Główny Inspektorat Transportu Drogowego w odpowiedzi na wniosek o rozłożenie kary na raty pisze:
Główny Inspektorat Transportu Drogowego wyjaśnia, że interes publiczny należy rozumieć jako potrzebę zapewnienia maksymalnych środków po stronie dochodów w budżecie państwa, ale również jako ograniczenie jego ewentualnych wydatków, np. na zasiłki dla bezrobotnych czy pomoc społeczną". (czytanka)
Zgadzam się całkowicie z drugą częścią, aczkolwiek uważam, że Główny Inspektorat Transportu Drogowego nie jest właściwym organem do wydawania podobnych opinii, ale w tym samym piśmie urząd również sugeruje kierowcy jak rozporządzać budżetem domowym oraz które z posiadanych dóbr mogłaby sprzedać, więc najwyraźniej ktoś ostatnio rozszerzył kompetencje GITD.
Stwierdzenie, że interes publiczny należy rozumieć jako potrzebę zapewnienia maksymalnych środków po stronie dochodów w budżecie państwa świadczy tylko o tym, że urzędnicy państwowi już dawno stracili kontakt z rzeczywistoścą. Dla nich bowiem obywatel nie jest już podmiotem, usługobiorcą - jest maszynką do zaspokajania ich głodu pieniędzy.
Inspektorowi, którego nazwiska niestety przezornie nie podano, myli się dobro publiczne z domem publicznym. To celem domu publicznego jest porządnie wydupczyć klienta i wyciągnąć od niego jak najwięcej pieniędzy. To nie jest dobro publiczne, tylko dobro urzędnika.
Dobro publiczne leży po stronie obywatela. Dobrem publicznym jest to, żeby nasz kraj był bogaty, żeby bogatym był
nasz naród, ale kategorycznie nie na tym, żeby zapewniać dochód do
budżetu państwa. Polega ono na tym, że państwo jest tanie i sprawne. Dobro publiczne jest tym większe im więcej pieniędzy jest w naszych kieszeniach, a nie w budżecie. W interesie publicznym jest sprawne wypełnianie przez państwo jego funkcji - wpłacanie pieniędzy do jego budżetu to tylko przykra konieczność.
Ten imbecyl z GITD miałby tyle samo racji gdyby głosił, że interes kierowców należy rozumieć jako potrzebę zapewnienia maksymalnych środków po stronie dochodów w kasie stacji benzynowej.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą budżet. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą budżet. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 16 września 2013
czwartek, 24 lutego 2011
Gdyby babka miała wąsy
Tydzień temu, jak przeczytałem na łamach rp.pl były wiceminister gospodarki, Adam Szejnfeld wygdybał, jak mówi tytuł artykułu:
Kiedy tylko rzuciłem okiem na ten tytuł, zdębiałem. Z niedowierzaniem przeczytałem go jeszcze raz. Nie przewidziałem się. Pan poseł z PO, partii, która od przejęcia władzy z rąk PiS w 2007 roku, powiększyła dług Polski z 527,6 do 738,3 mld złotych, czyli o blisko połowę, ma czelność komentować potencjalne koszta programu przeciwników politycznych.
Ale to nie koniec. Bowiem argumentacja pana posła wskazuje niezbicie, że albo jest skończonym głupcem, albo jest jeszcze bardziej bezczelny, niż ustaliliśmy to w poprzednim akapicie. Oto co wyrachował:
Pytanie pierwsze: Czy ten pan opiera swoje szacunki na programie wyborczym? Jest szczytem hipokryzji wyliczanie PiSowi kosztów na podstawie ich programu przez członka partii, która prawie palcem nie ruszyła, aby zrealizować cokolwiek ze swojego programu, mimo, że szuflady miała pełne ustaw. Ale przyjrzyjmy się, jednej z pozycji, które pan Szejnfeld wskazuje jako przyczyny tej katastrofy, której uniknęliśmy dzięki wybraniu bohaterskiej PO:
No tak, to jest łatwo wyliczyć. Ale trudniej już oszacować oszczędności z tytułu zmniejszenia zasiłków dla bezrobotnych, którzy znaleźliby dzięki temu zatrudnienie. Trudniej oszacować ożywienie gospodarcze, które nastąpiłoby, dzięki temu, że przedsiębiorcy mieliby więcej pieniędzy na inwestycje. Nie mówiąc już o tym, ile państwo zdarłoby z jednych i drugich w podatkach. Tego pan poseł już nie obliczy, bo to wykracza poza zakres czterech podstawowych działań arytmetycznych.
Żeby uczynić moje słowa jeszcze jaśniejszymi, załóżmy, że PO nie wygrała wyborów i dziś poseł z partii rządzącej robi podobne wyliczenie i mówi: Samo wprowadzenie linowego podatku dochodowego na poziomie 15 procent, jak zakładał program PO, wobec obecnych stawek 18 i 32 procent, pomniejszyłyby wpływy do skarbu państwa o 5 mld złotych. Ile warte jest takie gdybanie?
Po pierwsze, PO, mimo obiecanek, nie wprowadziła PIT 15 procent. Więc już kalkulacje te są guzik warte. Po drugie, podobnie jak w przypadku obliczeń pana Szejnfelda, nie wzięto pod uwagę ożywienia gospodarczego, które zwykle towarzyszy obniżce podatków.
Zadanie domowe: Mam dwie miski, jedną trzylitrową i jedną jednolitrową. Wstawiam mniejszą do większej i obie wystawiam na deszcz na pół godziny. Po tym czasie sprawdzam objętość wody, która uzbierała się w obu naczyniach - dwa litry. Ile litrów wody udałoby mi się w ten sposób zebrać, gdybym na deszcz wystawił tylko pustą miskę trzylitrową? Pan poseł zapewne odpowie, że półtora litra.
I jeszcze na deser jeden cytat z przytaczanego artykułu:
Oczywiście, jak wszyscy czerwoni, poseł Szejnfeld uważa, że najlepszym sposobem zapobiegania bankructwu jest hamowanie rozwoju gospodarczego. I jak każdy czerwony, chciałby móc obciąć płace wszystkim obywatelom w Polsce. Nie tylko pracownikom państwowym. Wszystkim. Zatem także osobom zatrudnionym w prywatnych przedsiębiorstwach. Nie mówi jednak na jakiej podstawie. Ale to tylko kwestia czasu.
PO: Za rządów PiS Polska byłaby bankrutem
Kiedy tylko rzuciłem okiem na ten tytuł, zdębiałem. Z niedowierzaniem przeczytałem go jeszcze raz. Nie przewidziałem się. Pan poseł z PO, partii, która od przejęcia władzy z rąk PiS w 2007 roku, powiększyła dług Polski z 527,6 do 738,3 mld złotych, czyli o blisko połowę, ma czelność komentować potencjalne koszta programu przeciwników politycznych.
Ale to nie koniec. Bowiem argumentacja pana posła wskazuje niezbicie, że albo jest skończonym głupcem, albo jest jeszcze bardziej bezczelny, niż ustaliliśmy to w poprzednim akapicie. Oto co wyrachował:
Opierając się na programie wyborczym PiS i programie antykryzysowym tej partii z 2009 r. - gdyby rządziło PiS, deficyt budżetowy wyniósłby: w 2008 roku - 43,9 mld zł, w 2009 roku - 83,2 mld zł, w 2010 - 108,4 mld zł.
Pytanie pierwsze: Czy ten pan opiera swoje szacunki na programie wyborczym? Jest szczytem hipokryzji wyliczanie PiSowi kosztów na podstawie ich programu przez członka partii, która prawie palcem nie ruszyła, aby zrealizować cokolwiek ze swojego programu, mimo, że szuflady miała pełne ustaw. Ale przyjrzyjmy się, jednej z pozycji, które pan Szejnfeld wskazuje jako przyczyny tej katastrofy, której uniknęliśmy dzięki wybraniu bohaterskiej PO:
ulgi w podatku CIT na tworzenie nowych miejsc pracy, wyniósłby 2,6 mld zł rocznie
No tak, to jest łatwo wyliczyć. Ale trudniej już oszacować oszczędności z tytułu zmniejszenia zasiłków dla bezrobotnych, którzy znaleźliby dzięki temu zatrudnienie. Trudniej oszacować ożywienie gospodarcze, które nastąpiłoby, dzięki temu, że przedsiębiorcy mieliby więcej pieniędzy na inwestycje. Nie mówiąc już o tym, ile państwo zdarłoby z jednych i drugich w podatkach. Tego pan poseł już nie obliczy, bo to wykracza poza zakres czterech podstawowych działań arytmetycznych.
Żeby uczynić moje słowa jeszcze jaśniejszymi, załóżmy, że PO nie wygrała wyborów i dziś poseł z partii rządzącej robi podobne wyliczenie i mówi: Samo wprowadzenie linowego podatku dochodowego na poziomie 15 procent, jak zakładał program PO, wobec obecnych stawek 18 i 32 procent, pomniejszyłyby wpływy do skarbu państwa o 5 mld złotych. Ile warte jest takie gdybanie?
Po pierwsze, PO, mimo obiecanek, nie wprowadziła PIT 15 procent. Więc już kalkulacje te są guzik warte. Po drugie, podobnie jak w przypadku obliczeń pana Szejnfelda, nie wzięto pod uwagę ożywienia gospodarczego, które zwykle towarzyszy obniżce podatków.
Zadanie domowe: Mam dwie miski, jedną trzylitrową i jedną jednolitrową. Wstawiam mniejszą do większej i obie wystawiam na deszcz na pół godziny. Po tym czasie sprawdzam objętość wody, która uzbierała się w obu naczyniach - dwa litry. Ile litrów wody udałoby mi się w ten sposób zebrać, gdybym na deszcz wystawił tylko pustą miskę trzylitrową? Pan poseł zapewne odpowie, że półtora litra.
I jeszcze na deser jeden cytat z przytaczanego artykułu:
To byłaby katastrofa, gdyby rządziło PiS, dzisiaj zastanawialibyśmy się o ile wszystkim obywatelom w Polsce obciąć płace, renty, emerytury, o ile zahamować rozwój społeczno-gospodarczy naszego kraju - ocenił poseł PO.
Oczywiście, jak wszyscy czerwoni, poseł Szejnfeld uważa, że najlepszym sposobem zapobiegania bankructwu jest hamowanie rozwoju gospodarczego. I jak każdy czerwony, chciałby móc obciąć płace wszystkim obywatelom w Polsce. Nie tylko pracownikom państwowym. Wszystkim. Zatem także osobom zatrudnionym w prywatnych przedsiębiorstwach. Nie mówi jednak na jakiej podstawie. Ale to tylko kwestia czasu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)