Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prawo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prawo. Pokaż wszystkie posty

środa, 11 grudnia 2013

Zagadka z mordercą

Jakiś czas temu zadałem zagadkę ze złodziejem. Wśród odpowiadających, o ile ich interpretacje nieco różniły się między sobą, panowała pełna zgodność, że w opisywanym przypadku doszło do kradzieży.

Jak część czytelników zapewne się domyśliła, ta zagadka to był jedynie wstęp:

Sytuacja 3:
Mietek wraca z giełdy samochodowej. Po drodze zostaje napadnięty przez kilku drabów, którzy namierzyli go już na giełdzie. Bandyci zatłukli Mietka kijami na śmierć. Myślę, że nikt nie będzie oponował, jeśli zaryzykuję stwierdzenie, że Mietek został zamordowany.

Sytuacja 4:
Kajtek jest płodem poczętym w lutym. Nie ma wprawdzie świadomości, że żyje, ale życie cały czas jest w nim, trwa i czeka tylko na moment, kiedy Kajtek będzie mógł z niego skorzystać. Jedyną osobą, która wie, że Kajtek został obdarowany życiem jest jego matka, ale pomyślała, że czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal i że Kajtek i tak nie skorzysta z tego życia aż do przyszłej jesieni, więc odebrała mu to życie. Kajtek nigdy się o tym nie dowie.

Pytanie: Czy Kajtek został zamordowany, czy nie? A jeśli tak, to czy jego strata była mniejsza niż Mietka? Przecież Kajtek nic nie zrobił w celu zaistnienia tego życia i "miał je" zaledwie przez kilka tygodni i nawet nie wiedział, że je ma, ani że je stracił, a matce aborcja na pewno była na rękę.

sobota, 30 listopada 2013

Zagadka ze złodziejem

Proponuję czytelnikom zabawę. Proszę wyobrazić sobie następujące sytuacje:

Sytuacja 1:
Bronek jedzie na giełdę samochodową, by kupić swój pierwszy samochód. W kieszeni ma 10 tysięcy złotych, które odkładał przez dwa lata na ten cel. Niestety nie udaje mu się znaleźć nic odpowiedniego i po całym dniu szukania wraca do domu. Po drodze zostaje napadnięty przez kilku drabów, którzy namierzyli go już na giełdzie. Złodzieje zabierają mu wszystkie pieniądze. Myślę, że nikt nie będzie oponował, jeśli zaryzykuję stwierdzenie, że Bronek został okradziony z 10 tysięcy złotych.

Sytuacja 2:
Wacek w lutym skończył studia z wyróżnieniem. Z tej okazji udał się do dziadka na drugi koniec Polski, by pochwalić się dyplomem. Dziadek jest niezwykle dumny i ma dla Wacka prezent. Odkąd Wacek poszedł na studia odkładał co-nieco z emerytury i uzbierał 10 tysięcy złotych na tę okazję. Dziadek jednak wie, że Wacek to bardzo skromny i kochany chłopak, więc nigdy nie przyjąłby takiego prezentu. Jest jednak bardzo przebiegły, więc kiedy Wacek zbiera się już do wyjścia potajemnie wsuwa do kieszeni jego kurtki kopertę z pieniędzmi i kartką z gratulacjami.

Wacek jednak tych pieniędzy nie znalazł. Znalazła je dopiero po kilku tygodniach jego matka, gdy brała kurtkę do prania. Przeczytała kartkę od dziadka, po czym pomyślała, że czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal i że jest wiosna, więc Wacek i tak nie zajrzałby do kieszeni kurtki aż do przyszłej zimy, więc zachachmęciła te 10 tysięcy. Jednocześnie wie, że Wacek nigdy się o tym nie dowie, bo w międzyczasie dziadek się poślizgnął odśnieżając schody, skręcił kark i umarł.

Pytanie do czytelników: Czy Wacek został okradziony, czy nie? A jeśli tak, to czy został okradziony z dziesięciu tysięcy złotych, tak jak Bronek, czy może jego strata była mniejsza? Przecież on na te pieniądze nie zarobił i "miał je" zaledwie przez kilka tygodni i nawet nie wiedział, że je ma, ani nie wiedział, że je stracił, a matce na pewno te pieniądze się przydadzą.

Proszę o komentarze, bardzo chciałbym poznać Państwa zdanie na ten temat.

czwartek, 19 września 2013

Dobre rozwiązania są zbyt tanie

Gazeta podaje:

Zaskakujący pomysł resortu transportu: - Urzędnicy właśnie rozpoczęli prace nad wprowadzeniem nowych przepisów dotyczących mandatów drogowych. Zgodnie z nimi wysokość kary ma być zależna od wysokości zarobków przyłapanego kierowcy - informuje RMF FM.

Myślę, że wtedy będzie to bardziej sprawiedliwe i bardziej akceptowalne przez społeczeństwo - mówi Rynasiewicz [wiceszef resortu transportu - SzH].

Samo stopniowanie czasownika "sprawiedliwy", jest cokolwiek dziwne. Zakładam, że to tylko taki dziwny zwrot. Twierdzenie zaś, że kary mają być akceptowalne społecznie, to już nie jest głupi zwrot, to głupota. Ale sam pomysł jest z tego wszystkiego najgorszy.

Pomysł jest zły z przynajmniej dwóch przyczyn - po pierwsze, obok fiskusa, policja stanie się kolejnym organem z nieograniczonym dostępem do informacji o naszych pieniądzach. Po drugie jest to wprowadzenie różnych kar za to samo, a to jest, wbrew temu, co mówi pan Rynasiewicz, niesprawiedliwe w pełnym znaczeniu tego slowa.

A za co? Za co właściwie dostaje się mandaty drogowe. Pierwsze co przychodzi na myśl, zapewne też pomysłodawcy, jest przekraczanie dozwolonej prędkości oraz inne nieszkodliwe wykroczenia. Dlaczego są one karane? Nie dlatego, że sama szybka jazda komuś szkodzi, tylko dlatego, że człowiek nie przestrzegający przepisów ma stwarzać pewne zagrożenie. Czy zagrożenie stwarzane przez bogatego jest większe? Wprost przeciwnie, on zazwyczaj ma nowszy, lepiej wyposażony model samochodu i także lepiej dba o jego sprawność niż biedny, bo ma na to środki.

Jeśli zaś ustawodawcy tak bardzo zależy, by kary były tak samo dotkliwe dla biednego i dla bogatego, to są dużo prostsze sposoby na zapewnienie tej równości. Zamiast stosowania kar finansowych, które są różnie odczuwalne przez różne, nawet tak samo zamożne osoby, lepszą będą kary aresztu, albo prac społecznych. Wówczas na przykład kara 100 godzin prac społecznych będzie podobnie dotkliwa dla mniej zamożnego, który zarabia 10 złotych za godzinę i dla bogatego, który zarabia 100 złotych za godzinę, a przecież będzie to ta sama kara, a zatem sprawiedliwa. I wówczas znika problem sprawdzania ile kto zarabia. Inną możliwością są kary cielesne - na przykład kara chłosty, która boli tak samo, niezależnie od uposażenia, a nawet może być dotkliwsza dla bogacza, bo bardziej szarga jego reputację.

Jestem przeciwny wszelkiej prewencji ze strony państwa, więc sam dopuszczam stosowanie jakichkolwiek kar w przypadku wyrządzenia faktycznej szkody, a nie "potencjalnej", ale wskazuję tylko "lepsze rozwiązanie" tego problemu, który sam stworzyli.

Oczywiście resort żadnego z tych pomysłów nawet nie weźmie pod uwagę, bo im nie chodzi ani o bezpieczeństwo, ani o sprawiedliwość, ani o poszanowanie prawa (wprost przeciwnie). Im chodzi tylko i wyłącznie o pieniądze. I bardzo łatwo jest to udowodnić: Założę się, że jeśli prawo to wejdzie w życie, to mandaty dla zamożnych pójdą w górę, ale te dla najmniej zarabiających nie zostaną obniżone ani o grosz.

sobota, 10 sierpnia 2013

Morderca też człowiek

Często słyszanym argumentem ze strony przeciwników kary śmierci, częstszym nawet od argumentu pomyłki sądu, jest stwierdzenie, że kara śmierci jest niehumanitarna. W rzeczywistości jest dokładnie przeciwnie. To właśnie kara śmierci traktuje mordercę jak człowieka - świadomą i odpowiedzialną istotę.

Postępowcy mówią, że mordercę należy zamknąć i wychowywać. Usprawiedliwiają go tym, że w momencie popełnienia zbrodni nie myślał jasno, albo winą za jego czyn obarczają złych rodziców, środowisko. Czyli traktują go jak głupie zwierzę.

Jeśli krowie na pastwisku nagle coś odbije i stratuje pasterza, mówimy: głupie bydle, nie myśli. Jeśli pies zagryzie dziecko - wini się właściciela, który źle go wytresował. I słusznie, bo zwierzęta należy traktować jak zwierzęta, a nie jak człowieka. Ale te bezmyślne zwierzęta, które zabijają człowieka nieświadomie, bardzo często w konsekwencji tego też są zabijane. Psy-mordercy są usypiane, niedźwiedź który rozszarpie człowieka jest tropiony i odstrzeliwany. Człowiek, który zbrodnie popełnia świadomie i z zamiarem - nie.

Dlaczego? Bo nie traktuje się go jak człowieka - czyli niehumanitarnie.

Baranowi (tym razem mam na myśli Ovis aries, a nie postępowca) nie wytłumaczy się, że jeśli stratuje człowieka na śmierć, to my zrobimy z niego szaszłyki - on tego nie zrozumie. Jeżeli nawet zobaczy innego barana tratującego dziecko, a potem, jak baran ten jest przerabiany na szaszłyki - też nie zrozumie, że jego czeka to samo, jeśli postąpi podobnie. Nie rozumie konstrukcji przyczyna - skutek. Człowiek - tak.

Człowiek jest stworzeniem świadomym. Jest jedyną żywą istotą zdolną do myślenia abstrakcyjnego.I jeśli mówimy: za morderstwo - śmierć, to człowiek wie, co to znaczy. Zatem mordując podejmuje świadomą, poinformowaną i odpowiedzialną decyzję i tym samym godzi się na zostanie powieszonym. A jeśli się na to godzi, to my tę jego godność mamy obowiązek uszanować. A humanitaryzm to nic innego jak poszanowanie dla godności człowieka.

piątek, 2 sierpnia 2013

Zakalec

W SZA, "kraju wszelkich swobód" powraca niewolnictwo. Na wolnym rynku każda transakcja stanowi dobrowolną umowę pomiędzy stronami. Rynek, na którym jedna ze stron pod groźbą więzienia jest zmuszona do uczestniczenia w transakcji, to rynek niewolniczy. A kto jest panem?

Gdybym poszedł do cukierni i poprosił o upieczenie murzynka na moje urodziny, a cukiernik odmówiłby mi (na przykład nie uznaje idei urodzin - woli imieniny, albo nawet bez podania żadnej przyczyny), wówczas ja machnąłbym ręką i poszedłbym do konkurenta, który nie miałby z tym problemu. Trzy osoby są zadowolone.

Tak samo cukiernik nie mógłby mnie zmusić do zakupu jego wypieków.

Mógłbym oczywiście zgłosić sprawę do lokalnej gazety, jeśli zależałoby mi na tym, by zobaczyć jak redaktorzy tarzają się po podłodze ze śmiechu. Mógłbym też próbować straszyć cukiernika sądem i zmusić go do upieczenia tego cholernego murzynka, ale w najlepszym razie wymusiłbym zakalec z polewą zawierającą płyny ustrojowe cukiernika.

Jeśli jednak jestem gejem, to sprawa ma się zupełnie inaczej. Wówczas jestem panem, a cukiernik jest moim niewolnikiem - ma robić to co ja mu każę. Bo ja, jako człowiek wolny mam prawo wyboru cukierni oraz wypieku, a on, jako wredny heteroseksualny kapitalista nie ma prawa wyboru klienta. Robię raban na cały świat, a cukiernika posyłam na rok do więzienia (sznurek)! I absolutnie nie mam nic przeciwko płynom ustrojowym w polewie!

czwartek, 2 maja 2013

Korzyści pochodzące z przestępstwa

Jeżeli dowody pozyskane nielegalnymi metodami mają być wykorzystywane przez sąd i pełnowartościowe, to jedynym konsekwentnym rozwiązaniem problemu byłoby zalegalizowanie tychże metod. Skoro są dobre i sprzyjają prawu, to tak należałoby zrobić natychmiast. Jestem ciekaw ile osób z tych, które dzisiaj domagają się skazania posłanki Sawickiej na podstawie lewych dowodów, konsekwentnie poparło by ten postulat. Ilu z nich powiedziałoby: Tak, chcę, żeby policja miała prawo w dowolnej chwili, na podstawie kaprysu zrewidować mnie, wejść do mojego mieszkania pod moją nieobecność, przeszukać mój samochód, aresztować mnie bez nakazu?

Przecież do tego to się sprowadza. Jeśli dowody tak pozyskane mają być honorowane przez sąd, to należałoby je zalegalizować. W przeciwnym razie łamanie prawa przez funkcjonariuszy będzie na porządku dziennym. Jak trzeba będzie kogoś zapuszkować, to wyśle się jakiegoś kozła ofiarnego na akcję i cześć. "Spali się" "płotkę" dla zwycięstwa politycznego. A prokuratura zapewne oświadczy, że z nienaganny dotychczasowy przebieg służby oraz przyznanie się do winy policjanta są okolicznościami łagodzącymi. A w ogóle to działał w stresie.

Jedynym sposobem zniechęcenia do stosowania tych metod jest wyeliminowanie korzyści z tego płynących. Kropka. To co postulują niektórzy komentatorzy to ciche przyzwolenie na praktykowanie takich metod, które na dłuższą metę są dużo bardziej szkodliwe niż puszczenie jednej zepsutej aferzystki wolno. Bo dzisiaj, puszczenie jej wolno to sygnał dla organów ścigania, że mają lepiej przygotowywać swoje akcje, również pod względem prawnym. Ukaranie jej tylko pogłębiłoby proceder.

Nikt tu nie spiera się, czy Sawicka złamała prawo - bo złamała. Ale dowody w tej sprawie, które doprowadziły do jej zatrzymania i oskarżenia pochodziły z przestępstwa. A dobra pochodzące z przestępstwa podlegają przepadkowi.

I nie chodzi tu tylko o sprawę posłanki Sawickiej - to tylko pretekst. Chodzi o zasadę. Państwo, w którym stróże prawa stoją ponad prawem nie jest państwem prawa.

Wolę słuchać, że "za Tuska nikt nie pójdzie siedzieć", niż żyć w przekonaniu, że policja i inni funkcjonariusze stoją ponad prawem i mogą z obywatelami robić co im się tylko podoba. Już dziś na zbyt wiele sobie pozwalają. Nie wolno się na to godzić! Bo dzisiejszych aferzystów jeszcze zdążymy powsadzać do więzień razem z Tuskiem. A szkody wyrządzone przez niekonsekwentne prawo będą dużo gorsze.

niedziela, 28 kwietnia 2013

Spalone dowody

Wielkie oburzenie internautów, ale też wielu polityków i innych osób, wywołało uniewinnienie byłej posłanki PO Beaty Sawickiej. Całkowicie niesłusznie. Owszem, wszystko wskazuje na to, że posłanka wzięła była łapówkę, ale jej uniewinnienie nie ma z tym nic wspólnego. Sąd uznał, że dowody przeciwko niej zostały pozyskane nielegalnie, a zatem nie mogą być podstawą do wyroku skazującego. Przyznam, że sprawą tą mało się interesowałem, więc nie wiem, jak przebiegał proces pozyskania dowodów, ale jeśli faktycznie CBA naruszyło procedurę, to choć sam najchętniej widziałbym Sawicką i jej podobnych za kratkami, to w tym przypadku przyznaję sądowi całkowitą rację.

Polska ma być państwem prawa. Niestety wiele osób tego nie rozumie - wyznają zasadę "cel uświęca środki", która jest całkowicie sprzeczna z fundamentami naszej cywilizacji. Nie może być tak, że stróże prawa działają bezprawnie. Policja oraz inne organy muszą mieć jasność, że gwałcąc procedury nic nie zyskują: możesz zdobyć nawet najlepsze dowody na seryjnego mordercę, ale jeśli nie przestrzegasz prawa, to figę będziesz miał. W przeciwnym razie procedury będą gwałcone.

Ludzie uważają, że skoro dowody już zostały zdobyte, to nieważne jak - należy je wykorzystać, bo są. To jest wielki błąd. To tak jakby powiedzieć, że nie wolno kraść rowerów, no ale jak ktoś już ten rower ukradł, no to niechże na nim jeździ. Albo powiedzieć, że fałszowanie pieniędzy to przestępstwo, ale jak już trafią do obiegu, to należy ich używać, bo szkoda farby i papieru. A jest to oczywiście najkrótsza droga do tego, żeby skala procederu się zwiększała.

Niedawno widziałem amerykański film sensacyjny, w którym policjant na podstawie swojego przeczucia włamał się do mieszkania podejrzanego, rzucił się na niego z pięściami, poturbował i wepchnął jego głowę do sedesu, by wymusić informację na temat porwania. Informację otrzymał, dzięki niej rozbił gang i został bohaterem. Dla mnie jest to całkowicie nie do zaakceptowania.

Problem polega na tym, że w filmach przeczucia bohatera policjanta są prawie zawsze trafne. Fabuła tego wymaga. W rzeczywistości jest inaczej - przeczucie nie jest kategorią prawną. Przecież ten policjant nie miał pewności, że topi właściwą osobę! Jeśli uznamy, że policjant ten postąpił słusznie, to tym samym uznajemy że postąpi słosznie, kiedy na podstawie swojego przeczucia najdzie w ten sposób dowolną osobę. Mnie, każdego z czytelników, kogokolwiek - bo cel uświęca środki. Nie chciałbym, by policja mogła od tak władować się do mojego mieszkania i topić mnie we własnym kiblu, drąc się na mnie, bym "wyśpiewał" im informacje, o których nie mam pojęcia. Już teraz policja zbyt często traktuje nas tak, jakby to nie oni byli służbą, tylko my ich niewolnikami.

Korzyści z osiągnięcia celu w tym przypadku nie są warte przytłaczających skutków negatywnych stosowania tego środka. Ja wolę, żeby raz na jakiś czas jednemu bandziorowi uszło coś na sucho, niżby policja miała inwigilować, prześladować i nękać tysiące uczciwych obywateli. Bo jeśli na to przystaniemy, to tylko krok będzie dzielił nas od tortur, czy bezpodstawnych aresztowań w biały dzień.

Źle się stało, że posłanka Sawicka wzięła łapówkę i źle się stało, że wyszła na wolność. Ale twierdzenie, że sąd postąpił niewłaściwie, to poważny błąd. Jeśli faktycznie ktoś tu schrzanił sprawę, to było to CBA, które "spaliło" dowody.

sobota, 30 marca 2013

Cnota córki Giertycha

Między pp. Palikotem i Giertychem doszło do spięcia dotyczącego współżycia trzynastolatek (czytanka). Nie jestem pewien co Palikot miał na myśli, mówiąc o koronacji Jadwigi Andegaweńskiej, bo mętności jego wypowiedzi dorównują jedynie jego wzrok i fryzura. Na pewno zaś nie mogę się zgodzić ze stanowiskiem Romana Giertycha, który jest przecież dość rozsądnym człowiekiem.

- Jako ojciec dwóch córek, w tym 13-latki, zwracam się do wysokiej komisji z wnioskiem o ukaranie i jednoznaczne potępienie wypowiedzi Janusza Palikota (...), w której polityk ten opowiedział się za obniżeniem wieku sankcjonowanych przez prawo kontaktów seksualnych - napisał Giertych do szefowej komisji etyki poselskiej Małgorzaty Kidawy Błońskiej (PO).
Według byłego wicepremiera Palikot opowiedział się za prawną dopuszczalnością kontaktów seksualnych z trzynastoletnimi dziećmi i tym samym realizuje postulaty środowisk pedofilskich.

Niestety w wyniku stuletniej propagandy nawet rozsądny i poczciwy Roman Giertych uwierzył, że to państwo jest od tego, by pilnować, żeby jego córki się nie łajdaczyły. Problem jest podobny do tych, o których już pisałem przy okazji sporu o "małżeństwa" jednopłciowe, czy o posyłanie sześciolatków do szkół. Pozostawione w rękach państwa stają się one "problemami Kisiela".

Przez stulecia państwo w ogóle nie interesowało się problemem inicjacji seksualnej dziewcząt, a mimo to zachowywały się one przystojniej i wyżej ceniły swoją cnotę niż wiele dzisiejszych gimnazjalistek. Dlaczego? Bo rodzina była rodziną. Nikt się nie mieszał w jej sprawy. Bo to zadaniem rodziców było córkę wychować na damę. A jak jej nie wychowali, to ich głowa była w tym, by latorośl upilnować.

Nie rozumiem, dlaczego pan Giertych popiera system, który burzy ten porządek, w dodatku powołując się na fakt bycia ojcem 13-latki. Jestem pewien, że jego córek ten problem nie dotyczy, że obie są dobrze wychowane i nie potrzebują prawa, by pilnowało ich niewinności. A jeśli pan Giertych obawia się, że ktoś mógłby wykorzystać jego córkę wbrew jej woli, to polskie prawo posiada narzędzia by go ukarać, niezależnie od wieku jego ofiary.

I tak ma być. Państwo ma karać w sytuacji gdy komuś dzieje się krzywda. A jeśli młode dziewczę dobrowolnie oddaje tyłek mężczyźnie, to nic państwu do tego. Ale ojciec ma mieć prawo tyłek ten zdrowo przetrzepać.

Bo jeśli rodzic nie wychowa i nie upilnuje córki, to proszę mi wierzyć, ustawa tego na pewno nie załatwi. Nie powstrzyma zakochanych nastolatków. Wiem dobrze, bo sam byłem wielokrotnym zakochanym nastolatkiem i jestem pewien, że i Roman Giertych swego czasu też nim był.  Całkowicie nie interesowały mnie wówczas ustawowe kryteria wiekowe. One nigdy nie były przeszkodą do osiągnięcia mojego celu. To, co studziło mój zapał w tamtym czasie, to byli ojcowie moich wybranek.

wtorek, 19 marca 2013

Cesarskie cięcie 2

 Przez ostatnie dni na porodówkach rozgrywały się sceny jak z komedii "Cesarskie cięcie" Stanisława Moszuka. (źródło) Wszystko za sprawą zmiany w przepisach o urlopach macierzyńskich:

Kilkanaście tysięcy kobiet od kilkunastu dni walczy z czasem. Tym razem jednak się nie spieszą. Przeciwnie. Robią wszystko, by opóźnić poród. Jeśli urodzą do 17 marca, na macierzyńskim będą przebywać pół roku. Jeśli uda im się przetrzymać do poniedziałku – rok.

Jestem ciekaw, co na to feministki, które uważają, że kobieta pozostająca w domu z dzieckiem to wstyd, niewolnictwo i średniowiecze. Dlaczego tyle przyszłych mam chce sobie wydłużyć to cierpienie?

A tak na poważnie to jest to oczywiście kolejna bohaterska walka naszych elit rządzących z problemami, które sami tworzą. Problemy tu są dwa. Pierwszy to ten, że w wyniku już nawet nie "obciążeń podatkowych", bo to eufemizm, tylko grabieży w biały dzień, przeciętny mężczyzna nie jest w stanie utrzymać rodziny i dlatego jego żona nie może spokojnie zająć się dzieckiem w domu, ale kombinuje i martwi się, że za kilka miesięcy musi je posłać do żłobka i wracać do pracy.

Drugim problemem jest sama instytucja urlopu macierzyńskiego. Urlop ten, w przeciwieństwie do popularnego wierzenia, to nie jest żadna łaska dla kobiety. Ona na ten urlop i tak musi zapracować. Niezależnie od tego, czy za przebywanie w domu z dzieckiem otrzymuje pieniądze od pracodawcy, od ZUSu, czy innej instytucji, ktoś musi na te pieniądze zapracować. Muszą one być uwzględnione w płacy tej kobiety lub w podatkach (również w podatkach jej męża).

Jedynym sensownym rozwiązaniem jest zaprzestanie tej bezsensownej grabieży i pozwolenie rodzinie samej odkładać pieniądze i decydować czy-, kiedy-, kto- i na jak długo pozostanie ze swoim dzieckiem w domu.

A tymczasem nasi prawodawcy tak bardzo chcą pomóc rodzinie, że aż kobiety są w stanie zaryzykować komplikacje przy porodzie dla kilku miesięcy ich łaskawej jałmużny.

sobota, 16 marca 2013

Powinność prawa

Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu orzekł, że hiszpańskie prawo hipoteczne jest niezgodne z prawem unijnym (czytanka).

Trybunał w Luksemburgu przypomniał, że powinnością każdego prawa jest obrona konsumenta, a hiszpańska ustawa dotycząca hipotek - podkreślił - broni jedynie banków.

- Żądamy, aby decyzja Luksemburga działała wstecz i aby oddano mieszkania rodzinom, które je utraciły - apelowała Ada Colau, rzecznik Platformy Przeciwko Eksmisjom.

Ta wypowiedź to oczywiście policzek dla sprawiedliwości i jednej z jej podstawowych zasad, że prawo nie działa wstecz (lex retro non agit). Ale o to można lewakom tłumaczyć do znudzenia, a oni i tak nie widzą w tym nic złego. Kto wie, może kiedyś ktoś ich poczynania także rozliczy "wstecz". Nie mogę powiedzieć, żebym był "za", ale i nie powiem, że nie zasługują na taki los. Kto mieczem wojuje...

Moją uwagę przyciągnęła pierwsza część cytatu. Czy rzeczywiście powinnością każdego prawa jest obrona konsumenta? Nie. Powinnością każdego prawa jest stanie na straży sprawiedliwości. Jeśli konsument nie wywiązuje się ze swojej części umowy, to prawo nie może stać po jego stronie.

Co więc chroni konsumenta? Machina wolnego rynku oczywiście. Tylko ona, napędzając konkurencję usługodawców i ich nieustanną walkę o klienta zmuszając pierwszych do jak najlepszego zaspokajania potrzeb drugich.

Wolny rynek, nie tylko na gruncie usług bankowych, nie istnieje. Dlaczego nie? Bo europejscy miłośnicy biurokracji decydują, przyznając koncesję, lub nie, kto ma prawo świadczyć jakie usługi, ograniczając tym samym konkurencję. Dlaczego tak? Każdy biurokrata oczywiście odpowie, że robi to dla dobra konsumenta, by tylko "sprawdzeni i certyfikowani" przedsiębiorcy mogli świadczyć im usługi.

Szkopuł tkwi w tym, że to najwyraźniej nie działa, skoro teraz ci sami biurokraci muszą chwytać się takich pomysłów, jak ten pani Colau, by chronić tego samego konsumenta, przed tymi bankami, które sami koncesjonują, a by koncesjonować zniszczyli wolny rynek, który najlepiej zabezpiecza interesy tegoż konsumenta. Kółko się zamyka. Absurd, prawda?

Nie dla nich. Bo oni, w tej bohaterskiej walce z tworzonymi przez siebie problemami mają swój interes. Jedna komisja zajmuje się wydawaniem koncesji, druga zajmuje się przebudowywaniem prawa, trzecia koordynuje prace między nimi, a czwarta przytakuje i cieszy się, że przez zamieszanie z pierwszymi trzema, nikt nie zauważa, jak się obijają.

A za to wszystko płaci ten biedny, z każdej strony obskubywany konsument. Nic dziwnego, że nie stać go na spłatę tej cholernej hipoteki.

sobota, 9 marca 2013

Szef policji nie jest skończonym idiotą

Głównym zadaniem policji dzisiaj jest łatanie dziury budżetowej. Bardziej skupia się na pilnowaniu, by uczciwi i praworządni obywatele chodzili "pod linijkę" według jakichś sztucznych, całkowicie bezsensownych i nieuzasadnionych przepisów, niż na chronieniu ich przed prawdziwymi złoczyńcami. Bo na pierwszym można nieźle zarobić. Ponadto to pierwsze daje policjantowi poczucie władzy i wyższości, gdy może karać kogo chce, za byle co, nawet jeśli to byle co nikomu nie przeszkadza. Łapanie złodziei i bandytów to sytuacja odwrotna - to jest służba, czyli ta mniej pożądana strona relacji pan- sługa. Policjanci dawno już zapomnieli o tym, że to oni mają nam służyć, bo my im za tę służbę płacimy. Wolą rozstawiać nas po kątach, traktować z góry i jeszcze wystawiać nam za to rachunek. A rząd, zamiast przywołać ich do porządku, tylko ich do tego zachęca.

Generał Marek Działoszyński, szef policji, proponuje, by kradzież mienia o wartości niższej niż tysiąc złotych nie była kwalifikowana jako przestępstwo, a jedynie jako wykroczenie (czytanka). Obecnie ta granica to 250 złotych. To jest kolejny dowód, po fotoradarach, na to, że policja nie jest już od tego by chronić nas i naszego mienia, ale po to, by zdzierać z nas pieniądze, jak najmniej przy tym się napracowawszy.


Policja ma dwa poważne argumenty za zmianą: policjanci oderwani od biurek wyjdą na ulicę, więcej funkcjonariuszy skupi się na sprawach poważnych.

Te "sprawy poważne" to oczywiści rowerzyści bez dzwonka, matki karcące swoje dzieci, staruszki przechodzące przez jezdnię nie tam gdzie trzeba, krzywo zaparkowane samochody i studenci, którzy nikomu nie wchodząc w drogę raczą się piwem w piątkowy wieczór na ławce w parku. Ich dużo łatwiej znaleźć, niż złodzieja, który ukradł telewizor za 999 złotych. Po co dbać o nasze bezpieczeństwo, skoro można nas pilnować, jak stada baranów i jeszcze na tym zarobić. Bo na mandatach policja i skarb państwa się bogacą, a na złapaniu złodzieja korzysta tylko okradziony, który odzyska swoją własność.

Szef policji zresztą wcale nie kryje, że chodzi o pieniądze:

Za zmianą przemawiają przykłady absurdalnych dochodzeń, gdzie dla wykrycia sprawcy kradzieży komórki powołano biegłego od DNA, by ustalić sprawcę. Koszty sprawy dziesięciokrotnie przekroczyły wartość skradzionego przedmiotu.

Pan Działoszyński, zapomniał jednak, że policja nie jest przedsiębiorstwem komercyjnym, które ma samo na siebie zarobić. To my płacimy na jej utrzymanie. Policja nie jest od tego, by mieć zyski, tylko od tego by mieć wyniki w walce z przestępcami. Bo jeśli jest inaczej, to proszę bardzo, niech ściga tylko tych przestępców, których ścigać się opłaca, ale w takim razie powinna przestać być utrzymywana z podatków. Bo póki co, to my płacimy policji. A płacimy jej za to, żeby dbała o nasze bezpieczeństwo, a nie kręciła sobie "opłacalny" biznes naszym kosztem.

A złodziej ma mieć świadomość, że każda kradzież jest przestępstwem i nie ma taryfy ulgowej. Owszem, nie za każdą kradzież jest sens ścigać, ale jeśli złodziej zostanie już zidentyfikowany i zatrzymany, to ma być traktowany tak, jak na to zasługuje, niezależnie od tego, czy telewizor, który próbował wynieść bez płacenia kosztuje 999, czy tysiąc złotych, czy też jest to radio za stówkę.

Już dzisiaj, czemu pan generał zaprzecza, złodzieje, dobrze znając obecnie obowiązujące kryteria, wiedzą dokładnie ile mogą ukraść za jednym zamachem, ryzykując tylko mandat. I o ile tylko są na tyle zdolni, by dać się złapać rzadziej niż raz na dwie kradzieże, co raczej wielkim wyczynem nie jest, wychodzą na plus. A te razy, kiedy się nie uda, to tylko "koszt uzyskania przychodu", który muszą co jakiś czas zapłacić, bez żadnych większych konsekwencji. Proponowany przepis sprawi tylko, że złodzieje będą się czterokrotnie szybciej bogacić.

Szef policji uspokaja jednak:

Zapowiada zmianę nie tylko progu przestępstwa kradzieży, ale również kwot mandatów. Dziś za kradzież (wykroczenie) można wlepić najwyżej 500 zł. - Proponujemy podniesienie tej kwoty np. do 2 tys. zł, jak przy wykroczeniach drogowych - mówi szef policji. Chciałby też stworzenia specjalnego rejestru spraw o wykroczenia.

Cóż za drastyczna zmiana! Zamiast 500 złotych mandatu za kradzież dóbr o wartości 250 złotych policja będzie wlepiać mandat 2 tysięcy złotych za kradzież 1 tysiąca. Bardzo mnie ta wiadomość cieszy, bo podważa stereotyp policjanta jako skończonego idioty, a tu, proszę bardzo: pan Działoszyński potrafi nawet rozwiązać zadanie na proporcję.

I jeszcze drobne spostrzeżenie na koniec:
Ja nie mam wątpliwości, że nie chodzi wcale o to ile się ukradnie, tylko o to, komu się ukradnie. I mam na to niepodważalny dowód:

Obecnie złodziejowi, który ukradnie sklepikarzowi towar za który sklepikarz ów sam zapłacił i na który sam pracował, wart niecałe 250 złotych,  grozi mandat 500 złotych i pokiwanie palcem. Tymczasem mieszkańcowi gminy Dębno, Jackowi Legutko, który podpiął kamerę do gniazdka w urzędzie, utrzymywanym z podatków innych, w tym także pana Legutko, tym samym kradnąc prąd o wartości trzech groszy, grozi kara pięciu lat więzienia (sznurek).

Nie opłaca się ścigać złodzieja telefonu komórkowego, ale opłaca się utrzymywanie więźnia przez pięć lat za kradzież trzech groszy. Tu już chyba z tą proporcją jest coś nie tak.

środa, 27 lutego 2013

Senatory na tory!

Na portalu GW przeczytałem nagłówek Senator PO: Wprowadźmy zakaz wyprzedzania tirów przez tiry. W pierwszej chwili pomyślałem, że pomysł dotyczy dróg z jednym pasem w każdym kierunku, bo o takich pomysłach już wcześniej słyszałem. Tymczasem senator Dowhan z PO chce wprowadzić taki zakaz na autostradach, na których są po dwa pasy w każdym kierunku i gdzie manewr taki nie stwarza najmniejszego problemu jeśli chodzi o bezpieczeństwo. Dlaczego?

Denerwuje go widok ciężarówki wyprzedzającej innego tira.

Mnie denerwują głupie pomysły. Nie miałbym nic przeciwko temu, by ktoś zechciał zakazać wprowadzania ich w życie.

Niestety wiele ludzi nie widzi nic poza czubkiem własnego nosa. Pan Dowhan jest klasycznym tego przykładem. Denerwuje go to, że od czasu do czasu musi pół minuty zaczekać, żeby przepuścić wyprzedzającą ciężarówkę. Nie potrafi sobie jednak wyobrazić o ile bardziej frustrujące i kosztowne jest wleczenie się dziesiątkami kilometrów za powolną ciężarówką bez możliwości jej wyprzedzenia. Bo cóż go to obchodzi, to on ma mieć wygodnie.

Nie widzi też, że po wprowadzeniu w życie jego pomysłu jedna powolna ciężarówka będzie w stanie wygenerować kilometrowy korek, jednocześnie przemieniając autostradę w drogę jednopasmową - bo cały prawy pas będzie zajęty nie mogącymi jej wyprzedzić innymi ciężarówkami.

Co więcej, na tej "jednopasmowej" już autostradzie wystarczy jeden ślamazarny samochód osobowy, by zablokować także lewy pas - przecież jego też nikt nie może już wyprzedzić, bo prawy pas jest zablokowany, a z lewej jest pas dzielący jezdnie. A to zdenerwuje nie tylko pana senatora, ale wszystkich użytkowników drogi.

I proszę mi wierzyć, że to wcale nie byłaby rzadka sytuacja. Co chwilę na drodze mijamy wyładowane po brzegi tiry oraz Trabanciki sunące 50 km/h prowadzone przez naszych dziadków. A teraz wyobraźmy sobie, że ich nie mijamy...

Ale przede wszystkim będzie to świetne narzędzie do protestów. Nie tylko przeciwko temu pomysłowi. Oto bowiem dwa pojazdy (a nawet jeden) będą mogły, nie łamiąc żadnych przepisów, zablokować całą autostradę. Jestem pewien, że gdyby projekt ten wszedł w życie, to firmy transportowe właśnie tak by zareagowały - paraliżując wszystkie drogi.

Jeśli jazda samochodem jest dla pana Dowhana takim stresującym przeżyciem, dlaczego nie przesiądzie się do pociągu, albo do samolotu - tam żadna ciężarówka drogi mu nie zajedzie. A ten kierowca tira oraz inni ciężko i produktywnie pracujący Polacy, którzy, w przeciwieństwie do parlamentarzystów, wytwarzają pewne dobra i bogactwo, i tak zrzucają się na jego bilet w pierwszej klasie, czy on z niego korzysta czy nie. A na nerwy - relanium.

czwartek, 21 lutego 2013

Zamiast zakazywać broni, zakażmy napadów z bronią

Ostatnio, zwłaszcza w SZA dużo mówi się o konieczności ograniczenia prawa do posiadania broni. Celem przyświecającym jego zwolennikom jest, jak sami twierdzą, zapobieżenie w przyszłości strzelaninom takim, jak te, które niedawno miały miejsce w szkole w Newton, czy w kinie w Denver. Jest to łapanie lewą ręką za prawe ucho.

Nikomu nie powinno przeszkadzać to, że ktoś posiada broń. Problemem jest, gdy użyje jej do napaści. Zatem dużo rozsądniejszym byłoby zakazać takiego jej wykorzystania. Zabronić mordowania i napadania ludzi przy użyciu broni. Dlaczego tego zakazu nie wprowadzą?

Zaraz, zaraz! Przecież ten zakaz już istnieje! Nie może być! Zatem jakim cudem jednak dochodzi do takich tragedii?

Myślę, że może mieć to związek z tym, że bandyci nie szanują prawa.

Niestety tak właśnie jest. Człowiek, który w biały dzień wpada do szkoły i strzela do dzieci łamie prawo! A skoro łamie zakaz mordowania, za który w SZA grozi kara śmierci, to dlaczego miałby przestrzegać zakazu posiadania broni palnej, za złamanie którego grozi mu do kilku lat więzienia?

Ludzie, którzy forsują to rozwiązanie nie zastanowili się nawet przez dwie minuty. Bo dwie minuty to aż nadto dla największego bałwana, żeby to zrozumieć. Pod warunkiem, że uda się go skłonić do tej chwili refleksji.

Wyobraźmy sobie, że chowam w podwórzu byka. Jest uwiązany na łańcuchu, by mi nie uciekł. Na wszelki wypadek wokół posesji stawiam jeszcze drewniany płot. Proszę mi wierzyć, że dla byka, który jest wystarczająco rozjuszony, by zerwać stalowy łańcuch, sforsowanie drewnianego płotu nie stanowi większego problemu. Co gorsze - płot ten stanowi zagrożenie dla mnie, gdybym przypadkiem znalazł się pomiędzy nim, a bykiem.

Dokładnie tak działa ograniczenie dostępu do broni. Nie zadziała na furiata, którego nie jest w stanie powstrzymać groźba kary śmierci. Ale odbiera szansę obrony niewinnej osobie, która znajdzie się na jego drodze.

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Nie takie głupie, jak mogłoby się wydawać

Malgond, pod wpisem o zakazie prostytucji skrytykował, niesłusznie, pomysł karania tylko jednej ze stron nielegalnego procederu. To, że karze podlega tylko jedna strona transakcji, to nie jest ogólnie zły pomysł. Po pierwsze prawo jest prostsze (zamiast dwóch zakazów jest jeden, a efekt podobny).

Po drugie, ważniejsze, likwiduje to więź między stronami - gdy obie strony łamią prawo, to są niejako ubezpieczone od "sypnięcia" tej drugiej. Gdy tylko jedna ze stron ponosi odpowiedzialność za całą transakcję, to znacznie częściej się zawaha i zrezygnuje. No bo skąd mam mieć pewność, że kontrahent nie wyda mnie, nie będzie mnie szantażował, albo choćby nie pochwali się beztrosko znajomym na Facebooku? Przecież jemu jest wszystko jedno.

Nie jest to też nowy pomysł - podobnie jest w przypadku zakazu sprzedaży alkoholu nieletniemu, gdzie odpowiedzialność jest tylko po stronie sprzedawcy (tak mi się wydaje - nie sprawdzałem ostatnio).

Oczywiście daleki jestem od twierdzenia, że jest to rozumowanie, które doprowadziło panie z EWL do sformułowania swojego postulatu. Jestem pewien, że tu malgond ma rację, że chodzi o pokazanie, że facet to jest dziwkarz i łobuz, a dobrowolnie oferująca swoje ciało i czerpiąca z tego korzyści prostytutka jest ofiarą.


Ma też rację, że ma to więcej sensu, gdy to strona oferująca usługę podlega karze, bo zwykle więcej traci na przyłapaniu

sobota, 22 września 2012

Oskarżony o to, co komuś się wydawało

To trzeba przeczytać (sznurek).

Do licha ciężkiego, w jakim ja świecie żyję?! Czy ludziom już do reszty rozum poodbierało? Człowiekowi grozi osiem lat więzienia za to, że zostawił na kilka minut w sklepie torbę z mikrofonami. Za zgodą ekspedientki. Słowo daję, że jest to najgłupsza rzecz o jakiej kiedykolwiek słyszałem.

Przecież nawet  gdyby ten dziennikarz nie uzyskał pozwolenia ekspedientki, albo postawił torbę i o niej zapomniał, to nie ma mowy o żadnym zagrożeniu. Jak zatem można o nim mówić w tej sytuacji? Przecież nie ma żadnej różnicy między pakunkiem pozostawionym za zgodą sprzedawcy, a pakunkiem zostawionym przez samego sprzedawcę. Innymi słowy sprawa ta pokazuje, że jeśli ja sam osobiście w moim własnym sklepie postawię moją torbę, a jakiś idiota zadzwoni na policję, to mogę odpowiadać za "stworzenie zagrożenia" i iść do więzienia na osiem lat! Przecież to się w głowie nie mieści.

Kiedy "Nowy Ekran" strugał kretynów i podkładał "bomby" na "Centralnym", ja wyśmiewałem ich głupotę (tu i tam). Jakże naiwny był to śmiech. Okazało się, że redaktorzy NE mieli więcej szczęścia niż rozumu. Gdyby bowiem stało się było to, co według nich stać się powinno było, czyli ich "bagaż" kogoś byłby zaniepokoił, to pan Pietkun mógłby dziś swoje artykuły posyłać z więzienia. Ale kto sieje wiatr ten zbiera burzę. Jeśli wówczas bili na alarm, jacy jesteśmy zagrożeni i jakie śmiertelne niebezpieczeństwo kryje się w każdej pozostawionej bez opieki torbie, to tu jest świetny przykład, co się dzieje, gdy spełniają się nieprzemyślane życzenia.

Jarosław Barnaś przeprosił i wyraził skruchę. Za co? Przecież on nie zrobił nic złego! Otóż oskarżony jest nie o to, co zrobił, tylko o to, co komuś innemu wydawało się, że zrobił. Wyobraźmy sobie, że widzę pana Barnasia na ulicy i sobie myślę: "długie włosy, nieogolony, spojrzenie jakieś takie spode łba - jak nic morderca!". Dzwonię więc na policję i mówię przerażony, że zobaczyłem faceta, który chyba jest mordercą. Policja przyjeżdża i  zatrzymuje pana Barnasia. Śledztwo wykazuje, że nikogo nie zamordował, ale mimo to pan Barnaś staje przed sądem oskarżony o morderstwo tylko dlatego, że mnie się wydawało. Gdzie tu sens? A logicznie jest to dokładnie to samo. Przecież pan Barnaś oskarżony jest o spowodowanie zagrożenia, mimo, że jest JASNE, że żadnego zagrożenia nie spowodował.

Paragraf, na mocy którego postawiono to oskarżenie brzmi: Kto wiedząc, że zagrożenie nie istnieje, zawiadamia o zdarzeniu, które zagraża życiu lub zdrowiu wielu osób lub mieniu w znacznych rozmiarach lub stwarza sytuację, mającą wywołać przekonanie o istnieniu takiego zagrożenia, czym wywołuje czynność instytucji użyteczności publicznej lub organu ochrony bezpieczeństwa, porządku publicznego lub zdrowia mającą na celu uchylenie zagrożenia, podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8

Pan Barnaś ani  nikogo nie alarmował o zagrożeniu, ani nie próbował wywołać przekonania, że takie zagrożenie istnieje - przecież nawet otrzymał pozwolenie ekspedientki. Gdyby wywołał w niej przekonanie, że w torbie jest bomba, to musiałaby być idiotką, by zgodzić się na jej przechowanie. Gdzie zatem paragraf ten dotyczy pana Barnasia?

Powiedziałbym, że prokuratura nie ma żadnych podstaw i że ten proces to farsa, którą sąd zakończy w kilka minut, puszczając domniemanego zamachowca wolno i obsobaczając prokuraturę za zawracanie "gitary". Ale tego nie powiem. Za każdym bowiem razem, gdy piszę "głupiej być nie może", los, w postaci naszego państwa, zdaje się traktować to jako wyzwanie, czego efektem są takie "kwiatki", jak ten.

Życzę powodzenia panu Jarosławowi Banasiowi.

niedziela, 19 sierpnia 2012

Pozwolenie na broń

Niedawno pisałem o prawie do posiadania broni palnej (sznurek). Wielu komentatorów dostrzega i rozumie ten problem, co jest bardzo pokrzepiające. Ale też wielu szuka remedium na ten problem w niewłaściwym miejscu, wierząc, że źródło jego tkwi w złej procedurze wydawania pozwolenia na broń, a nie w tym, że w ogóle istnieje coś takiego, jak pozwolenie na broń. Jest to błąd. Niewolnik nie jest niewolnikiem dlatego, że łańcuch którym jest przykuty jest za krótki i brzydki, tylko dlatego, że jest przykuty.

Oczywiście świetnie rozumiem i całkowicie się zgadzam z celem, jaki przyświeca idei pozwolenia na broń, czyli temu, by ograniczyć liczbę zabójstw. Ale tak samo zgadzam się z celem, który przyświeca idei płacy minimalnej - żeby ludzie byli bogatsi, przymusowi edukacji - żeby ludzie byli mądrzejsi, czy prohibicji narkotykowej - by ludzie ich nie brali. Ale to nie znaczy, że aprobuję wszystkie sposoby, którymi się do nich dąży.

Niestety, w społeczeństwie bardzo powszechnym jest przekonanie, że cel uświęca środki, czyli, że każdą podłość można usprawiedliwić, jeśli przyświeca jej szlachetna idea. Ja z tym nie mogę się zgodzić i nie mógłbym się zgodzić nawet wówczas, gdyby ten szlachetny cel faktycznie został osiągnięty. A w ogromnej większości nie jest. I to samo dotyczy pozwoleń na posiadanie broni palnej. Rozwiązanie obecne nie tylko nie jest skuteczne, ale przede wszystkim stwarza większe i liczniejsze problemy, niż te, które miało w zamyśle eliminować.

Zdobyć broń
Skuteczność istnienia pozwoleń na broń jest nikła, by nie napisać żadna. Z dokładnie tych samych przyczyn, z jakich nieskuteczna jest walka z narkotykami. Znalezienie dilera trawki w mieście nie stanowi żadnego problemu - wystarczy zapytać pierwszego lepszego gimnazjalistę. Nawet jeśli on sam nie będzie potrafił wskazać dilera, to na pewno zna przynajmniej kilka osób, które zwykły trawką się raczyć - więc one będą potrafiły go wskazać, lub ewentualnie zaproponują pośrednictwo handlowe.

Aby zdobyć nielegalną broń trzeba podążać tą samą drogą, tylko trochę dalej - bo zajmują się nią dokładnie te same osoby. Nie mówię o drobnych dilerach, ale przy odrobinie cierpliwości, tak jak od gimnazjalisty dostaliśmy namiary na dilera, tak ten drugi może nas doprowadzić, do swojego "hurtownika", ten do kogoś, kto zajmuje się "twardszymi" narkotykami i tak dalej. Po nitce do kłębka - jeśli mamy czas, pieniądze i wzbudzamy zaufanie - prędzej czy później dotrzemy do kogoś, kto będzie w stanie sprzedać nam pistolet.

Wiem, bo po czterech latach w państwowym liceum sam dość dobrze orientowałem się, gdzie takich osób szukać, mimo iż w ogóle tym się nie interesowałem.

Bandyta, jeśli będzie potrzebował broni, to ją zdobędzie. I żadne pozwolenia ani rejestracje go nie powstrzymają. Co więcej - Jeśli ma niecne zamiary, to nawet jeśliby pozwolenie posiadał, to i tak, o ile ma choć trochę oleju w głowie, użyje broni niezarejestrowanej - tak samo jak do ucieczki po napadzie na bank tylko skończony idiota użyje samochodu zarejestrowanego na swoje nazwisko.

Dodatkowo mafia, która zajmuje się handlem nielegalną bronią nie patrzy komu ją sprzedaje, tak samo, jak diler narkotyków ma gdzieś to, kto od niego kupuje "ziółka". Równie chętnie przyjmą pieniądze od dzieci i młodzieży.

Oczywiście mechanizmem napędowym tego procesu jest zakaz. Gdy istnieje zakaz, ceny idą w górę. Gdyby każdy mógł sobie kupić pistolet w sklepie z bronią, skończyłby się monopol mafii, i ta albo zwinęłaby swoją działalność, albo musiałaby konkurować legalnie na wolnym rynku.

Jak nie kijem to pałką
Załóżmy teraz, że system pozwoleń na broń działa bezbłędnie. Sytuację, w której nie istnieje czarny rynek broni. Wszystkie sztuki broni palnej są zarejestrowane i w rękach ludzi z pozwoleniami. Czy osiągnięty został ten szczytny cel, który uświęca nasz środek? Dostęp do broni jest ograniczony i kontrolowany, ale przecież to też jest tylko środek.

Celem jest to, by bandyci nie zabijali ludzi. My tymczasem odbieramy bandycie tylko jedno z niezmierzonego arsenału narzędzi. Gdyby Jakub Holmes nie posiadał broni palnej, to i tak miałby jeszcze tysiące innych możliwości. Mógłby w kinie urządzić koloradzką masakrę piłą łańcuchową. Albo poczekać do końca seansu i wjechać rozpędzonym samochodem dostawczym w wychodzący z kina tłum. Ograniczeniem jest tu tylko wyobraźnia bandyty. Jak ktoś chce zabić to znajdzie sposób. Tyle samo sensu miała by walka państwa z otyłością przez wprowadzenie pozwolenia na łyżki.

Aby system pozwolenia na broń był skuteczny, to trzeba byłoby go rozszerzyć na piły łańcuchowe, samochody dostawcze i nie tylko, siekiery, scyzoryki, nożyczki... Ta lista nie ma końca, jak pisałem już tutaj. Jest to absurd, który wynika z propagowanego przez polityków i media przekonania, że człowiek zabija dlatego, że ma broń palną. Nie!

Człowiek zabija dlatego, że chce zabić. A nie dlatego, że sobie pomyśli: Mam pistolet, kogo by tu zabić?. Bzdura. Jest to odwrócenie problemu o 180 stopni. Zabójstwo jest celem, a nie środkiem. Człowiek myśli: Zieliński to świnia - zabiję go! Muszę tylko zdobyć pistolet. A jeśli tego pistoletu nie zdobędzie, to zabije Zielińskiego całkowicie legalnym i dostępnym bez pozwolenia w każdym sklepie z artykułami dla domu tłuczkiem do mięsa.

Oczywiście socjaliści z dumą powiedzą, że po zaostrzeniu procedury wydawania pozwoleń na broń liczba morderstw popełnianych przy użyciu broni palnej zmalała. Ale nikt nie wspomni o tym, że o tę samą liczbę wzrosła liczba zabójstw dokonywanych tłuczkiem do mięsa. Bo liczba wszystkich zabójstw się nie zmieni. Zmienią się techniki ich dokonywania. A przecież naszym celem jest ograniczenie liczby zabójstw w ogóle!

Kto wydaje pozwolenia?
Pofantazjujmy dalej. Złóżmy teraz, że nie tylko udało się nam wyeliminować problem nielegalnej broni, ale że pomogło to nam osiągnąć nasz zamierzony cel. Mamy teraz do rozwiązania całe mnóstwo "problemów Kisiela". Wprowadzając pozwolenia na broń musimy odpowiedzieć na kilka podstawowych pytań, między innymi: Kto wydaje te pozwolenia? Na jakiej podstawie? Jak egzekwować prawo w tym zakresie?

Zaskakującym jest to, że nawet osoby, które są przekonane, że III RP jest państwem złym i zepsutym do szpiku kości, zgadzają się, by przedstawiciele tego państwa, którzy mieli swój niekwestionowany i niebanalny udział w jego korupcji, decydowali o tym, kto może posiadać broń palną, a kto ma być bezbronnym. Czy tylko dla mnie to brzmi idiotycznie?

Trzecia RP jest dużo groźniejsza od przeciętnego bandyty. Złe prawo, niemoralne podatki, demoralizowanie ludzi, korupcja, nepotyzm stanowią na dłuższą metę dużo gorsze zagrożenie dla narodu i całej naszej cywilizacji, niż wszyscy szaleńcy świata uzbrojeni po zęby.

I nie ma znaczenia, czy państwo to działa tu bezpośrednio, czy też za pośrednictwem zależnych od niego samorządów, które na ogół zachowują się trochę rozsądniej, ale tylko trochę, czy też przez policję, która, jak słusznie zauważono w komentarzach pod poprzednim moim wpisem na ten temat, ma swój interes w tym, żeby obywatel był bezbronny. Poza tym, sami policjanci bardzo błędnie interpretują, jak ma wyglądać relacja między obywatelem a funkcjonariuszem, o czym też już pisałem (sznurek).

Ponadto organ wydający pozwolenie na posiadanie broni bierze na siebie odpowiedzialność za tę decyzję, zatem zawsze będzie tendencja do tego, by nie wydać go, nawet przy braku przeciwwskazań. Tak na wszelki wypadek.

Kto może posiadać broń?
Kolejnym problemem jest to, komu miałyby być wydawane pozwolenia na broń. Wśród sugestii komentatorów pojawiały się różne warunki, jakie powinien spełniać obywatel, by móc mieć dostęp do broni: niekaralność, zdrowie psychiczne, zdany egzamin praktyczny.

Zacznę od tego ostatniego. Ponownie: rozumiem doskonale motyw Pulsara, który opowiada się za takim egzaminem - obawia się przypadkowego postrzelenia. On zapewne nie ma problemów ze wzrokiem. Ale jeśli ja mam zeza, czy znaczy to, że mam mieć mniejsze prawo do obrony? Jeśli ktoś obcy wchodzi do mojego domu, to chcę mieć prawo posiadania broni choćby po to, by bandytę odstraszyć wymachując nią w jego kierunku, lub oddając niecelny strzał. A jeśli nawet niechcący go śmiertelnie postrzelę, to i tak jest to wina włamywacza.

Jeśli zaś znajdę się w miejscu gdzie oprócz mnie, i bandyty znajdują się też inne niewinne osoby - no to już ja muszę podjąć odpowiedzialną decyzję, czy strzelać, czy nie. Ja znam swoje możliwości (jestem niedowidzący, ale nie głupi) i to ja muszę ocenić, czy podejmując próbę obrony stwarzam większe ryzyko niż to jest tego warte - tak samo jak kierowca w oparciu o swoje umiejętności decyduje, czy nocą w ulewnym deszczu ma jechać 90 km/h jak to jest dozwolone, czy może jednak nie warto jest ryzykować. Jakoś nikt przeciwko temu nie protestuje i nie zabrania jeździć w deszczu. Poza tym, ponownie, w większości przypadków samo wyjęcie pistoletu lub oddanie strzału ostrzegawczego w niebo wystarczy, by spłoszyć bandytę.

Takie samo pytanie można zadać w stosunku do chorych psychicznie. Czy osoba chora psychicznie ma pozostawać bezbronna? Każda choroba psychiczna jest inna i każdy orzekający jest inny. Jak można przeczytać w polecanym już przeze mnie artykule autorstwa Albino Owlet pt. Na kozetce, orzekanie o chorobie psychicznej ma niewiele wspólnego z obiektywnym stanem pacjenta. Rozpoznanych "chorób" i "zaburzeń" jest tyle, że śmiało można powiedzieć, że nie ma ludzi "zdrowych psychicznie". Są tylko niezdiagnozowani. Zresztą z ostatnich doniesień prasowych (sznurek) dowiedziałem się, że sam jestem psycholem pokroju Breivika, czy Holmesa. I wcale się nie zdziwię, jeśli dzięki panu Krzysztofowi Moellerowi moje schorzenie znajdzie się w najbliższym wydaniu DSM, chyba już V.

Jeżeli choroba psychiczna uniemożliwia wariatowi samodzielne funkcjonowanie, to o jego bezpieczeństwo dba opiekun i to ewentualnie ten opiekun może posiadać broń palną. I to ten opiekun jest odpowiedzialny za to, by wariat nie miał do niej dostępu, podobnie jak do wielu innych niebezpiecznych narzędzi - nożyczek, tłuczków do mięsa itp. W końcu to opiekun ma w tym największy interes, bo to jego życie będzie najbardziej zagrożone, gdy w ręce jego podopiecznego dostanie się pistolet.

Ostatecznie wariat z pistoletem nie jest dużo groźniejszy od wariata z siekierą (a kto wie, może nawet mniej, bo wymachując siekierą łatwiej wpaść w szał bitewny niż strzelając z dystansu).

A ten najgorszy typ wariata, psychopata - morderca i tak broń zdobędzie. Nielegalnie.

I dokładnie takie samo pytanie mogę zadać jeśli chodzi o osoby karane - czy człowiek, który był karany ma być bezbronny? Zakładanie, że ktoś, kto ukradł radio z samochodu tak samo łatwo byłby w stanie kogoś zamordować jest bardzo daleko idącą nadinterpretacją. Różnica między złodziejem a mordercą jest ogromna.

Oczywiście za kradzież należy mu się surowa kara i potępienie, ale karą nie może być odebranie mu prawa do obrony siebie i swoich bliskich. Karą jest więzienie, grzywna, chłosta i mają to być kary nieprzyjemne. Ale nie pozbawienie kogoś fundamentalnego prawa do obrony przed bandytami. Na czas odbywania kary ma być rozbrojony, a jakże - w końcu w więzieniu za jego bezpieczeństwo odpowiada strażnik. Ale po jej odbyciu wraca do społeczeństwa z pełnią praw. Bo to właśnie ta odbyta kara ma go zniechęcić do łamania prawa. A jeśli ustawodawca uzna, że przewidziana kara nie zniechęca w stopniu wystarczającym, to znaczy, że jest zbyt łagodna i należy ją zaostrzyć.

Tym bardziej nie należy spodziewać się, że mordercą stanie się ktoś karany za uchylanie się od płacenia podatków, czy picie piwa w parku.

Nawet w większości napadów z bronią w ręce, broń ta jest tylko blefem, co pięknie ilustruje film: Mimo, że złodzieje byli uzbrojeni, nie odważyli się użyć broni. I mimo przewagi liczebnej czmychali na cztery wiatry, gdy tylko właścicielka sklepu otworzyła do nich ogień. Z prostej przyczyny: Kara za zabójstwo w USA jest dużo bardziej nieprzyjemna niż kara za napad bez ofiar w ludziach. Zakładanie, że ktoś, kto jest w stanie zaryzykować kilkuletnie więzienie dla łatwego wzbogacenia się, zaryzykuje też własnym życiem jest trochę przesadzone. A kara za to ma być na tyle dotkliwa, żeby na dobre wybić z głowy łobuzowi pomysł na ofensywne użycie broni. (przy okazji film ten to kolejna ilustracja jak broń palna pięknie wyrównuje starcie między pięcioma młodzieńcami, a starszą panią - czyż to nie wspaniałe?)

A jeśli nawet ten drobny rzezimieszek zapała żądzą zabicia kogoś, to brak pozwolenia na broń go nie powstrzyma.

Oczywiście błędem byłoby udostępnienie broni skazanemu za morderstwo, ale jest to błąd niemożliwy do popełnienia w normalnym państwie - wisielec nie potrzebuje broni.

Egzekwowanie prawa
Największym problemem i argumentem najsilniej przemawiającym przeciwko pozwoleniom na broń jest egzekucja takiego prawa. A prawo nieegzekwowane to prawo martwe i wyszydzane. To, że nie działa jest najmniejszym problemem. Dużo gorsze skutki przynosi świadomość ludzi, że państwo nie jest w stanie kontrolować przestrzegania prawa, bo naraża to na śmieszność cały system prawny, czego efektem jest jego lekceważenie.

Skąd władza ma wiedzieć, że posiadam nielegalną broń? O nielegalnej broni władza może się dowiedzieć w dwóch przypadkach: podczas rewizji, lub gdy jej użyję. W pierwszym przypadku musielibyśmy się zgodzić z tym, że w każdej chwili, bez zapowiedzi policja może nam przeszukać dom, lub zatrzymać nas na ulicy i zrewidować. Z tym kategorycznie się nie zgadzam z dwóch głównych powodów.

Po pierwsze z powodu ideologicznego - kategorycznie sprzeciwiam się traktowaniu wszystkich obywateli jak podejrzanych i jak niewolników. Bo pan niewolnika może go w każdej chwili zrewidować. Człowieka wolnego - nie!

Drugi powód to powód praktyczny - prewencja ZAWSZE jest dużo bardziej kosztowna i mniej skuteczna niż represja. Jest tylko marnowaniem pieniędzy i zasobów, a jej bardzo wątpliwa skuteczność jest okupiona niewspółmiernymi niedogodnościami i mnożeniem "problemów Kisiela".

Ja jestem wrogiem czynnej prewencji i uznaję zasadę, że nie ma winy tam, gdzie nie ma poszkodowanego. Jeżeli ktoś posiada broń, obchodzi się z nią odpowiedzialnie i nikomu nie szkodzi, to nie ma w tym nic złego, więc nie widzę żadnych podstaw by było to karane.

W drugim przypadku, czyli podczas użycia broni znowu są dwie możliwości: Albo broń została użyta do obrony, albo do napaści.

Jeżeli użyłem broni, by chronić siebie, moich bliskich, moją własność, czy też inne osoby, to czy właściwym byłoby ukaranie mnie, gdybym posiadał tę broń nielegalnie? Oczywiście, że nie, bo to znaczyłoby, że preferowaną jest sytuacja, w której zostałbym okradziony, zabity, lub gdybym pozwolił, by wyrządzono szkodę komuś innemu, nawet jeśli dysponowałbym środkami, by temu zapobiec. Niemoralnym byłoby skazanie mnie za posiadanie nielegalnej broni, jeśli dzięki temu ocaliłem czyjeś życie. Byłoby to dokładnie taką samą niegodziwością, co ukaranie świadka wypadku, który uratował życie ofierze, za brak aktualnego zaświadczenia o przebyciu kursu pierwszej pomocy.

A jeżeli użyłbym tej broni do napaści, to jakie znaczenie ma czy posiadam tę broń legalnie, czy nie? Czy morderca, który zabije z broni, na którą ma pozwolenie powinien być traktowany łagodniej niż ten, który użył nielegalnie posiadanej broni? Oczywiście jest to bzdura - morderstwo, czy jakiekolwiek inne ofensywne użycie broni jest samo w sobie czynnością nielegalną, niezależnie od tego, czy broń ta jest posiadana zgodnie z prawem czy nie.

W obu powyższych przypadkach pozwolenie na broń nie powinno grać żadnej roli, zatem jedyną możliwością, by prawo to miało jakiekolwiek istotne znaczenie jest zgoda na to byśmy byli co chwilę bez powodu rewidowani jak przestępcy, co zapewne ucieszyłoby bojaźliwych redaktorów Nowego Ekranu, o czym pisałem swego czasu tutaj.

Ale nawet "permanentna inwigilacja", jest bardzo niewydajnym środkiem, o czym już tam pisałem. Jak zauważył ś.p. Aleksander hr. Fredro, w swojej komedii "Nikt mnie nie zna",

Ach, potrafi oszukać, kto oszukać żąda,
A zwykle mało widzi, kto we wszystko wgląda.

Remedium
Jestem przekonany, że powierzenie naszego bezpieczeństwa urzędnikom, którzy wydają pozwolenia na broń palną, ani nie zmniejsza liczby zabójstw, ani nie sprawia, że możemy czuć się bezpieczni, ani nie rozwiązuje żadnych problemów, z którymi dużo lepiej i dużo taniej nie poradziłoby sobie rozsądne prawo i praworządne państwo. Obecna polityka w zakresie broni palnej nie realizuje żadnego z przyjętych celów. Żaden cel nie uświęca środków, nieosiągnięty tym bardziej.

Tym, o czym obecnie ludzie, a zwłaszcza socjaliści, z panem Baruchem Obamą na czele, zdają się zapominać, jest to, że morderca nie zabija dlatego, że ma pistolet, tylko dlatego, że CHCE zamordować. I jedynym rozsądnym środkiem zapobiegawczym jest dążenie do tego, by mu tę chęć odebrać. Sposobem na to jest wprowadzenie dotkliwych kar, z karą śmierci za morderstwo włącznie - bo jeśli to nie zniechęci bandyty, to co?

Ale nie tylko kara śmierci - kara więzienia też ma być przykrą i zniechęcającą karą. Bo obecnie przebywanie w więzieniu niczym nie różni się od życia przeciętnego nastolatka, który siedzi beztrosko w swoim pokoju, ogląda telewizję, lub szwenda się po Internecie, a mamusia podtyka jedzenie pod nos. Niczym się nie martwi, nie musi pracować. Tymczasem pobyt w więzieniu ma być przykry - na tyle przykry, że nawet jeśli ktoś raz popełni przestępstwo, to odsiadka skutecznie wybije mu z głowy chęć popełnienia go znowu.

W dawnych czasach więzień opuszczał mury więzienia sponiewierany i upokorzony. Wzdrygał się na samą myśl o możliwości tam powrotu. Dzisiaj przeciwnie - wychodzi najedzony wypoczęty, pełen sił i nowych pomysłów do rozrabiania.

I to będzie dużo skuteczniej odstraszało od zejścia na złą drogę niż obecna pokraczna prewencja. I dużo taniej, bo za darmo, a nawet z zyskiem, jeśli więźniów zmusi się do pracy, jak to miało miejsce niegdyś. Wówczas środki z prewencji będzie można przekazać na represję, czyli na ściganie, co dodatkowo zwiększy nieuchronność kary, a zatem będzie miało działanie jeszcze bardziej zniechęcające dla bandziora - zadziała sprzężenie zwrotne dodatnie.

Samo też ułatwienie dostępu do broni działa zniechęcająco. Obecnie ryzyko, że bandyta trafi na uzbrojoną ofiarę jest prawie żadne. Jeśli każdy obywatel będzie miał swobodny dostęp do broni, to bandyta będzie miał trochę utrudnione zadanie i dużo więcej do stracenia. Bo prawo do posiadania broni to prawo do obrony. I odbierając człowiekowi prawo do posiadania broni nie odbiera mu się prawa do napaści, ponieważ takiego prawa i tak nie posiada. Odbiera mu się prawo do OBRONY.

No i oczywiście, mniejsza pokusa zejścia na złą drogę jest tam, gdzie ludzie bez przemocy są w stanie żyć na zadowalającym poziomie, gdzie nie ma bezrobocia, podatki są niskie, a państwo nie wtrąca się we wszystko co robią obywatele, ale to jest zupełnie inny, też wielokrotnie "wałkowany" przeze mnie, temat.

Proszę zwrócić uwagę, że takie postawienie sprawy w równym stopniu zapobiega wszystkim zabójstwom, podczas gdy obecne prawo skupia się tylko na jednej ich grupie - dokonanych przy użyciu broni palnej - przy całkowitym ignorowaniu grup pozostałych. Efektem tego jest tylko przesunięcie ofiar z jednej grupy do innych.

Wygląda na to, że straciliśmy główny cel z oczu, tak jak zdolność realnej oceny, czy droga, którą obraliśmy faktycznie do tego celu prowadzi.

Wszystkie obecnie stosowane argumenty za regulowanym przez państwo dostępem do broni sprowadzają się do jednego: Jakże to tak, bez pozwolenia? - opierają się jedynie na naszym przyzwyczajeniu do istniejącej sytuacji i na tym, że uwierzyliśmy w stokrotnie powtarzane kłamstwa, że jeśli państwo przestanie się tym zajmować to się wszyscy pomordujemy. Tymczasem za każdym razem, gdy ktoś mówi mi, że państwo musi coś regulować, bo inaczej będzie katastrofa, mnie przypomina się scena z filmu Stanisława Barei. Większość regulacji państwa pełni tę samą rolę, co marynarka Filikiewicza.

Pora już zwalczyć w sobie tę potrzebę posiadania pozwolenia na wszystko - bo to jest istota zniewolenia.

wtorek, 24 lipca 2012

Prawo do posiadania broni w działaniu

To nagranie mógłbym oglądać w kółko. Na Florydzie senior z pistoletem pogonił dwóch młodocianych bandziorów, aż się za nimi kurzyło. Przepiękny widok. To właśnie jest prawo do posiadania broni w działaniu.

Różne czerwone media, mówiąc o prawie do posiadania broni podają przypadki, w których bandyta strzela do bezbronnych ludzi, tak jak to miało ostatnio miejsce w Denver. O dziadku, który przegnał dwóch młodych, zdrowych (co można oszacować po tym, jak żwawo się wycofywali) gangsterów jest jakoś dziwnie cicho. Bo ten przypadek nie jest im na rękę.

Oni wolą nas przekonywać, że jakiś psychopata, który urządza sobie strzelaninę w kinie to jest przykład na źle działające prawo. Błąd! Nawet jeśli napastnik posiadał tę broń legalnie, jak niektórzy podają, wydarzenie to nie ma nic wspólnego ze źle działającym prawem. Być może prawo pozwoliło mu na broń, ale nie pozwoliło mu jej użyć w sposób, w jaki jej użył. Więc doszło do złamania tego prawa. Kropka. Nie można mówić, że prawo źle działa na podstawie przykładu, w którym jest ono łamane. Równie dobrze mógłbym wyrzucić telewizor Sony z okna, a potem narzekać, że nie działa i rozpowiadać, że firma Sony produkuje "szajs".

Za to emeryt z Florydy posiadał broń całkiem legalnie i użył jej zgodnie z prawem. I to jest przykład na to, że prawo to działa tak, jak powinno.

Prawo do posiadania broni do obrony ratuje codziennie wiele żyć, ale te są trudne do policzenia. Raz będzie to jakiś zastrzelony w samoobronie bandyta, innym razem dziarski dziadzio przepędzi młodych gangsterów z kawiarni, zanim zdążą narozrabiać, jeszcze innym rabuś wystraszy się na sam widok kabury, nie mówiąc o napadach, które się wcale nie odbyły, bo bandyta bał się, że ofiara może być uzbrojona. Łatwo się mówi o jednym udanym zamachu, w którym zginęło kilkanaście osób na raz. Trudniej się mówi o setkach ludzi, którym, dzięki poprawnie działającemu prawu, nic złego się nie stało.

Proszę też zwrócić uwagę, jak pięknie prawo do posiadania broni palnej wyrównało w tym przypadku szansę. W jakiej innej sytuacji siedemdziesięcioletni pan miałby szansę z dwoma młodymi mężczyznami? W walce wręcz? Na kije? Przy urnie wyborczej? Na miecze? Raczej nie. Tylko broń palna potrafi wyrównać taką dysproporcję sił.

Proszę pokazywać ten film znajomym i mówić, że tak właśnie działa prawo do posiadania broni. Prawo do obrony.

Kontynuacja tematu

wtorek, 17 lipca 2012

Wariat po

Niedawno w artykule Ja - czy ja, czy nie ja?, pisałem o tym, że szeroko rozumiana choroba umysłowa mordercy (ale nie tylko) nie powinna stanowić żadnego argumentu w sądzie. Warto do tamtego wpisu dorzucić jeszcze dwa argumenty.

Po pierwsze, jeśli sądzimy wariatów łagodniej niż zdrowych, to otwieramy pewną furtkę. Mordercy, by uniknąć cięższej kary będą "strugali wariatów", będą przekupywali lekarzy, a mafie będą zatrudniać do mokrej roboty ludzi z papierkami na chorobę psychiczną.

Po drugie, co jest dużo ważniejsze, morderstwo zmienia człowieka. Zmienia jego psychikę. Zatem badanie jego poczytalności post factum, by na tej podstawie orzekać o jego poczytalności w czasie popełniania morderstwa ma tyle samo sensu co zmierzenie temperatury trupowi, by ustalić, czy przyczyną śmierci była gorączka.

Skoro całkowicie zdrowemu świadkowi katastrofy komunikacyjnej widok zakrwawionych trupów rozciągniętych po asfalcie może namieszać w głowie, to tym bardziej może mieć to miejsce, jeśli ten zakrwawiony trup został przed chwilą własnoręcznie poszatkowany siekierą. Może się okazać, że świadomość tego przerasta sprawcę, który jeszcze dzień wcześniej myślał, że zabicie drugiej osoby to dla niego pestka i był normalny, a dzisiaj jest rozbity, bojaźliwy, ma załamanie nerwowe. I wówczas w czasie procesu biegli sądowi orzekają, że facet jest i był wariatem, więc nie należy go zbyt surowo karać.

Może też nastąpić sytuacja odwrotna.

Kontynuacja tematu

piątek, 13 lipca 2012

Strzelanie do dzieci

Straszne oburzenie i sprzeciw wybuchły w Internecie na wieść, że być może policjanci będą mieli prawo strzelać do dzieci i do kobiet w ciąży. Ja z kolei czytając to byłem zaskoczony, że obecnie jest to zakazane.

Większość internetowych komentatorów chyba pokracznie zrozumiała ten zapis i teraz wydaje im się, że policjant będzie mógł bez powodu strzelać do kobiet w ciąży. Idzie po ulicy, widzi ciężarną i myśli sobie: "O ciężarna! Strzelę se do niej!". Albo, że widząc dzieciaka podkradającego ciastka w cukierni, będzie mógł wyjąć broń i władować mu kulkę w łeb.

Nie wiem czy ta wiara wynika z faktu, w jaki wiadomość ta jest przedstawiana w różnych mediach, ale jest całkowicie błędna.

Możliwość użycia broni palnej w stosunku do bandziora, niezależnie od wieku, płci, czy stanu dotyczy sytuacji skrajnych. Takich, w których istnieje zagrożenie życia lub zdrowia innych. Nikt nie będzie strzelał do kieszonkowców.

Kretynizmem też jest to, co wypisuje większość portali, że policjanci CHCĄ strzelać do kobiet i dzieci. Nie chcą. Normalny człowiek do nikogo nie chce strzelać. Ale policjant nie ma robić tego co chce, tylko robić ma to, co musi. Ale jeśli przeciwnik jest uzbrojony i gotowy do oddania strzału, to policjant musi mieć prawo bronić siebie i innych, również przy użyciu broni palnej. I jeśli musi strzelić do małoletniego bandyty, by uratować życie innym, to ma strzelać.

Prędzej przystałbym na zakaz pałowania dzieci i kobiet w ciąży, bo jeśli już policjant znajdzie się w odległości skutecznego pałowania napastnika, to obezwładnienie go w inny sposób, bez bicia nie powinno stanowić problemu, zwłaszcza jeśli do czynienia ma z dzieckiem lub kobietą. Jeśli zaś bandyta trzyma wszystkich na dystans, broń palna jest bardzo przydatna.

Wyobraźmy sobie sytuację, w której dwunastolatek wchodzi do komisariatu policji z pistoletem i zaczyna strzelać. Co policjanci mają zrobić? Dać się powystrzelać, bo bandyta jest młodszy od niech? Poświęcić swoje życie? W imię czego? Że młodość musi się wyszumieć?

Nieraz słyszałem o masakrach w amerykańskich szkołach urządzanych przez uczniów. Czy policjant widząc taką scenę naprawdę ma pozwolić bandycie strzelać?

A gdyby Anders Breivik była kobietą w ciąży? Policja, która przybyła na wyspę miałaby czekać, aż spokojnie skończy jej się amunicja? Niech sobie strzela, zabije jeszcze kilka tuzinów dzieciaków, byleby ona była bezpieczna, bo jest w ciąży.

Przepis ten ma dotyczyć właśnie takich, skrajnych, przypadków - wówczas, kiedy oddanie strzału do nieletniego, bądź kobiety jest jedynym sposobem na zapobieżenie większemu złu - kiedy wszystkie inne metody, są nieskuteczne, niemożliwe lub niosą ze sobą duże ryzyko. I nawet wówczas policjant ma dążyć do tego, by oddany strzał z jednej strony był skuteczny, a z drugiej, by nie narażać niewinnych osób, również tej nienarodzonej, nawet jeśli jej matka jest bandytą. Sprawę taką może załatwić strzelanie na przykład w nogi.

A jeśli nawet w wyniku strzału policjanta dojdzie do poronienia - to i tak nie jest to jego wina. To matka jest tą złą, a nie policjant, który stara się zapobiec rozlewowi krwi. I to matka, jako ta, która podjęła decyzję o rozpoczęciu strzelaniny ponosi odpowiedzialność za jej wynik. W przypadku poronienia, jej nienarodzone dziecko jest jedną z jej ofiar.

Na szczęście bandyta małolat, albo bandytka w widocznej ciąży nie są zbyt częstym zjawiskiem, więc nie podejrzewam, by policja miała okazję często korzystać z tych uprawnień. Być może nawet nigdy. Ale nie zmienia to faktu, że jak przyjdzie taka konieczność, to musi mieć tę możliwość.

Ponadto istnienie zakazu strzelania do młodzieży i kobiet w ciąży rodzi dwa inne problemy. Po pierwsze, skąd policjant ma wiedzieć, że bandyta ma 12, a nie 14 lat? Zwykle bandyci niechętnie się legitymują. Po drugie, gangi będą się wysługiwały do mokrej roboty dziećmi i kobietami z poduszką pod kiecką - bo ci mniej ryzykują.

Oczywiście problemem są tu pseudopolicjanci, których trzeba zwyczajnie i raz na zawsze wyrzucić z policji na mordę. Bo jeśli takie bydlę nie widzi nic złego w kopaniu po twarzy spokojnego i uległego demonstranta, to jest on zagrożeniem niezależnie od tego, czy rzeczony przepis obowiązuje, czy też nie.

niedziela, 24 czerwca 2012

Ja - czy ja, czy nie ja?

Sąd norweski debatujący w sprawie Andrzeja Breivika obecnie stara się ustalić, czy jest on poczytalny. Jest to oczywista pomyłka. Nie jego poczytalność, bądź jej brak - pomyłką jest ta debata.

Ktoś, jakiś czas temu wpadł na pomysł, że niepoczytalność sprawcy ma być traktowana jako "okoliczność łagodząca". Niestety nikt nie wpadł na pomysł, by sprawdzić, czy pomysłodawca takiego zapisu jest poczytalny. Bo wariat, który morduje ludzi jest na dłuższą metę dużo mniej groźny, niż wariat, który ustanawia prawo.

Oczywiście niepoczytalność może stanowić okoliczność łagodzącą, ale tylko wówczas, gdy jest spowodowana czynnikami niezależnymi od sprawcy. Gdyby na przykład wykazano, że Andrzej Breivik był niepoczytalny w chwili dokonania zamachu, bo został podstępnie otruty przez kogoś jakimiś środkami odurzającymi, to dopuszczałbym nawet całkowite jego uniewinnienie. Tu faktycznie psychologowie i śledczy mieliby coś do roboty, by ustalić w jakim stopniu sprawca był niepoczytalny oraz udział truciciela w odpowiedzialności za zamach.

Prokuratura jednak stara się wykazać, że Andrzej Breivik jest niepoczytalny z natury. Coś takiego nie może być traktowane jako okoliczność łagodząca. Sądzimy wszak człowieka. Każdy człowiek jest inny i każdy z nas musi potrafić nad sobą panować - to odróżnia nas od zwierząt. Nie istnieje wyraźna granica między normalnym a szaleńcem. Poczytalność jest kategorią tak samo subiektywną, jak uroda. Sąd nie może inaczej karać wariatów, a inaczej zdrowych, tak samo, jak nie może inaczej karać pięknych i brzydkich.

Podstawową zasadą sprawiedliwości jest to, że jest ślepa. Jeśli różni ludzie podlegają różnym prawom, oznacza to, że pani Temida podgląda. I to już nie jest sprawiedliwość.

Człowiek jest kompletną jednostką, tymczasem tutaj próbuje się człowieka rozczłonować. "Zabiło twoje alter ego, a nie ty, więc nie możemy cię ukarać." To tak jak powiedzieć "Kowalski jest niewinny, bo to nie on, tylko jego ręka trzymała siekierę, która porąbała jego żonę i dzieci." Adekwatną karą byłoby puszczenie kowalskiego wolno po uprzednim obcięciu tej wrednej ręki, względnie leczeniu jej lub zakazaniu opuszczania kieszeni.

Rozsądnego człowieka nie interesuje, czy morderca zabił, bo chciał, czy dlatego, że głosy w jego głowie mu nakazały, czy dlatego, że podświadomie mścił się za to, że w dzieciństwie był gwałcony przez ojca. Bo to jest jego problem, a nie ofiary, czy sądu. Jeśli zabił to znaczy że jest niebezpieczny i już - źródło jego niebezpieczeństwa nie ma znaczenia. Zresztą niepoczytalny zabójca jest dużo groźniejszy od zdrowego.

Jeżeli sąd stosuje łagodniejszą karę dla wariata, dla kogoś z patologicznej rodziny, dla kogoś, kogo wychowała ulica - to znaczy że faworyzuje pewne grupy ludzi. Co jest gorsze, to właśnie to, że faworyzuje wariatów, ludzi z patologicznych domów itp. Czy chcemy żyć w świecie, w którym menelstwo i debile mają większe prawa?

Bo jeśli tak, to każdy kochający ojciec powinien gwałcić i bić swoje pociechy butelką - będą miały łatwiej w życiu i będzie się im pozwalać na więcej.

Dodatkowo z takiego podejścia wynika pewien bardzo zły przekaz. Skoro bowiem nie jestem odpowiedzialny za swoje szaleństwo, manię, czy usposobienie, to znaczy, że są one ode mnie całkowicie niezależne. Jakiekolwiek próby przeciwstawiania się im, czy też zapanowania nad nimi są bezcelowe. Muszę zaakceptować to, że gwałcę, grabię i morduję, bo nie mam na to żadnego wpływu. Mam się tym przestać przejmować, bo to nie jest moje zmartwienie.

Posłowie: Oczywiście sam wolałbym spędzić 21 lat w norweskim więzieniu grając w hokeja z wynajętymi przez podatników "przyjaciółmi", niż być faszerowanym środkami psychotropowymi. Ale to jest zupełnie inna patologia. A korygowanie jednej patologii drugą, niezależnie od rezultatów, jest metodą naganną pod każdym względem.

Kontynuacja tematu