Często słyszanym argumentem ze strony przeciwników kary śmierci, częstszym nawet od argumentu pomyłki sądu, jest stwierdzenie, że kara śmierci jest niehumanitarna. W rzeczywistości jest dokładnie przeciwnie. To właśnie kara śmierci traktuje mordercę jak człowieka - świadomą i odpowiedzialną istotę.
Postępowcy mówią, że mordercę należy zamknąć i wychowywać. Usprawiedliwiają go tym, że w momencie popełnienia zbrodni nie myślał jasno, albo winą za jego czyn obarczają złych rodziców, środowisko. Czyli traktują go jak głupie zwierzę.
Jeśli krowie na pastwisku nagle coś odbije i stratuje pasterza, mówimy: głupie bydle, nie myśli. Jeśli pies zagryzie dziecko - wini się właściciela, który źle go wytresował. I słusznie, bo zwierzęta należy traktować jak zwierzęta, a nie jak człowieka. Ale te bezmyślne zwierzęta, które zabijają człowieka nieświadomie, bardzo często w konsekwencji tego też są zabijane. Psy-mordercy są usypiane, niedźwiedź który rozszarpie człowieka jest tropiony i odstrzeliwany. Człowiek, który zbrodnie popełnia świadomie i z zamiarem - nie.
Dlaczego? Bo nie traktuje się go jak człowieka - czyli niehumanitarnie.
Baranowi (tym razem mam na myśli Ovis aries, a nie postępowca) nie wytłumaczy się, że jeśli stratuje człowieka na śmierć, to my zrobimy z niego szaszłyki - on tego nie zrozumie. Jeżeli nawet zobaczy innego barana tratującego dziecko, a potem, jak baran ten jest przerabiany na szaszłyki - też nie zrozumie, że jego czeka to samo, jeśli postąpi podobnie. Nie rozumie konstrukcji przyczyna - skutek. Człowiek - tak.
Człowiek jest stworzeniem świadomym. Jest jedyną żywą istotą zdolną do myślenia abstrakcyjnego.I jeśli mówimy: za morderstwo - śmierć, to człowiek wie, co to znaczy. Zatem mordując podejmuje świadomą, poinformowaną i odpowiedzialną decyzję i tym samym godzi się na zostanie powieszonym. A jeśli się na to godzi, to my tę jego godność mamy obowiązek uszanować. A humanitaryzm to nic innego jak poszanowanie dla godności człowieka.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kara śmierci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kara śmierci. Pokaż wszystkie posty
sobota, 10 sierpnia 2013
środa, 9 maja 2012
Kara śmierci to nie morderstwo, tylko samobójstwo
Przeszło rok temu opublikowałem wierszyk o karze śmierci:
Jeżeli facet sam wlazł na dach
I skoczył, i do widzenia,
To kto zawinił, że przestał żyć?
Czy Grawitacja, czy Ziemia?
A nazwij bezdusznym mnie, ale ja
Od razu powiem, że facet.
Wszak wiedział dobrze, co stanie się,
A mimo to skoczył – that’s it!
A jeśli zabił człowieka drab,
Więc ścięto go, sukinsyna,
To kto zawinił, że stracił łeb?
Czy Sędzia, czy Gilotyna?
A nazwij nieludzkim mnie, ale ja
Od razu powiem: morderca!
Wszak wiedział dobrze, co czeka go,
Nie okazujmy mu serca.
I jeśli przypadkiem z dachu raz
Spadnie na kark jakiś człowiek,
To gdyby nie Grawitacja, to
Wszystko by stało na głowie.
Przypominam go, by zwrócić uwagę na podobieństwo, albo wręcz tożsamość kary śmierci z samobójstwem. Bo w rzeczy samej, w państwie prawa, w którym prawo to w sposób jasny mówi że za morderstwo obowiązuje kara śmierci, to ktoś, kto świadomie decyduje się je popełnić, chce umrzeć - niczym nie różni się od faceta, który skacze z dachu wieżowca. Mamy tu bowiem do czynienia z tymi samymi elementami.
Sam skok z nie jest bezpośrednią przyczyną śmierci - to zderzenie z ziemią zabija. Ale skacząc z dachu samobójca stawia się w sytuacji, w której jego śmierć jest nieuchronna. Uruchamia pewien proces oparty na prawach fizyki, który po kilku sekundach doprowadza do jego "egzekucji".
To samo dzieje się w przypadku bandyty - zabijając ofiarę wprawdzie nie wyrządza sobie samemu żadnej krzywdy w sposób bezpośredni, ale nie ulega wątpliwości, że jest powodem swojej śmierci w niedługim czasie. Uruchamia machinę sprawiedliwości, która, wprawdzie nie po kilku sekundach, ale prędzej czy później wymierza mu zasłużoną karę śmierci.
W jednym przypadku mamy do czynienia z prawem ciążenia, w drugim z prawem karnym. Ot i cała różnica.
W jednym przypadku mamy do czynienia z prawem ciążenia, w drugim z prawem karnym. Ot i cała różnica.
Jeśli skoczek wie, czym grozi upadek z wieżowca, a na ogół wie, to tylko on jest winny swojej śmierci. Podobnie morderca, który ma świadomość kary śmierci, a na ogół ma, nie może nikogo innego winić za swój los. On jest samobójcą. Zatem powtarzane przez przeciwników kary śmierci, że wykonując ją sami stajemy się mordercami jest idiotyczne - bo "decyzję" o swojej śmierci podjął sam "zainteresowany". Jego ofiara nie miała tego wyboru i to jest podstawowa różnica.
To jest bardzo istotne - ofiara mordercy nie ma wpływu na swój los - morderca swój los sam wybiera.
Ktoś powie, że morderca na ogół liczy, że uniknie kary. Oczywiście, ale ja też mogę skoczyć z wieżowca z nadzieją, że wyjdę z tego cało. Wolno mi podjąć takie ryzyko. Ale jeżeli się przeliczę to zostanie ze mnie mokre ścierwo rozciągnięte na chodniku. Morderca też ma prawo do takiego założenia i zapewne niekiedy mu się uda uniknąć kary, ale to on sam podejmuje to ryzyko, zatem to on sam ma ponieść konsekwencje, jeżeli pójdzie nie po jego myśli. Jak mawiał mój dziadek, "Nie graj Wojtek, nie przegrasz portek".
Z logicznego punktu widzenia nie ma zatem najmniejszej różnicy między samobójcą, a mordercą, który ginie na szubienicy. Morderstwo jest czynem samobójczym i bandyta musi mieć tego świadomość.
Pardon, jest jedna różnica: zwykły samobójca odbiera życie tylko sobie - morderca zabija również niewinną osobę. Zatem on bardziej niż ten pierwszy zasługuje na swój los.
Gdyby skakanie z dachu nie powodowało śmierci, to sam bym cały dzień nic nie robił tylko skakał. Przecież lot ku ziemi to taki przyjemny stan nieważkości. Więc nie dziwmy się, że w przypadku braku kary śmierci liczba morderstw jest większa, niż gdy ona obowiązuje.
Przeciwnicy kary śmierci mówią "a co, jeśli ktoś zostanie omyłkowo skazany". Już pisałem o tym, że wyroki w tego typu sprawach nie powinny pozostawiać cienia wątpliwości. A jeśli mimo to coś takiego się zdarzy - trudno. Trzeba się z tym pogodzić. Jak w ostatniej zwrotce - konsekwencje nieobowiązywania kary śmierci są dużo gorsze niż to, że raz na jakiś czas przydarzy się błąd. Jak już pisałem po zamachach Breivika: Aby skazać 77 niewinnych osób niekompetentni sędziowie muszą pracować latami. Wadliwe prawo (brak kary śmierci) skazało tyle w ciągu jednego dnia. Warto?
czwartek, 28 lipca 2011
Chłodna kalkulacja
Na forach internetowych o ciągle nieschodzącej z pierwszych stron gazet sprawie Breivika bardzo dużo dyskutuje się o karze śmierci. Wielu komentatorów ma wątpliwości, czy istnienie w Królestwie Norwegii kary śmierci mogłoby zapobiec tragedii. Wiele osób wytyka, że sprawca był szaleńcem i fanatykiem, więc wątpliwym jest, by groźba śmierci mogłaby go zniechęcić.
Są w błędzie. W tym konkretnym przypadku są bardzo wyraźne przesłanki, że Breivik nie podjąłby się misji samobójczej.
Jedną z nich jest moment jego aresztowania. Breivik poddał się gdy tylko pojawiła się policja. Posłusznie złożył broń i oddał się w ich ręce. Taki był plan. Szaleniec, czy fanatyk w tej sytuacji zacząłby strzelać do funkcjonariuszy albo uciekać w las wierząc, że nim zostanie zastrzelony zdoła jeszcze zabić kilku uczestników obozu. Nic takiego nie miało miejsca. Zabójca cały czas był spokojny i opanowany. Tłumaczenie jego czynu szaleństwem samo jest szaleństwem.
Dopóki miał przewagę nad spanikowaną i bezbronną młodzieżą, dopóty strzelał we wszystko co się rusza. W chwili gdy tylko tę przewagę utracił poddał się bez wahania. Nawet w ferworze walki ani na moment nie zaryzykował swojego życia. Tym bardziej nie podjąłby tego ryzyka na etapie planowania misji, kiedy miał czas na spokojne rozważenie zysków i strat.
Zaakceptował groźbę dwudziestu lat norweskiego więzienia - zakładanie, że równie łatwo zaakceptowałby karę śmierci jest niedorzeczne. To, że ktoś nie boi się ugryzienia komara, nie oznacza, że chętnie włożyłby głowę w paszczę krokodyla.
To było przemyślane przedsięwzięcie. Ot, młody, bystry chłopak wpadł na pomysł, jak spędzić resztę życia w przyjemnych warunkach i nie musząc się o nic martwić. Wykorzystał upośledzenie prawa i w wieku trzydziestu dwóch lat ustawił się na całe życie.
Osoby, które są przeciwne karze śmierci, tłumacząc to tym, że zdarzają się pomyłki i bywa stracona niewinna osoba powinny teraz zdać sobie sprawę z jednego faktu. Aby skazać 77 niewinnych osób niekompetentni sędziowie muszą pracować latami. Wadliwe prawo skazało tyle w ciągu jednego dnia. Warto?
Są w błędzie. W tym konkretnym przypadku są bardzo wyraźne przesłanki, że Breivik nie podjąłby się misji samobójczej.
Jedną z nich jest moment jego aresztowania. Breivik poddał się gdy tylko pojawiła się policja. Posłusznie złożył broń i oddał się w ich ręce. Taki był plan. Szaleniec, czy fanatyk w tej sytuacji zacząłby strzelać do funkcjonariuszy albo uciekać w las wierząc, że nim zostanie zastrzelony zdoła jeszcze zabić kilku uczestników obozu. Nic takiego nie miało miejsca. Zabójca cały czas był spokojny i opanowany. Tłumaczenie jego czynu szaleństwem samo jest szaleństwem.
Dopóki miał przewagę nad spanikowaną i bezbronną młodzieżą, dopóty strzelał we wszystko co się rusza. W chwili gdy tylko tę przewagę utracił poddał się bez wahania. Nawet w ferworze walki ani na moment nie zaryzykował swojego życia. Tym bardziej nie podjąłby tego ryzyka na etapie planowania misji, kiedy miał czas na spokojne rozważenie zysków i strat.
Zaakceptował groźbę dwudziestu lat norweskiego więzienia - zakładanie, że równie łatwo zaakceptowałby karę śmierci jest niedorzeczne. To, że ktoś nie boi się ugryzienia komara, nie oznacza, że chętnie włożyłby głowę w paszczę krokodyla.
To było przemyślane przedsięwzięcie. Ot, młody, bystry chłopak wpadł na pomysł, jak spędzić resztę życia w przyjemnych warunkach i nie musząc się o nic martwić. Wykorzystał upośledzenie prawa i w wieku trzydziestu dwóch lat ustawił się na całe życie.
Osoby, które są przeciwne karze śmierci, tłumacząc to tym, że zdarzają się pomyłki i bywa stracona niewinna osoba powinny teraz zdać sobie sprawę z jednego faktu. Aby skazać 77 niewinnych osób niekompetentni sędziowie muszą pracować latami. Wadliwe prawo skazało tyle w ciągu jednego dnia. Warto?
poniedziałek, 25 lipca 2011
Sikorskiego płacz nad rozlanym mlekiem
21 lat - ponoć maximum w Norwegii - to za mało dla zimnego drania. On sam wykonał egzekucję. Czy nie powinniśmy mu sprawiedliwie odpłacić?
Tak na Twitterze napisał Radosław Sikorski. Oczywiście draniowi należy sprawiedliwie odpłacić. Jedyną sprawiedliwą karą będzie umieszczenie go w więzieniu (ach, te norweskie więzienia!) na 21 lat. Tak stanowi PRAWO. A prawo nie działa wstecz.
Norwegia mogłaby oczywiście to prawo zmienić. Podejrzewam nawet, że po tym wydarzeniu znacząco wzrośnie liczba zwolenników przywrócenia kary śmierci. Ale jeśli nawet Norwegia zaostrzy karę za morderstwo z dniem jutrzejszym, to strzelcowi z Utoya ona nie grozi. Niestety, o takich rzeczach należy myśleć zawczasu. Ludzie, którzy znieśli karę śmierci mają krew na rękach. Od piątku mają tej krwi więcej o jakieś pięćset litrów.
Oczywiście, że wiele osób pragnie śmierci pana Andersa Behringa Breivika, ale każdy ich argument zbyć on może jednym zdaniem:
Nie tak się umawialiśmy.
Umowa była inna. Królestwo Norwegii w zamian za zamordowanie dowolnej liczby osób obiecało było panu ABB, ale także i pozostałym obywatelom 21-letni pobyt w więzieniu. W norweskim więzieniu oczywiście.
Dowolnej liczby osób, bo kara ta nie ulega kumulacji. Skoro już się zdecydował na zabicie pierwszej osoby, to za zabicie pozostałych jest bezkarny. 91 trupów było w promocji.
Jak może zatem kogokolwiek dziwić, że do tego doszło? Sprawcę teraz czeka 21 lat w norweskim pensjonacie penitencjarnym. Przez ten czas nie będzie musiał pracować ani martwić się o dach nad głową, jedzenie, opiekę lekarską. Wyjdzie mając niewiele ponad 50 lat, czyli jeszcze w całkiem młodym wieku. I również nie będzie musiał pracować, ani martwić się o emeryturę. Książki, wywiady, filmy... Końca swoich dni doczeka w luksusach, o których większość z nas może tylko pomarzyć.
Jeszcze lepiej! Jak już wspomniałem, niezależnie czy bandyta zabije jedną, czy dziewięćdziesiąt osób, maksymalna kara to 21 lat więzienia. Ale rozgłos, jaki uzyskuje w tym drugim przypadku jest znacznie większy, a co za tym idzie znacznie większe pieniądze za książki i filmy. Zatem tak skonstruowane prawo nie tylko jest zbyt łagodne, ale w dodatku zachęca do tego, żeby ofiar było jak najwięcej.
Innymi słowy: jeśli ktoś planuje zastrzelić na przykład kochanka swojej żony, to już lepiej dla niego będzie, jeśli przy okazji zabije całą jego rodzinę, sąsiadów i kolegów z pracy. Nie wiąże się to z żadnym dodatkowym ryzykiem, ale można na tym bardzo dobrze zarobić.
Z niepokojem czekam na przedsiębiorczych naśladowców Breivika.
Do polityków mam jedną prośbę:
Przywróćcież karę śmierci jak najszybciej, żebyście następnym razem, kiedy do czegoś takiego dojdzie w Polsce, nie płakali, jak panna Sikorski, że kara jest za niska. Bo wówczas będzie to płacz nad rozlanym mlekiem.
niedziela, 26 czerwca 2011
Kara śmierci a dzban bez dna
Na portalu Wirtualnej Polski podano wyliczenia amerykańskich badaczy twierdzących, że kara śmierci jest bardziej kosztowna niż kara dożywocia. Podane argumenty wskazują jednak niezbicie, iż sytuacja taka ma miejsce w wyniku upośledzonego systemu sądownictwa. Oczywistym jest przecież, że pozbawienie kogoś życia musi być tańsze niż utrzymywanie go przy nim.
I tak badacze ci podają:
Innymi słowy mówią tu wprost, że sędziowie i ławnicy nie przykładają się zbytnio do spraw, w których zasądzana jest kara dożywocia, w której również waży się ludzkie życie.
Każda rozprawa, niezależnie od tego, czy dotyczy kary śmierci, dożywocia, czy dwudziestu lat więzienia, powinna zostać przeprowadzona z najwyższą bacznością. Wyrok nie powinien pozostawiać żadnych wątpliwości. Nie może być tak, że sąd radzący nad błahszymi przewinieniami mniej się przykłada tylko dlatego, że to nie jest kwestia życia i śmierci.
Zresztą, właśnie z ekonomicznego punktu widzenia, odszkodowanie dla rodziny niesłusznie skazanego na śmierć jest zazwyczaj niższe w porównaniu z odszkodowaniem za dwadzieścia lat spędzonych za kratkami przez niedopatrzenie sądu. Oczywiście marny to argument, ale skoro panowie badacze zajmują się tylko suchymi liczbami, to i ten głos nie jest nie na miejscu.
Kolejny błąd systemu: wyrok powinien być wykonywany następnego dnia po jego ogłoszeniu. Jeżeli proces przebiegał zgodnie z powyższymi założeniami, to nie ma powodów do żadnej zwłoki.
Po raz trzeci: każda kara, nie wykluczając kary śmierci, może zostać zasądzona jedynie po pełnym udowodnieniu winy. Jeśli tak się będzie działo, nie będzie ani błędów sądowych, ani podstaw do apelacji.
Ponadto istnienie możliwości apelacji ma bardzo negatywne skutki moralne. Po pierwsze podważa niezawisłość sądu. Skoro od wyroku można się odwołać, to znaczy, że zakładamy, że sędzia mógł się pomylić. Jest to niedopuszczalne. Sąd jest nieomylny.
Po drugie dochodzi do przerzucenia odpowiedzialności. Sędzia może pochopnie wydać wyrok w przekonaniu, że w przypadku pomyłki, skoryguje ją sąd wyższej instancji. A tymczasem sąd apelacyjny również przyjmuje wygodną postawę i zakłada, że skoro wszystkie akta były już przestudiowane, wszystkie mowy i zeznania wysłuchane przez sąd niższej instancji, to cóż więcej można wymyślić? I sprawa ponownie rozpatrywana jest "po łebkach".
Możliwość apelacji zatem jedynie wydłuża ten proces, zwiększa jego koszty oraz, co jest gorsze od wszelkiego marnotrawstwa, obniża jakość wymiaru sprawiedliwości i rozleniwia sędziów.
Aby nie wyrzucać pieniędzy w błoto, należy zmienić system na prosty i jasny, gdyż to jego wady generują dodatkowe koszta, nie tylko w przypadku skazanych na karę śmierci. W poprawnie zaprojektowanym systemie koszta samego procesu są takie same zarówno dla kary śmierci, jak i dla podawanego za przykład w artykule źródłowym dożywocia. W przypadku samej kary rachunek jest oczywisty.
Sędzia Arthur L. Alarcon i profesor z Loyola Law School Paula M. Mitchell wyliczyli bardzo skrzętnie, że do dzbana wchodzi więcej wina niż do beczki. Niestety nie zauważyli, że dzban jest dziurawy.
I tak badacze ci podają:
Rachunek jest tu prosty, należy bowiem pamiętać, że w kwestiach związanych z karą śmierci, wszystko jest droższe. I tak, przykładowo: jak podają specjaliści rozprawa, w której oskarżyciele domagają się kary głównej generuje średnio 20- krotnie większe koszty, niż proces z orzeczeniem dożywocia i kosztuje minimum 1,1 miliona dolarów. Dlaczego tak drogo? Otóż w tym przypadku wszystko musi być dogłębnie przeanalizowane i sprawdzone, bo w końcu na szali waży się ludzkie życie.
Innymi słowy mówią tu wprost, że sędziowie i ławnicy nie przykładają się zbytnio do spraw, w których zasądzana jest kara dożywocia, w której również waży się ludzkie życie.
Każda rozprawa, niezależnie od tego, czy dotyczy kary śmierci, dożywocia, czy dwudziestu lat więzienia, powinna zostać przeprowadzona z najwyższą bacznością. Wyrok nie powinien pozostawiać żadnych wątpliwości. Nie może być tak, że sąd radzący nad błahszymi przewinieniami mniej się przykłada tylko dlatego, że to nie jest kwestia życia i śmierci.
Zresztą, właśnie z ekonomicznego punktu widzenia, odszkodowanie dla rodziny niesłusznie skazanego na śmierć jest zazwyczaj niższe w porównaniu z odszkodowaniem za dwadzieścia lat spędzonych za kratkami przez niedopatrzenie sądu. Oczywiście marny to argument, ale skoro panowie badacze zajmują się tylko suchymi liczbami, to i ten głos nie jest nie na miejscu.
Nie można także zapominać o późniejszym przebywaniu skazanych na śmierć w więzieniach. Naturalnie, osoby oczekujące na wykonanie najwyższego wyroku, muszą być przetrzymywane w specyficznych warunkach, pod okiem wzmożonej ochrony.
Kolejny błąd systemu: wyrok powinien być wykonywany następnego dnia po jego ogłoszeniu. Jeżeli proces przebiegał zgodnie z powyższymi założeniami, to nie ma powodów do żadnej zwłoki.
Oczywiście należy do tego doliczyć koszty postępowania karnego i niekończących się apelacji, a także... błędów sądowych.
Po raz trzeci: każda kara, nie wykluczając kary śmierci, może zostać zasądzona jedynie po pełnym udowodnieniu winy. Jeśli tak się będzie działo, nie będzie ani błędów sądowych, ani podstaw do apelacji.
Ponadto istnienie możliwości apelacji ma bardzo negatywne skutki moralne. Po pierwsze podważa niezawisłość sądu. Skoro od wyroku można się odwołać, to znaczy, że zakładamy, że sędzia mógł się pomylić. Jest to niedopuszczalne. Sąd jest nieomylny.
Po drugie dochodzi do przerzucenia odpowiedzialności. Sędzia może pochopnie wydać wyrok w przekonaniu, że w przypadku pomyłki, skoryguje ją sąd wyższej instancji. A tymczasem sąd apelacyjny również przyjmuje wygodną postawę i zakłada, że skoro wszystkie akta były już przestudiowane, wszystkie mowy i zeznania wysłuchane przez sąd niższej instancji, to cóż więcej można wymyślić? I sprawa ponownie rozpatrywana jest "po łebkach".
Możliwość apelacji zatem jedynie wydłuża ten proces, zwiększa jego koszty oraz, co jest gorsze od wszelkiego marnotrawstwa, obniża jakość wymiaru sprawiedliwości i rozleniwia sędziów.
Aby nie wyrzucać pieniędzy w błoto, należy zmienić system na prosty i jasny, gdyż to jego wady generują dodatkowe koszta, nie tylko w przypadku skazanych na karę śmierci. W poprawnie zaprojektowanym systemie koszta samego procesu są takie same zarówno dla kary śmierci, jak i dla podawanego za przykład w artykule źródłowym dożywocia. W przypadku samej kary rachunek jest oczywisty.
Sędzia Arthur L. Alarcon i profesor z Loyola Law School Paula M. Mitchell wyliczyli bardzo skrzętnie, że do dzbana wchodzi więcej wina niż do beczki. Niestety nie zauważyli, że dzban jest dziurawy.
środa, 2 lutego 2011
Volenti non fit iniuria!
Jeżeli facet sam wlazł na dach
I skoczył, i do widzenia,
To kto zawinił, że przestał żyć?
Czy Grawitacja, czy Ziemia?
A nazwij bezdusznym mnie, ale ja
Od razu powiem, że facet.
Wszak wiedział dobrze, co stanie się,
A mimo to skoczył – that’s it!
A jeśli zabił człowieka drab,
Więc ścięto go, sukinsyna,
To kto zawinił, że stracił łeb?
Czy Sędzia, czy Gilotyna?
A nazwij nieludzkim mnie, ale ja
Od razu powiem: morderca!
Wszak wiedział dobrze, co czeka go,
Nie okazujmy mu serca.
I jeśli przypadkiem z dachu raz
Spadnie na kark jakiś człowiek,
To gdyby nie Grawitacja, to
Wszystko by stało na głowie.
wtorek, 1 lutego 2011
Kto kogo zabija?
Dziękuję za lekturę i komentarze. Cieszę się, że tak wiele osób bywa na moim blogu i co ważniejsze, że są to w większości osoby, które podzielają mój punkt widzenia. Ale mam też związany z tym apel. Proszę o podsyłanie mojego blogu nie tylko „naszym”, ale też „Babciom z Mławy”. Generalnie wszystkim, którzy chcą, żeby w Polsce żyło się lepiej, ale nie bardzo mają wizję jak to można osiągnąć i z wyborów na wybory miotają się między „jedynymi słusznymi wyborami”. Proszę też o kopniaki na wykopie. Na koniec podam listę sznurków.
Wszak nie chodzi tylko o to, bym ja pisał rozsądne rzeczy, a garstka rozsądnych czytelników kiwała głowami, że owszem, tak, jak najbardziej… Chcemy, by było nas coraz więcej, nieprawdaż?
A teraz dwa komentarze:
Waterfall792: To jedyny filmik od Staszka Z Halinowa z którym się nie zgadzam, bo nigdy nie byłem za jakimkolwiek zabijaniem.
Przyjąłem to jako pochwałę dwóch pierwszych filmów i, wbrew zamysłowi autora, tego trzeciego też. Dlaczego tak? Otóż drogi waterfallu792:
Wyobraź sobie, że jesteś kierowcą TIRa. Jedziesz sobie długą prostą szosą. Z daleka widzisz, jadącego z naprzeciw wariata – pędzi na złamanie karku i to w dodatku zygzakiem. I nagle tuż przed tobą zaczyna wyprzedzać ciężarówkę. On może tego nie widzi, ale Ty wiesz, że nie ma szansy, żeby się zmieścił, między nią, a tobą. Jedyną szansą dla niego będzie to, że Ty zjedziesz na pobocze, które jest szerokie, spokojnie się zmieścisz, nie ryzykując stoczenia się do rowu.
I do tej pory wszystko jest jasne. Zakładam, że każdy na Twoim miejscu tak właśnie by postąpił. Ale nie powiedziałem o jednym. Poboczem idzie pielgrzymka. I co teraz?
Co jest lepsze, żeby idiota zabił się przez własną głupotę, czy pozwolić, by przez tęże życie straciło kilka niewinnych osób?
To jest właśnie zamysł kary śmierci. Wybór mniejszego zła. Lepiej jest powiesić jednego zabójcę, który zabił, mając świadomość, co go za to czeka, niż pozwolić, by czując się bezkarnie zabijał niewinne osoby.
Problem w tym, że nikt nie widzi tej pielgrzymki.
Dlatego właśnie uważam, że jeśli jesteś przeciwny zabijaniu, powinieneś być za karą śmierci. Wszystkich i tak nie uratujesz, ale możesz wybrać czy uratujesz bandytę, czy dziesiątki, a może i setki niewinnych ludzi.
Bo bandyta ma w nosie to, że jesteś przeciwny.
grrreggae z kolei pisze: jezeli "wybrani" moga decydowac o zyciu lub smierci to dlaczego dzidek nie moze...?
Dwie sprawy: po pierwsze w ten sposób można obalić cały system sprawiedliwości:
Jeżeli wybrani mogą zamknąć kogoś w więzieniu, to dlaczego pan Fritz nie może?
Jeżeli policja może mi wystawić mandat, to dlaczego mafia nie może?
i tak dalej.
Po drugie: Wybrani nie decydują o życiu lub śmierci. Wybrani ustalają regułę „kto zabije zostanie zabitym” i pozostawiają Dzidkowi wolny wybór. To Dzidek decyduje o życiu swojej ofiary i swoim. Dopóki nie zabije, nic mu nie grozi, prawda?
I obiecane sznurki. mareq7427, ketta i waren umieścili moje filmy na wykopie - dziękuję - sam próbowałem, ale ciągle miałem problemy z rejestracją. I bardzo proszę znajomych właśnie tam kierować i samemu wykopywać, by upiec dwie pieczenie na jednym ogniu:
Zbrodnie i Kary: http://www.wykop.pl/link/591613/krul-pik-zbrodnie-i-kary/
Dług Publiczny: http://www.wykop.pl/link/383726/dlug-publiczny/
Koszta Pracy: http://www.wykop.pl/link/376935/koszta-pracy-w-polsce/
I oczywiście proszę nie zapomnieć o polecaniu bloga: krulpik.blogspot.com
środa, 19 stycznia 2011
Najkrótsza droga jest prosta
Dziękuję za miłe słowa, oraz za krytykę, z którą niniejszym się rozprawiam.
W komentarzach do mojego nowego filmu już znalazły się głosy obrońców bandziorów.
gregg9521ubolewa nad kiepskimi warunkami w więzieniach. Pomijam już to, że pan Innocenty chętnie zakosztowałby mortadeli i prysznica. gregg9521 zapomina wszak o jednej podstawowej sprawie:
To nie jest tak, że ktoś bandziorowi obiecuje wakacje na Majorce, a potem podstępem umieszcza go w więzieniu. Każde dziecko wie, że jak ktoś łamie prawo, to idzie do więzienia. Zatem jeśli jakiś łobuz mimo to rozrabia, to znaczy że akceptuje warunki umowy. Najwyraźniej lubi mieszkanie z "pięcioma śmierdzielami". Anglicy mówią "don't do the crime if you can't do the time", czyli "Jeśli kara jest ci niemiłą - nie dokonuj zbrodni".
A posiłki SĄ bogate - 2600 do 3200 kalorii dziennie.
A teraz rozsądne komentarze:
przemaz pisze: Jest jednak problem. Twój sąsiad wkopuje Cię w wyimaginowane problemy bo np. zbyt głośno pierdzisz i mu przeszkadzasz w spaniu. Ty dostajesz karę śmierci. Sąsiad się cieszy, a ty za niewinność tracisz życie...
Spieszę uspokoić przemaza. Jest to ciekawa hipoteza, powielana w wielu produkcjach hollywoodzkich, ale w prawdziwym świecie całkowicie nierealna. A oto dlaczego:
Abym ja został stracony, muszę być skazany za morderstwo. Aby do tego doszło, musi być denat. Zatem mój sąsiad, tak czy siak, musi kogoś zatłuc. Jeśli więc celem sąsiada jest mój zgon, a środkiem do tego ma być morderstwo, to ja znam dużo szybsze i pewniejsze rozwiązanie.
W scenariuszu przemaza, oprócz zabójstwa, sąsiad musi zadać sobie trud, żeby sfabrykować dowody przeciwko mnie i to w dodatku dość mocne, by sąd nie miał wątpliwości co do mojej winy. A ponadto nie ma żadnej gwarancji powodzenia. Policja może dowodów tych nie znaleźć, sąd może je niewłaściwie zinterpretować, obrona może zarzuty odeprzeć, dostarczyć alibi. Przy takich sprawach drobne niedopatrzenie przy fabrykowaniu dowodów i cały plan idzie w las. A poza tym sędzia może przywali mi tylko dożywocie i wyjdę po dziesięciu latach?
Za dużo roboty i zbyt wiele niewiadomych. Jeśli już sąsiad zdecyduje się na zabójstwo, to zabije po prostu mnie, a ciało wyrzuci w lesie i po kłopocie. Ale to może i dzisiaj, bo do tego nie potrzebna jest kara śmierci. Wprost przeciwnie. Bo jeśli ją przywrócimy, to mój sąsiad zastanowi się dwa razy. Więc kara śmierci działa na moją korzyść. Chroni mnie.
Oczywiście inaczej wygląda to w filmach i powieściach kryminalnych. Ale kto pójdzie do kina na dziesięciominutowy film, w którym Kowalski zabija Zielińskiego w pierwszej i za razem ostatniej scenie?
W komentarzach do mojego nowego filmu już znalazły się głosy obrońców bandziorów.
gregg9521ubolewa nad kiepskimi warunkami w więzieniach. Pomijam już to, że pan Innocenty chętnie zakosztowałby mortadeli i prysznica. gregg9521 zapomina wszak o jednej podstawowej sprawie:
To nie jest tak, że ktoś bandziorowi obiecuje wakacje na Majorce, a potem podstępem umieszcza go w więzieniu. Każde dziecko wie, że jak ktoś łamie prawo, to idzie do więzienia. Zatem jeśli jakiś łobuz mimo to rozrabia, to znaczy że akceptuje warunki umowy. Najwyraźniej lubi mieszkanie z "pięcioma śmierdzielami". Anglicy mówią "don't do the crime if you can't do the time", czyli "Jeśli kara jest ci niemiłą - nie dokonuj zbrodni".
A posiłki SĄ bogate - 2600 do 3200 kalorii dziennie.
A teraz rozsądne komentarze:
przemaz pisze: Jest jednak problem. Twój sąsiad wkopuje Cię w wyimaginowane problemy bo np. zbyt głośno pierdzisz i mu przeszkadzasz w spaniu. Ty dostajesz karę śmierci. Sąsiad się cieszy, a ty za niewinność tracisz życie...
Spieszę uspokoić przemaza. Jest to ciekawa hipoteza, powielana w wielu produkcjach hollywoodzkich, ale w prawdziwym świecie całkowicie nierealna. A oto dlaczego:
Abym ja został stracony, muszę być skazany za morderstwo. Aby do tego doszło, musi być denat. Zatem mój sąsiad, tak czy siak, musi kogoś zatłuc. Jeśli więc celem sąsiada jest mój zgon, a środkiem do tego ma być morderstwo, to ja znam dużo szybsze i pewniejsze rozwiązanie.
W scenariuszu przemaza, oprócz zabójstwa, sąsiad musi zadać sobie trud, żeby sfabrykować dowody przeciwko mnie i to w dodatku dość mocne, by sąd nie miał wątpliwości co do mojej winy. A ponadto nie ma żadnej gwarancji powodzenia. Policja może dowodów tych nie znaleźć, sąd może je niewłaściwie zinterpretować, obrona może zarzuty odeprzeć, dostarczyć alibi. Przy takich sprawach drobne niedopatrzenie przy fabrykowaniu dowodów i cały plan idzie w las. A poza tym sędzia może przywali mi tylko dożywocie i wyjdę po dziesięciu latach?
Za dużo roboty i zbyt wiele niewiadomych. Jeśli już sąsiad zdecyduje się na zabójstwo, to zabije po prostu mnie, a ciało wyrzuci w lesie i po kłopocie. Ale to może i dzisiaj, bo do tego nie potrzebna jest kara śmierci. Wprost przeciwnie. Bo jeśli ją przywrócimy, to mój sąsiad zastanowi się dwa razy. Więc kara śmierci działa na moją korzyść. Chroni mnie.
Oczywiście inaczej wygląda to w filmach i powieściach kryminalnych. Ale kto pójdzie do kina na dziesięciominutowy film, w którym Kowalski zabija Zielińskiego w pierwszej i za razem ostatniej scenie?
Subskrybuj:
Posty (Atom)