W "kraju wszelkich swobód", gdzie każdy ma konstytucyjne prawo do dążenia do szczęścia, policjanci w miasteczku Louisiana w Missouri trzykrotnie razili prądem mężczyznę, który próbował ratować swojego 3 letniego pasierba z pożaru (sznurek). Chłopczyk spłonął.
Ryan Miller oraz matka dziecka, Kasia Miller, zdołali wydostać się z płonącego domu tylnymi drzwiami. By ratować swoje dziecko mężczyzna usiłował wrócić do domu drzwiami frontowymi. Policjanci, których nazwisk nie podano, obezwładnili go trzema seriami z paralizatora i skuli. Dla jego własnego dobra oczywiście.
Prawem i obowiązkiem ojca rodziny jest jej ochrona i dbanie o bezpieczeństwo. Policjanci mogli nie wiedzieć co to oznacza, gdyż sami, mimo że ich mottem jest "Protect and Serve" (Chronić i Służyć), w rzeczywistości takiego obowiązku nie mają.
Jeżeli ojciec sam gotów jest zginąć w płomieniach próbując ratować swoje dziecko, to tylko najgorszy sukinsyn mógłby próbować mu przeszkodzić, a tylko najgorszy z najgorszych sukinsynów użyłby takich nieludzkich metod. Potraktowano go prądem - jak zwierzę.
Choć nie do końca jak zwierzę. Parę tygodni temu natknąłem się na obrazek przedstawiający kotkę, która wynosiła z pożaru swoje kocięta, jedno po drugim, nie niepokojona przez obecnych funkcjonariuszy, również w SZA. Podpisy pod obrazkiem mówiły o "kociej bohaterce", o tym, że od zwierząt moglibyśmy się uczyć prawdziwej miłości i opiekuńczości.
Kotka mogła sobie na to pozwolić, bo nikt nie próbował porazić jej prądem. Dlaczego? Bo w SZA koty, w przeciwieństwie do ludzi, są wolne.
Gdyby pan Miller był wolny, to policjant nie mógłby mu przeszkodzić, nawet gdyby próbował z płomieni ratować nie dziecko, ale psa, złotą rybkę, albo flaszkę piwa. Niewolnika można porazić prądem, skrępować i kazać siedzieć w radiowozie słuchając błagań o pomoc płonącego trzylatka. Żeby tylko sam się nam nie zabił, bo jego życie jest najwyższą wartością.
SZA bardzo surowo podchodzą do tematu tortur. Nie wolno torturować nawet terrorystów. A czy policja w tym przypadku nie torturowała Ryana Millera? I pal licho rażenie prądem, to jest kilkusekundowa tortura, która na ogół nie pozostawia trwałych uszkodzeń (na ogół - jeszcze wrócę do tego). Mówię o torturze psychicznej, ranie na całe życie. Nie potrafię sobie wyobrazić ogromu cierpienia, jakie ci bezmyślni i bezduszni Vogoni zadali temu człowiekowi.
Co i tak jest niczym, biorąc pod uwagę to, że być może przyczynili się do okrutnej śmierci dziecka, któremu odebrali jedyną szansę na ratunek.
Policjanci oraz inni przedstawiciele państwa policyjnego, z mniej lub bardziej udawanym żalem, usprawiedliwiają takie postępowanie bezpieczeństwem mężczyzny. Jest to nieporozumienie. Pomijając już nawet to, że chcącemu nie dzieje się krzywda. Jakie było ryzyko śmierci lub odniesienia trwałych obrażeń Ryana Millera w pożarze? Ktoś powie, że duże, ktoś inny powie, że małe. Ale konkretnie, jakie? Nikt nie wie. I policjant też tego nie wiedział.
A jakie było prawdopodobieństwo, że Ryan Miller poniesie śmierć, lub trwałe obrażenia od paralizatora? 0,8 procenta i 1,8 procenta odpowiednio (na zdrowym i spokojnym organizmie!). To są dane statystyczne, nie są wolne od błędu, ale istotną informacją jest to, że ryzyko takie istnieje i jest wyższe od zera. Policjant, uprawniony do użycia tej broni powinien o tym wiedzieć, i zakładam, że wiedział.
Zatem policjant, nie znając ryzyka poparzenia, stwierdził autorytatywnie iż jest ono większe niż ryzyko wynikające z trzykrotnego użycia paralizatora (na zdrowym mężczyźnie, ale w skrajnej sytuacji emocjonalnej, co jest istotne zwłaszcza przy tego typu broni).
Nie, to tylko czarny humor z mojej strony. Oczywiście, że nic nie stwierdził, bo musiałby pomyśleć, a tymczasem im myśleć nie kazano. Policjant bezmyślnie wykonywał uniwersalne procedury, "przewidujące każde możliwe zdarzenie", powtarzając jak pacierz wyuczone "resistance is useless!".
Co policjanci powinni byli zrobić? Niewiele. Wystarczyłoby nie robić nic. Nie przeszkadzać i trzymać kciuki. Mogli też pomóc. Nie mówię o ryzykowaniu własnego życia w płomieniach, bo tacy policjanci byli w SZA dawno temu, a dzisiaj są bardzo nieliczni. Ale mogli mężczyźnie chociaż dać kurtkę (Miller był w piżamie i boso), czy pomóc wyłamać drzwi frontowe. Nawet jeśli byli uwiązani surowymi przepisami, gdyby policjant był Mężczyzną, powiedziałby: Proszę tam nie wchodzić, to bardzo niebezpieczne. A teraz proszę nam wybaczyć, musimy zająć się gapiami. Po czym odwróciliby się do Millera plecami.
Nie zrobili tego. Woleli przemocą obezwładnić jedynego Mężczyznę, który był na miejscu i który mógł cokolwiek zrobić.
Jeden z komentatorów artykułu na podanej stronie napisał: Jestem ojcem i słowo daję, że gdyby mi się to przydarzyło, policjant nie doczekałby Bożego Narodzenia.
Jestem pewien że sprawa trafi do sądu. Będę śledził rozprawę z zainteresowaniem. O ile bowiem nie trudno byłoby przewidzieć, co czekałoby policjanta, który użył paralizatora przeciwko bandycie i w konsekwencji bandyta zmarłby, to jestem bardzo ciekaw co się dzieje, gdy policjant użyje paralizatora przeciwko praworządnemu, oddanemu ojcu, a w konsekwencji mały chłopczyk spłonie żywcem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą policja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą policja. Pokaż wszystkie posty
piątek, 8 listopada 2013
środa, 25 września 2013
Antycywilizacja tchórzy
We wtorek po godz. 18 zaczęła się ewakuacja restauracji McDonald's we Wrocławiu. Podobnie było w całej Polsce. Powodem był anonimowy telefon o podłożeniu w jednym z lokali bomby. Po sprawdzeniu wszystkich restauracji okazało się, że alarm był fałszywy. (Gazeta Wrocław)
Żyjemy w takich czasach, kiedy jeden łobuz potrafi postawić na nogi całą policję w kraju. W artykule zapytano rzecznika sieci o straty spowodowane żartem. Niestety nie doczytałem, by ktoś zapytał ile kosztowała akcja policji. Bo McDonalds może sobie pozwolić na taką akcję, bo za ich straty zapłaci ktoś inny, a za postawienie na nogi policji w całym kraju zapłacimy my, podatnicy.
Pierwszą zasadą, która została tu naruszona jest to, że zareagowano na anonimowe zgłoszenie. O ile nie obchodzi mnie reakcja McDonalds, bo na własnym każdy może być tchórzem, o tyle niepokoi mnie policja, która trzęsła portkami za moje pieniądze. Policja powinna od razu ignorować tego typu "zagrożenia", nawet jeśli są prawdopodobne (ten absolutnie nie był). Bo, o ile dowcipnisie niczego się nie nauczą, o tyle prawdziwi terroryści szybko przekonają się, że tego typu akcje do niczego im nie służą. A odpowiadanie na anonimy tylko zachęca do wykorzystywania tego w niecnych celach.
Zagrożenie nie było prawdopodobne z kilku przyczyn. Bywa, że ktoś dzwoni i mówi o podłożeniu bomby dla wicu. Ale nie zdarza się, by ktoś dla żartu zadał sobie faktyczny trud zgromadzenia materiałów, zbudowania bomby, zaplanowania i zrealizowania jej podłożenia. To kosztuje dużo więcej niż minuta rozmowy telefonicznej, a i ryzyko niemałe. Tego się nie robi dla śmiechu, tylko z zupełnie innych przyczyn.
Przyczyny mogą być dwie. Terrorysta albo chce wysadzić bombę i zabić (kogoś konkretnego, albo kogo popadnie), zniszczyć mienie, albo bomba jest tylko kartą przetargową w szantażu (jak nie dostanę dwóch ciężarówek pączków, wysadzę cukiernię).
W pierwszym przypadku nikt nie będzie dzwonił na policję, bo tylko zmniejsza swoją szansę na sukces. Robi to, co zrobił był Andrzej Breivik - wypełnia ciężarówkę ładunkami wybuchowymi, parkuje w pobliżu celu i zdalnie je detonuje. Bez problemu, bez zostawiania zbędnych śladów.
W drugim przypadku szantażysta przedstawia konkretne żądanie. Skąd policjant, czy właściciel cukierni ma wiedzieć, czego terrorysta chce, jeśli ten zawiadamia o bombie, ale nie przedstawi swoich postulatów? Jeśli tego nie zrobił, to znaczy, że jego jedynym celem jest wprowadzenie zamieszania. A do tego żadna bomba nie jest mu potrzebna - tylko informacja o bombie.
Zatem w tym przypadku od początku jasne było, przynajmniej dla człowieka rozumnego, że ten "zamach" to lipa. Nawet jeśli istniało jakieś bardzo małe ryzyko, że dzwoniący jest hollywoodzkim psychopatą-dowcipnisiem, było ono stanowczo za małe, by niepokoić klientów restauracji ewakuacją, a tym bardziej, by angażowała się w to policja. A ponieważ anonim nie podał nawet adresu restauracji, więc to ryzyko dla każdej z nich było jeszcze trzystukrotnie niższe. Większe jest ryzyko, że gość wyproszony z restauracji wpadnie pod samochód, do czego by nie doszło, gdyby pozwolone mu było dokończyć BigMaka w spokoju. Ale to jest opinia człowieka rozsądnego, a nie policjanta, który ma interes w tym, by ludzie się bali.
Jutro zadzwoni ktoś, kto powie, że ukrył bombę w jednym z samochodów - co wtedy? Sparaliżujemy cały kraj, by "nie podejmować zbędnego ryzyka"?
Terroryzm polega na wzbudzaniu strachu. Terroryści mają nad nami pełną władzę, bo wystarczy, że tupną nóżką, a my drżymy. Płacimy na "wojnę z terrorem", pozwalamy się obmacywać i przetrząsać nasze prywatne szpargały na lotnisku, żądamy większej kontroli. To są najdobitniejsze dowody na to, że jesteśmy sterroryzowani - terroryści wygrali, bo oni chcą, żebyśmy się bali. Więc my się boimy, a oni nawet już nie muszą nic robić. Po co, skoro boimy się już nawet nie samych terrorystów - my się boimy własnego cienia!
Żyjemy w takich czasach, kiedy jeden łobuz potrafi postawić na nogi całą policję w kraju. W artykule zapytano rzecznika sieci o straty spowodowane żartem. Niestety nie doczytałem, by ktoś zapytał ile kosztowała akcja policji. Bo McDonalds może sobie pozwolić na taką akcję, bo za ich straty zapłaci ktoś inny, a za postawienie na nogi policji w całym kraju zapłacimy my, podatnicy.
Pierwszą zasadą, która została tu naruszona jest to, że zareagowano na anonimowe zgłoszenie. O ile nie obchodzi mnie reakcja McDonalds, bo na własnym każdy może być tchórzem, o tyle niepokoi mnie policja, która trzęsła portkami za moje pieniądze. Policja powinna od razu ignorować tego typu "zagrożenia", nawet jeśli są prawdopodobne (ten absolutnie nie był). Bo, o ile dowcipnisie niczego się nie nauczą, o tyle prawdziwi terroryści szybko przekonają się, że tego typu akcje do niczego im nie służą. A odpowiadanie na anonimy tylko zachęca do wykorzystywania tego w niecnych celach.
Zagrożenie nie było prawdopodobne z kilku przyczyn. Bywa, że ktoś dzwoni i mówi o podłożeniu bomby dla wicu. Ale nie zdarza się, by ktoś dla żartu zadał sobie faktyczny trud zgromadzenia materiałów, zbudowania bomby, zaplanowania i zrealizowania jej podłożenia. To kosztuje dużo więcej niż minuta rozmowy telefonicznej, a i ryzyko niemałe. Tego się nie robi dla śmiechu, tylko z zupełnie innych przyczyn.
Przyczyny mogą być dwie. Terrorysta albo chce wysadzić bombę i zabić (kogoś konkretnego, albo kogo popadnie), zniszczyć mienie, albo bomba jest tylko kartą przetargową w szantażu (jak nie dostanę dwóch ciężarówek pączków, wysadzę cukiernię).
W pierwszym przypadku nikt nie będzie dzwonił na policję, bo tylko zmniejsza swoją szansę na sukces. Robi to, co zrobił był Andrzej Breivik - wypełnia ciężarówkę ładunkami wybuchowymi, parkuje w pobliżu celu i zdalnie je detonuje. Bez problemu, bez zostawiania zbędnych śladów.
W drugim przypadku szantażysta przedstawia konkretne żądanie. Skąd policjant, czy właściciel cukierni ma wiedzieć, czego terrorysta chce, jeśli ten zawiadamia o bombie, ale nie przedstawi swoich postulatów? Jeśli tego nie zrobił, to znaczy, że jego jedynym celem jest wprowadzenie zamieszania. A do tego żadna bomba nie jest mu potrzebna - tylko informacja o bombie.
Zatem w tym przypadku od początku jasne było, przynajmniej dla człowieka rozumnego, że ten "zamach" to lipa. Nawet jeśli istniało jakieś bardzo małe ryzyko, że dzwoniący jest hollywoodzkim psychopatą-dowcipnisiem, było ono stanowczo za małe, by niepokoić klientów restauracji ewakuacją, a tym bardziej, by angażowała się w to policja. A ponieważ anonim nie podał nawet adresu restauracji, więc to ryzyko dla każdej z nich było jeszcze trzystukrotnie niższe. Większe jest ryzyko, że gość wyproszony z restauracji wpadnie pod samochód, do czego by nie doszło, gdyby pozwolone mu było dokończyć BigMaka w spokoju. Ale to jest opinia człowieka rozsądnego, a nie policjanta, który ma interes w tym, by ludzie się bali.
Jutro zadzwoni ktoś, kto powie, że ukrył bombę w jednym z samochodów - co wtedy? Sparaliżujemy cały kraj, by "nie podejmować zbędnego ryzyka"?
Terroryzm polega na wzbudzaniu strachu. Terroryści mają nad nami pełną władzę, bo wystarczy, że tupną nóżką, a my drżymy. Płacimy na "wojnę z terrorem", pozwalamy się obmacywać i przetrząsać nasze prywatne szpargały na lotnisku, żądamy większej kontroli. To są najdobitniejsze dowody na to, że jesteśmy sterroryzowani - terroryści wygrali, bo oni chcą, żebyśmy się bali. Więc my się boimy, a oni nawet już nie muszą nic robić. Po co, skoro boimy się już nawet nie samych terrorystów - my się boimy własnego cienia!
czwartek, 19 września 2013
Dobre rozwiązania są zbyt tanie
Gazeta podaje:
Zaskakujący pomysł resortu transportu: - Urzędnicy właśnie rozpoczęli prace nad wprowadzeniem nowych przepisów dotyczących mandatów drogowych. Zgodnie z nimi wysokość kary ma być zależna od wysokości zarobków przyłapanego kierowcy - informuje RMF FM.
Myślę, że wtedy będzie to bardziej sprawiedliwe i bardziej akceptowalne przez społeczeństwo - mówi Rynasiewicz [wiceszef resortu transportu - SzH].
Samo stopniowanie czasownika "sprawiedliwy", jest cokolwiek dziwne. Zakładam, że to tylko taki dziwny zwrot. Twierdzenie zaś, że kary mają być akceptowalne społecznie, to już nie jest głupi zwrot, to głupota. Ale sam pomysł jest z tego wszystkiego najgorszy.
Pomysł jest zły z przynajmniej dwóch przyczyn - po pierwsze, obok fiskusa, policja stanie się kolejnym organem z nieograniczonym dostępem do informacji o naszych pieniądzach. Po drugie jest to wprowadzenie różnych kar za to samo, a to jest, wbrew temu, co mówi pan Rynasiewicz, niesprawiedliwe w pełnym znaczeniu tego slowa.
A za co? Za co właściwie dostaje się mandaty drogowe. Pierwsze co przychodzi na myśl, zapewne też pomysłodawcy, jest przekraczanie dozwolonej prędkości oraz inne nieszkodliwe wykroczenia. Dlaczego są one karane? Nie dlatego, że sama szybka jazda komuś szkodzi, tylko dlatego, że człowiek nie przestrzegający przepisów ma stwarzać pewne zagrożenie. Czy zagrożenie stwarzane przez bogatego jest większe? Wprost przeciwnie, on zazwyczaj ma nowszy, lepiej wyposażony model samochodu i także lepiej dba o jego sprawność niż biedny, bo ma na to środki.
Jeśli zaś ustawodawcy tak bardzo zależy, by kary były tak samo dotkliwe dla biednego i dla bogatego, to są dużo prostsze sposoby na zapewnienie tej równości. Zamiast stosowania kar finansowych, które są różnie odczuwalne przez różne, nawet tak samo zamożne osoby, lepszą będą kary aresztu, albo prac społecznych. Wówczas na przykład kara 100 godzin prac społecznych będzie podobnie dotkliwa dla mniej zamożnego, który zarabia 10 złotych za godzinę i dla bogatego, który zarabia 100 złotych za godzinę, a przecież będzie to ta sama kara, a zatem sprawiedliwa. I wówczas znika problem sprawdzania ile kto zarabia. Inną możliwością są kary cielesne - na przykład kara chłosty, która boli tak samo, niezależnie od uposażenia, a nawet może być dotkliwsza dla bogacza, bo bardziej szarga jego reputację.
Jestem przeciwny wszelkiej prewencji ze strony państwa, więc sam dopuszczam stosowanie jakichkolwiek kar w przypadku wyrządzenia faktycznej szkody, a nie "potencjalnej", ale wskazuję tylko "lepsze rozwiązanie" tego problemu, który sam stworzyli.
Oczywiście resort żadnego z tych pomysłów nawet nie weźmie pod uwagę, bo im nie chodzi ani o bezpieczeństwo, ani o sprawiedliwość, ani o poszanowanie prawa (wprost przeciwnie). Im chodzi tylko i wyłącznie o pieniądze. I bardzo łatwo jest to udowodnić: Założę się, że jeśli prawo to wejdzie w życie, to mandaty dla zamożnych pójdą w górę, ale te dla najmniej zarabiających nie zostaną obniżone ani o grosz.
Zaskakujący pomysł resortu transportu: - Urzędnicy właśnie rozpoczęli prace nad wprowadzeniem nowych przepisów dotyczących mandatów drogowych. Zgodnie z nimi wysokość kary ma być zależna od wysokości zarobków przyłapanego kierowcy - informuje RMF FM.
Myślę, że wtedy będzie to bardziej sprawiedliwe i bardziej akceptowalne przez społeczeństwo - mówi Rynasiewicz [wiceszef resortu transportu - SzH].
Samo stopniowanie czasownika "sprawiedliwy", jest cokolwiek dziwne. Zakładam, że to tylko taki dziwny zwrot. Twierdzenie zaś, że kary mają być akceptowalne społecznie, to już nie jest głupi zwrot, to głupota. Ale sam pomysł jest z tego wszystkiego najgorszy.
Pomysł jest zły z przynajmniej dwóch przyczyn - po pierwsze, obok fiskusa, policja stanie się kolejnym organem z nieograniczonym dostępem do informacji o naszych pieniądzach. Po drugie jest to wprowadzenie różnych kar za to samo, a to jest, wbrew temu, co mówi pan Rynasiewicz, niesprawiedliwe w pełnym znaczeniu tego slowa.
A za co? Za co właściwie dostaje się mandaty drogowe. Pierwsze co przychodzi na myśl, zapewne też pomysłodawcy, jest przekraczanie dozwolonej prędkości oraz inne nieszkodliwe wykroczenia. Dlaczego są one karane? Nie dlatego, że sama szybka jazda komuś szkodzi, tylko dlatego, że człowiek nie przestrzegający przepisów ma stwarzać pewne zagrożenie. Czy zagrożenie stwarzane przez bogatego jest większe? Wprost przeciwnie, on zazwyczaj ma nowszy, lepiej wyposażony model samochodu i także lepiej dba o jego sprawność niż biedny, bo ma na to środki.
Jeśli zaś ustawodawcy tak bardzo zależy, by kary były tak samo dotkliwe dla biednego i dla bogatego, to są dużo prostsze sposoby na zapewnienie tej równości. Zamiast stosowania kar finansowych, które są różnie odczuwalne przez różne, nawet tak samo zamożne osoby, lepszą będą kary aresztu, albo prac społecznych. Wówczas na przykład kara 100 godzin prac społecznych będzie podobnie dotkliwa dla mniej zamożnego, który zarabia 10 złotych za godzinę i dla bogatego, który zarabia 100 złotych za godzinę, a przecież będzie to ta sama kara, a zatem sprawiedliwa. I wówczas znika problem sprawdzania ile kto zarabia. Inną możliwością są kary cielesne - na przykład kara chłosty, która boli tak samo, niezależnie od uposażenia, a nawet może być dotkliwsza dla bogacza, bo bardziej szarga jego reputację.
Jestem przeciwny wszelkiej prewencji ze strony państwa, więc sam dopuszczam stosowanie jakichkolwiek kar w przypadku wyrządzenia faktycznej szkody, a nie "potencjalnej", ale wskazuję tylko "lepsze rozwiązanie" tego problemu, który sam stworzyli.
Oczywiście resort żadnego z tych pomysłów nawet nie weźmie pod uwagę, bo im nie chodzi ani o bezpieczeństwo, ani o sprawiedliwość, ani o poszanowanie prawa (wprost przeciwnie). Im chodzi tylko i wyłącznie o pieniądze. I bardzo łatwo jest to udowodnić: Założę się, że jeśli prawo to wejdzie w życie, to mandaty dla zamożnych pójdą w górę, ale te dla najmniej zarabiających nie zostaną obniżone ani o grosz.
czwartek, 2 maja 2013
Korzyści pochodzące z przestępstwa
Jeżeli dowody pozyskane nielegalnymi metodami mają być wykorzystywane przez sąd i pełnowartościowe, to jedynym konsekwentnym rozwiązaniem problemu byłoby zalegalizowanie tychże metod. Skoro są dobre i sprzyjają prawu, to tak należałoby zrobić natychmiast. Jestem ciekaw ile osób z tych, które dzisiaj domagają się skazania posłanki Sawickiej na podstawie lewych dowodów, konsekwentnie poparło by ten postulat. Ilu z nich powiedziałoby: Tak, chcę, żeby policja miała prawo w dowolnej chwili, na podstawie kaprysu zrewidować mnie, wejść do mojego mieszkania pod moją nieobecność, przeszukać mój samochód, aresztować mnie bez nakazu?
Przecież do tego to się sprowadza. Jeśli dowody tak pozyskane mają być honorowane przez sąd, to należałoby je zalegalizować. W przeciwnym razie łamanie prawa przez funkcjonariuszy będzie na porządku dziennym. Jak trzeba będzie kogoś zapuszkować, to wyśle się jakiegoś kozła ofiarnego na akcję i cześć. "Spali się" "płotkę" dla zwycięstwa politycznego. A prokuratura zapewne oświadczy, że z nienaganny dotychczasowy przebieg służby oraz przyznanie się do winy policjanta są okolicznościami łagodzącymi. A w ogóle to działał w stresie.
Jedynym sposobem zniechęcenia do stosowania tych metod jest wyeliminowanie korzyści z tego płynących. Kropka. To co postulują niektórzy komentatorzy to ciche przyzwolenie na praktykowanie takich metod, które na dłuższą metę są dużo bardziej szkodliwe niż puszczenie jednej zepsutej aferzystki wolno. Bo dzisiaj, puszczenie jej wolno to sygnał dla organów ścigania, że mają lepiej przygotowywać swoje akcje, również pod względem prawnym. Ukaranie jej tylko pogłębiłoby proceder.
Nikt tu nie spiera się, czy Sawicka złamała prawo - bo złamała. Ale dowody w tej sprawie, które doprowadziły do jej zatrzymania i oskarżenia pochodziły z przestępstwa. A dobra pochodzące z przestępstwa podlegają przepadkowi.
I nie chodzi tu tylko o sprawę posłanki Sawickiej - to tylko pretekst. Chodzi o zasadę. Państwo, w którym stróże prawa stoją ponad prawem nie jest państwem prawa.
Wolę słuchać, że "za Tuska nikt nie pójdzie siedzieć", niż żyć w przekonaniu, że policja i inni funkcjonariusze stoją ponad prawem i mogą z obywatelami robić co im się tylko podoba. Już dziś na zbyt wiele sobie pozwalają. Nie wolno się na to godzić! Bo dzisiejszych aferzystów jeszcze zdążymy powsadzać do więzień razem z Tuskiem. A szkody wyrządzone przez niekonsekwentne prawo będą dużo gorsze.
Przecież do tego to się sprowadza. Jeśli dowody tak pozyskane mają być honorowane przez sąd, to należałoby je zalegalizować. W przeciwnym razie łamanie prawa przez funkcjonariuszy będzie na porządku dziennym. Jak trzeba będzie kogoś zapuszkować, to wyśle się jakiegoś kozła ofiarnego na akcję i cześć. "Spali się" "płotkę" dla zwycięstwa politycznego. A prokuratura zapewne oświadczy, że z nienaganny dotychczasowy przebieg służby oraz przyznanie się do winy policjanta są okolicznościami łagodzącymi. A w ogóle to działał w stresie.
Jedynym sposobem zniechęcenia do stosowania tych metod jest wyeliminowanie korzyści z tego płynących. Kropka. To co postulują niektórzy komentatorzy to ciche przyzwolenie na praktykowanie takich metod, które na dłuższą metę są dużo bardziej szkodliwe niż puszczenie jednej zepsutej aferzystki wolno. Bo dzisiaj, puszczenie jej wolno to sygnał dla organów ścigania, że mają lepiej przygotowywać swoje akcje, również pod względem prawnym. Ukaranie jej tylko pogłębiłoby proceder.
Nikt tu nie spiera się, czy Sawicka złamała prawo - bo złamała. Ale dowody w tej sprawie, które doprowadziły do jej zatrzymania i oskarżenia pochodziły z przestępstwa. A dobra pochodzące z przestępstwa podlegają przepadkowi.
I nie chodzi tu tylko o sprawę posłanki Sawickiej - to tylko pretekst. Chodzi o zasadę. Państwo, w którym stróże prawa stoją ponad prawem nie jest państwem prawa.
Wolę słuchać, że "za Tuska nikt nie pójdzie siedzieć", niż żyć w przekonaniu, że policja i inni funkcjonariusze stoją ponad prawem i mogą z obywatelami robić co im się tylko podoba. Już dziś na zbyt wiele sobie pozwalają. Nie wolno się na to godzić! Bo dzisiejszych aferzystów jeszcze zdążymy powsadzać do więzień razem z Tuskiem. A szkody wyrządzone przez niekonsekwentne prawo będą dużo gorsze.
niedziela, 28 kwietnia 2013
Spalone dowody
Wielkie oburzenie internautów, ale też wielu polityków i innych osób, wywołało uniewinnienie byłej posłanki PO Beaty Sawickiej. Całkowicie niesłusznie. Owszem, wszystko wskazuje na to, że posłanka wzięła była łapówkę, ale jej uniewinnienie nie ma z tym nic wspólnego. Sąd uznał, że dowody przeciwko niej zostały pozyskane nielegalnie, a zatem nie mogą być podstawą do wyroku skazującego. Przyznam, że sprawą tą mało się interesowałem, więc nie wiem, jak przebiegał proces pozyskania dowodów, ale jeśli faktycznie CBA naruszyło procedurę, to choć sam najchętniej widziałbym Sawicką i jej podobnych za kratkami, to w tym przypadku przyznaję sądowi całkowitą rację.
Polska ma być państwem prawa. Niestety wiele osób tego nie rozumie - wyznają zasadę "cel uświęca środki", która jest całkowicie sprzeczna z fundamentami naszej cywilizacji. Nie może być tak, że stróże prawa działają bezprawnie. Policja oraz inne organy muszą mieć jasność, że gwałcąc procedury nic nie zyskują: możesz zdobyć nawet najlepsze dowody na seryjnego mordercę, ale jeśli nie przestrzegasz prawa, to figę będziesz miał. W przeciwnym razie procedury będą gwałcone.
Ludzie uważają, że skoro dowody już zostały zdobyte, to nieważne jak - należy je wykorzystać, bo są. To jest wielki błąd. To tak jakby powiedzieć, że nie wolno kraść rowerów, no ale jak ktoś już ten rower ukradł, no to niechże na nim jeździ. Albo powiedzieć, że fałszowanie pieniędzy to przestępstwo, ale jak już trafią do obiegu, to należy ich używać, bo szkoda farby i papieru. A jest to oczywiście najkrótsza droga do tego, żeby skala procederu się zwiększała.
Niedawno widziałem amerykański film sensacyjny, w którym policjant na podstawie swojego przeczucia włamał się do mieszkania podejrzanego, rzucił się na niego z pięściami, poturbował i wepchnął jego głowę do sedesu, by wymusić informację na temat porwania. Informację otrzymał, dzięki niej rozbił gang i został bohaterem. Dla mnie jest to całkowicie nie do zaakceptowania.
Problem polega na tym, że w filmach przeczucia bohatera policjanta są prawie zawsze trafne. Fabuła tego wymaga. W rzeczywistości jest inaczej - przeczucie nie jest kategorią prawną. Przecież ten policjant nie miał pewności, że topi właściwą osobę! Jeśli uznamy, że policjant ten postąpił słusznie, to tym samym uznajemy że postąpi słosznie, kiedy na podstawie swojego przeczucia najdzie w ten sposób dowolną osobę. Mnie, każdego z czytelników, kogokolwiek - bo cel uświęca środki. Nie chciałbym, by policja mogła od tak władować się do mojego mieszkania i topić mnie we własnym kiblu, drąc się na mnie, bym "wyśpiewał" im informacje, o których nie mam pojęcia. Już teraz policja zbyt często traktuje nas tak, jakby to nie oni byli służbą, tylko my ich niewolnikami.
Korzyści z osiągnięcia celu w tym przypadku nie są warte przytłaczających skutków negatywnych stosowania tego środka. Ja wolę, żeby raz na jakiś czas jednemu bandziorowi uszło coś na sucho, niżby policja miała inwigilować, prześladować i nękać tysiące uczciwych obywateli. Bo jeśli na to przystaniemy, to tylko krok będzie dzielił nas od tortur, czy bezpodstawnych aresztowań w biały dzień.
Źle się stało, że posłanka Sawicka wzięła łapówkę i źle się stało, że wyszła na wolność. Ale twierdzenie, że sąd postąpił niewłaściwie, to poważny błąd. Jeśli faktycznie ktoś tu schrzanił sprawę, to było to CBA, które "spaliło" dowody.
Polska ma być państwem prawa. Niestety wiele osób tego nie rozumie - wyznają zasadę "cel uświęca środki", która jest całkowicie sprzeczna z fundamentami naszej cywilizacji. Nie może być tak, że stróże prawa działają bezprawnie. Policja oraz inne organy muszą mieć jasność, że gwałcąc procedury nic nie zyskują: możesz zdobyć nawet najlepsze dowody na seryjnego mordercę, ale jeśli nie przestrzegasz prawa, to figę będziesz miał. W przeciwnym razie procedury będą gwałcone.
Ludzie uważają, że skoro dowody już zostały zdobyte, to nieważne jak - należy je wykorzystać, bo są. To jest wielki błąd. To tak jakby powiedzieć, że nie wolno kraść rowerów, no ale jak ktoś już ten rower ukradł, no to niechże na nim jeździ. Albo powiedzieć, że fałszowanie pieniędzy to przestępstwo, ale jak już trafią do obiegu, to należy ich używać, bo szkoda farby i papieru. A jest to oczywiście najkrótsza droga do tego, żeby skala procederu się zwiększała.
Niedawno widziałem amerykański film sensacyjny, w którym policjant na podstawie swojego przeczucia włamał się do mieszkania podejrzanego, rzucił się na niego z pięściami, poturbował i wepchnął jego głowę do sedesu, by wymusić informację na temat porwania. Informację otrzymał, dzięki niej rozbił gang i został bohaterem. Dla mnie jest to całkowicie nie do zaakceptowania.
Problem polega na tym, że w filmach przeczucia bohatera policjanta są prawie zawsze trafne. Fabuła tego wymaga. W rzeczywistości jest inaczej - przeczucie nie jest kategorią prawną. Przecież ten policjant nie miał pewności, że topi właściwą osobę! Jeśli uznamy, że policjant ten postąpił słusznie, to tym samym uznajemy że postąpi słosznie, kiedy na podstawie swojego przeczucia najdzie w ten sposób dowolną osobę. Mnie, każdego z czytelników, kogokolwiek - bo cel uświęca środki. Nie chciałbym, by policja mogła od tak władować się do mojego mieszkania i topić mnie we własnym kiblu, drąc się na mnie, bym "wyśpiewał" im informacje, o których nie mam pojęcia. Już teraz policja zbyt często traktuje nas tak, jakby to nie oni byli służbą, tylko my ich niewolnikami.
Korzyści z osiągnięcia celu w tym przypadku nie są warte przytłaczających skutków negatywnych stosowania tego środka. Ja wolę, żeby raz na jakiś czas jednemu bandziorowi uszło coś na sucho, niżby policja miała inwigilować, prześladować i nękać tysiące uczciwych obywateli. Bo jeśli na to przystaniemy, to tylko krok będzie dzielił nas od tortur, czy bezpodstawnych aresztowań w biały dzień.
Źle się stało, że posłanka Sawicka wzięła łapówkę i źle się stało, że wyszła na wolność. Ale twierdzenie, że sąd postąpił niewłaściwie, to poważny błąd. Jeśli faktycznie ktoś tu schrzanił sprawę, to było to CBA, które "spaliło" dowody.
sobota, 9 marca 2013
Szef policji nie jest skończonym idiotą
Głównym zadaniem policji dzisiaj jest łatanie dziury budżetowej. Bardziej skupia się na pilnowaniu, by uczciwi i praworządni obywatele chodzili "pod linijkę" według jakichś sztucznych, całkowicie bezsensownych i nieuzasadnionych przepisów, niż na chronieniu ich przed prawdziwymi złoczyńcami. Bo na pierwszym można nieźle zarobić. Ponadto to pierwsze daje policjantowi poczucie władzy i wyższości, gdy może karać kogo chce, za byle co, nawet jeśli to byle co nikomu nie przeszkadza. Łapanie złodziei i bandytów to sytuacja odwrotna - to jest służba, czyli ta mniej pożądana strona relacji pan- sługa. Policjanci dawno już zapomnieli o tym, że to oni mają nam służyć, bo my im za tę służbę płacimy. Wolą rozstawiać nas po kątach, traktować z góry i jeszcze wystawiać nam za to rachunek. A rząd, zamiast przywołać ich do porządku, tylko ich do tego zachęca.
Generał Marek Działoszyński, szef policji, proponuje, by kradzież mienia o wartości niższej niż tysiąc złotych nie była kwalifikowana jako przestępstwo, a jedynie jako wykroczenie (czytanka). Obecnie ta granica to 250 złotych. To jest kolejny dowód, po fotoradarach, na to, że policja nie jest już od tego by chronić nas i naszego mienia, ale po to, by zdzierać z nas pieniądze, jak najmniej przy tym się napracowawszy.
Policja ma dwa poważne argumenty za zmianą: policjanci oderwani od biurek wyjdą na ulicę, więcej funkcjonariuszy skupi się na sprawach poważnych.
Te "sprawy poważne" to oczywiści rowerzyści bez dzwonka, matki karcące swoje dzieci, staruszki przechodzące przez jezdnię nie tam gdzie trzeba, krzywo zaparkowane samochody i studenci, którzy nikomu nie wchodząc w drogę raczą się piwem w piątkowy wieczór na ławce w parku. Ich dużo łatwiej znaleźć, niż złodzieja, który ukradł telewizor za 999 złotych. Po co dbać o nasze bezpieczeństwo, skoro można nas pilnować, jak stada baranów i jeszcze na tym zarobić. Bo na mandatach policja i skarb państwa się bogacą, a na złapaniu złodzieja korzysta tylko okradziony, który odzyska swoją własność.
Szef policji zresztą wcale nie kryje, że chodzi o pieniądze:
Za zmianą przemawiają przykłady absurdalnych dochodzeń, gdzie dla wykrycia sprawcy kradzieży komórki powołano biegłego od DNA, by ustalić sprawcę. Koszty sprawy dziesięciokrotnie przekroczyły wartość skradzionego przedmiotu.
Pan Działoszyński, zapomniał jednak, że policja nie jest przedsiębiorstwem komercyjnym, które ma samo na siebie zarobić. To my płacimy na jej utrzymanie. Policja nie jest od tego, by mieć zyski, tylko od tego by mieć wyniki w walce z przestępcami. Bo jeśli jest inaczej, to proszę bardzo, niech ściga tylko tych przestępców, których ścigać się opłaca, ale w takim razie powinna przestać być utrzymywana z podatków. Bo póki co, to my płacimy policji. A płacimy jej za to, żeby dbała o nasze bezpieczeństwo, a nie kręciła sobie "opłacalny" biznes naszym kosztem.
A złodziej ma mieć świadomość, że każda kradzież jest przestępstwem i nie ma taryfy ulgowej. Owszem, nie za każdą kradzież jest sens ścigać, ale jeśli złodziej zostanie już zidentyfikowany i zatrzymany, to ma być traktowany tak, jak na to zasługuje, niezależnie od tego, czy telewizor, który próbował wynieść bez płacenia kosztuje 999, czy tysiąc złotych, czy też jest to radio za stówkę.
Już dzisiaj, czemu pan generał zaprzecza, złodzieje, dobrze znając obecnie obowiązujące kryteria, wiedzą dokładnie ile mogą ukraść za jednym zamachem, ryzykując tylko mandat. I o ile tylko są na tyle zdolni, by dać się złapać rzadziej niż raz na dwie kradzieże, co raczej wielkim wyczynem nie jest, wychodzą na plus. A te razy, kiedy się nie uda, to tylko "koszt uzyskania przychodu", który muszą co jakiś czas zapłacić, bez żadnych większych konsekwencji. Proponowany przepis sprawi tylko, że złodzieje będą się czterokrotnie szybciej bogacić.
Szef policji uspokaja jednak:
Zapowiada zmianę nie tylko progu przestępstwa kradzieży, ale również kwot mandatów. Dziś za kradzież (wykroczenie) można wlepić najwyżej 500 zł. - Proponujemy podniesienie tej kwoty np. do 2 tys. zł, jak przy wykroczeniach drogowych - mówi szef policji. Chciałby też stworzenia specjalnego rejestru spraw o wykroczenia.
Cóż za drastyczna zmiana! Zamiast 500 złotych mandatu za kradzież dóbr o wartości 250 złotych policja będzie wlepiać mandat 2 tysięcy złotych za kradzież 1 tysiąca. Bardzo mnie ta wiadomość cieszy, bo podważa stereotyp policjanta jako skończonego idioty, a tu, proszę bardzo: pan Działoszyński potrafi nawet rozwiązać zadanie na proporcję.
I jeszcze drobne spostrzeżenie na koniec:
Ja nie mam wątpliwości, że nie chodzi wcale o to ile się ukradnie, tylko o to, komu się ukradnie. I mam na to niepodważalny dowód:
Obecnie złodziejowi, który ukradnie sklepikarzowi towar za który sklepikarz ów sam zapłacił i na który sam pracował, wart niecałe 250 złotych, grozi mandat 500 złotych i pokiwanie palcem. Tymczasem mieszkańcowi gminy Dębno, Jackowi Legutko, który podpiął kamerę do gniazdka w urzędzie, utrzymywanym z podatków innych, w tym także pana Legutko, tym samym kradnąc prąd o wartości trzech groszy, grozi kara pięciu lat więzienia (sznurek).
Nie opłaca się ścigać złodzieja telefonu komórkowego, ale opłaca się utrzymywanie więźnia przez pięć lat za kradzież trzech groszy. Tu już chyba z tą proporcją jest coś nie tak.
Generał Marek Działoszyński, szef policji, proponuje, by kradzież mienia o wartości niższej niż tysiąc złotych nie była kwalifikowana jako przestępstwo, a jedynie jako wykroczenie (czytanka). Obecnie ta granica to 250 złotych. To jest kolejny dowód, po fotoradarach, na to, że policja nie jest już od tego by chronić nas i naszego mienia, ale po to, by zdzierać z nas pieniądze, jak najmniej przy tym się napracowawszy.
Policja ma dwa poważne argumenty za zmianą: policjanci oderwani od biurek wyjdą na ulicę, więcej funkcjonariuszy skupi się na sprawach poważnych.
Te "sprawy poważne" to oczywiści rowerzyści bez dzwonka, matki karcące swoje dzieci, staruszki przechodzące przez jezdnię nie tam gdzie trzeba, krzywo zaparkowane samochody i studenci, którzy nikomu nie wchodząc w drogę raczą się piwem w piątkowy wieczór na ławce w parku. Ich dużo łatwiej znaleźć, niż złodzieja, który ukradł telewizor za 999 złotych. Po co dbać o nasze bezpieczeństwo, skoro można nas pilnować, jak stada baranów i jeszcze na tym zarobić. Bo na mandatach policja i skarb państwa się bogacą, a na złapaniu złodzieja korzysta tylko okradziony, który odzyska swoją własność.
Szef policji zresztą wcale nie kryje, że chodzi o pieniądze:
Za zmianą przemawiają przykłady absurdalnych dochodzeń, gdzie dla wykrycia sprawcy kradzieży komórki powołano biegłego od DNA, by ustalić sprawcę. Koszty sprawy dziesięciokrotnie przekroczyły wartość skradzionego przedmiotu.
Pan Działoszyński, zapomniał jednak, że policja nie jest przedsiębiorstwem komercyjnym, które ma samo na siebie zarobić. To my płacimy na jej utrzymanie. Policja nie jest od tego, by mieć zyski, tylko od tego by mieć wyniki w walce z przestępcami. Bo jeśli jest inaczej, to proszę bardzo, niech ściga tylko tych przestępców, których ścigać się opłaca, ale w takim razie powinna przestać być utrzymywana z podatków. Bo póki co, to my płacimy policji. A płacimy jej za to, żeby dbała o nasze bezpieczeństwo, a nie kręciła sobie "opłacalny" biznes naszym kosztem.
A złodziej ma mieć świadomość, że każda kradzież jest przestępstwem i nie ma taryfy ulgowej. Owszem, nie za każdą kradzież jest sens ścigać, ale jeśli złodziej zostanie już zidentyfikowany i zatrzymany, to ma być traktowany tak, jak na to zasługuje, niezależnie od tego, czy telewizor, który próbował wynieść bez płacenia kosztuje 999, czy tysiąc złotych, czy też jest to radio za stówkę.
Już dzisiaj, czemu pan generał zaprzecza, złodzieje, dobrze znając obecnie obowiązujące kryteria, wiedzą dokładnie ile mogą ukraść za jednym zamachem, ryzykując tylko mandat. I o ile tylko są na tyle zdolni, by dać się złapać rzadziej niż raz na dwie kradzieże, co raczej wielkim wyczynem nie jest, wychodzą na plus. A te razy, kiedy się nie uda, to tylko "koszt uzyskania przychodu", który muszą co jakiś czas zapłacić, bez żadnych większych konsekwencji. Proponowany przepis sprawi tylko, że złodzieje będą się czterokrotnie szybciej bogacić.
Szef policji uspokaja jednak:
Zapowiada zmianę nie tylko progu przestępstwa kradzieży, ale również kwot mandatów. Dziś za kradzież (wykroczenie) można wlepić najwyżej 500 zł. - Proponujemy podniesienie tej kwoty np. do 2 tys. zł, jak przy wykroczeniach drogowych - mówi szef policji. Chciałby też stworzenia specjalnego rejestru spraw o wykroczenia.
Cóż za drastyczna zmiana! Zamiast 500 złotych mandatu za kradzież dóbr o wartości 250 złotych policja będzie wlepiać mandat 2 tysięcy złotych za kradzież 1 tysiąca. Bardzo mnie ta wiadomość cieszy, bo podważa stereotyp policjanta jako skończonego idioty, a tu, proszę bardzo: pan Działoszyński potrafi nawet rozwiązać zadanie na proporcję.
I jeszcze drobne spostrzeżenie na koniec:
Ja nie mam wątpliwości, że nie chodzi wcale o to ile się ukradnie, tylko o to, komu się ukradnie. I mam na to niepodważalny dowód:
Obecnie złodziejowi, który ukradnie sklepikarzowi towar za który sklepikarz ów sam zapłacił i na który sam pracował, wart niecałe 250 złotych, grozi mandat 500 złotych i pokiwanie palcem. Tymczasem mieszkańcowi gminy Dębno, Jackowi Legutko, który podpiął kamerę do gniazdka w urzędzie, utrzymywanym z podatków innych, w tym także pana Legutko, tym samym kradnąc prąd o wartości trzech groszy, grozi kara pięciu lat więzienia (sznurek).
Nie opłaca się ścigać złodzieja telefonu komórkowego, ale opłaca się utrzymywanie więźnia przez pięć lat za kradzież trzech groszy. Tu już chyba z tą proporcją jest coś nie tak.
czwartek, 8 listopada 2012
Psychole w policji
W czasie ubiegłorocznego Marszu Niepodległości doszło do karygodnego incydentu, o którym pisałem już wówczas - chodzi o brutalne poturbowanie przez policjanta jednego z uczestników. Okazuje się, że czyn ten nie był jednak karygodny, skoro sama prokuratura, jak czytam w Dziennik.pl, domaga się umorzenia sprawy.
Sam wniosek o umorzenie jest już bulwersujący, ale jego uzasadnienie to już kpina z prawa, z obywateli i przede wszystkim obraza dla ludzi myślących:
Policjant, który na marszu niepodległości w 2011 roku bił, kopał i traktował gazem łzawiącym demonstranta, może uniknąć kary. Wstawiła się za nim stołeczna prokuratura, tłumacząc, że "działał w napięciu i silnym zdenerwowaniu", a "szkodliwość społeczna występku nie jest znaczna".[...] przyznał się do zarzutu, a przebieg służby ma nienaganny.
Wszystkie te cztery argumenty to kompletna bzdura. Nienaganny dotychczasowy przebieg służby nie ma żadnego związku ze sprawą. Oskarżenie dotyczy wydarzeń z 11 listopada, a nie z dziesiątego, dziewiątego czy wcześniejszych dni. Paragraf 217kk, który został naruszony przez Karola C., znanego również pod nazwiskiem Andrzej Czajka, brzmi: Kto uderza człowieka lub w inny sposób narusza jego nietykalność cielesną, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku, a nie: Kto uderza człowieka lub w inny sposób narusza jego nietykalność cielesną i był do tej pory nagannym policjantem, podlega grzywnie i tak dalej. Jego wcześniejsze zachowanie nikogo nie obchodzi.
Nie rozumiem też dlaczego przyznanie się do winy jest tu okolicznością łagodzącą. Zgadzam się, acz niechętnie, że przyznanie się do winy może być okolicznością łagodzącą, lecz tylko w przypadku, gdy nie ma innej możliwości ustalenia tożsamości sprawcy. Ale nie wówczas, gdy całe zdarzenie jest zarejestrowane przez kamerę, twarz sprawcy jest dobrze widoczna, a internauci już w kilka godzin po opublikowaniu filmu zidentyfikowali łobuza. Co jego przyznanie się miało zmienić?
- Czajka, mamy cię na taśmie, jak katujesz przechodnia oraz świadków, którzy cię rozpoznali. Wiemy, że to byłeś ty.
- Muszę się do czegoś panu przyznać, komisarzu. To byłem ja.
Faktycznie jest to postawa godna wyróżnienia.
Wbrew temu, co twierdzi prokuratura, szkodliwość społeczna jego występku jest znaczna. Nie mówię tu o siniakach Daniela Kloca. Jestem pewien, że już dawno nie ma po nich śladu. Ale ogromną szkodą społeczną jest utrata zaufania obywateli do funkcjonariuszy państwowych. To, że każdy mógł na własne oczy zobaczyć, że policjanci, na których składamy się w podatkach po to, by nas ochraniali, którym powierzamy nasze bezpieczeństwo, mogą się w każdej chwili rzucić na nas bez powodu i sponiewierać jak kundla. To jest szkoda społeczna - to, że ci którym mamy ufać i którzy mają nas bronić tak sobie z nami jawnie poczynają.
Podobną szkodę wyrządza prokuratura pokazując teraz, że, zamiast wsadzać chuliganów do więzienia, za co są opłacani, stają w ich obronie. No chyba, że prokuratura, nie powiem, że niesłusznie, zakłada, że dotychczasowe zaufanie do policji było tak nikłe, że to zajście niczego nie było w stanie zmienić. Postawa prokuratury mówi nam, że właściwie to nie stało się nic, czego nie moglibyśmy się spodziewać.
Najgłupszym argumentem prokuratury z tych wszystkich jest jednak to, że Czajka działał w napięciu i silnym zdenerwowaniu. Wnioski z tego płyną dwa. Po pierwsze, że do policji przyjmowani są ludzie z problemami emocjonalnymi, a po drugie, że obywatele są po to, by ci niestabilni nerwowo frustraci mogli wyładować swoje emocje.
Prawdziwy mężczyzna, zwłaszcza na służbie i zwłaszcza w policji czy wojsku, musi potrafić utrzymać swoje nerwy na wodzy. Akcja policyjna to nie jest miejsce na fochy, czy załamanie nerwowe. Gdyby ten cham był na wojnie, to siedziałby skulony w najciaśniejszym rogu okopu, zalewając się łzami. I on ma nas ochraniać przed bandytami? Jeśli ma takie problemy, to może powinien zastanowić się nad zmianą pracy? Może powinien zająć się hodowlą kwiatów, albo szydełkowaniem? To podobno bardzo uspokaja.
Samo też użycie stresu jako okoliczności łagodzącej jest nienormalne. Czy to znaczy, że lekarz, którego zdenerwuje żona może sobie pozwolić na zaszycie tomografu w brzuchu pacjenta? Czy jeśli córka kapitana żeglugi śródlądowej chodzi z fanem gangsta-rapu, to wybaczymy mu, zatopienie statku z pasażerami? Oczywiście nie. Mężczyzna odpowiada za swoje czyny i za emocje. Jeśli jest zdenerwowany na tyle, że mógłby rzucić się z butami na przechodnia to zostaje w domu.
Przy okazji wychodzi tu dziwny paradoks. Z jednej strony bycie zdenerwowanym zwiększa ryzyko, że kogoś pobiję, z drugiej strony picie alkoholu również zwiększa ryzyko, że spowoduję wypadek drogowy. Jednak zdenerwowanie jest okolicznością łagodzącą w przypadku pobicia, a pijaństwo, w sprawie o spowodowanie wypadku drogowego, jest okolicznością obciążającą. To jest absurd. Poza tym jasno dowodzi, że człowiek nie odpowiada już za swoje czyny.
Najgorszy w całej tej opowieści jest morał. I nie sądzę, że przypadkiem jest, że poznajemy go na tydzień przed tegorocznym Marszem Niepodległości. Przesłania są dwa, do policjantów: bijcie, kopcie, gryźcie, kochanieńcy, nie zważajcie na obowiązujące was procedury i prawa obywateli - my i tak nie pozwolimy, by włos wam z głowy spadł. I do obywateli: lepiej zostańcie w domu. A jak który będzie się szwendał po mieście i ktoś go skatuje, to będzie sam sobie winien.
I obawiam się, że w tym roku zaobserwujemy wiele aktów przekraczania uprawnień ze strony funkcjonariuszy. Pobicia, konfiskaty kamer i aparatów fotograficznych, nielegalne rozwiązanie marszu i ogólnie traktowania ludzi jak bydło. Miejmy się na baczności.
Sam wniosek o umorzenie jest już bulwersujący, ale jego uzasadnienie to już kpina z prawa, z obywateli i przede wszystkim obraza dla ludzi myślących:
Policjant, który na marszu niepodległości w 2011 roku bił, kopał i traktował gazem łzawiącym demonstranta, może uniknąć kary. Wstawiła się za nim stołeczna prokuratura, tłumacząc, że "działał w napięciu i silnym zdenerwowaniu", a "szkodliwość społeczna występku nie jest znaczna".[...] przyznał się do zarzutu, a przebieg służby ma nienaganny.
Wszystkie te cztery argumenty to kompletna bzdura. Nienaganny dotychczasowy przebieg służby nie ma żadnego związku ze sprawą. Oskarżenie dotyczy wydarzeń z 11 listopada, a nie z dziesiątego, dziewiątego czy wcześniejszych dni. Paragraf 217kk, który został naruszony przez Karola C., znanego również pod nazwiskiem Andrzej Czajka, brzmi: Kto uderza człowieka lub w inny sposób narusza jego nietykalność cielesną, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku, a nie: Kto uderza człowieka lub w inny sposób narusza jego nietykalność cielesną i był do tej pory nagannym policjantem, podlega grzywnie i tak dalej. Jego wcześniejsze zachowanie nikogo nie obchodzi.
Nie rozumiem też dlaczego przyznanie się do winy jest tu okolicznością łagodzącą. Zgadzam się, acz niechętnie, że przyznanie się do winy może być okolicznością łagodzącą, lecz tylko w przypadku, gdy nie ma innej możliwości ustalenia tożsamości sprawcy. Ale nie wówczas, gdy całe zdarzenie jest zarejestrowane przez kamerę, twarz sprawcy jest dobrze widoczna, a internauci już w kilka godzin po opublikowaniu filmu zidentyfikowali łobuza. Co jego przyznanie się miało zmienić?
- Czajka, mamy cię na taśmie, jak katujesz przechodnia oraz świadków, którzy cię rozpoznali. Wiemy, że to byłeś ty.
- Muszę się do czegoś panu przyznać, komisarzu. To byłem ja.
Faktycznie jest to postawa godna wyróżnienia.
Wbrew temu, co twierdzi prokuratura, szkodliwość społeczna jego występku jest znaczna. Nie mówię tu o siniakach Daniela Kloca. Jestem pewien, że już dawno nie ma po nich śladu. Ale ogromną szkodą społeczną jest utrata zaufania obywateli do funkcjonariuszy państwowych. To, że każdy mógł na własne oczy zobaczyć, że policjanci, na których składamy się w podatkach po to, by nas ochraniali, którym powierzamy nasze bezpieczeństwo, mogą się w każdej chwili rzucić na nas bez powodu i sponiewierać jak kundla. To jest szkoda społeczna - to, że ci którym mamy ufać i którzy mają nas bronić tak sobie z nami jawnie poczynają.
Podobną szkodę wyrządza prokuratura pokazując teraz, że, zamiast wsadzać chuliganów do więzienia, za co są opłacani, stają w ich obronie. No chyba, że prokuratura, nie powiem, że niesłusznie, zakłada, że dotychczasowe zaufanie do policji było tak nikłe, że to zajście niczego nie było w stanie zmienić. Postawa prokuratury mówi nam, że właściwie to nie stało się nic, czego nie moglibyśmy się spodziewać.
Najgłupszym argumentem prokuratury z tych wszystkich jest jednak to, że Czajka działał w napięciu i silnym zdenerwowaniu. Wnioski z tego płyną dwa. Po pierwsze, że do policji przyjmowani są ludzie z problemami emocjonalnymi, a po drugie, że obywatele są po to, by ci niestabilni nerwowo frustraci mogli wyładować swoje emocje.
Prawdziwy mężczyzna, zwłaszcza na służbie i zwłaszcza w policji czy wojsku, musi potrafić utrzymać swoje nerwy na wodzy. Akcja policyjna to nie jest miejsce na fochy, czy załamanie nerwowe. Gdyby ten cham był na wojnie, to siedziałby skulony w najciaśniejszym rogu okopu, zalewając się łzami. I on ma nas ochraniać przed bandytami? Jeśli ma takie problemy, to może powinien zastanowić się nad zmianą pracy? Może powinien zająć się hodowlą kwiatów, albo szydełkowaniem? To podobno bardzo uspokaja.
Samo też użycie stresu jako okoliczności łagodzącej jest nienormalne. Czy to znaczy, że lekarz, którego zdenerwuje żona może sobie pozwolić na zaszycie tomografu w brzuchu pacjenta? Czy jeśli córka kapitana żeglugi śródlądowej chodzi z fanem gangsta-rapu, to wybaczymy mu, zatopienie statku z pasażerami? Oczywiście nie. Mężczyzna odpowiada za swoje czyny i za emocje. Jeśli jest zdenerwowany na tyle, że mógłby rzucić się z butami na przechodnia to zostaje w domu.
Przy okazji wychodzi tu dziwny paradoks. Z jednej strony bycie zdenerwowanym zwiększa ryzyko, że kogoś pobiję, z drugiej strony picie alkoholu również zwiększa ryzyko, że spowoduję wypadek drogowy. Jednak zdenerwowanie jest okolicznością łagodzącą w przypadku pobicia, a pijaństwo, w sprawie o spowodowanie wypadku drogowego, jest okolicznością obciążającą. To jest absurd. Poza tym jasno dowodzi, że człowiek nie odpowiada już za swoje czyny.
Najgorszy w całej tej opowieści jest morał. I nie sądzę, że przypadkiem jest, że poznajemy go na tydzień przed tegorocznym Marszem Niepodległości. Przesłania są dwa, do policjantów: bijcie, kopcie, gryźcie, kochanieńcy, nie zważajcie na obowiązujące was procedury i prawa obywateli - my i tak nie pozwolimy, by włos wam z głowy spadł. I do obywateli: lepiej zostańcie w domu. A jak który będzie się szwendał po mieście i ktoś go skatuje, to będzie sam sobie winien.
I obawiam się, że w tym roku zaobserwujemy wiele aktów przekraczania uprawnień ze strony funkcjonariuszy. Pobicia, konfiskaty kamer i aparatów fotograficznych, nielegalne rozwiązanie marszu i ogólnie traktowania ludzi jak bydło. Miejmy się na baczności.
poniedziałek, 21 listopada 2011
Czołobitność
W czasie Marszu Niepodległości doszło do skandalu. Na szczęście winowajca został osądzony w trybie przyspieszonym i skazany na odsiadkę (czytanka). Skazany to Daniel Kloc, który bezwstydnie, w biały dzień i w centrum Warszawy skatował policjanta, tłukąc go twarzą po nogach. Na szczęście dla policjanta napastnik bił go gołą twarzą - wszak mógł być uzbrojony w okulary.
Mężczyzna został skazany za naruszenie nietykalności cielesnej funkcjonariusza. Budzi to pewną moją wątpliwość, bo nawet jeśli faktycznie to Daniel Kloc był agresorem, to skąd miał on wiedzieć, że rzucił się z twarzą na funkcjonariusza? Na filmie widać, że ofiara nie jest ubrana w mundur, a nie nakręcono też momentu, w którym się przedstawia, bądź okazuje legitymację. Zatem z tego co widać na filmie nie wynika ani że bił twarzą policjanta, ani że o tym wiedział.
Załóżmy zatem, że film nie pokazuje całej sytuacji. Wszak na podstawie wiarygodnych zeznań funkcjonariuszy stwierdzono, iż pan Kloc jest winnym. Zatem załóżmy, że faktycznie tak było. Ofiara podeszła do pana Kloca, stanęła na baczność, zasalutowała, przedstawiła się i podała legitymację służbową. Pan Kloc przejrzał dokumenty, po czym rzucił się z pięściami na policjanta. Po tym nastąpiło to, co wszyscy znamy z nagrania - mogło tak być, ale:
W momencie, gdy Daniel Kloc okładał twarzą obuwie policjanta w cywilu, podbiega drugi, w mundurze (ach, te mundury polskiej policji) i pomaga obezwładnić napastnika. Napastnik WYRAŹNIE się poddał, bo leży na ziemi i zasłania swoją śmiercionośną twarz, aby ta nie krzywdziła już funkcjonariusza. Mimo to, już po unieruchomieniu pan Kloc obrywa jeszcze dwa kopniaki od swojej ofiary - w głowę i w brzuch, jeśli dobrze zauważyłem.
Czy jest to standardowa procedura zatrzymania? Bo jeśli nie, to oczekuję, że policjant odpowie za przekroczenie swoich uprawnień. A jeśli tak, to daje to bardzo pouczającą lekcję na temat stosunku władzy do obywateli.
A teraz z innej beczki - wiele osób nurtuje pytanie, dlaczego do miejsc, w których spodziewano się największych starć posłano oddziały policji spoza Warszawy, znacznie mniej zorientowane w topografii miasta? Ano, Warszawscy policjanci nie lubią chuliganów, kiboli i tak dalej. Policjanci spoza Warszawy nie tylko nie lubią chuliganów i kiboli, ale przede wszystkim nienawidzą Warszawiaków (kompleks nie-stolicy), więc tym bardziej traktują legalnych demonstrantów, w większości miejscowych, z góry.
Ci policjanci nie zostali tam posłani po to, by pilnować porządku, tylko by potraktować maszerujących jak podludzi, co świetnie ilustruje film, na którym banda (tak, banda) policjantów, zapewne z jakiejś podwarszawskiej wsi (tak myślę, bo zachowali się jak wsiury), BEZ ŻADNEGO POWODU zatrzymuje część uczestników Marszu Niepodległości. Bo tak! I z tego, co do mnie dotarło policjanci zwracali się do nich z wyższością i bez szacunku (bo w normalnym kraju władza szanuje obywatela, a obywatel władzę). Żeby pokazać, kto jest panem, a kto chamem.
Mężczyzna został skazany za naruszenie nietykalności cielesnej funkcjonariusza. Budzi to pewną moją wątpliwość, bo nawet jeśli faktycznie to Daniel Kloc był agresorem, to skąd miał on wiedzieć, że rzucił się z twarzą na funkcjonariusza? Na filmie widać, że ofiara nie jest ubrana w mundur, a nie nakręcono też momentu, w którym się przedstawia, bądź okazuje legitymację. Zatem z tego co widać na filmie nie wynika ani że bił twarzą policjanta, ani że o tym wiedział.
Załóżmy zatem, że film nie pokazuje całej sytuacji. Wszak na podstawie wiarygodnych zeznań funkcjonariuszy stwierdzono, iż pan Kloc jest winnym. Zatem załóżmy, że faktycznie tak było. Ofiara podeszła do pana Kloca, stanęła na baczność, zasalutowała, przedstawiła się i podała legitymację służbową. Pan Kloc przejrzał dokumenty, po czym rzucił się z pięściami na policjanta. Po tym nastąpiło to, co wszyscy znamy z nagrania - mogło tak być, ale:
W momencie, gdy Daniel Kloc okładał twarzą obuwie policjanta w cywilu, podbiega drugi, w mundurze (ach, te mundury polskiej policji) i pomaga obezwładnić napastnika. Napastnik WYRAŹNIE się poddał, bo leży na ziemi i zasłania swoją śmiercionośną twarz, aby ta nie krzywdziła już funkcjonariusza. Mimo to, już po unieruchomieniu pan Kloc obrywa jeszcze dwa kopniaki od swojej ofiary - w głowę i w brzuch, jeśli dobrze zauważyłem.
Czy jest to standardowa procedura zatrzymania? Bo jeśli nie, to oczekuję, że policjant odpowie za przekroczenie swoich uprawnień. A jeśli tak, to daje to bardzo pouczającą lekcję na temat stosunku władzy do obywateli.
A teraz z innej beczki - wiele osób nurtuje pytanie, dlaczego do miejsc, w których spodziewano się największych starć posłano oddziały policji spoza Warszawy, znacznie mniej zorientowane w topografii miasta? Ano, Warszawscy policjanci nie lubią chuliganów, kiboli i tak dalej. Policjanci spoza Warszawy nie tylko nie lubią chuliganów i kiboli, ale przede wszystkim nienawidzą Warszawiaków (kompleks nie-stolicy), więc tym bardziej traktują legalnych demonstrantów, w większości miejscowych, z góry.
Ci policjanci nie zostali tam posłani po to, by pilnować porządku, tylko by potraktować maszerujących jak podludzi, co świetnie ilustruje film, na którym banda (tak, banda) policjantów, zapewne z jakiejś podwarszawskiej wsi (tak myślę, bo zachowali się jak wsiury), BEZ ŻADNEGO POWODU zatrzymuje część uczestników Marszu Niepodległości. Bo tak! I z tego, co do mnie dotarło policjanci zwracali się do nich z wyższością i bez szacunku (bo w normalnym kraju władza szanuje obywatela, a obywatel władzę). Żeby pokazać, kto jest panem, a kto chamem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)