Pokazywanie postów oznaczonych etykietą monarchia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą monarchia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 21 listopada 2013

I am the 0,000007 percent!

Komentator zgłosił pewną istotną wątpliwość:

Zastanowiła mnie ostatnio taka kwestia: jeśli prawo do wolności podstawowym, to wydaje mi się, że jest to nie do pogodzenia z monarchią. W monarchii bowiem nie mam żadnego wpływu na to, czy władcą będzie ktoś, kto mi odpowiada. Jest wprawdzie wysoka szansa, że będzie on dbał własne państwo, a więc i o mnie, ale jednocześnie nie tyle podejmuję, co muszę zgodzić się, na ryzyko, że będzie to kompletny idiota, który, korzystając z władzy, zaszkodzi nawet nie koniecznie państwu, ale konkretnie mnie.
A więc, oddając władzę dziedzicznemu monarsze, który teoretycznie po prostu lepiej ode mnie się na sprawowaniu władzy zna i do tej roli go "wynajmuję" (płacąc mu podatki), ryzykuję, że jego następca będzie kimś zupełnie innym, na co żadnego wpływu nie mam, kto może mnie wolności pozbawić.
Stawiam więc tezę (z którą chciałbym się nie zgadzać), że demokracja jest jednak jedynym akceptowalnym w wolnym społeczeństwie ustrojem, który zawsze pozostawia mi jakiś minimalny wpływ na osobę władcy(monarchia elekcyjna)/władców(obecny system polityczny).


Warto zadać sobie kilka pytań: Jaki jest mój, pojedynczego obywatela, wpływ na władzę w demokracji i w monarchii? Jaki jest wpływ na władzę innych? Co ta władza obejmuje (reguluje)? Jakie jest przygotowanie osób sprawujących władzę do jej sprawowania?

Faktycznie, słuszne jest przekonanie, że w demokracji każdy ma wpływ na państwo. Wpływ ten jednak jest grubo przeceniany. Jego wielkość można w arytmetyczny i dość dokładny sposób wyznaczyć. Jeśli w Polsce jest 31 milionów osób uprawnionych do głosowania (dane z wyborów w 2011 roku), to, nawet uwzględniając, że z prawa tego korzysta połowa, w bardzo prosty sposób mogę wyznaczyć, że waga mojego głosu wynosi 1:15 mln, albo, jakby to powiedział Jakub Bond z wadą wymowy, 0,00000007. Czyli nic.

To powinno rozwiać wszelkie wątpliwości na temat wpływu jednostki na państwo w demokracji. Ale problemem nie jest to, że ja mam praktycznie zerowy wpływ na państwo. Problemem jest to, kto posiada te pozostałe 100 procent. I to tutaj jest największa różnica między monarchią a demokracją. W monarchii wiem kto. Znam go z twarzy, nazwiska, człowiek ten odpowiada za swoje czyny przed narodem, historią, swoimi przodkami i potomkami.

W demokracji nie wiem. W demokracji jest to bliżej nieokreślona zbieranina, bezimienna i za nic nie ponosząca odpowiedzialności. Zbieranina ta w swojej większości nie ma wielkiego pojęcia o historii, dyplomacji, gospodarce, polityce, nie ma wyobraźni i zdolności patrzenia w przyszłość. Ponadto ludzie w kupie zwykle działają mniej racjonalnie, niż pojedynczo. Więc nawet jeśli byłbym najmądrzejszym człowiekiem na świecie, to ten ułamek wpływu jaki mam na państwo na nic mi się zda - to kropla w oceanie głupoty i niskich instynktów.

A jaki jest mój wpływ na monarchę? Niekoniecznie zerowy. Monarcha, o ile jest rozsądny, a na ogół jest (o "złym królu" napiszę innym razem.), chce dla swojego państwa jak najlepiej, bo jest za nie odpowiedzialny i nie chce swojemu potomkowi pozostawić ruiny. Więc chętnie wysłuchuje ludzi z rozsądnymi pomysłami. Demokracja nie słucha głosu rozsądku. Bo i kto miałby go słuchać? Jak widać ostatnimi czasy nawet list podpisany przez milion osób może wylądować w koszu praktycznie bez czytania. Zatem de facto w monarchii ludzie rozsądni i mądrzy mają nieporównywalnie większą siłę głosu, niż w demokracji.

Głównym zagadnieniem, jeśli chodzi o naszą wolność nie jest jednak to kto i jakim systemem nami rządzi, tylko jaki jest zakres jego wpływu na nasze życie. Czyli co mieści się w tych "stu procentach" władzy. Jeżeli ta władza ogranicza się do funkcjonowania państwa i organów niezbędnych do jego istnienia, to bardzo dobrze. Jeśli zaś miesza się w prywatne sprawy każdego obywatela/poddanego, to znaczy, że nadmiernie ogranicza jego wolność.
Problem w tym, że demokracja ma tendencję do mieszania się we wszystko, poszerzania swoich wpływów,  bo większość chce bezpieczeństwa, a nie wolności. Ludzie prości chcą by ktoś inny martwił się o ich zdrowie, o ich dzieci, o ich starość, chcą żreć, spać i żyć na koszt innych.

Król raczej będzie się uchylał od regulowania wszystkiego, dlatego, że on ponosi odpowiedzialność za swoje decyzje. Naturalnie więc woli decydować o tym, co istotne dla trwania i umacniania się państwa, a nie mieszać się w prywatne życie obywateli. Bo dlaczegóż miałby chcieć przysparzać sobie zadań i ponosić odpowiedzialność za coś, co nie mieści się w zakresie jego obowiązków? To tylko odciąga go od spraw ważnych.

Zatem nawet jeżeli przyjęlibyśmy, że w monarchii mój wpływ na państwo wynosi zero, to mój wpływ na sprawy, które dotyczą tylko mnie i mojej rodziny wynosi na ogół 100 procent. W demokracji mój wpływ na państwo jest "mikroskopijnie" większy od zera, ale mam też bardzo ograniczony wpływ na swoje własne sprawy. Mogę sam zadecydować kiedy zjem obiad, ale to te 99,99999993 procent decyduje (pośrednio lub bezpośrednio) co mogę zjeść, a czego nie mogę. To oni decydują jaką pracę wolno mi wykonywać, jak kształcić swoje dzieci, co mogę zbudować na swojej ziemi, jak zadbać o swoje zdrowie i swoją przyszłość. A oni nawet nie są w tych dziedzinach jakoś specjalnie obeznani, nie mówiąc już o tym, że nigdy mnie nie widzieli i nie spytali, co lubię jeść na obiad.

Dlatego wolę monarchę, który ma władzę nade mną w stosunkowo niewielu dziedzinach, ale są to dziedziny na których się doskonale zna, bo od pacholęcia jest przygotowywany do swojej roli i obraca się się wśród ludzi, którzy znają się na państwie, polityce, dyplomacji itd. i który za swoje decyzje odpowiada, nierzadko nawet własnym życiem.

A jeśli ktoś woli, żeby jakaś przypadkowa zbieranina decydowała za niego, w co się ubrać, jak szczepić dzieci, gdzie odkładać oszczędności, to obecnie jest całe mnóstwo forów internetowych, gdzie jedni idioci pytają innych idiotów o radę, a ci aż palą się do jej udzielania. I ponoszą dokładnie taką samą odpowiedzialność za swoje rady, co demokracja za swoje decyzje.

sobota, 18 czerwca 2011

Fachowiec radzi sobie sam

Kiedy czytam w Internecie wypowiedzi różnych osób na temat monarchii, uderza mnie jedna ciekawostka. Oprócz ludzi, którzy są jawnie i twardo przeciwni, uważających, że demokracja jest najlepszym ustrojem na świecie, zdarzają się też głosy, że faktycznie monarchia jest lepsza, ale Polacy jeszcze do niej nie dojrzeli. Ja tego nie rozumiem. Stosowanie tego argumentu świadczy o całkowitym niezrozumieniu na czym monarchia polega.

Polacy nie dojrzeli do tego, żeby rządził nimi ktoś rozsądny, znający się na rzeczy i od kołyski kształcony na przywódcę, ale są wystarczająco dojrzali, by rządziła nimi zbieranina ludzi, z której większość nie ma pojęcia o polityce, czy gospodarce. To jest jakaś bzdura.

Jest dokładnie odwrotnie. To dla poprawnego działania demokracji wymagane jest, aby przynajmniej połowa wyborców do niej dojrzała. Aby monarchia dobrze działała wystarczy JEDNA osoba, która wie, co robi! Reszta może nie mieć nawet ukończonej podstawówki.

Większość ludzi nie zna się na budowie mostów, na medycynie, czy na silnikach rakietowych. A mimo to powstają mosty, przeprowadzane są skomplikowane zabiegi chirurgiczne, a człowiek stanął był na Księżycu. Bo całą robotę za nas załatwia ktoś, kto się na tym zna.

Jeśli komuś zepsuje się samochód, to czy zwołuje wszystkich sąsiadów z osiedla, prawników, grabarzy, pielęgniarki, meneli, babcie spod kościoła, rzeźników i diabli wiedzą kogo jeszcze, czy wzywa JEDNEGO mechanika? Co więcej, w tym pierwszym przypadku kolektyw najpewniej powiedziałby: "Panie, daj nam pan spokój, znajdź sobie mechanika!" Dlaczego więc nie wykażą się tym rozsądkiem w skali makro? Bo media im nieustannie wmawiają, że oni najlepiej znają się na polityce.

Poza tym, w przypadku zepsutego samochodu, w którym padł akumulator, a kolektyw zadecyduje, że rozwiązaniem będzie wymiana oleju i wymienią ten olej, to po kilku minutach przekonają się, że samochód nadal jest zepsuty. W skali makro na efekty trzeba czekać kilka miesięcy, czasem kilka lat. Po takim czasie ktoś kto się na tym nie zna nie potrafi już skojarzyć skutku z przyczyną, bo nie pamięta, a nawet jeśli pamięta to często nie wie, że pieczywo podrożało dlatego, że miesiąc temu wprowadzono wyższy podatek na mąkę. Przecież mąkę kupuje piekarz, więc to on powinien płacić więcej, a nie ja, który kupuję kajzerkę, obłożoną niezmienionym podatkiem.

Aby wybudować dom, wystarczy JEDEN murarz i może ze dwóch pomocników. Nie ma potrzeby, żeby cała rodzina mająca w nim zamieszkać się na tym znała. A już całkowicie niewskazane jest, by rodzina ta stała cały czas nad głową murarza i mądrzyła się na temat jego pracy.

czwartek, 28 kwietnia 2011

Skandal! Ku-Klux-Klan niezaproszony na murzyńskie wesele

Na wielu polskich i zagranicznych serwisach internetowych, między innymi na Onecie, można przeczytać o "skandalu", jakim jest niezaproszenie na królewski ślub między innymi panów Blaira, Browna, a także Obamy. Ja bym tego "skandalem" nie nazwał - wprost przeciwnie, zaproszenie ich byłoby skandalem.

Wyobraźmy sobie pewną bardzo abstrakcyjną sytuację: ślub dwóch kartofli, na który nie zaproszono stonki ziemniaczanej. Czy nazwiemy to skandalem? Czy zaskoczyłaby nas informacja o niezaproszeniu państwa Termitów na ślub Pinokia? Albo Hitlera na Bar Micwę? Raczej nie.

Dlaczego zatem skandalem jest niezaproszenie demokratów na królewski ślub? Przecież ci ludzie otwarcie głoszą wyższość rządów motłochu nad monarchią. Co więcej, pan Obama jest głową państwa, które prowadziło i prowadzi wiele akcji militarnych, których oficjalnym celem jest obalanie monarchii w różnych zakątkach świata.

Ci panowie to, z punktu widzenia monarchii, szkodniki

Dla mnie to pokrzepiające, że młody Książę William potrafi tym dżentelmenom, którzy tombakowymi zgłoskami wbazgrali się w brudnopis historii, pokazać gdzie jest ich miejsce.

Z drugiej jednak strony obawiam się, że cieszę się na wyrost i że przyczyny nieuwzględnienia wspomnianych panów na liście są zgoła odmienne. Wszak monsieur Sarkozy bilecik otrzymał.