Tak naprawdę, to wielkiego niesmaku po tych wyborach nie czuję. Nie dzieje się wszak nic, czego bym się nie spodziewał po wybrańcach. Jest to więc dokładnie ten sam niesmak, co przed wyborami. Może tylko powiększony o tę irytującą świadomość, że tak wiele osób naprawdę uwierzyło, że będzie inaczej.
Przed wyborami sam pan prezydent wołał, że zaraz po wyborach należy się chwycić za reformy. Dziś jego partyjni koledzy mówią, że ze zmianą rządu poczekają, aż minie polska prezydencja w Unii. Nie wiem dlaczego tak, nie wiem, jaki to ma związek, ale jest to bardzo wygodna wymówka, żeby jeszcze nie rozpoczynać reform. Skoro bowiem przed wyborami, które nic nie zmieniły nie miało to sensu, to teraz, tuż przed przetasowaniem rządu tym bardziej nie ma co zaczynać. Tylko szkoda, że przed wyborami nikt nie mówił o takim planie.
A później? Później minie wyborcza gorączka, ludzie ochłoną, zapomną, przyzwyczają się i jakoś doczekają do końca kadencji. A jak nie, to i tak w przyszłym roku najpewniej przyjdzie długo wieszczony kryzys i stanie się kolejną wymówką. Obawiam się, że żadnych reform w tej kadencji nie doczekamy. Może oprócz kilku podwyżek podatków, o których także nie było mowy przed wyborami, a które powoli zaczynają kiełkować tu i ówdzie.