Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 września 2013

Wszystkie związki na plasterki!

OPZZ proponuje skrócenie tygodnia pracy z 40 do 38 godzin (czytanka), przy zachowaniu tych samych wynagrodzeń. OPZZ zapomina, że przedsiębiorca płaci pracownikowi za wykonaną pracę, a nie zryczałtowany czynsz miesięczny. Wprawdzie wypłacanie pensji w większości wypadków wygląda jak miesięczny czynsz za wynajem pracownika, ale jest to tylko forma - w rzeczywistości  wypłata jest oparta na "przeciętnej" miesięcznej wydajności pracownika. Jeśli pracownik ten pracuje nie 40, tylko 38 godzin w tygodniu, to jego miesięczna wydajność się zmniejsza.

Postulat skrócenie tygodnia pracy o dwie godziny, przy zachowaniu tej samej stawki miesięcznej, to tak naprawdę, oprócz obniżenia wydajności pracownika, postulat dania każdemu pracującemu Polakowi podwyżki w wysokości 5,3 procent za godzinę pracy.

W efekcie przedsiębiorca będzie miał dwa wyjścia - albo pogodzić się z obniżoną o 5 procent produkcją - albo zatrudni dodatkowych pracowników. Niezależnie od wyboru, w wielu przypadkach będzie to oznaczało powolne bankructwo firmy. Nie może być inaczej, bo skoro obecnie upada blisko tysiąc firm rocznie (455 w pierwszym półroczu 2013), to oczywistym jest, że po dodatkowym obciążeniu przedsiębiorców liczba ta wzrośnie.

OPZZ zauważa także, że w krajach w których obowiązuje krótszy tydzień pracy, jest niższe bezrobocie. Przyczyn bezrobocia jest wiele. OPZZ nie podaje, jakie kraje ma na myśli, więc trudno jest prowadzić jakieś porównanie, ale w ciemno mogę przyznać im rację. Tak, jeśli zostanie skrócony tydzień pracy o dwie godziny, zatrudnienie wzrośnie, bo ktoś te dwie dodatkowe godziny będzie musiał wypracować. Ale jeśli skrócimy tydzień pracy o połowę, to jeszcze bardziej zmniejszymy bezrobocie! Pod warunkiem jednak, że wynagrodzenie w przeliczeniu na godzinę się nie zmieni - bo podejrzewam, że we wspomnianych krajach pensja jest dostosowana do wydajności, a nie sztucznie windowana przez darmozjadów ze związkow zawodowych.

Źródło problemu jak zwykle leży w tym, że związki zawodowe, a za nimi państwo, "wpieprzają się między wódkę a zakąskę". Jeśli pozwolą pracownikom dogadywać się z pracodawcami bez ograniczeń, to już oni tak się dogadają, że i jedni będą zadowoleni, i drudzy.

JKM mówi "wszystkie związki na Powązki", ale dla mnie ten cmentarz to piękny zabytek, miejsce spoczynku wielu zacnych ludzi, również moich przodków i jestem przeciwny kalaniu ich pamięci tak plugawym sąsiedztwem. Ja mówię: Wszystkie związki do anonimowej zbiorowej mogiły w środku buszu gdzieś bardzo daleko od Polski! A przed pogrzebem, jak mawiał Kapral: Na plas-ter-ki!

niedziela, 16 czerwca 2013

Jałmużna minimalna

Socjaliści mają kolosalny problem z rozumieniem działania ekonomii, co bardzo wyraźnie widać na przykładzie ostatniej dyskusji między JKM a Piotrem Ikonowiczem w TVP. Dla nich pojęcia pieniądza, wartości, wolności są czymś zupełnie abstrakcyjnym.

Jedną z najczęstszych pomyłek jest przekonanie, że pracownik otrzymuje pensję "na coś", a nie "za coś". Ikonowicz mówi, że za pensję minimalną nie można się utrzymać, że nie zapewnia ona minimum egzystencjalnego (co jest niedorzeczne, bo jakoś egzystencja ta nie ustaje), wylicza wydatki rodziny. Prawda jest taka, że pracodawca płaci pracownikowi nie NA utrzymanie rodziny, tylko ZA wykonaną pracę. I jeśli jego praca (plus podatki) jest warta tysiąc złotych, to choćby miał czternaścioro dzieci i ślepą żonę, wyższej pensji nie dostanie.

Może co najwyżej dostać jałmużnę, ale ją może dostać od każdego, bez umowy o pracę. I właśnie o tym mówi Ikonowicz - nie o płacy, tylko o jałmużnie. Jałmużnie minimalnej. Zapłata jest zawsze "za coś".

Proszę wyobrazić sobie, że idę do cukierni i kupuję pączka. Miła pani zza lady pyta mnie, czy chcę pączka za 80  groszy, czy za 1,20:

- Czy ten droższy jest smaczniejszy?
- Nie, oba są tak samo smaczne.
- Większy?
- Nie.
- Może ma więcej lukru, albo dżemu?
- Nie, proszę szanownego pana, oba są dokładnie identyczne - toczka w toczkę.
- Skąd zatem różnica w cenie?
- Tańszy został przygotowany przez kawalera, a droższy - przez pracownika, który ma czternaścioro dzieci i ślepą żonę.

Ja oczywiście kupuję tańszy - dlaczego? Bo dla mnie nie ma żadnej różnicy! Ja płacę za pączka, a nie na utrzymanie czyjejś rodziny. Mógłbym wprawdzie, poruszony historią płodnego cukiernika, kupić droższego pączka. Ale wówczas te czterdzieści groszy różnicy byłyby dokładnie jałmużną - dobrowolnym datkiem na rodzinę cukiernika i Ikonowicza nie powinna ona obchodzić.

Niestety właściciel cukierni nie jest w takiej komfortowej sytuacji. On za wytworzenie tego samego pączka płaci swoim dwóm cukiernikom różne pensje. Bo on nie płaci ZA usługę. On musi uwzględnić masę czynników "społecznych", które dla mnie, konsumenta pączka, który przychodzi do niego z pieniędzmi, nie mają najmniejszego znaczenia. Więc pączki kosztują złotówkę, a kawaler jest dyskryminowany, bo za tę samą pracę dostaje mniej pieniędzy niż jego kolega. Ale akurat ta dyskryminacja lewicy nie przeszkadza.

Socjaliści nie rozumieją również wartości pieniądza. Nie rozumieją, że te pieniądze, które pracownik dostaje pod koniec miesiąca, muszą zostać przez niego wypracowane. Pracodawca nie ma drukarni pieniędzy (nie mówię tu o budżetówce, rzecz jasna). On nie może i nie jest w stanie zapłacić więcej, niż zarobi na sprzedaży tego, co wytworzył pracownik. Socjaliści są pod tym względem jak dzieci, albo Murzyni w Afryce.

Przypomina mi to sytuację, kiedy pracowałem w Somalii. Jeden z moich podwładnych, który zarabiał, tak jak pozostali Murzyni, pięć dolarów dziennie (bardzo przyzwoite pieniądze w Somalii w owym czasie), pewnego dnia po robocie przyszedł i oznajmił, że od jutra chce zarabiać pięćdziesiąt dolarów. Nie sześć, nie siedem - pięćdziesiąt. Całkowicie nie rozumiał, czego żąda i nie widział w tym żadnego problemu. Jeszcze się odgrażał. Wy mieć pieniądze, wy dać. Dokładnie tak samo rozumuje Ikonowicz. Mówi o płacy minimalnej 2,5 tys. złotych, bo jemu akurat tak się podoba. Nie obchodzi go, kto za to zapłaci. Kto będzie musiał dostać niższą płacę, żeby dorzucić do pensji kolegi, który tych dwóch i pół nie wypracuje. To nie jego zmartwienie. Pazerny Murzyn został wyrzucony na pysk i to samo powinno stać się z Ikonowiczem i jemu podobnymi.

Zresztą ten sam problem z oceną rzeczywistości ma nasz były łepek państwa, Lech Wałęsa, zachęcający przedsiębiorców do finansowania budowy piramid - tak po prostu. Dobrobyt pochodzi z pracy, a nie ze świadczeń socjalnych.

Na deser, zamiast pączka za "złoty dwadzieścia" złota myśl "Filozofa z Pruszkowa". W programie skarży się on na to, że aż jedna trzecia zatrudnionych w Polsce zarabia płacę minimalną. W dalszej części programu postuluje wprowadzenie płacy minimalnej na poziomie 2,5 tysiąca złotych. On wierzy, że wówczas odsetek ten zmaleje!

Nie rozumiem, jak telewizja może zapraszać kogoś takiego w roli eksperta do programu publicystycznego.

Choć w tym szaleństwie może być metoda, bo jestem pewien, że zmalałaby liczba osób zarabiających płacę minimalną - nie odsetek - LICZBA - na skutek gigantycznego bezrobocia.

Ja chcę, by każdy miał szansę uczciwie zarobić - były lider PPS chce, by nieliczni zarabiali 2,5 tysiąca, a reszta nie robiła nic. Być może to jest celem Ikonowicza. Ale to nie miałoby nic wspólnego z bogactwem ani z dobrobytem. Tak właśnie się dzieje - z roku na rok podnoszona jest płaca minimalna, a, i są to słowa socjalistów, w Polsce bieda cały czas się pogłębia. Przypadek? Że też nikogo na lewicy to nie zastanawia.

sobota, 18 maja 2013

Bogaci i biedni

Lewica regularnie przypomina o konieczności podnoszenia płacy minimalnej. Dla dobra "ludziów pracy" ma się rozumieć. Problem w tym, że każda z tych podwyżek sprawia, że grupa owych "ludziów pracy" zmniejsza się, a zwiększa się grupa "ludziów bezrobocia". Jest to mechanizm dla rozsądnego człowieka oczywisty, zresztą tematem tym otworzyłem niniejszy blog.

Gdy rośnie płaca minimalna, ludzie dotychczas pracujący za niższe wynagrodzenie dzieleni są na dwie grupy - na tych, których praca jest warta nowej płacy (obłożonej wszelkimi podatkami, rzecz jasna) oraz na tych, których zatrudnienie przestaje się opłacać, bo koszt ich zatrudnienia przewyższa korzyści z niego płynące.

Efektem tego jest oczywiście to, że ta druga grupa traci pracę, przynajmniej tę "legalną" (samo to, że jakakolwiek praca może być "nielegalna" wywołuje we mnie obrzydzenie). Trudno powiedzieć, która z tych grup jest liczniejsza. Media nie kwapią się, by podawać jakiekolwiek dane w tej kwestii, bo byłoby to sprzeczne z polityką zaprzeczania istnieniu tego mechanizmu. Zwolnieni pracownicy oraz zwalniający pracodawcy z wiadomych względów również starają się zataić prawdziwy powód tych zwolnień.

Przyjmując to na zdrowy rozum, grupa zwolnionych powinna być większa od tych, którzy pozostali przy zatrudnieniu z prostej przyczyny - jeśli czyjaś praca jest warta więcej niż proponowana PM, to nie jest potrzebna żadna PM, by był odpowiednio wynagradzany. Jak bowiem inaczej wytłumaczyć fakt, że ludzie w większości przypadków zarabiają więcej niż ona wynosi (nawet w prywatnych przedsiębiorstwach)?

Biorąc pod uwagę dodatkowo sumaryczną liczbę bezrobotnych, którzy utracili swoją pracę przy okazji wcześniejszych podwyżek PM, oraz niepoliczoną rzeszę młodych niewykwalifikowanych, którzy przez jej istnienie nigdy nawet nie mieli szansy wejść na rynek pracy, zauważamy, że te osoby, których praca ma najniższą wartość, czyli mniejszą lub równą płacy minimalnej, ma bardzo charakterystyczną strukturę. Oto bowiem ci najbiedniejsi dzielą się na małą grupkę tych osób które zarabiają, oraz na tych, którzy nie mają ani pracy, ani pieniędzy. Co gorsza dysproporcja ta, dzięki rządowi pogłębia się - z każdą podwyżką PM rośnie liczba bezrobotnych.

I tu dochodzimy do istotnego wniosku. My przecież tę sytuację bardzo dobrze znamy. Przecież to właśnie lewica od lat trąbi o tym, jakże niesprawiedliwym społecznie jest to, że nieliczni zarabiają dużo, a masy żyją w nędzy! Czyż nie o to chodzi takim ikonom lewicy jak Ikonowicz? Czy nie o to chodziło w potężnym lewicowym zrywie pod nazwą Okupuj Wall Street? Dlaczego to samo zjawisko jeśli dotyczy tylko samych najbiedniejszych jest w porządku? Dlaczego socjalistom przeszkadza podział na 99% i 1%, ale tylko pod warunkiem, że oni są tymi "99", a nie tymi "1"?

Oczywiście na sztuczny problem są sztuczne półśrodki. W obydwu sytuacjach remedium polega na zabraniu tym "bogatym" i rozdaniu "biednym". Niestety rozdającym jest Grześ, co niesie worek pieniędzy przez wieś od jednych do drugich. Tylko, że ten Grześ nie zbiera pogubionych pieniędzy, tylko zamiast tego każe ludziom - i bogatym, i biednym, żeby nie było złudzeń - napełniać dziurawy worek od nowa.

Na całym procederze traci pracownik który traci pracę - to oczywiste. Ale traci też przedsiębiorca, który traci zysk, traci pracowników i nierzadko traci interes swojego życia - ale to właśnie tych pracodawców opinii publicznej przedstawia się jako wyzyskiwaczy. Tak - tych, którzy DAJĄ pieniądze na podstawie DOBROWOLNEJ umowy przedstawia się jako tych złych. A państwo, które ZABIERA pieniądze pod PRZYMUSEM jest tym dobrym. Nie!

To państwo kradnie i to państwo winne jest sytuacji, w której społeczeństwo żyje w pogłębiającej się nędzy. Należy bezrobotnym odebrać zasiłki, a pieniądze oddać tym, którym zostały zrabowane, by przedsiębiorcy mogli tych bezrobotnych zatrudnić, a konsumenci dawali im pracę w pośredni sposób, kupując za te pieniądze ich towary i usługi. Nawet, jeśli ten bezrobotny dostanie co miesiąc tylko tyle ile dotychczas otrzymywał od państwa, to i tak zyskamy - bo przynajmniej za te pieniądze wykona jakąś pożyteczną pracę, w przeciwieństwie do obecnie bezproduktywnie (oby tylko!) przeżerających cudze pieniądze urzędników.

wtorek, 19 lutego 2013

Wartość pracy

Pod artykułem, w którym porównałem przymusowe zadłużanie obywateli do niewolnictwa trwa zażarta i całkowicie próżna dyskusja. Oto MvS próbuje przekonywać, że wysokość zapłaty za pracę powinna być szacowana na podstawie ilości włożonej pracy, bez udziału pieniędzy:

Więc może najwyższy czas to zmienić? Wyeliminujmy pieniądze! Co kolega powiedziałby na system wymiany usług oparty na jednostce pracy? Dajmy na to "kredyty". Ktoś wykonuje jakąś pracę, usługę a ktoś mu za nią płaci w jednostkach- "kredytach" pracy, które może wykorzystać tylko on? Dalej; ta osoba płaci z własnej puli kredytowej za usługi innej osoby i tak dalej i tak dalej.

Reszta dyskusji to tylko wytykanie problemów z tym związanych oraz próba bohaterskiej walki z nimi.

MvS, wbrew temu co pisze, nie eliminuje pieniędzy, tylko wprowadza inną walutę. Czymże bowiem jest ów "kredyt", jeśli nie pieniądzem? Skoro "kredyty" można wymienić na towary i usługi, to jest to tylko jedna z form płatności. Nie ma znaczenia, czy będzie to kolorowy paciorek, bita moneta, wydrukowany banknot, zapis w komputerze, czy na świstku papieru. To jest pieniądz.

Ponadto wycenienie usługi i towaru na podstawie włożonej pracy jest bardzo trudne, niepewne i całkowicie pozbawione sensu. Weźmy ołówek, z przykładu Miltona Friedmana. Aby oszacować wartość pracy włożonej w produkcję zwykłego ołówka trzeba uwzględnić całe mnóstwo czynników - koszt wyprodukowania grafitu, koszt drewienka, farby, gumki, metalowej blaszki, która trzyma gumkę oraz koszt ich złożenia. A gumki, grafit, farba itd. też nie rosną na drzewach. Trzeba do ich wytworzenia wydobyć węgiel z kopalni na jednym końcu świata, sprowadzić kauczuk z drugiego końca świata i tak dalej, i dalej. Oszacowanie jakiegoś zunifikowanego kosztu włożonej w to pracy jest, jeśli nie niemożliwe, to bardzo pracochłonne. I ta praca też musi być uwzględniona w cenie ołówka, niepotrzebnie zawyżając tylko jego cenę.

Wycena wkładu pracy nie ma też nic wspólnego z wartością wytworzonego dobra lub usługi. Mogę przecież potwornie się napracować by zbudować jakiś mało użyteczny gadżet, a mogę też szybko i przy małym nakładzie pracy wytwarzać bardzo pożyteczny produkt. Jeśli będę je wyceniał na podstawie ilości pracy, to nikt nie kupi mojego gadżetu. Czy mam wtedy prawo sprzedać go taniej, czy też prawo ma zabronić mi sprzedać go poniżej obliczonej "wartości"? A mój drugi produkt? Jeśli popyt wielokrotnie przewyższa podaż, czyż państwo powinno mi zabronić podnieść cenę? Czy powinno zabronić moim klientom zapłacić więcej, jeśli są na to gotowi?

W obu przypadkach odpowiedź oczywiście brzmi "nie", co podważa całą istotę proponowanej wyceny.

Poza tym to co proponuje MvS promuje nieudaczników. Przecież księgowy z "dyskalkulią" więcej się napracuje nad zeznaniem podatkowym, niż księgowy biegły w liczbach. Zatem, według tego, co pisze MvS powinien dostać więcej "kredytów" za swoją usługę. A ten drugi najlepiej zrobi jeśli zajmie się projektowaniem mostów, o czym nie ma pojęcia, bo on napracuje się przy tym, zatem i zarobi na tym, więcej niż inżynier, który buduje mosty od lat.

Problem w tym, że nie można klienta zmusić, by płacił więcej nieudacznikowi, jeśli może zapłacić mniej profesjonaliście. Rozwiązanie MvS, jeśli nie będzie poparte surowymi zakazami i nakazami ze strony państwa, rynek i tak wyruguje w dniu jego wprowadzenia. Kropka.

 Rozwiązaniem jest oczywiście wolny rynek. Jego "wolność" polega na tym, że niczego nie narzuca, ani niczego nie zabrania. W rzeczywistości metoda MvS może jak najbardziej na wolnym rynku zaistnieć. MvS może usiąść i bardzo dokładnie obliczyć ile warta jest jego praca, ile spala kalorii w ciągu godziny jej wykonywania. Wynik swoich obliczeń przedstawi pracodawcy, bądź klientowi, a ten albo zgodzi się na zapłatę tej kwoty i wówczas MvS będzie miał swój "system", albo uzna, że MvS żąda zbyt wiele i zrezygnuje ze współpracy. Ale w tej sytuacji nie ma znaczenia, czy obliczenia prowadzi pracodawca, pracobiorca, klient, czy urzędnik. Jeśli coś się nie opłaca, to się nie opłaca i już.

Jakakolwiek próba regulacji cen i płac metodami innymi niż te wolnorynkowe, czy to przez wprowadzanie płacy minimalnej, ceny minimalnej, ceny maksymalnej, czy w inny sposób, tylko psuje rynek - bo sztucznie ogranicza dostęp do dóbr, rodzi bezrobocie, ogranicza konkurencję przyczyniając się do powstawania monopoli itd.

Na wolnym rynku Wiśniewski może w każdej chwili zatrudnić Maliniaka i nikt nie zastanawia się, czy wynagrodzenie jest za duże, czy za małe. Bo gdyby było za małe, to Maliniak powiedziałby "nie", a gdyby było za duże, to Wiśniewski by Maliniaka nie zatrudnił. Jeśli dobili targu, to znaczy, że wynagrodzenie jest w sam raz. To rozwiązanie jest najprostsze i najuczciwsze.

niedziela, 27 stycznia 2013

Antypody rzeczywiście stoją na głowie

Na stronie nowozelandzkiej organizacji ACT podano informację o mężczyźnie, który został zwolniony z pracy, gdy wyszło na jaw, że fałszywie podawał się za inżyniera z wieloletnim doświadczeniem, a jego referencje i dokumenty stwierdzające kwalifikacje były podrobione. Oszustowi przyznano 10 tys. NZD odszkodowania. Czyli ukarano pracodawcę za to, że został oszukany.

Wyobraźmy sobie, że kupuję komputer na Allegro, płacę, a sprzedawca wysyła mi pudło po komputerze z cegłami w środku. Co to znaczy? Oczywiście znaczy to, że sprzedawca jest złodziejem i oszustem. W normalnej sytuacji należałoby hultaja złapać, wezwać do zwrotu nieuczciwie pozyskanych pieniędzy i jeszcze przysolić karę.

A obie sytuacje są przecież bardzo podobne. Wszak usługa doświadczonego inżyniera to takie samo dobro jak komputer. I jeśli płacę za inżyniera, a dostaję usługę jakiegoś jegomościa, który inżynierem nie jest, to znaczy, że to on nie dotrzymał warunków umowy, a ja jestem poszkodowany.

W normalnej sytuacji sąd nakazałby temu oszustowi oddanie wszystkich pieniędzy, jakie zarobił na bezprawnie zajmowanym stanowisku z nawiązką za narażanie dobrego imienia firmy i jeszcze poszedł siedzieć za oszustwo i wyłudzenie. Przecież to jest normalny złodziej, który sprzedał bezwartościowego pustaka w "pudełku po inżynierze".

Tak się nie stało. Wprost przeciwnie: nowozelandzkie prawo pracy faworyzuje oszustów. I naturalną konsekwencją tego będzie, że zaraz inni pójdą w ślady tego drania. No tak! Skoro zamiast pracować przy frytkownicy w barze szybkiej obsługi mogę sfałszować parę dokumentów, dzięki czemu nie tylko będę zarabiał pensję inżyniera, ale w dodatku gdy moje oszustwo zostanie wykryte, to pracodawca-frajer jeszcze zapłaci mi odszkodowanie to nad czym tu się jeszcze zastanawiać? Przecież to czysty zysk bez żadnego ryzyka.

Inną konsekwencją może być też to, że przedsiębiorcy przeniosą produkcję do Chin, a nowozelandcy inżynierowie będą szlifować bruki.

_________
Przypominam o konkursie. Proszę o wysłanie SMSa o treści K00089 (kółka w środku to zera, a nie literki) na numer 7122. Koszt to 123 grosze - przypominam, że dochód z SMSów, a także wygrane przeze mnie nagrody będą przekazane na cele charytatywne.

Jest nieźle, nawet byłem przez jakiś czas w pierwszej dziesiątce, teraz jestem trzynasty. Niestety trudno jest oszacować, czy to mocna pozycja, czy nie, bo Onet aktualizuje dane tylko dwa razy na dobę i nie podaje wyników, tylko pewne przedziały, więc do pierwszej dziesiątki może mi brakować kilku głosów, a może też kilkudziesięciu. Niestety między innymi  te skąpe informacje w zeszłym roku przyczyniły się do tego, że w ostatniej chwili wypadłem z pierwszej dziesiątki. W tym roku chciałbym mieć "górkę". I tak się nie zmarnuje. Więc jeśli ktoś czuje, że mógłby zapłacić pół grosika za każdy mój artykuł, to zachęcam - jeśli nie dla idei, to dla dzieci.

czwartek, 3 stycznia 2013

Najpierw praca, potem przyjemność

Obecnie panuje błędne przekonanie, że praca zawodowa jest po to, by się w niej realizować. Media przodują w tej propagandzie. Ciągle słyszę, że praca ma przynosić radość i satysfakcję. Młodzież zachęcana jest do wyboru kierunku studiów pod kątem swoich zainteresowań, a nie pod kątem zapotrzebowania na rynku pracy. Rób to co sprawia ci radość.

Jest to bzdura. Oczywiście nie wątpię, że są osoby, które potrafiły połączyć pracę zawodową ze swoją pasją i nawet są w stanie z tego utrzymać rodzinę. Są to nieliczni szczęściarze, którym można tylko pozazdrościć. Ale założenia są zgoła inne - praca zawodowa jest po to, by zarabiać pieniądze. A pieniądze zarabia się robiąc coś, czego ktoś inny nie chce zrobić, nie ma czasu lub nie potrafi. Zaciskam zęby i daję się wykorzystać w zamian za pieniądze. Od robienia tego, co lubię i chcę robić, mam hobby i czas wolny.

Nie chodzi tu nawet o kasjerki w supermarketach, szambonurków, czy sprzedawców obuwia damskiego, dla których czerpanie przyjemności z wykonywanej pracy powinno być sygnałem alarmowym, że odbija im palma. Nawet jeśli komuś uda się skończyć wymarzone studia i zdobyć pracę, która odpowiada jego zainteresowaniom, to i tak najczęściej sporą część czasu poświęca na wykonywanie nudnych czynności towarzyszących i w końcu też dopada go rutyna.

Ale za to po pracy, mogę robić to co lubię. Sklejam samoloty, wypycham zwierzęta, maluję, fotografuję, uwodzę dziewczęta, gram w golfa. I stać mnie na to, bo zarobiłem na swoje przyjemności nosząc cegły, odbierając telefony z zażaleniami, czy wymieniając opony. I w tym czasie jestem wolny - robię co chcę, nikt mnie nie goni, w każdej chwili mogę przerwać i zająć się czymś innym, albo zrobić sobie kilkutygodniową przerwę, gdy coś zaczyna mnie nużyć. Bo nikt mi za to nie płaci.

W pracy zawodowej nie mogę sobie na to pozwolić. I nawet jeśli mam najwspanialszą i najbardziej pasjonującą pracę na świecie, to czasem zaczyna ona uwierać, bo jest to, jakby nie było, mój obowiązek. Ale to nie szkodzi, bo tak właśnie ma być. Coś za coś.

Pozostaje kwestia, dlaczego mediom tak zależy, bym uwierzył, że moja praca to moja pasja i sens życia? Że oddając się jej w stu procentach lepiej się realizuję? Że wykładanie towarów na regały w "biedronce" to sama radość i satysfakcja z tego, że dzięki mnie klient bez trudu znajdzie na półce piwo Bohun Mocny, za 1,39 po przecenie?

Bo jeśli praca mnie tak pochłania, wypełnia i uszczęśliwia, to po co mi pasja? Po co mi dyskoteka? Po co mi pole golfowe? To tylko niepotrzebne trwonienie pieniędzy.

Otóż to. Jeśli ja nie wydaję tych pieniędzy, to nie zauważam, że ich nie mam. Nie pytam, dlaczego płacę olbrzymie podatki. Mam na mieszkanie, mam na jedzenie, ubranie i wystarczy. Nie potrzebuję wydawać na podróże, sprzęt fotograficzny, paralotnię. Bo "spełniam się w pracy". A jeśli nawet nie do końca się w niej spełniam, to i tak się do tego nie przyznam, żeby nie wyjść na frajera między moimi znajomymi, którzy tak wspaniale się spełniają w swoich

Przez wysokie podatki nie stać mnie na żadne kosztowne przyjemności, ale co z tego, skoro dałem sobie wmówić, że ich nie potrzebuję, bo praca daje mi więcej przyjemności. Że Arbeit macht frei.

piątek, 20 kwietnia 2012

O kobietach, podatkach i miłości

Kage, pod moim niedawnym wpisem na temat kobiet pracujących poza domem, zamieścił bardzo ciekawą i na pierwszy rzut okiem poprawną analizę. Drugi rzut okiem pozwala dostrzec w niej błędy, ale głos Kage jest bardzo cenny w dyskusji, bo większość osób z trudem dociera nawet do tego pierwszego rzutu.

Zaczyna od niezbyt eleganckiego włożenia mi w usta słów: facet pracować musi, kobieta lepiej, aby tego nie robiła, no chyba, że się uprze. Całkowicie odcinam się od drugiej części tej wypowiedzi - ani nic takiego nie napisałem, ani nie miałem na myśli. Nie twierdzę, że lepiej jest gdy kobieta nie pracuje (mówię cały czas o pracy POZA domem). Lepiej jest, gdy ma wybór. Podobnie jak nie pisałem nic o uporze - pisałem o chęci. Ja bym powiedział raczej: facet pracować musi, kobieta lepiej aby miała możliwość niepracowania (mógłbym dodać: no chyba, że chce, ale przy tak postawionej sprawie jest to chyba oczywiste). Ale muszę dodać, że o ile zostanie kobiety w domu nie musi być dla niej korzystne, to z całą pewnością korzystnym jest dla dzieci, zwłaszcza małych.

Dalej Kage wypunktowuje:

1. Niektóre kobiety "niezmuszane" do pracy zajmą się domem rezygnując z mało rozwijającej, ciężkiej pracy.
I bardzo dobrze. Zakładam, że to jedynie wstęp do dalszej dyskusji i Kage nie widzi w tym nic złego, o ile nie jest dyrektorem "Biedronki".

2. Zwolni się wiele nieciekawych etatów, które mimo dużego bezrobocia nie zostaną ot tak zapełnione

Dlaczego nie miałyby zostać zapełnione, zwłaszcza mimo bezrobocia? Kage zapomniał o jednej ważnej rzeczy, o której mówiłem - że głównym sposobem do osiągnięcia sytuacji z punktu pierwszego jest zniesienie ogromnych obciążeń podatkowych, co przełoży się na wyższe wynagrodzenia. I to jest kwestia kluczowa do zrozumienia problemu. Zatem nawet jeśli "nasi" mężczyźni nie zapełnią powstałej luki, to zapełnią ją nasi przyjaciele zza wschodniej granicy, a prawdopodobnie także zza zachodniej. A jeśli jeszcze do tego uda się znieść zasiłek dla bezrobotnych , to ho-ho. Myślę, że to załatwi sprawę punktu 3a.

3b. Albo firmy poprawią pensję i atmosferę w pracy, co przyciągnie nowe osoby, ale cena usług wzrośnie.

Pierwsza część - tak, druga - niekoniecznie. Obniżenie podatków sprawi, że pracodawca będzie miał nieco więcej środków do zachęcania nowych pracowników, nawet bez potrzeby podnoszenia cen. Przypominam też o naszych sąsiadach.

I właściwie dalsza dyskusja jest tu niepotrzebna, bo kolejne punkty Kage wynikają z powyższych błędnych założeń. Przytoczę tylko jeszcze ostatnią jego wypowiedź:

5. Kobiety z pokolenia na pokolenie będąc coraz bardziej przyzwyczajanie na nowo do postawy "jak nie chcę, to nie muszę"

I bardzo dobrze - w wolnym kraju każdy powinien być przyzwyczajony do takiej postawy. Zresztą nawet gdy mówię o obowiązku pracy mężczyzn, mówię tylko o ich obowiązku przed samym sobą. Jeśli chce umrzeć z głodu, albo znajdzie kogoś, kto pozwoli mu na sobie pasożytować, to ja oczywiście nie mogę mieć nic przeciwko temu.

- nie będą znały wartości pracy, a jedynie ich wartość konsumpcyjną, której pewien pułap będzie przez nie wymagany (by "godnie" żyć)

Będą znały wartość pracy dla domu, która jest często wyższa niż tej poza domem. A poza tym dobrze zarabiający i szanujący się mężczyzna nie zwiąże się z kobietą, która nie szanuje jego pracy i traktuje go tylko jak portmonetkę.

 i dojdziemy do chorej sytuacji jak w Hongkongu, gdzie nie istnieje miłość. Małżeństwo to transakcja a mężczyzna bez dobrego samochodu, ładnego własnego mieszkania, bardzo dobrze płatnej pracy i dużych oszczędności nie ma co uderzać w podryw. Zainteresowana dziewczyna zanim pozna jakim jest człowiekiem sprawdza jego zaplecze fiskalne i ew wtedy da mu szansę. 

Lepiej jest, gdy kobieta wiąże się z mężczyzną, bo ten dobrze zarabia, niż gdy wiąże się z nim dla ulg podatkowych, jak ma to miejsce obecnie. Bo w końcu taka jest pierwotna rola małżeństwa - mężczyzna powinien zapewniać kobiecie poczucie bezpieczeństwa, również finansowego. Nie wiem czym miałoby być to "zaplecze fiskalne". Jeśli wszystko pójdzie po naszej myśli podatki będą niskie i sprawiedliwe, więc "zaplecze fiskalne" nie będzie grało istotnej roli w budżecie domowym.

Zaś zdanie o miłości to też jakaś pomyłka. To obecnie miłość jest spychana na boczny tor. Dzisiaj kobieta wybiera między mężczyzną, który nie jest w stanie wyżywić rodziny, a mężczyzną, który może jej to zapewnić. Jeśli kocha tego pierwszego, to ma bardzo trudny orzech do zgryzienia i nierzadko chłodna kalkulacja wygrywa z sercem. Jeśli zaś zdejmiemy z tych dżentelmenów obciążenia podatkowe, to wybór będzie dużo prostszy, bo być może jeden z tych panów będzie miał większy dom i szybszy samochód, ale obaj będą w stanie utrzymać rodzinę na przyzwoitym poziomie. I wówczas kryterium finansowe traci na wadze, a miłość zyskuje. Oczywiście zawsze były i będą kobiety, które szukają partnerów wyłącznie dla pieniędzy, tak jak i panowie, którzy od kobiety oczekują tylko ładnej opalenizny i dużych piersi, ale tego przecież nie chcemy im bronić

Połączmy to jeszcze z absolutną władzą rodzicielską i powrócimy do iście najlepszych wartości kapitalizmu - kupowania sobie żony od jej ojca.

Myślę, że tu Kage nieco się zapędził i wyciąga zbyt dalekosiężne wnioski (poza tym to na ogół to ojciec panny młodej płacił posag). A jeśli nawet do tego dojdzie, to starym zwyczajem będziemy porywali dziewczęta z domów w imię miłości, a co!

niedziela, 8 stycznia 2012

Dwa sposoby na bezrobocie

Pan premier Tusk, jak możemy się dowiedzieć ze strony TVP, postanowił podarować zarobione przez nas pieniądze zagranicznym koncernom, by te budowały u nas fabryki i zatrudniały Polaków.

Lepszym rozwiązaniem byłoby raczej nie rozdawanie tych pieniędzy, a zaprzestanie rabowania nam ich w takich ilościach. Zmniejszenie obciążeń fiskalnych sprawiłoby, że nasi rodzimi pracodawcy mieliby więcej pieniędzy na inwestycje, konsumenci mieliby więcej pieniędzy na konsumpcję, a ceny produktów byłyby niższe. Gospodarka nieco ocknęłaby się z letargu a bezrobocie spadłoby.

Problem jest taki, że stosując moje rozwiązanie tu powstałyby dwa miejsca pracy, tam trzy, ówdzie dziesięć i w całym kraju tysiące firm pozatrudniałyby po parę osób. W sumie bardzo wiele, ale oczywiście nikt tego nawet nie odnotuje. Dużo lepiej powiedzieć o trzech fabrykach, które w sumie zatrudnią marne 1400 osób - co to w ogóle jest w skali kraju?

Co ciekawe, dziwnym zbiegiem okoliczności również dużo łatwiej jest wyegzekwować łapówki od trzech firm, niż od tysięcy drobnych przedsiębiorców.

poniedziałek, 26 grudnia 2011

Piramidalne bzdury

Z radością napisałbym coś o instalacjach elektrycznych na okrętach, ale niestety absolutnie się na tym nie znam. Od biedy mógłbym zaprojektować i wykonać instalację elektryczną we własnym domu - jak coś podłączę niewłaściwie, to zepsuję swoje sprzęty - ale wypowiadając się na temat elektryki statków zrobiłbym tylko z siebie kretyna.

Dokładnie takiego samego kretyna, jakiego robi z siebie elektryk okrętowy, który wypowiada się na temat kapitalizmu oraz obowiązkach przedsiębiorców w sektorze prywatnym. Zwłaszcza w sytuacji gdy nigdy do tego sektora nie należał ani jako pracodawca, ani nawet jako pracobiorca.

Pan Lech Wałęsa, na antenie radia Tok FM wypowiedział się na temat przedsiębiorców:

Trzeba wymusić: kapitaliści, jesteście odpowiedzialni za bezrobocie, jesteście odpowiedzialni za pracę. Jeśli nie macie pracy, budujcie piramidy. Robota musi być, ludzie muszą zarabiać i muszą być traktowani porządnie.

Długo nie wiedziałem jak to skomentować. Pardon - wiedziałem, ale w mojej głowie zrobiło się bardzo tłoczno, a komentarze w niej zrodzone zaczęły się przepychać jak klienci supermarketu w dniu świątecznej wyprzedaży, wykrzykując "Ja! Ja! Mnie wybierz!". I wcale im się nie dziwię.

Kapitaliści nie są odpowiedzialni za bezrobocie. Znaczy są, ale w takim znaczeniu, w jakim pierogi są odpowiedzialne za głód - zmniejszają go. Kapitaliści podobnie - zatrudniają ludzi, tym samym zmniejszając bezrobocie.

Ktoś słusznie zauważy, że przecież kapitaliści czasem, a ostatnimi czasy nawet dość często, zwalniają pracowników, a zatem zwiększają bezrobocie. Owszem ale tylko, TYLKO o te osoby, które wcześniej zatrudnili. Zatem tak czy siak jego istnienie na rynku sprawia, że bezrobocie jest niższe niżby było bez niego.

Następna sprawa: budować piramidy - ciekawy pomysł, tylko dla kogo i za co? Firmy, w tym przypadku budowlane, nie powstają dlatego, że właściciel ma nieodpartą chęć budowania czegokolwiek, tylko dlatego, że przedsiębiorca chce na tym zarobić. Żeby wybudować piramidę, musiałby mieć na nią nabywcę. I to jest jedna sprawa.

Drugą, dużo istotniejszą kwestią są koszta pracy. Starożytni Egipcjanie mogli sobie pozwolić na trzaskanie piramid na środku pustyni i to w dodatku gołymi rękami - bez ciężkich maszyn, co zapewne bardzo ucieszy pana Wałęsę zwłaszcza w kontekście innej jego wypowiedzi, którą zaraz przytoczę - z jednej prostej przyczyny. Mieli bardzo tanich pracowników: niewolników, zatem jedynym kosztem było ich wykarmienie. Dziś kapitalista musi zapłacić za pracę nie tylko robotnikowi - to akurat drobiazg - znacznie więcej z pieniędzy przeznaczonych na inwestycję idzie albo od razu, albo powoli i stopniowo do budżetu państwa.

Oczywiście nie sugeruję powrotu do niewolnictwa. To raczej pan Wałęsa tego oczekuje, z tą małą różnicą, że przedsiębiorca tym razem miałby służyć swoim panom-robotnikom. Ja postuluję zmniejszenie podatków i redukcję liczby panów-biurokratów oraz panów-odbiorców świadczeń socjalnych.

A jeśli pan Wałęsa tak bardzo jest za budową piramid, to po jakie licho idzie z tym do tych wrednych i złośliwych kapitalistów, którzy i tak robią wszystko na przekór niemu? Niech każdy bezrobotny sam sobie wybuduje piramidę - robota, jak oczekuje pan Wałęsa, będzie. Co? Że nikt im za to nie zapłaci? A kto zapłaci przedsiębiorcy?

W sposób nie mniej intrygujący wypowiedział się były prezydent RP na temat postępu technicznego:

Potrzebne są inne struktury. Jeśli chodzi o gospodarkę, to na pewno własność prywatna, ale nie taka bezczelna, która wyrzuca ludzi, a zatrudnia maszyny. Guzik mnie obchodzi: maszyny miej, ale robotę masz dać. Od tego jesteś.

Innymi słowy jego receptą na bezrobocie jest odstawienie koparki na parking, a w zamian zatrudnienie dziesięciu chłopa z łopatami. Albo jeszcze lepiej - odstawić łopaty, bo do przekopania rowu gołymi rękami trzeba jeszcze więcej robotników! Pan Wałęsa nie dostrzega oczywiście tego, że wówczas wykopanie rowu, wybudowanie drogi, osiedla, czy czegokolwiek trwałoby potwornie długo i byłoby potwornie drogie, zatem nie odpowiadałoby żadnym dzisiejszym standardom, oprócz oczywiście standardów stosowanych przy realizowaniu projektów zlecanych przez państwo bądź samorządy.

Zatem albo firmy takie zupełnie nie miałyby zleceń - poupadałyby natychmiast (zwiększając oczywiście bezrobocie do poziomu daleko większego niż obecne), albo wykonywałyby tylko roboty opłacane z kasy publicznej.  Tylko skąd wówczas wzięłyby się na to wszystko pieniądze, jeślibyśmy z budżetu utrzymywali nie tylko obecnych darmozjadów, ale i całe rzesze zadowolonych i hojnie wynagradzanych budowniczych nikomu niepotrzebnych i szalenie drogich piramid?

Firm budowlanych potrzebujemy nie po to, by budowlańcy mieli pracę, tylko po to, byśmy mieli domy. A nikt firmy nie założy po to, by charytatywnie do niej dopłacać. Nikt oprócz państwa oczywiście.

I nie mówmy przedsiębiorcom od czego są. To oni decydują od czego są, podobnie jak każdy z nas.

Ja za to wiem, od czego kto nie jest.

Panie Wałęso, to w PAŃSTWIE potrzebne są inne struktury. Potrzebujemy rozsądnej polityki, nie takiej bezczelnej, która ignoruje specjalistów, a zatrudnia idiotów. Guzik mnie obchodzi: poglądy sobie miej pan jakie chcesz, ale lepiej ich nie wygłaszaj. Nie jesteś pan od tego.

piątek, 25 listopada 2011

Denken macht frei

Pewien historyk-kolekcjoner w Czechach wystawił przed domem eksponat ze swoich zbiorów - kopię szyldu "Arbeit macht frei" (praca oswobadza), który wisiał był w bramie obozu w Oświęcimiu. Napis ten zainstalował już jakiś czas temu - z relacji jego żony wynika, że przez pięć lat eksponat nikomu nie wadził, a dopiero kilka dni temu stał się przyczyną skandalu, o czym można przeczytać w Gazecie Prawnej:

Władze lokalne nie kryją oburzenia. Napis - ich zdaniem - graniczy z propagowaniem faszyzmu. "To znieważenie ludzi, którzy zostali w Auschwitz skazani na mękę i to tragedia, że coś takiego w Czechach nie jest karalne" - oświadczył wiceburmistrz Rychwałdu Ladislav Sitko.

Spieszę wyjaśnić, bo pan wiceburmistrz może nie znać języka - napis "Arbeit macht frei" nie propaguje faszyzmu - propaguje pracę. Oczywiście w socjalistycznej Europie zarówno słowo "praca" (zwłaszcza uczciwa i pożyteczna) jak też słowo "wolność" nie kojarzą się dobrze.

Ale jest to tylko kolejny dowód na to, że świat stoi na głowie. Gdyby świat ów posiadał głowę w sensie fizycznym, to zapewne była by ona spłaszczona od góry (czy też od dołu, patrząc z pozycji naturalnej) i potwornie , ale to potwornie boląca.

Znamiennym jest, że opinia pana Sitko odbiega znacznie od zdania innych osób wypowiadających się na temat tego napisu. Szymon Peres, prezydent Izraela powiedział, że ten napis "ma głębokie znaczenie historyczne zarówno dla narodu żydowskiego, jak i dla całego świata, i przypomina o ponad milionie Żydów zamordowanych w tym obozie".

Podobne zdanie miał Międzynarodowy Komitet Auschwitz:

Ten napis i sam obóz będą opowiadać o tym, co się wydarzyło, także wtedy, gdy my, którzy przeżyliśmy, już nie będziemy mogli o tym mówić - powiedział przewodniczący organizacji Noach Flug.

Komitet podkreślił ponadto, że napis przypominał nie tylko o cierpieniach więźniów, ale także o ich oporze.

A nasz były, zmarły tragicznie prezydent Lech Kaczyński, pisał o szyldzie, że jest to "[...] rozpoznawalny na całym świecie symbol cynizmu i okrucieństwa hitlerowskich oprawców oraz męczeństwa ich ofiar."

Nie ulega zatem wątpliwości, że napis ten nie jest propagandą faszyzmu, tylko pomnikiem, symbolem, który ma przypominać o okrucieństwie hitlerowców i o ludziach, którzy zmarli w Oświęcimiu. A w dzisiejszych czasach przypominanie o Oświęcimiu jest niemal obowiązkiem każdego obywatela.

Sam profesor Władysław Bartoszewski, były więzień tego obozu porównał napis z bramy do klasztoru na Jasnej Górze. Czy postawienie w ogrodzie kopi jasnogórskiego klasztoru byłoby bluźnierstwem, albo propagowaniem jakichkolwiek złych idei? Nie, panie Sitko, nie mógł pan być w większym błędzie.

Nie wiem, co skłoniło właściciela do postawienia przed domem znaku i, szczerze mówiąc, jakikolwiek motyw byłby mi tak samo obojętny - może postawił go jako pamiątkę, która ma przypominać "okrucieństwo hitlerowskich oprawców", jakże można byłoby mieć mu to za złe?

A może jest to dla niego tylko gadżet kolekcjonerski? Też nie powinno się go za to krytykować - sam jakiś czas temu na urodziny kupiłem bratu, miłośnikowi historii, na bazarze na Kole kolekcjonerską replikę zegarka "cebuli" z czasów drugiej wojny światowej z wygrawerowanym na kopercie orłem, swastyką i napisem "Gott mit uns" (Bóg z nami) i ani mnie, ani jemu przez myśl nie przeszło, że jest to niestosowne, że jesteśmy "naziolami", albo że cokolwiek propagujemy.

Jednego jestem pewien - nie miał na celu propagowania faszyzmu. Jest wiele dobitniejszych jego symboli i reklam, które mógłby wystawić w ogródku, a na dodatek całkowicie legalnie i nie budząc żadnych podejrzeń. Chociażby błękitny sztandar z tuzinem gwiazdek.

Aha, większość cytowanych wypowiedzi pochodzi sprzed dwóch lat, kiedy szyld "Arbeit macht frei", tym razem oryginał, został skradziony z bramy obozu (sznurek). Czyli w obliczu sytuacji zgoła odwrotnej, od tej, która ma miejsce w Czechach.

środa, 14 września 2011

Pusty flak

Od przyszłego roku płaca minimalna wyniesie nie 1386 złotych jak do tej pory, ale 1500. To spora zmiana i przyniesie ze sobą spore konsekwencje.

Na różnych portalach informacyjnych spotykam się z dość intensywną krytyką komentatorów. Jest to niesłuszna krytyka. Tak! Ponieważ rzeczeni komentatorzy uważają, że to ciągle za mało. A tymczasem warto się zastanowić nad jedną rzeczą.

Obecnie minimalny koszt zatrudnienia jednej osoby ponoszony przez chlebodawcę to 1642,13 złotych miesięcznie. Od stycznia wyniesie on 1777,20, czyli o 135,07 złotych więcej. Zatem aby nie pomniejszyć swojego zysku pracodawca ten musi podnieść cenę oferowanych towarów i usług.

Z drugiej strony pracownik zarabiający stawkę minimalną obecnie dostaje na rękę 1032,34 złotych, a po podwyżce dostanie 1111,86, czyli tylko o 79,52 złotych więcej.

A co z klientem? Klient musi zapłacić więcej za usługę. A jego ta podwyżka kosztuje jeszcze więcej, bo dochodzi jeszcze VAT. Do tej pory "utrzymanie" tego pracownika kosztuje klientów 1642,13 złotych, które płaci chlebodawca + VAT, zatem 2019,82,a po podwyżce będzie to 2185,96, czyli o 166,14 złotych więcej.

Socjalistów to oczywiście guzik obchodzi - widzą tylko połowę cyklu, ale my wiemy, że ten klient i tamten pracownik to jedna i ta sama osoba! Piekarz po pracy idzie do supermarketu, kasjerka po pracy idzie do obuwniczego, szewc po pracy idzie się upić, a barman, wracając nad ranem do domu wstępuje po bułeczki. Oni sami, a nie krasnoludki muszą zapłacić za wykonywane przez siebie usługi oraz towarzyszące im podatki.

I ci wszyscy ludzie do kupy zarabiają co prawda w sumie o 80 złotych więcej na osobę, ale co miesiąc na życie muszą wydać po 166 złotych więcej. Podnosząc pensję minimalną państwo orżnęło każdą z tych osób na 86 złotych. One "wyparowały" z tego układu, podobnie jak cała reszta pieniędzy odbieranych tym ludziom - czyli nam wszystkim - w gigantycznych podatkach.

Oczywiście jest to uproszczony schemat, ale bardzo wyraźnie obrazuje pewną zależność: Jeśli zarobki rosną o x procent, to koszta utrzymania się rosną o x procent plus podatki. Zawsze! Pieniądze na podwyżki nie spadają z nieba - ktoś musi za nie zapłacić i zawsze jest to konsument. Jedynym beneficjentem tych podwyżek jest państwo, które właśnie upiekło dwie pieczenie na jednym ogniu - podlizało się tym biednym idiotom, którzy myślą, że dzięki rządowi zarabiają więcej (bo widzą więcej złotówek wydrukowanych wielkimi cyframi na ich banknotach, ale nie widzą zmniejszonej siły nabywczej, której się na nich nie drukuje), oraz, co istotniejsze, na każdym z nich zarobiło dodatkowe 86 złotych miesięcznie.

I proszę nie dać się oszukać, że podwyżka dotyczy tylko tych zarabiających poniżej 1500 złotych! Jeśli na przykład kasjerka w supermarkecie zarabia 1400 złotych, a kierownik zmiany 1500, to przecież ten drugi też musi dostać podwyżkę. Nie będzie brał na siebie większych obowiązków i odpowiedzialności za te same pieniądze co kasjerka! A nad nim też pracuje ktoś, kto zarabia trochę więcej, za trochę większe obowiązki i tak dalej.

Wielu optymistów po Naszej stronie i pesymistów po Ich stronie podejrzewa, że ta podwyżka to tylko kiełbasa wyborcza i że po wyborach rząd z niej zrezygnuje. Nie sądzę. Oni przecież są jedynymi, którzy na tym zyskają. To nie jest kiełbasa. Owszem, jest to kiszka, ale w tej kiszce nie ma mięsa.

piątek, 22 kwietnia 2011

Jedynym kto zarobi na podwyżce płac minimalnych jest fiskus

Pod moim tekstem na temat płacy minimalnej swój obszerny wpis zamieścił komentator JK. Najwyraźniej nigdy nie czytał większych bzdur. Niezbyt miło jest mi to czytać, biorąc pod uwagę liczbę idiotyzmów wypluwanych codziennie przez prasę, media internetowe dzienniki ustaw i inne źródła zachłyśnięte czerwonymi ideami. Wierzę, że to tylko taki zwrot, a nie stwierdzenie.

Do rzeczy. Już w pierwszym zdaniu:

ponad 15 lat prowadzę firmę i u mnie minimalna płaca to 2380zł brutto

daje jasno do zrozumienia, że problem ustawowej płacy minimalnej nie dotyczy bezpośrednio ani jego firmy, ani pracowników (przynajmniej teraz, przy proponowanej PM rzędu 1500 zł). Ja mogę się tylko z tego cieszyć, bo im więcej takich firm, tym mniejsze szkody spowodowane przez głupie ustawy w tej materii. Fakt ten powoduje jednak, że powoływanie się na przykład jego firmy w tej dyskusji jest bezcelowe. Co więcej, JK zapomina (albo celowo przemilcza), że nie każdego przedsiębiorcę stać na tak hojne wynagrodzenia. On ma interes w tym, aby ta ustawa weszła w życie - konsekwencje jej wprowadzenia nie dotkną jego, ale mogą dotknąć jego konkurentów.

Dalej jest argument:

Staszek nie wciskaj ludziom bzdur , ze bezrobocie wzrośnie jak minim- wzrosną pensje ,jakoś przez ostatnie 4 lata nie było znaczących podwyżek a bezrobocie rośnie w zastraszającym tempie nadal

Przedsiębiorcy nie powinienem przypominać, że wzrost bezrobocia może mieć i ma wiele przyczyn, nie tylko manipulowanie przy płacach. Jeśli jego słowa brzmiałyby "Przez ostatnie cztery lata podnoszono płacę minimalną, a bezrobocie nie wzrosło" to, owszem, byłby to argument obalający moją tezę (tak działa implikacja logiczna). On jednak ten argument odwrócił do góry nogami. Można to porównać do dialogu: "Skok z tarasu widokowego Pałacu Kultury powoduje śmierć" - "Mylisz się, w zeszłym roku nikt nie wyskoczył z tarasu widokowego PKiN, a mimo to wiele osób umarło". Co innego gdyby powiedział: "A wcale że nie, Zbyszek w zeszłą środę skoczył i przeżył!". Prawda, że jest różnica?

piszesz "i odbije to sobie na cenach usług " a tu się nie zgodzę z tobą , niech wyzyskiwacz podnosi ceny zobaczymy ile będzie miał klientów

 Racja. Nie będzie miał klientów, upadnie i przysporzy bezrobociu punktów. Przecież o tym mówiłem. JK zdaje się zapominać, że omawiana podwyżka cen, to nie widzimisię przedsiębiorcy, tylko wynik podniesienia ustawowej płacy minimalnej. Nie możemy oczekiwać od właściciela firmy prywatnej, że będzie do niej dopłacał (od tego, jak uczą socjaliści, są firmy państwowe), tak samo jak nie oczekujemy od jego pracowników, że będą pracowali za darmo.

wiem ze w innych krajach ludzie dużo zarabiają a ceny towarów i usług są śmiesznie niskie

Otóż to! Główną przyczyną wysokiej różnicy między ceną usługi a wynagrodzeniem usługodawcy są ogromne koszta pracy w Polsce (polecam mój film na ten temat). Jeśli szewc za zrobienie buta dostaje na rękę 100 złotych, a drugie tyle jest wyciągane od niego i od pracodawcy na różne podatki, to cena tego buta w sklepie musi wynosić przynajmniej 200 złotych. A sklep i zakład szewski też muszą się utrzymać. A ZUS, US i NFZ muszą złupić też pracowników sklepu i to wszystko dodatkowo powiększa cenę buta.

Kluczem do rozwiązania tego problemu są niskie i sprawiedliwe podatki oraz likwidacja przymusu ubezpieczeniowego, a nie podnoszenie płacy minimalnej.

Bo po podniesieniu płacy minimalnej, pan szewc, czy kapelusznik będzie dostawał do ręki nie 100, a 120 złotych, a buty i kapelusze będą w sklepie nie po 300, tylko po 360. I teraz ten kapelusznik, który jako człowiek pracy zarobił o 20 złotych więcej, idzie do sklepu obuwniczego i płaci o 60 złotych więcej. On na tym stracił 40 złotych! To właśnie stąd bierze się ta dysproporcja. Najlepiej na podwyżce płac zawsze wychodzi Urząd Skarbowy.

Dalej JK aż wykrzyknął:

PRACOWNIK GDY WIECEJ ZARABIA TO WIECEJ WYDAJE A JAK WYDAJE WIECEJ TO ZWIEKSZA SIE ZAPOTRZEBOWANIE NA TOWARY I USLUGI A JAK ZWIEKSZA SIE ZAPOTRZEBOWANIE TO MUSZA POWSTAWAC NOWE STANOWISKA PRACY

Tak. To jest święta prawda i o to walczymy. Tylko ponownie - pracownik ma mniej pieniędzy głównie przez podatki. Przez to, że "państwo wie lepiej", jak wydać jego pieniądze. Miejsce twoich pieniędzy jest w twojej kieszeni. I tylko ty możesz wydać je na żarcie, samochód, kobiety, studnie w Afryce, albo spalić. I wtedy faktycznie rośnie zatrudnienie w przemyśle spożywczym, motoryzacyjnym, kwiaciarskim, w somalijskiej firmie "Studnix" i w lokalnej remizie strażackiej.

Winny tej sytuacji jest nie ten, który robotnikowi pieniądze daje, czyli chlebodawca, tylko ten który temu robotnikowi je zabiera, czyli urzędnik.

Pracownicy firmy JK są zadowoleni. Jestem ciekaw, czy będą tak samo zadowoleni wiedząc, że skarb państwa co miesiąc ich łupi na 1087 złotych, bo taka jest różnica między kosztem pracodawcy, a tym, co dostają na rękę. Podejrzewam, że będą wściekli (ja jestem), ale przecież nie na pracodawcę, tylko na podatki.

Smutna prawda jest taka, że przy obecnych kosztach pracy, skądinąd całkowicie poprawne rozumowanie JK zostaje sprowadzone do absurdu. Bowiem okazuje się, że więcej pieniędzy na wspomniane przez niego towary i usługi zostanie wydanych, jeśli płace będą NIŻSZE. Dlaczego? Przykład:

Powiedzmy, że ja też mam firmę i zatrudniam dziesięć osób za 2380 zł brutto. Na rękę dostają po 1725 zł (kalkulator płacowy). Zatem miesięcznie mają 17250 złotych na zakup towarów i usług. I nagle postanawiam obniżyć ich wynagrodzenie do stawki minimalnej, czyli 1386 zł brutto. Teraz moi pracownicy zarabiają netto po 1032 złote, zatem, jak słusznie przewidział JK, rynek jest uboższy o 17250 - 10320, czyli o 6930 złotych. Ale co się stało z tymi pieniędzmi? One nie przepadły, zostały wszak w mojej kieszeni.

Mój miesięczny koszt zatrudnienia każdego pracownika, wynosił 2812 zł (kalkulator płacowy), a obecnie wynosi 1642 zł. Przy dziesięciu pracownikach daje mi to dodatkowy miesięczny zysk w kwocie 11700 zł. Od tego płacę podatek 19% (proszę mnie poprawić jeśli się mylę)  i w kieszeni zostaje mi 9477 zł. I za te pieniądze mogę sobie coś kupić, zainwestować, bądź zatrudnić w mojej firmie sześć osób. Na moim wyzysku rynek zyskuje 2547 zł miesięcznie.

Ubolewam nad tym, ale tak jest. Im wyższe są koszta pracy, tym mniej chętnie pracodawcy dają podwyżki.

Dziękuję JK za rzeczowy komentarz, gratuluję udanego biznesu, ale w tej kwestii pozostanę przy swoim.

A dla tych pracodawców, których pracownicy narzekają, że za mało zarabiają, mam radę: Proszę z pracownikiem usiąść i powiedzieć mu wprost: "Panie Zenonie, ja na pana płacę miesięcznie1642 złote. Z tego 610 złotych, czyli blisko dwie piąte zagrabiają ci bandyci z Wiejskiej. Proszę więc do nich mieć żal, a nie do mnie." I oczywiście podsunąć mu, że będzie tak się działo dalej, dopóki w wyborach wygrywały będą świnie z Bandy Czworga.

Może wówczas pan Zenon zastanowi się nieco dłużej zanim jesienią odda swój głos w wyborach.

poniedziałek, 17 stycznia 2011

Płaca minimalna

Solidarność znowu próbuje kombinować przy płacy minimalnej.

Ustalenie płacy minimalnej, na pierwszy rzut okiem, wydaje się bardzo pozytywnym zjawiskiem. Nasuwa się bowiem myśl, że oto od dziś, każdy pracujący będzie miał zapewnione jakieś minimum uposażenia, nie będzie już nikt wyzyskiwany za marne grosze.

Rozsądek polega na kwestionowaniu pierwszego rzutu okiem.

Pierwiastek ekonomiczny:
Ludzie bardzo często ostatnimi czasy zapominają o tym, że pracownik zarabia pieniądze nie za fakt istnienia i bycia zatrudnionym, ale za wykonywanie pewnej pożytecznej pracy. Pożytecznej, czyli przynoszącej firmie i jej klientom korzyść.
Za każdym razem, kiedy rząd ustanawia lub podnosi płacę minimalną, powstają dwie grupy zatrudnionych. Ci, których zatrudnienie nadal się opłaca, bo przynosi korzyści większe niż koszt ich zatrudnienia oraz ci, których już nie opłaca się zatrudniać. Łudzenie się, że chlebodawca z własnej kieszeni dołoży różnicę jest naiwnością. Czy będzie to „wyzyskiwacz”, który myśli tylko o tym, żeby wycisnąć z pracownika jak najwięcej, czy też dobry „Papcio”, którego zadowalają minimalne zyski. Temu pierwszemu trudno będzie się pogodzić ze zmniejszeniem swoich zysków i odbije to sobie na cenach usług, ten drugi nie ma z czego.
Oczywistymi zatem skutkami wprowadzenia płacy minimalnej są:

 A. Wzrost bezrobocia o wszystkich tych, których praca przestała być opłacalna, a zatem i upadek niektórych przedsiębiorstw – zwłaszcza tych prowadzonych przez „Papciów”.

 B.  Spadek podaży: Mniej jest zrobione, bo część usług przestała przynosić zyski. Zatem ulice są brudne, a półki w sklepach opustoszałe. A jak spada podaż, ceny rosną.

 C. Część pracowników zarabia więcej złotówek niż dotychczas – to prawda, ale konsekwencją tego jest wzrost cen.  A z uwagi na opodatkowanie jego pracy, współczynnik wzrostu ceny MUSI BYĆ WYŻSZY od współczynnika wzrostu jego pensji (zwłaszcza po uwzględnieniu punktu B) . Pracownik taki zarabia więcej tylko pozornie, bo siła nabywcza jego wynagrodzenia jest niższa niż przed podwyżką. To samo dotyczy wszelkich oszczędności w danej walucie. Co więcej: ten podpunkt odnosi się nie tylko do tych, których pensja wzrosła, ale do wszystkich. WSZYSTKICH! Każdy uczciwie zarabiający obywatel traci na podwyżce cen. Oprócz urzędników, ale większość z nich i tak nie podpada pod tę kategorię.
Na tym nie koniec, bo:

 D. Państwo oczywiście  nie może pozwolić, by nowi bezrobotni umarli z głodu, zatem wypłaca im zasiłki za nicnierobienie, z podatków potrąconych z pensji tych, którzy pozostali przy pracy. Aby tego dokonać, ma dwa wyjścia. Albo ograniczyć inne wydatki (policja, wojsko itd.). Albo podnieść podatki, tym samym dodatkowo zmniejszając siłę  nabywczą pieniądza, o której mowa była w C. Znowu wszyscy tracą.
Podsumowując: wytwarza się mniej dóbr, mniej się kupuje, zarobki są mniejsze – gospodarka siada.

Pierwiastek społeczny:
W firmie jest wakat. Przychodzi dwóch kandydatów, o takich samych kwalifikacjach. Kawaler, świeżo po studiach, oraz trzydziestokilkulatek z żoną, dwójką paruletnich dzieci i z kredytem. Kto powinien dostać posadę? Socjaliści zaraz krzykną, że ten drugi. Ale pracodawca nie jest niańką i zatrudni tego, kogo się bardziej opłaca. W normalnym systemie pracę dostanie ten, któremu bardziej na niej zależy. Nie jest to trudne do oszacowania – ten, któremu bardziej zależy, zgodzi się pracować za mniej. Nie wnikam tu który. Może ojciec rodziny, który jest pod presją finansową, a może młody magister, który ma jeszcze małe potrzeby. W każdym razie ten, który bardziej jej potrzebuje. Jeśli zaś jest to posada za pensję minimalną ZAWSZE wygra student. Ma więcej czasu, mniej na głowie, nie będzie brał wolnego, bo w przedszkolu ospa wietrzna i nie będzie problemu z zostaniem po godzinach.

Motywacja do pracy:
W pracy często jest jakaś hierarchia – drabina kariery. Pracownik szeregowy zarabia mniej niż kierownik zespołu, ten z kolei mniej niż kierownik oddziału, dyrektor departamentu… W wyniku wprowadzenia płacy minimalnej często dochodzi, że różnice w zarobkach się zmniejszają, a czasem, przynajmniej między dolnymi szczeblami znikają. Jaką motywację do pracy ma kierownik zespołu, którego podwładny zarabia te same pieniądze? Żadną. Wprost przeciwnie. Każdy woli mieć mniej obowiązków i odpowiedzialności, za te same pieniądze. Ludzie przestają się starać.

I ostatni, ale najważniejszy pierwiastek prawny:
Podstawowa zasada prawa rzymskiego mówi: „Chcącemu nie dzieje się krzywda”. Umowa o pracę jest podpisywana przez DWIE DOROSŁE OSOBY. Jeśli dla którejś ze stron umowa taka jest niekorzystna, to jej nie podpisuje i już. Jeśli godzę się na pracę za niską pensję, to znaczy, że albo chcę, albo tego potrzebuję i rząd nie ma prawa odbierać potrzebującemu tej możliwości, JASNE? Socjalistom może wyda się to głupie, ale są jeszcze ludzie, którzy wolą uczciwie zapracować na niskie wynagrodzenie, niż żyć na koszt innych. A ci, którzy nie chcą, mogą iść na bezrobocie z własnej woli, a nie dlatego, że rząd nie pozwala ich zatrudnić.

Czy coś pominąłem?