem, nie odpowiadałby za zabójstwo - przecież myślał, że jest martwa, a trupa nie można zabić!
Wyobraźmy sobie teraz kogoś niepoczytalnego, pijanego, albo pod wpływem narkotyków, który w przekonaniu, że walczy ze stadem smoków ciska granatami między przechodniów w biały dzień. Czy można go ukarać? Oczywiście nie, przecież w jego przekonaniu nie było tam ludzi, tylko smoki. No chyba, że smoki są pod ochroną.
Ktoś może na przykład zabić sąsiada Araba, bo jest przekonany, że ten ma coś wspólnego z Al-Kaidą. No i co? I w myśl tak rozumianego prawa, nie dosyć, że nie można go skazać, bo przecież był przekonany, że zabija wroga narodu, ale wręcz należałoby go odznaczyć, za walkę z terroryzmem.
Pan Jackson, jak mniemam nie miał uprawnień koronera, zatem jego opinia na temat stanu ożywienia kobiety nie powinna mieć dla sądu żadnego znaczenia.
Jackson do gwałtu się nie przyznał. Twierdzi, że o gwałcie nie może być mowy, gdyż myślał, że kobieta nie żyje. Wygląda na to, że uniknie wieloletniego więzienia.
Oznacza to, że Jackson jest odpowiedzialny nie za to co zrobił, ale za to, co myślał, że robi. Innymi słowy, gdyby zamiast gwałcić ofiarę, postanowił ją przejechać walcem, nie odpowiadałby za zabójstwo - przecież myślał, że jest martwa, a trupa nie można zabić!
Wyobraźmy sobie teraz kogoś niepoczytalnego, pijanego, albo pod wpływem narkotyków, który w przekonaniu, że walczy ze stadem smoków ciska granatami między przechodniów w biały dzień. Czy można go ukarać? Oczywiście nie, przecież w jego przekonaniu nie było tam ludzi, tylko smoki. No chyba, że smoki są pod ochroną.
Ktoś może na przykład zabić sąsiada Araba, bo jest przekonany, że ten ma coś wspólnego z Al-Kaidą. No i co? I w myśl tak rozumianego prawa, nie dosyć, że nie można go skazać, bo przecież był przekonany, że zabija wroga narodu, ale wręcz należałoby go odznaczyć, za walkę z terroryzmem.
Pan Jackson, jak mniemam nie miał uprawnień koronera, zatem jego opinia na temat stanu ożywienia kobiety nie powinna mieć dla sądu żadnego znaczenia.
niedziela, 19 czerwca 2011
Usta milczą, dusza śpiewa
Jak podaje serwis Fox Charlotte, amerykański kongres pracuje nad ustawą, która ma na celu penalizację udawania, że się śpiewa.
Zakaz ma dotyczyć umieszczania w sieci w serwisach typu YouTube filmów, na których imituje się ruchy ust piosenkarza do podkładu muzycznego, który jest objęty prawami autorskimi. Ustawa ta, jak nietrudno się domyślić, głównie uderzałaby w dzieci i młodzież. Przewidywana kara to pięć lat więzienia.
Pomijam oczywisty fakt, że zabawa taka raczej przysparza popularności autorowi oryginalnego wykonania, a zatem i pieniędzy posiadaczowi praw autorskich. Po ustawieniu takiego prawa znaki zapytania będą wyrastać jak grzyby po deszczu.
Co z tzw. air-guitar, czyli imitowaniem gry na gitarze do podkładu muzycznego? Technicznie jest to to samo, tylko instrument inny.
Co z karaoke? Jest to co prawda samodzielne śpiewanie, ale do podkładu chronionego prawami autorskimi.
Co z wszelkiego rodzaju "Idolami", "X-factorami" i "Od przedszkola do Opola"? Ja po nich płakał nie będę, ale jestem ciekawy.
Co z tzw. coverem czyli autorskim wykonaniem utworu innego artysty?
I czy wreszcie "Gwiazdeczki" przestaną śpiewać z play-backu? Bo wówczas największe ikony muzyki pop ograniczą się do albumów studyjnych.
Co z teledyskami, do których wszak oddzielnie nagrywa się ścieżkę dźwiękową, a oddzielnie obraz?
Co jeśli - to pytanie uznałbym jeszcze kilka tygodni temu za absurdalne, ale w obliczu naszych rodzimych pomysłów, autorstwa pani Elżbiety Radziszewskiej, muszę je zadać - śpiewanie udają postaci animowane?
A co to prawo mówi na temat czegoś takiego?
Zakaz ma dotyczyć umieszczania w sieci w serwisach typu YouTube filmów, na których imituje się ruchy ust piosenkarza do podkładu muzycznego, który jest objęty prawami autorskimi. Ustawa ta, jak nietrudno się domyślić, głównie uderzałaby w dzieci i młodzież. Przewidywana kara to pięć lat więzienia.
Pomijam oczywisty fakt, że zabawa taka raczej przysparza popularności autorowi oryginalnego wykonania, a zatem i pieniędzy posiadaczowi praw autorskich. Po ustawieniu takiego prawa znaki zapytania będą wyrastać jak grzyby po deszczu.
Co z tzw. air-guitar, czyli imitowaniem gry na gitarze do podkładu muzycznego? Technicznie jest to to samo, tylko instrument inny.
Co z karaoke? Jest to co prawda samodzielne śpiewanie, ale do podkładu chronionego prawami autorskimi.
Co z wszelkiego rodzaju "Idolami", "X-factorami" i "Od przedszkola do Opola"? Ja po nich płakał nie będę, ale jestem ciekawy.
Co z tzw. coverem czyli autorskim wykonaniem utworu innego artysty?
I czy wreszcie "Gwiazdeczki" przestaną śpiewać z play-backu? Bo wówczas największe ikony muzyki pop ograniczą się do albumów studyjnych.
Co z teledyskami, do których wszak oddzielnie nagrywa się ścieżkę dźwiękową, a oddzielnie obraz?
Co jeśli - to pytanie uznałbym jeszcze kilka tygodni temu za absurdalne, ale w obliczu naszych rodzimych pomysłów, autorstwa pani Elżbiety Radziszewskiej, muszę je zadać - śpiewanie udają postaci animowane?
A co to prawo mówi na temat czegoś takiego?
Subskrybuj:
Posty (Atom)