Pokazywanie postów oznaczonych etykietą terroryzm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą terroryzm. Pokaż wszystkie posty

środa, 25 września 2013

Antycywilizacja tchórzy

We wtorek po godz. 18 zaczęła się ewakuacja restauracji McDonald's we Wrocławiu. Podobnie było w całej Polsce. Powodem był anonimowy telefon o podłożeniu w jednym z lokali bomby. Po sprawdzeniu wszystkich restauracji okazało się, że alarm był fałszywy. (Gazeta Wrocław)

Żyjemy w takich czasach, kiedy jeden łobuz potrafi postawić na nogi całą policję w kraju. W artykule zapytano rzecznika sieci o straty spowodowane żartem. Niestety nie doczytałem, by ktoś zapytał ile kosztowała akcja policji. Bo McDonalds może sobie pozwolić na taką akcję, bo za ich straty zapłaci ktoś inny, a za postawienie na nogi policji w całym kraju zapłacimy my, podatnicy.

Pierwszą zasadą, która została tu naruszona jest to, że zareagowano na anonimowe zgłoszenie. O ile nie obchodzi mnie reakcja McDonalds, bo na własnym każdy może być tchórzem, o tyle niepokoi mnie policja, która trzęsła portkami za moje pieniądze. Policja powinna od razu ignorować tego typu "zagrożenia", nawet jeśli są prawdopodobne (ten absolutnie nie był). Bo, o ile dowcipnisie niczego się nie nauczą, o tyle prawdziwi terroryści szybko przekonają się, że tego typu akcje do niczego im nie służą. A odpowiadanie na anonimy tylko zachęca do wykorzystywania tego w niecnych celach.

Zagrożenie nie było prawdopodobne z kilku przyczyn. Bywa, że ktoś dzwoni i mówi o podłożeniu bomby dla wicu. Ale nie zdarza się, by ktoś dla żartu zadał sobie faktyczny trud zgromadzenia materiałów, zbudowania bomby, zaplanowania i zrealizowania jej podłożenia. To kosztuje dużo więcej niż minuta rozmowy telefonicznej, a i ryzyko niemałe. Tego się nie robi dla śmiechu, tylko z zupełnie innych przyczyn.

Przyczyny mogą być dwie. Terrorysta albo chce wysadzić bombę i zabić (kogoś konkretnego, albo kogo popadnie), zniszczyć mienie, albo bomba jest tylko kartą przetargową w szantażu (jak nie dostanę dwóch ciężarówek pączków, wysadzę cukiernię).

W pierwszym przypadku nikt nie będzie dzwonił na policję, bo tylko zmniejsza swoją szansę na sukces. Robi to, co zrobił był Andrzej Breivik - wypełnia ciężarówkę ładunkami wybuchowymi, parkuje w pobliżu celu i zdalnie je detonuje. Bez problemu, bez zostawiania zbędnych śladów.

W drugim przypadku szantażysta przedstawia konkretne żądanie. Skąd policjant, czy właściciel cukierni ma wiedzieć, czego terrorysta chce, jeśli ten zawiadamia o bombie, ale nie przedstawi swoich postulatów? Jeśli tego nie zrobił, to znaczy, że jego jedynym celem jest wprowadzenie zamieszania. A do tego żadna bomba nie jest mu potrzebna - tylko informacja o bombie.

Zatem w tym przypadku od początku jasne było, przynajmniej dla człowieka rozumnego, że ten "zamach" to lipa. Nawet jeśli istniało jakieś bardzo małe ryzyko, że dzwoniący jest hollywoodzkim psychopatą-dowcipnisiem, było ono stanowczo za małe, by niepokoić klientów restauracji ewakuacją, a tym bardziej, by angażowała się w to policja. A ponieważ anonim nie podał nawet adresu restauracji, więc to ryzyko dla każdej z nich było jeszcze trzystukrotnie niższe. Większe jest ryzyko, że gość wyproszony z restauracji wpadnie pod samochód, do czego by nie doszło, gdyby pozwolone mu było dokończyć BigMaka w spokoju. Ale to jest opinia człowieka rozsądnego, a nie policjanta, który ma interes w tym, by ludzie się bali.

Jutro zadzwoni ktoś, kto powie, że ukrył bombę w jednym z samochodów - co wtedy? Sparaliżujemy cały kraj, by "nie podejmować zbędnego ryzyka"?

Terroryzm polega na wzbudzaniu strachu. Terroryści mają nad nami pełną władzę, bo wystarczy, że tupną nóżką, a my drżymy. Płacimy na "wojnę z terrorem", pozwalamy się obmacywać i przetrząsać nasze prywatne szpargały na lotnisku, żądamy większej kontroli. To są najdobitniejsze dowody na to, że jesteśmy sterroryzowani - terroryści wygrali, bo oni chcą, żebyśmy się bali. Więc my się boimy, a oni nawet już nie muszą nic robić. Po co, skoro boimy się już nawet nie samych terrorystów - my się boimy własnego cienia!

niedziela, 29 kwietnia 2012

Nowy Ekran za permanentną inwigilacją

W Nowym Ekranie opublikowano krótki film sprzed kilku miesięcy. Redaktorzy NE odwalili kawał solidnej i nikomu niepotrzebnej roboty, by wykazać, że na Dworzec Centralny w Warszawie może wejść każdy podróżny i zostawić torbę w skrytce na bagaże. Nie jestem ekspertem w dziedzinie skrytek dworcowych, ale do tej pory byłem przekonany, że właśnie do tego służą. Wbrew temu, co autorzy starają się wmówić odbiorcom, nic sensownego poza tym nie wykazali.

Na filmie tym Paweł Pietkun, zastępca redaktora naczelnego, umieszcza w szafce na "Centralnym" atrapę bomby. Film ma w zamyśle autorów zwracać uwagę na to, jak łatwo jest przeprowadzić zamach w stolicy. Nie rozumiem tylko, jaki cel przyświecał twórcom tej akcji.

Jak, według autorów, służby miałyby zapobiec atakowi terrorystycznemu? Pan Tomasz Parol w komentarzach pod filmem sugeruje, że to wina źle działającego monitoringu na dworcu:

Kamery na centralnym i tak masz, niech tylko człowiek pilnuje jak trzeba.

Tylko czego ten człowiek ma pilnować? Czego wypatrywać? Po czym ma rozpoznać zamachowca? Nie wiem z jakiego filmu sensacyjnego pan Parol czerpie swoje wiadomości na temat zamachów - ja jestem pewien, że faktyczny terrorysta nie wydrukowałby na worku z bombą symbolu bomby i opisów w obcych językach, jak to było w filmie. I nie otworzyłby tego worka na oczach wszystkich, by nakręcić przytroczony do niej minutnik kuchenny. Zegar ustawiłby w domu, albo w dworcowej toalecie (choć pewnie tam też według autorów należałoby umieścić kamery). I na pewno nie wybrałby tak głośno tykającego modelu. Tylko w Hollywood bomby tykają (te nowsze ćwierkają i świecą LEDami).

Pirx pisze:

podejrzanie zachowujący się człowiek umieszcza dziwny pakunek na oczach straży i policji ...

Szczerze mówiąc nie zauważyłem w tym pakunku nic nadzwyczajnego, swego czasu podróżowałem po całej Europie z takim workiem. Również nie zauważyłem nic podejrzanego w zachowaniu pana Pietkuna. Cały czas był spokojny. Jedyna dziwna rzecz jaką zrobił, to nakręcenie minutnika, ale ten idiotyczny minutnik chyba najlepiej świadczył o tym, że to jakaś lipa.

A sam "terrorysta" napisał:

 I do szafki włożyłem coś, co mogło być ładunkiem wybuchowym.

I oczywiście ma rację, podobnie jak tysiące osób każdego dnia umieszczają w szafkach na dworcu, czy wnoszą na perony coś, co może być ładunkiem wybuchowym. Bo wszystko może - worek, plecak, neseser, szminka, pluszowy miś.

Aby zatem ustrzec się przed faktycznym zagrożeniem każdy podróżny (i każda sztuka bagażu) musiałby być prześwietlany i obmacywany jak na lotnisku. Zakres kontroli w portach lotniczych już obecnie sięgnął absurdu. W czasie mojej ostatniej podróży na każdym lotnisku musiałem po kilka razy zdejmować pas, buty, kurtkę, opróżniać kieszenie, i co chwilę ktoś zaglądał do mojej torby. Byłem macany, prześwietlany, "odmuchiwany" w specjalnej komorze, sprawdzającej, czy nie mam na sobie śladów niebezpiecznych substancji, miałem dłonie przecierane wacikiem, który był potem sprawdzany na obecność chyba mikrobów, ale kto to może wiedzieć?

Stara Baba bardzo słusznie zauważa (wstawiłem polskie znaki i poprawiłem literówki):

Nawet tysiąc ofiar nie przebije tragedii jaka niesie inwigilacja narodu.
Terroryzm jest także skutecznym narzędziem w celu wprowadzenia
prawdziwego terroru czyli inwigilacji przez politycznych oszołomów.

Otóż to! Wszystkie te lotniskowe procedury wprowadzone były przy stosunkowo niewielkim oporze obywateli właśnie dlatego, że władze, w podobny sposób jak redaktorzy NE, wmówiły obywatelom swoich państw, jak bardzo są zagrożeni. Tylko że w większości wypadków państwa te czyniły to bez pomocy prawicowych mediów, a NE za takie medium uchodzi.

Oczywiście koszty wprowadzenia takiej ochrony na dworcach kolejowych byłyby ogromne, a nie wspomnę już o tym, że bystry terrorysta, jeśli będzie chciał, zawsze sposób znajdzie, co zauważa również Adrian:

Prawda jest taka, że przed prawdziwymi atakami terrorystycznymi nie ma możliwości obrony. Najzwyczajniej w świecie nie istnieje skuteczna metoda. Nie pomogą miliony kamer, nie pomogą podsłuchy. Im większa inwigilacja tym większe prawdopodobieństwo zamachu, więcej bowiem desperatów, którym rzeczywistość tak doskwiera, że są gotowi podjąć tego typu działania. Takie akcje jak ta powyżej tylko pogarszają sytuację. Chwalenie się tym jest czymś jeszcze gorszym. Ludzi naiwnych jest bowiem zdecydowana większość i nawet tu na NE znajdą się tacy (o ile też nie stanowią większości) którzy stwierdzą, że Polska jest źle przygotowana do obrony przed terrorystami. Rzecz w tym, że przed prawdziwymi terrorystami nie da się obronić.

 Załóżmy jednak na chwilę, że się da i że faktycznie wprowadzono na Dworcu Centralnym "permanentną inwigilację" i że rzeczywiście mysz się nie przeciśnie bez dokładnej kontroli. Co wówczas? Wówczas terrorysta zamiast zdetonować bombę na Centralnym, zdetonuje ją na przylegającej do niego pętli autobusowej. Albo w "Złotych Tarasach". A jak i te obstawią skanerami, to są setki innych miejsc, w których codziennie jest mnóstwo ludzi.

Abyśmy zatem byli bezpieczni w rozumieniu panów Pietkuna i Parola, wszystkie większe miasta musiałyby być obstawione punktami kontrolnymi co paręset metrów i na każdym słupie powinna wisieć kamera, aby żaden obywatel nie miał szansy zejść z "wizji" ani na sekundę, miriady funkcjonariuszy powinny okrągłą dobę gapić się w monitorki tych kamer - każdy człowiek jest podejrzanym. Czy o to chodzi redaktorom NE?

Ja wolę żyć w innym państwie. W państwie, w którym nikt mnie nie śledzi, nikt mi nie zagląda do portfela i nikt nie traktuje mnie jak potencjalnego terrorystę. Ale też w państwie, w którym każdy złoczyńca ma świadomość, że jeśli podłoży gdzieś bombę, kogoś zabije, komuś coś ukradnie - to wówczas zostanie on schwytany i osądzony z całą surowością prawa. W państwie, w którym policja nie zajmuje się wagarowiczami, kierowcami bez pasów, czy studentami raczącymi się piwem w parku po zdanym egzaminie, którzy nikomu nie wadzą, tylko chroni nas przed bandytami. Ja chcę żyć w państwie, w którym ludzi traktuje się jak ludzi. W państwie represji, a nie prewencji.

Ktoś słusznie zapyta: "A co z zamachowcami samobójcami? Oni nie boją się kary". Owszem, nie boją. Ale ich atakom można zapobiegać w inny sposób, niż przez "permanentną inwigilację" - szalenie kosztowną i o bardzo wątpliwej skuteczności. Kto bowiem posuwa się do tak drastycznych metod? Desperat albo fanatyk. W systemach niewolniczych, jakim jest RP, zwykle, jak już zauważył w cytowanej wypowiedzi Adrian, jest ich więcej. Na przykład ktoś, kto stracił pracę - gdyby państwo nie rabowało tak pracodawców i pracowników, być może by jej nie stracił, a jeśli już, to prędko znalazłby nową. Ktoś kogo zrujnował urząd skarbowy, zamykając jego firmę na podstawie niesprawdzonych doniesień. Fanatyk, który sprzeciwia się zniesieniu lekcji religii w szkołach - w normalnym państwie też nie miałby powodu się wysadzać. Terroryści sprzed kilku lat z Hiszpanii i Wielkiej Brytanii, jeśli dobrze pamiętam, byli obcokrajowcami, którzy prawdopodobnie nie przyjechaliby do Europy, gdyby nie rozdmuchane świadczenia socjalne.

Jeśli państwo przestanie upadlać uczciwych ludzi i faworyzować hołotę, przestanie uczestniczyć w nieswoich konfliktach, to i powodów do ataków terrorystycznych będzie mniej. Oczywiście nie można zapobiec wszystkim, ale na pewno jest to skuteczniejsza i dużo tańsza metoda, niż zakładanie, że każdy jest bandytą i szpiegowanie wszystkich.

Domyślam się, że gdyby pan Pietkun nie planował fikcyjnego zamachu, tylko wybierał się na wakacje, w worku zamiast "bomby" miał ubrania oraz śpiwór, a na dworcu zaczepił go policjant i kazał okazać jego zawartość (czego zapewne bardzo słusznie by odmówił), to też byśmy rychło przeczytali o tym w Nowym Ekranie, tym razem jako krytyka traktowania obywatela w taki sposób, jakiego dzisiaj się domagają.

Myślę, że ten film został zrealizowany bez większego przemyślenia sprawy, autorzy nie wiedzieli co z nim zrobić, więc doszli sobie naprędce do jakichkolwiek "szokujących" wniosków, by uzasadnić jego publikację. Ubolewam nad tym, że w przedsięwzięciu tym wzięły udział takie osoby, jak panowie Pietkun, Parol i Szeremietiew, którzy jawili mi się jako osoby bardzo rozsądne. Tym razem pokazali tę brzydką, ale jakże dziś popularną stronę dziennikarstwa, która dostrzega tylko tę część problemu, którą dostrzec chce.

Dlaczego tak uważam? Bo na podstawie tych samych obserwacji można dojść do wniosków wprost przeciwnych. Nic nie wspomniano o, może mało prawdopodobnej, ale mogącej całkowicie obalić ich tezę możliwości. Albo zaślepionym celem swojej misji nie wpadło autorom to do głów, albo wpadło i w bardzo wygodny sposób "odrzucili" tę możliwość na "dzień dobry". Nikt nie próbuje obalić tezy:

A co jeśli jesteśmy tak sprawnie inwigilowani, że służby doskonale wiedziały, że w worku jest butelka z wodą, a nie bomba i dlatego nie reagowały?

Niemożliwe? Gdybym ja był w służbach specjalnych, to chciałbym mieć redaktorów naczelnych Nowego Ekranu na oku i wiedzieć, co knują. I tym bardziej nie reagowałbym w sytuacji, gdy "opozycjoniści" chcą wykazać, że ludzie są zbyt słabo inwigilowani. Więc przynajmniej wziąłbym to pod rozwagę na miejscu autorów.

Zamiast brnąć z każdym komentarzem w coraz większy absurd, autorzy powinni powiedzieć wprost, że akcja była nieprzemyślana i sprostować swoje wnioski. Niestety dziś coraz więcej osób woli robić z siebie idiotę, niż honorowo przyznać się do błędu.

A pan Parol, który "jest koło centralnego codziennie i nie chce masakry" niech pomyśli o kioskarce, która jest tam (na dworcu, nie koło dworca) codziennie przez cały dzień, więc ryzykuje wielokrotnie bardziej niż pan Parol, który tylko tam bywa. Jeśli ona nie panikuje, to on tym bardziej nie powinien. A jeśli mimo to obawia się o swoje bezpieczeństwo, to sugeruję zmienić nawyki i przestać bywać koło Centralnego codziennie.

Kontynuacja tematu

piątek, 20 maja 2011

Ofiary demokracji cz. 3

Ofiary demokracji cz. 1
Ofiary demokracji cz. 2

A co jeśli Osama Bin Laden był/jest agentem CIA, jak mówią niektóre teorie? W takiej sytuacji albo byśmy się w ogóle o nim nie dowiedzieli, albo zostałby zabity ZANIM media by podały, że jest poszukiwany.

Gdyby USA potrzebowała kozła ofiarnego, to nie brałaby swojego agenta, tylko jakiegoś autentycznego terrorystę, jakiegoś bogu ducha winnego Araba, albo po prostu wymyśliliby go. W jakim celu mieliby kompromitować oficera? Jeśli natomiast chcieli się go pozbyć, wówczas nie ganialiby go po pustyni przez dziesięć lat, przez cały czas obwieszczając, jaki on jest groźny, tylko pozbyliby się go po cichu, później ewentualnie obwieszczając wszem i wobec triumf swoich żołnierzy.

Przez dziesięć lat nawet największy bałwan, będący w posiadaniu informacji na temat CIA, potrafiłby się ubezpieczyć lub skontaktować z panem Assagne. Chyba, że byłby idiotą i dał się przez 10 lat przekonywać kolegom z CIA, że to tylko lipna nagonka pod publikę. Ale czy wówczas wodziłby ich po pustyniach przez 10 lat? Ponadto nie jestem pewien, czy do CIA przyjmują idiotów.

Załóżmy zatem, że Osama Bin Laden zginął 10 lat temu i że był agentem CIA. Znaczyłoby to, że cała walka z terroryzmem została stworzona po to, by usprawiedliwić wojnę, której faktycznej przyczyny USA nie podają. Może chodzi o złoża, może o pieniądze, może o coś jeszcze innego o czym nigdy się nie dowiemy. W takiej sytuacji ludzi, którzy zginęli w WTC, pasażerów feralnych lotów oraz ratowników ze strefy "0" należy również uznać za ofiary teatrzyku na potrzebę demokracji. Jak bowiem wcześniej wspomniałem - król ani nie musi się ze swoich decyzji tłumaczyć, ani zabiegać o poparcie. Chce wypowiedzieć wojnę, to ją wypowiada i już. Nie bawi się w komedianta.

poniedziałek, 16 maja 2011

Ofiary demokracji cz. 2

Ofiary demokracji cz. 1

Teraz załóżmy, iż w istocie Bin Laden został zabity parę tygodni temu. Po cóż ta cała maskarada? Pochówek w morzu i utajnienie zdjęć z akcji?

Biały Dom tłumaczy to tym, że nie chcą podsycać nastrojów antyamerykańskich. Ludzie ci właśnie zabili jednego z najważniejszych ludzi Al-Kaidy, obtrąbili to na pierwszych stronach gazet całego świata, telewizje pokazują ich ucieszone gęby. Czy oni naprawdę wierzą, że udostępniając kilka fotografii zdołają podsycić antyamerykańskie nastroje jeszcze bardziej?

Al-Kaida zapewne siedziałaby teraz w swych jaskiniach i dyskutując: "Zabili nam Osamę - zdarza się, to jest wojna. Cały dzień tylko o tym mówią - ich prawo, trudno. Ale z tymi zdjęciami to już przeholowali. Krew mnie zalewa, chyba wykreślę ich z mojego konta FB! Aaaaarrrrgggh!!!"

Gdyby Al-Kaida miała do czynienia z prawdziwym przywódcą, to nie tylko zdjęcia z pojmania i zabicia ich przywódcy obiegłyby cały świat pięć minut po jego zgładzeniu, a głowa Bin Ladena zastałaby im dostarczona w płóciennym worku. Jako oznaka tryumfu USA i, co nie mniej ważne, po to, by tym bardziej wściec jego pobratymców. Bo ludzie w emocjach popełniają błędy. Nie trzeba być historykiem, by wiedzieć, że był to onegdaj popularny i skuteczny zwyczaj.

Ale zapewne społeczeństwo amerykańskie czuje się bezpieczniej z takim zapewnieniem i dlatego warto im to wmówić. Ale znowu pojawia się pytanie. Przecież USA całą tę wojnę budują na trwodze. Dlaczego teraz mieliby nagle powiedzieć wyborcom, że już są bezpieczni i nic im nie grozi? O ileż prościej byłoby opublikować te zdjęcia, a następnego dnia powiedzieć "Ojoj, te zdjęcia to był kiepski pomysł. Teraz nas jeszcze bardziej nie lubią. Trzeba będzie wysłać więcej żołnierzy i zintensyfikować ochronę na lotniskach.

Byłoby prościej, pod warunkiem, że posiadaliby te zdjęcia. A jeśli się zdjęć nie ma, to lepiej powiedzieć "Mamy zdjęcia, ale z uwagi na bezpieczeństwo obywateli pozostaną one tajne." W myśl zasady "skoro nie mam ich czym postraszyć, żeby na mnie głosowali, to chociaż ich przekonam, że bardzo się o nich troszczę".

Chyba, że faktycznie pan Obama się boi, ale to nie najlepiej świadczy o przywódcy największej potęgi militarnej na świecie. Ale też nie dziwi, bo niewieścienie mężczyzn idzie ręka w rękę z demokracją.

Ofiary demokracji cz.3

środa, 11 maja 2011

Ofiary demokracji cz. 1

Obecnie powstaje mnóstwo teorii związanych ze śmiercią Bin Ladena. Z braku dokumentacji mówi się, że akcja, którą w zeszłym tygodniu żył cały świat, to lipa, że zabito kogoś innego, że Osama nie żyje już od dziesięciu lat, że był agentem CIA, że w ogóle nie istniał, albo, że diabli wiedzą co jeszcze. Winę za te niedopowiedzenia ponosi przekleństwo dzisiejszych czasów, czyli demokracja.

Załóżmy, że Bin Laden już od dziesięciu lat wyleguje się w raju wśród tłumu dziewic i że rząd USA cały czas o tym wiedział. Dlaczegóżby miał udawać, że jest przeciwnie? Po to, żeby między innymi usprawiedliwić przed społeczeństwem wojnę. Trzeba wymyślić jakąś górnolotną misję dla żołnierzy, jak walka z terroryzmem. Wyborcy pokiwają głowami, powiedzą, że słusznie, że tak trzeba i przejdą nad tym do porządku dziennego.

Skoro jednak podawane przez rząd przyczyny nie są prawdziwe, to o co jest ta wojna?. Jeżeli rząd sili się na wymyślenie kłamstwa, by społeczeństwo zaakceptowało wojnę, to OCZYWISTYM jest, że prawdziwa przyczyna wojny jest nie do zaakceptowania przez przeciętnego wyborcę. Czyli na przykład wojna o ropę.

I tu tkwi sedno problemu. Monarcha w takiej sytuacji, zamiast wydawać pieniądze na bajkopisarzy i fałszerzy, mówi wprost: "Wypowiadamy wojnę Naftostanowi, bo oni mają ropę, której my potrzebujemy!" Część ludzi powie, że to bardzo dobrze, bo będziemy bogatsi, inni mówią, że to źle dla kilku baryłek zabijać ludzi, a większość w ogóle się nie przejmie, bo się nie znają na polityce (w monarchii nie muszą, ten problem spoczywa na fachowcu). I nawet, gdyby 99 procent społeczeństwa uznało to za błąd - nikt oprócz monarchy nie ma nic do powiedzenia i kropka. Zatem nie ma najmniejszej potrzeby nikogo okłamywać ani nikim manipulować. A jeśli monarsze nie chce się tłumaczyć to zamiast bajdurzyć nie mówi nic i koniec.

W takiej sytuacji Jerzy III, z bożej łaski XLII Król USA, dziesięć lat temu byłby ogłosił śmierć Bin Ladena ku ogólnej uciesze ludu, a wojnę prowadziłby swoją drogą.

Może i Bin Laden umarł 10 lat temu, ale prawda umarła dużo wcześniej.

Ofiary demokracji cz.2