Socjaliści mają kolosalny problem z rozumieniem działania ekonomii, co bardzo wyraźnie widać na przykładzie ostatniej dyskusji między JKM a Piotrem Ikonowiczem w TVP. Dla nich pojęcia pieniądza, wartości, wolności są czymś zupełnie abstrakcyjnym.
Jedną z najczęstszych pomyłek jest przekonanie, że pracownik otrzymuje pensję "na coś", a nie "za coś". Ikonowicz mówi, że za pensję minimalną nie można się utrzymać, że nie zapewnia ona minimum egzystencjalnego (co jest niedorzeczne, bo jakoś egzystencja ta nie ustaje), wylicza wydatki rodziny. Prawda jest taka, że pracodawca płaci pracownikowi nie NA utrzymanie rodziny, tylko ZA wykonaną pracę. I jeśli jego praca (plus podatki) jest warta tysiąc złotych, to choćby miał czternaścioro dzieci i ślepą żonę, wyższej pensji nie dostanie.
Może co najwyżej dostać jałmużnę, ale ją może dostać od każdego, bez umowy o pracę. I właśnie o tym mówi Ikonowicz - nie o płacy, tylko o jałmużnie. Jałmużnie minimalnej. Zapłata jest zawsze "za coś".
Proszę wyobrazić sobie, że idę do cukierni i kupuję pączka. Miła pani zza lady pyta mnie, czy chcę pączka za 80 groszy, czy za 1,20:
- Czy ten droższy jest smaczniejszy?
- Nie, oba są tak samo smaczne.
- Większy?
- Nie.
- Może ma więcej lukru, albo dżemu?
- Nie, proszę szanownego pana, oba są dokładnie identyczne - toczka w toczkę.
- Skąd zatem różnica w cenie?
- Tańszy został przygotowany przez kawalera, a droższy - przez pracownika, który ma czternaścioro dzieci i ślepą żonę.
Ja oczywiście kupuję tańszy - dlaczego? Bo dla mnie nie ma żadnej różnicy! Ja płacę za pączka, a nie na utrzymanie czyjejś rodziny. Mógłbym wprawdzie, poruszony historią płodnego cukiernika, kupić droższego pączka. Ale wówczas te czterdzieści groszy różnicy byłyby dokładnie jałmużną - dobrowolnym datkiem na rodzinę cukiernika i Ikonowicza nie powinna ona obchodzić.
Niestety właściciel cukierni nie jest w takiej komfortowej sytuacji. On za wytworzenie tego samego pączka płaci swoim dwóm cukiernikom różne pensje. Bo on nie płaci ZA usługę. On musi uwzględnić masę czynników "społecznych", które dla mnie, konsumenta pączka, który przychodzi do niego z pieniędzmi, nie mają najmniejszego znaczenia. Więc pączki kosztują złotówkę, a kawaler jest dyskryminowany, bo za tę samą pracę dostaje mniej pieniędzy niż jego kolega. Ale akurat ta dyskryminacja lewicy nie przeszkadza.
Socjaliści nie rozumieją również wartości pieniądza. Nie rozumieją, że te pieniądze, które pracownik dostaje pod koniec miesiąca, muszą zostać przez niego wypracowane. Pracodawca nie ma drukarni pieniędzy (nie mówię tu o budżetówce, rzecz jasna). On nie może i nie jest w stanie zapłacić więcej, niż zarobi na sprzedaży tego, co wytworzył pracownik. Socjaliści są pod tym względem jak dzieci, albo Murzyni w Afryce.
Przypomina mi to sytuację, kiedy pracowałem w Somalii. Jeden z moich podwładnych, który zarabiał, tak jak pozostali Murzyni, pięć dolarów dziennie (bardzo przyzwoite pieniądze w Somalii w owym czasie), pewnego dnia po robocie przyszedł i oznajmił, że od jutra chce zarabiać pięćdziesiąt dolarów. Nie sześć, nie siedem - pięćdziesiąt. Całkowicie nie rozumiał, czego żąda i nie widział w tym żadnego problemu. Jeszcze się odgrażał. Wy mieć pieniądze, wy dać. Dokładnie tak samo rozumuje Ikonowicz. Mówi o płacy minimalnej 2,5 tys. złotych, bo jemu akurat tak się podoba. Nie obchodzi go, kto za to zapłaci. Kto będzie musiał dostać niższą płacę, żeby dorzucić do pensji kolegi, który tych dwóch i pół nie wypracuje. To nie jego zmartwienie. Pazerny Murzyn został wyrzucony na pysk i to samo powinno stać się z Ikonowiczem i jemu podobnymi.
Zresztą ten sam problem z oceną rzeczywistości ma nasz były łepek państwa, Lech Wałęsa, zachęcający przedsiębiorców do finansowania budowy piramid - tak po prostu. Dobrobyt pochodzi z pracy, a nie ze świadczeń socjalnych.
Na deser, zamiast pączka za "złoty dwadzieścia" złota myśl "Filozofa z Pruszkowa". W programie skarży się on na to, że aż jedna trzecia zatrudnionych w Polsce zarabia płacę minimalną. W dalszej części programu postuluje wprowadzenie płacy minimalnej na poziomie 2,5 tysiąca złotych. On wierzy, że wówczas odsetek ten zmaleje!
Nie rozumiem, jak telewizja może zapraszać kogoś takiego w roli eksperta do programu publicystycznego.
Choć w tym szaleństwie może być metoda, bo jestem pewien, że zmalałaby liczba osób zarabiających płacę minimalną - nie odsetek - LICZBA - na skutek gigantycznego bezrobocia.
Ja chcę, by każdy miał szansę uczciwie zarobić - były lider PPS chce, by nieliczni zarabiali 2,5 tysiąca, a reszta nie robiła nic. Być może to jest celem Ikonowicza. Ale to nie miałoby nic wspólnego z bogactwem ani z dobrobytem. Tak właśnie się dzieje - z roku na rok podnoszona jest płaca minimalna, a, i są to słowa socjalistów, w Polsce bieda cały czas się pogłębia. Przypadek? Że też nikogo na lewicy to nie zastanawia.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pieniądze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pieniądze. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 16 czerwca 2013
wtorek, 28 czerwca 2011
Niezbyt darmowa edukacja
W poprzednim wpisie na temat obowiązku szkolnego jasno wykazałem, że szkoła na żadnym poziomie edukacji nie powinna być obowiązkowa i już nie mam zamiaru do tego wracać. W tym wpisie poruszę kwestię finansową, która również była częstym tematem w komentarzach.
Błędem jest porównywanie miesięcznych kosztów szkoły przed i po prywatyzacji. Przede wszystkim szkole prywatnej płaci się w okresie, kiedy dziecko faktycznie jest w szkole, czyli przez te kilka - kilkanaście lat. Za szkołę państwową płaci się całe życie. Po drugie czesne w szkole prywatnej płaci się tylko w miesiącach nauki, czyli z wyłączeniem miesięcy letnich. Po trzecie Za szkołę prywatną płaci się za dziecko. Za szkołę państwową tyle samo płaci wieczny kawaler i tyle samo płaci rodzina wielodzietna. Co oczywiście nie jest sprawiedliwe, bo ten pierwszy ze swoich pieniędzy nie ma nic, choć tak samo ciężko na nie pracuje.
Podawałem już przykład dwóch rodzin z trójką nastolatków. W pierwszej wszyscy się uczą, w drugiej najmłodsze dziecko ma kosztowną chorobę, więc dwójka braci zamiast się uczyć poszła do pracy, by pomóc bratu i rodzicom. Druga rodzina płaci na państwową szkołę dwa razy więcej, niż pierwsza. To nie jest sprawiedliwość. To jest niewolnictwo. Druga rodzina jest WYZYSKIWANA po to, by dzieci z pierwszej mogły się uczyć.
Proponuję zatem policzyć faktyczny koszt kształcenia w "bezpłatnej" szkole państwowej. Wystarczy pięć minut w Internecie i mam przegląd danych dla Warszawy:
Liczba uczniów rozpoczynających naukę w roku szkolnym 2010/2011 w szkołach prowadzonych przez miasto (od przedszkola do szkół średnich) - 207 170. Na cel ten miasto przeznaczyło w roku 2010 kwotę 2 209 882 129,91 zł. Roczne kształcenie jednego dziecka w państwowej szkole kosztuje miasto 10 667 złotych. Biorąc pod uwagę, że szkoła trwa niecałe 10 miesięcy w roku jest to ponad 1 000 złotych miesięcznie. A są to tylko pieniądze przeznaczone na ten cel przez miasto, zatem nie uwzględniłem wpływów z budżetu państwa oraz kosztów administracji państwowej związanej z edukacją. Jeśli wierzyć Kage, koszta te to dodatkowe 472 złote miesięcznie.
Miesiąc w najdroższych ponadpodstawowych szkołach prywatnych kosztuje niewiele ponad tysiąc złotych. Ceny w tych tańszych zaczynają się od 400 złotych za miesiąc, zatem są blisko czterokrotnie tańsze niż państwowe. Po uwolnieniu rynku będą jeszcze tańsze.
A jeśli ktoś nie wierzy liczbom, to podam argument zdroworozsądkowy: Co jest tańsze: zapłacić za naukę dziecka szkole, czy zapłacić za tę samą naukę szkole, urzędnikom, ministerstwu finansów i ministerstwu edukacji? Nie da się z tego worka wyjąć więcej, niż się włożyło. Ktoś, kto twierdzi, że państwo daje coś za darmo, jest najlepszym przykładem na to, że system edukacyjny nie spisał się w jego przypadku zbyt dobrze.
Po proponowanej reformie z tego worka nie tylko odpadną koszty biurokracji, ale także zarządzanie samymi szkołami będzie bardziej racjonalne, bo prywatne. Po uwolnieniu rynku w szkolnictwie ceny zatem spadną. Nie ma najmniejszych powodów, żeby w szkole prywatnej koszt edukacji jednego dziecka był wyższy niż w szkole państwowej o tym samym poziomie. Jeśli właściciel takiej szkoły będzie zawyżał czesne, to rychło znajdzie się jakiś wredny kapitalista, który postawi w sąsiedztwie tańszą szkołę. Jest to ABC działania wolnego rynku.
Jeśli obecnie są nauczyciele, którym opłaca się pracować za pensję państwową, to będzie im się opłacało pracować za tę samą pensję w szkole prywatnej, zwłaszcza, jeśli dodatkowo zdejmiemy z nich obciążenia, które zdjąć zamierzamy. Wówczas nawet najbiedniejszych rodziców stać będzie na edukację ich pociech, bo będzie ona kosztowała mniej niż suma zabierana im na ten cel w podatkach obecnie.
Kage odpowiada:
600 złotych to wcale nie najtańsza szkoła, również w obecnym zniewolonym rynku. Ponadto nawet najgorsza prywatna szkoła jest lepsza od państwowej, bo państwowa nie musi zabiegać o klienta. Więc nawet jeśli rodzic nie wysupła tych dwustu dodatkowych złotych, to dziecko i tak zyska. I w ogóle argument taki jest bez sensu, bo nawet jeśli wysupła te pieniądze, to Kage mógłby powiedzieć, że za kolejne dwieście będzie jeszcze lepsza szkoła, więc chyba lepiej znowu dopłacić i po paru takich iteracjach z triumfem udowodni, że ludzi nie stać na to, by ich pociechy studiowały w prestiżowych szkołach za granicą. Różne są portfele, to i ceny są różne.
A jeśli ojca nie stać na posłanie dziecka do szkoły, mimo, że będzie mniej łupiony przez państwo, to też są sposoby. Obecnie rodzic spłaca gorszej jakości edukację dziecka przez całe życie na niekorzystnych warunkach, bo u państwa. Dlaczego zatem nie wziąć kredytu na dobrą edukację, który spłaci szybciej i taniej?
Poza tym rodzic nie musi decydować się na pełny kurs. To nie jest PRLowska kawiarnia, gdzie kawa i ciastko są już w pakiecie. Przecież mogę uznać, że moje dziecko nie musi chodzić na lekcje śpiewu, plastyki, czy środowiska, na którym uczy się o dziurze ozonowej i teorii Gore'a. Jeśli chodzę z dzieciakami co sobotę na pływalnie i na rower, to po jakie licho mam jeszcze płacić za WF. A jeśli jestem księgowym, to i rachunków je nauczę sam. Kiedy wreszcie ministerstwo zlezie mi z karku, to już ja będę potrafił dobrać najlepszy zestaw dla moich pociech, dokładnie tak jak w prywatnej restauracji.
No i kwestia szkół powstających przy kościołach, gdzie księża i zakonnice, czy też fundacje charytatywne z radością będą uczyć i wychowywać te dzieci, których rodzice postanowią na pociesze oszczędzić.
Skoro jest taka masa ludzi, również nieposiadających dzieci w wieku szkolnym, którzy uważają, że państwo powinno im pod przymusem zabierać pieniądze na edukację innych, to rozumiem, że jeśli obowiązku tego nie będzie, to sami będą na ten cel przeznaczać część swojej pensji, nieprawdaż? Chyba, że głosy te to tylko festiwal hipokryzji.
Jest też kwestia moralna. Jeżeli ja ciężko i uczciwie pracuję, jeżeli poświęcam na pracę dużo czasu, również tego, który mógłbym poświęcić na przebywanie z dziećmi, żeby więcej zarobić, to również po to, bym mógł za te pieniądze zapewnić im lepszą edukację i lepsze perspektywy, niż sąsiad, który raz na pół roku wywalany jest z roboty, a większość wypłaty przepija, a nie po to, żeby wrzucać moje ciężko wypracowane pieniądze do jednego wora razem z nierobami. Jaką mam motywację do lepszej pracy, gdy muszę płacić na szkołę więcej niż sąsiad (bo płacę wyższe podatki), a moje dziecko uczy się w tej samej klasie, co syn tamtego?
Prywatna szkoła wychowuje również rodziców. Uczy ich odpowiedzialności za swoje dzieci. Postawa obojętna, kiedy rodzica nie obchodzi co z tym dzieckiem się dzieje między ósmą a piętnastą przynosi gorsze efekty niż postawa odpowiedzialna.
Anonim pisze:
Argument całkowicie chybiony. Przez setki lat szkolnictwo było płatne, a mimo to ludzie biedni stawali się milionerami. Co więcej, przy obecnym systemie edukacji sporo mamy magistrów, którzy zarabiają minimalne stawki, oraz hydraulików żyjących na bardzo przyzwoitym poziomie. Dzieje się tak, gdyż obowiązek szkolny i sztywny program zachwiały równowagę między edukacją a rynkiem pracy.
Do wyjścia z biedy nie potrzebna jest edukacja. Historia zna wiele przypadków milionerów analfabetów. Bogactwo zdobywa się ciężką pracą. Szkoła nie jest najważniejsza. Ważniejszy jest spryt, odwaga i przedsiębiorczość. Edukacja bywa pomocna, ale nie jest warunkiem koniecznym. W obecnej zaś formie często przeszkadza się bogacić, wbijając do podatnych główek ideologię socjalizmu.
Bardzo mnie zaskoczyło stanowisko kilku komentatorów. Koronnym argumentem dla nich jest:
Tylko czy to jest uczciwe rozwiązanie? Absolutnie nie! Owszem, rodzice płacą mniej za edukację swoich dzieci. Ale wszyscy inni płacą dużo więcej za nic! Płacą za coś, z czego nie mają najmniejszej korzyści! Łatwo jest mówić, że system jest dobry, kiedy daje nam pieniądze, ale żeby nam dać, komuś musi odebrać, nie dając nic w zamian. I dla nich ten system jest zły i bandycki. Tak jak było z Kalim i kradzieżą krowy.
Zapewne motocykliści też byliby szczęśliwsi, gdyby na ich jednoślady składali się nie tylko oni, ale też i ci, którzy motocyklami nie jeżdżą. Dlaczego o to nie powalczyć?
System, w którym cały kolektyw płaci za usługę, czy towar, z którego korzystają nieliczni nazywa się KOMUNIZM. Radzę więc być ostrożnym z wypowiadaniem życzeń, bo jeszcze gotowe się ziścić.
Błędem jest porównywanie miesięcznych kosztów szkoły przed i po prywatyzacji. Przede wszystkim szkole prywatnej płaci się w okresie, kiedy dziecko faktycznie jest w szkole, czyli przez te kilka - kilkanaście lat. Za szkołę państwową płaci się całe życie. Po drugie czesne w szkole prywatnej płaci się tylko w miesiącach nauki, czyli z wyłączeniem miesięcy letnich. Po trzecie Za szkołę prywatną płaci się za dziecko. Za szkołę państwową tyle samo płaci wieczny kawaler i tyle samo płaci rodzina wielodzietna. Co oczywiście nie jest sprawiedliwe, bo ten pierwszy ze swoich pieniędzy nie ma nic, choć tak samo ciężko na nie pracuje.
Podawałem już przykład dwóch rodzin z trójką nastolatków. W pierwszej wszyscy się uczą, w drugiej najmłodsze dziecko ma kosztowną chorobę, więc dwójka braci zamiast się uczyć poszła do pracy, by pomóc bratu i rodzicom. Druga rodzina płaci na państwową szkołę dwa razy więcej, niż pierwsza. To nie jest sprawiedliwość. To jest niewolnictwo. Druga rodzina jest WYZYSKIWANA po to, by dzieci z pierwszej mogły się uczyć.
Ja wiem, że edukacja jest ważna. Ale dla nas ważniejsza jest wolność i sprawiedliwość.
Proponuję zatem policzyć faktyczny koszt kształcenia w "bezpłatnej" szkole państwowej. Wystarczy pięć minut w Internecie i mam przegląd danych dla Warszawy:
Liczba uczniów rozpoczynających naukę w roku szkolnym 2010/2011 w szkołach prowadzonych przez miasto (od przedszkola do szkół średnich) - 207 170. Na cel ten miasto przeznaczyło w roku 2010 kwotę 2 209 882 129,91 zł. Roczne kształcenie jednego dziecka w państwowej szkole kosztuje miasto 10 667 złotych. Biorąc pod uwagę, że szkoła trwa niecałe 10 miesięcy w roku jest to ponad 1 000 złotych miesięcznie. A są to tylko pieniądze przeznaczone na ten cel przez miasto, zatem nie uwzględniłem wpływów z budżetu państwa oraz kosztów administracji państwowej związanej z edukacją. Jeśli wierzyć Kage, koszta te to dodatkowe 472 złote miesięcznie.
Miesiąc w najdroższych ponadpodstawowych szkołach prywatnych kosztuje niewiele ponad tysiąc złotych. Ceny w tych tańszych zaczynają się od 400 złotych za miesiąc, zatem są blisko czterokrotnie tańsze niż państwowe. Po uwolnieniu rynku będą jeszcze tańsze.
A jeśli ktoś nie wierzy liczbom, to podam argument zdroworozsądkowy: Co jest tańsze: zapłacić za naukę dziecka szkole, czy zapłacić za tę samą naukę szkole, urzędnikom, ministerstwu finansów i ministerstwu edukacji? Nie da się z tego worka wyjąć więcej, niż się włożyło. Ktoś, kto twierdzi, że państwo daje coś za darmo, jest najlepszym przykładem na to, że system edukacyjny nie spisał się w jego przypadku zbyt dobrze.
Po proponowanej reformie z tego worka nie tylko odpadną koszty biurokracji, ale także zarządzanie samymi szkołami będzie bardziej racjonalne, bo prywatne. Po uwolnieniu rynku w szkolnictwie ceny zatem spadną. Nie ma najmniejszych powodów, żeby w szkole prywatnej koszt edukacji jednego dziecka był wyższy niż w szkole państwowej o tym samym poziomie. Jeśli właściciel takiej szkoły będzie zawyżał czesne, to rychło znajdzie się jakiś wredny kapitalista, który postawi w sąsiedztwie tańszą szkołę. Jest to ABC działania wolnego rynku.
Jeśli obecnie są nauczyciele, którym opłaca się pracować za pensję państwową, to będzie im się opłacało pracować za tę samą pensję w szkole prywatnej, zwłaszcza, jeśli dodatkowo zdejmiemy z nich obciążenia, które zdjąć zamierzamy. Wówczas nawet najbiedniejszych rodziców stać będzie na edukację ich pociech, bo będzie ona kosztowała mniej niż suma zabierana im na ten cel w podatkach obecnie.
Kage odpowiada:
A teraz jeżeli miałbyś posłać dziecko do szkoły za 600zł (najtańsze znalezione na szybko), wiedząc, że poziom jest tam przeciętny, to nie lepiej byłoby zapłacić te 200zł więcej żeby posłać dziecko do najlepszej szkoły? A co jeżeli nie będzie Cię stać, by posłać dziecko do renomowanego liceum, mimo iż wiesz, że sobie poradzi i otworzy to mu drzwi do lepszej przyszłości a na stypendium się nie łapie?
600 złotych to wcale nie najtańsza szkoła, również w obecnym zniewolonym rynku. Ponadto nawet najgorsza prywatna szkoła jest lepsza od państwowej, bo państwowa nie musi zabiegać o klienta. Więc nawet jeśli rodzic nie wysupła tych dwustu dodatkowych złotych, to dziecko i tak zyska. I w ogóle argument taki jest bez sensu, bo nawet jeśli wysupła te pieniądze, to Kage mógłby powiedzieć, że za kolejne dwieście będzie jeszcze lepsza szkoła, więc chyba lepiej znowu dopłacić i po paru takich iteracjach z triumfem udowodni, że ludzi nie stać na to, by ich pociechy studiowały w prestiżowych szkołach za granicą. Różne są portfele, to i ceny są różne.
A jeśli ojca nie stać na posłanie dziecka do szkoły, mimo, że będzie mniej łupiony przez państwo, to też są sposoby. Obecnie rodzic spłaca gorszej jakości edukację dziecka przez całe życie na niekorzystnych warunkach, bo u państwa. Dlaczego zatem nie wziąć kredytu na dobrą edukację, który spłaci szybciej i taniej?
Poza tym rodzic nie musi decydować się na pełny kurs. To nie jest PRLowska kawiarnia, gdzie kawa i ciastko są już w pakiecie. Przecież mogę uznać, że moje dziecko nie musi chodzić na lekcje śpiewu, plastyki, czy środowiska, na którym uczy się o dziurze ozonowej i teorii Gore'a. Jeśli chodzę z dzieciakami co sobotę na pływalnie i na rower, to po jakie licho mam jeszcze płacić za WF. A jeśli jestem księgowym, to i rachunków je nauczę sam. Kiedy wreszcie ministerstwo zlezie mi z karku, to już ja będę potrafił dobrać najlepszy zestaw dla moich pociech, dokładnie tak jak w prywatnej restauracji.
No i kwestia szkół powstających przy kościołach, gdzie księża i zakonnice, czy też fundacje charytatywne z radością będą uczyć i wychowywać te dzieci, których rodzice postanowią na pociesze oszczędzić.
Skoro jest taka masa ludzi, również nieposiadających dzieci w wieku szkolnym, którzy uważają, że państwo powinno im pod przymusem zabierać pieniądze na edukację innych, to rozumiem, że jeśli obowiązku tego nie będzie, to sami będą na ten cel przeznaczać część swojej pensji, nieprawdaż? Chyba, że głosy te to tylko festiwal hipokryzji.
Jest też kwestia moralna. Jeżeli ja ciężko i uczciwie pracuję, jeżeli poświęcam na pracę dużo czasu, również tego, który mógłbym poświęcić na przebywanie z dziećmi, żeby więcej zarobić, to również po to, bym mógł za te pieniądze zapewnić im lepszą edukację i lepsze perspektywy, niż sąsiad, który raz na pół roku wywalany jest z roboty, a większość wypłaty przepija, a nie po to, żeby wrzucać moje ciężko wypracowane pieniądze do jednego wora razem z nierobami. Jaką mam motywację do lepszej pracy, gdy muszę płacić na szkołę więcej niż sąsiad (bo płacę wyższe podatki), a moje dziecko uczy się w tej samej klasie, co syn tamtego?
Prywatna szkoła wychowuje również rodziców. Uczy ich odpowiedzialności za swoje dzieci. Postawa obojętna, kiedy rodzica nie obchodzi co z tym dzieckiem się dzieje między ósmą a piętnastą przynosi gorsze efekty niż postawa odpowiedzialna.
Anonim pisze:
Szkolnictwo podstawowe musi pozostać bezpłatne, aby nie zamykać biedocie drogi do wydostania się z biedy.
Argument całkowicie chybiony. Przez setki lat szkolnictwo było płatne, a mimo to ludzie biedni stawali się milionerami. Co więcej, przy obecnym systemie edukacji sporo mamy magistrów, którzy zarabiają minimalne stawki, oraz hydraulików żyjących na bardzo przyzwoitym poziomie. Dzieje się tak, gdyż obowiązek szkolny i sztywny program zachwiały równowagę między edukacją a rynkiem pracy.
Do wyjścia z biedy nie potrzebna jest edukacja. Historia zna wiele przypadków milionerów analfabetów. Bogactwo zdobywa się ciężką pracą. Szkoła nie jest najważniejsza. Ważniejszy jest spryt, odwaga i przedsiębiorczość. Edukacja bywa pomocna, ale nie jest warunkiem koniecznym. W obecnej zaś formie często przeszkadza się bogacić, wbijając do podatnych główek ideologię socjalizmu.
Bardzo mnie zaskoczyło stanowisko kilku komentatorów. Koronnym argumentem dla nich jest:
Bo teraz nie płacą tylko zainteresowani a całe społeczeństwo- Ci bezdzietni, Ci których dzieci jeszcze do szkoły nie chodzą i Ci, którzy już swoje dzieci wyedukowali.
Tylko czy to jest uczciwe rozwiązanie? Absolutnie nie! Owszem, rodzice płacą mniej za edukację swoich dzieci. Ale wszyscy inni płacą dużo więcej za nic! Płacą za coś, z czego nie mają najmniejszej korzyści! Łatwo jest mówić, że system jest dobry, kiedy daje nam pieniądze, ale żeby nam dać, komuś musi odebrać, nie dając nic w zamian. I dla nich ten system jest zły i bandycki. Tak jak było z Kalim i kradzieżą krowy.
Zapewne motocykliści też byliby szczęśliwsi, gdyby na ich jednoślady składali się nie tylko oni, ale też i ci, którzy motocyklami nie jeżdżą. Dlaczego o to nie powalczyć?
System, w którym cały kolektyw płaci za usługę, czy towar, z którego korzystają nieliczni nazywa się KOMUNIZM. Radzę więc być ostrożnym z wypowiadaniem życzeń, bo jeszcze gotowe się ziścić.
Subskrybuj:
Posty (Atom)