Kiedy przeciętny zjadacz gazet, zmanipulowany propagandą katastrofalnych zmian klimatycznych czyta wiadomość:
Zdaniem autorów badania ocieplenie obserwowane na
Ziemi w latach 1971-2000 było bezprecedensowe w skali ostatnich 1400
lat. Świadczy o tym wynik rekonstrukcji temperatur regionalnych i
globalnych w ostatnich 2 tys. lat.
Podnosi alarm i woła do naukowców i polityków, by coś natychmiast zrobili, by ocalić naszą planętę przed globalnym ociepleniem.
Normalny człowiek wyczyta z powyższego tekstu, że 1400 lat temu było cieplej i jakoś nic strasznego się nie stało. Ludzie nie wyginęli, planeta nie wybuchła. Tak? Tak. Ale do tego trzeba mieć wyobraźnie niewypłukaną przez telewizję i zdolność rozumienia sensu czytanego tekstu.
I wówczas zauważy się też sprzeczność pomiędzy dwiema stawianymi w artykule tezami, że obecne ocieplenie, które jest wzmacniane przez emisję gazów cieplarnianych, przeciwdziała naturalnemu ochłodzeniu, które trwa od kilkuset lat, oraz że najbardziej konsekwentnym trendem we wszystkich
regionach, widocznym w skali ostatnich 2 tys. lat, było wieloletnie
ochłodzenie, spowodowane prawdopodobnie wzrostem aktywności wulkanów, które przecież wyrzucają do atmosfery ogromne ilości "gazów cieplarnianych": pary wodnej, dwutlenku węgla, metanu i innych.
Gazy grzeją i ziębią jednocześnie? Zatem działają dokładnie odwrotnie na planetę niż te wizje katastroficzne eko-oszołomów działają na mnie.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą globalne ocieplenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą globalne ocieplenie. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 30 kwietnia 2013
sobota, 13 kwietnia 2013
"Takie jest odwieczne prawo natury"
Ekolog Urszula Stefanowicz w wywiadzie dla Gazety rozbawiła mnie swoją wypowiedzią na temat globalnego ocieplenia. Stwierdza w nim, że dłuższe i mroźne zimy mogą być wynikiem ocieplenia:
Faktycznie, klimatolodzy wiążą intensywne opady śniegu i nietypowo zimną wiosnę na półkuli północnej z jednym ze skutków zmian klimatu. Topnienie lodu na Oceanie Arktycznym odsłoniło duże powierzchnie wody, które mogą działać jak grzejnik. Wolna od lodu woda jest tu cieplejsza niż powietrze nad nią, więc je ogrzewa, a ono się unosi. Takie zjawisko zakłóca układ wiatrów i ciśnień w regionie - może powodować tworzenie silnych stref wysokiego ciśnienia i przesunięcia kierunków intensywnych wiatrów występujących w wyższych warstwach atmosfery, w tzw. prądzie strumieniowym. To te wiatry przenoszą zimne powietrze z Arktyki i Syberii do Europy Zachodniej i blokują napływ ciepłego powietrza z południa. A na zderzeniu dwóch mas powietrza tworzą się opady.
Nie mam tu zastrzeżeń do merytorycznej strony wypowiedzi - jest całkiem sensowna i nie wątpię, że jest prawdziwa. Ale ekspertka, która w tym samym wywiadzie zarzuca internautom krótkowzroczność, sama ma problem z ogarnięciem istoty problemu.
Co podana zależność oznacza dla klimatu? Mówiąc najprościej, znaczy to, że wzrost temperatury powoduje spadek temperatury. Innymi słowy nasz klimat działa dokładnie tak jak urządzenie zwane termostatem. Urządzenie to wiele osób instaluje w swoich mieszkaniach. Po co? Właśnie po to, żeby temperatura w mieszkaniu była stała!
I bardzo dobrze, że nasza Ziemia również jest wyposażona w to "urządzenie". Tak ma być! Gdyby nie ten całkowicie naturalny mechanizm, nasza planeta już dawno zamieniłaby się w pustynną planetę skutą suchym lodem, albo w bulgoczącą kulę magmy. Tak się nie dzieje, bo za każdym razem, gdy klimat odchyla się trochę od położenia równowagi, prędzej, czy później w wyniku naturalnych procesów klimatycznych wraca do swojego położenia.
I to właśnie jest prawdziwe znaczenie przytoczonej wypowiedzi. Pani ekspertka tego nie zauważa, albo co dużo bardziej prawdopodobne przemilcza, bo fakt ten bardzo koliduje z jej misją:
Urszula Stefanowicz jest ekologiem, koordynatorem Koalicji Klimatycznej - zrzeszenia organizacji pozarządowych zaangażowanych w działania na rzecz ochrony globalnego klimatu. Koalicja została utworzona 22 czerwca 2002 roku, podczas konferencji "Zatrzymać globalne ocieplenie" w Kazimierzu Dolnym. Jej misją jest przeciwdziałanie wywołanym przez człowieka zmianom klimatu.
Nie można pozwolić, żeby cała chwała za zasługi w tej dziedzinie spłynęła na jakieś głupie prawa fizyki.
Faktycznie, klimatolodzy wiążą intensywne opady śniegu i nietypowo zimną wiosnę na półkuli północnej z jednym ze skutków zmian klimatu. Topnienie lodu na Oceanie Arktycznym odsłoniło duże powierzchnie wody, które mogą działać jak grzejnik. Wolna od lodu woda jest tu cieplejsza niż powietrze nad nią, więc je ogrzewa, a ono się unosi. Takie zjawisko zakłóca układ wiatrów i ciśnień w regionie - może powodować tworzenie silnych stref wysokiego ciśnienia i przesunięcia kierunków intensywnych wiatrów występujących w wyższych warstwach atmosfery, w tzw. prądzie strumieniowym. To te wiatry przenoszą zimne powietrze z Arktyki i Syberii do Europy Zachodniej i blokują napływ ciepłego powietrza z południa. A na zderzeniu dwóch mas powietrza tworzą się opady.
Nie mam tu zastrzeżeń do merytorycznej strony wypowiedzi - jest całkiem sensowna i nie wątpię, że jest prawdziwa. Ale ekspertka, która w tym samym wywiadzie zarzuca internautom krótkowzroczność, sama ma problem z ogarnięciem istoty problemu.
Co podana zależność oznacza dla klimatu? Mówiąc najprościej, znaczy to, że wzrost temperatury powoduje spadek temperatury. Innymi słowy nasz klimat działa dokładnie tak jak urządzenie zwane termostatem. Urządzenie to wiele osób instaluje w swoich mieszkaniach. Po co? Właśnie po to, żeby temperatura w mieszkaniu była stała!
I bardzo dobrze, że nasza Ziemia również jest wyposażona w to "urządzenie". Tak ma być! Gdyby nie ten całkowicie naturalny mechanizm, nasza planeta już dawno zamieniłaby się w pustynną planetę skutą suchym lodem, albo w bulgoczącą kulę magmy. Tak się nie dzieje, bo za każdym razem, gdy klimat odchyla się trochę od położenia równowagi, prędzej, czy później w wyniku naturalnych procesów klimatycznych wraca do swojego położenia.
I to właśnie jest prawdziwe znaczenie przytoczonej wypowiedzi. Pani ekspertka tego nie zauważa, albo co dużo bardziej prawdopodobne przemilcza, bo fakt ten bardzo koliduje z jej misją:
Urszula Stefanowicz jest ekologiem, koordynatorem Koalicji Klimatycznej - zrzeszenia organizacji pozarządowych zaangażowanych w działania na rzecz ochrony globalnego klimatu. Koalicja została utworzona 22 czerwca 2002 roku, podczas konferencji "Zatrzymać globalne ocieplenie" w Kazimierzu Dolnym. Jej misją jest przeciwdziałanie wywołanym przez człowieka zmianom klimatu.
Nie można pozwolić, żeby cała chwała za zasługi w tej dziedzinie spłynęła na jakieś głupie prawa fizyki.
sobota, 7 lipca 2012
3700 rekordów świata w ciągu 10 sekund
TVN Meteo pisze o dwóch tysiącach rekordów ciepła w USA. Ta informacja oczywiście nie ma żadnej wartości merytorycznej, ale pozwala zaobserwować jak w bardzo zręczny i niezauważalny dla przeciętnego zjadacza gazet sposób manipuluje się informacją i próbuje przekonać, że jednak ją posiada.
Po pierwsze co to znaczy, że padło kilkaset rekordów w samym Teksasie? Zdanie to niewiele mówi o pogodzie w tym stanie, ale mówi więcej na temat liczby stacji meteorologicznych na jego terytorium (jest ich 77). Jeśliby w każdą z tych stacji uderzył meteoryt, to faktycznie, świadczyłoby to o dużo poważniejszym zjawisku, niż gdyby meteoryt uderzył tylko w jedną.
Ale pogoda to nie meteoryt. Jeśli jest upał, to nie ogranicza się on do jednego miasta, czy hrabstwa. Jeśli jedna stacja zaobserwuje rekordową temperaturę, to jest wielce prawdopodobne, że wiele okolicznych stacji również ją odnotuje. Równie dobrze można by powiedzieć, że sprinter w jednym biegu trzydzieści siedem razy pobił rekord świata, bo jego czas był mierzony niezależnie na trzydziestu siedmiu stoperach.
Gdyby w całym Teksasie było dziesięć stacji meteorologicznych (do śledzenia średnich temperatur wystarczy całkowicie) i każda z nich zarejestrowała skok temperatury o dwa stopnie, to jest to dużo istotniejsza zmiana niż zmiana o parę dziesiątych stopnia, choćby była zaobserwowana na tysiącu stacji na tym samym obszarze.
Pocieszny jest sam tytuł artykułu, sugerujący, że rekord temperatury padał średnio co pięć minut. Sens porównywania temperatury jest w przypadku okresów nie krótszych niż doba. Mówi się o średniej (maksymalnej, minimalnej) temperaturze dobowej, ale nie mówi się o średniej temperaturze o trzeciej popołudniu. Jeżeli rekord temperatury padł na pewnej stacji o jedenastej rano, to z dużym prawdopodobieństwem zostanie on pobity o 11:05.
Wracając do sprintera, porównywanie temperatury w okresach krótszych niż dobowe jest tożsame z podzieleniem bieżni na metrowe odcinki i mierzenie czasu sprintera przy przekraczaniu każdej metrowej kreski. Sprinter, który pobił rekord biegu na sto metrów z dużym prawdopodobieństwem był też pierwszy na 99 metrze, 98 i kilku innych, jeśli nie na wszystkich. Zatem w czasie biegu rekord świata padał średnio co ,1 sekundy. Do tej pory w czasie tego jednego biegu padło już 3700 rekordów świata.
Przeciętny człowiek słysząc to gotów jest uwierzyć, że biegaczem jest sam Clark Kent. Ten sam człowiek uwierzy też że mamy do czynienia z katastrofą klimatyczną.
Jest jeszcze błąd logiczny. Jeśli naukowiec mówi:
To właśnie tak wygląda globalne ocieplenie - komentuje profesor nauk o Ziemi z uniwersytetu stanu Arizona, Jonathan Overpeck. - To zdecydowanie to, przed czym ostrzegałem ja i wielu innych naukowców.
To więcej mówi o jakości swojego tytułu naukowego, niż o klimacie. Tak samo naukowo mógłby stwierdzić, że zwierzę za parawanem to koń, zatem na pewno ma cztery nogi. Poczym zagląda za parawan, widzi świnię i mówi: to zwierzę ma cztery nogi, zatam miałem rację mówiąc, że jest to koń.
Po pierwsze co to znaczy, że padło kilkaset rekordów w samym Teksasie? Zdanie to niewiele mówi o pogodzie w tym stanie, ale mówi więcej na temat liczby stacji meteorologicznych na jego terytorium (jest ich 77). Jeśliby w każdą z tych stacji uderzył meteoryt, to faktycznie, świadczyłoby to o dużo poważniejszym zjawisku, niż gdyby meteoryt uderzył tylko w jedną.
Ale pogoda to nie meteoryt. Jeśli jest upał, to nie ogranicza się on do jednego miasta, czy hrabstwa. Jeśli jedna stacja zaobserwuje rekordową temperaturę, to jest wielce prawdopodobne, że wiele okolicznych stacji również ją odnotuje. Równie dobrze można by powiedzieć, że sprinter w jednym biegu trzydzieści siedem razy pobił rekord świata, bo jego czas był mierzony niezależnie na trzydziestu siedmiu stoperach.
Gdyby w całym Teksasie było dziesięć stacji meteorologicznych (do śledzenia średnich temperatur wystarczy całkowicie) i każda z nich zarejestrowała skok temperatury o dwa stopnie, to jest to dużo istotniejsza zmiana niż zmiana o parę dziesiątych stopnia, choćby była zaobserwowana na tysiącu stacji na tym samym obszarze.
Pocieszny jest sam tytuł artykułu, sugerujący, że rekord temperatury padał średnio co pięć minut. Sens porównywania temperatury jest w przypadku okresów nie krótszych niż doba. Mówi się o średniej (maksymalnej, minimalnej) temperaturze dobowej, ale nie mówi się o średniej temperaturze o trzeciej popołudniu. Jeżeli rekord temperatury padł na pewnej stacji o jedenastej rano, to z dużym prawdopodobieństwem zostanie on pobity o 11:05.
Wracając do sprintera, porównywanie temperatury w okresach krótszych niż dobowe jest tożsame z podzieleniem bieżni na metrowe odcinki i mierzenie czasu sprintera przy przekraczaniu każdej metrowej kreski. Sprinter, który pobił rekord biegu na sto metrów z dużym prawdopodobieństwem był też pierwszy na 99 metrze, 98 i kilku innych, jeśli nie na wszystkich. Zatem w czasie biegu rekord świata padał średnio co ,1 sekundy. Do tej pory w czasie tego jednego biegu padło już 3700 rekordów świata.
Przeciętny człowiek słysząc to gotów jest uwierzyć, że biegaczem jest sam Clark Kent. Ten sam człowiek uwierzy też że mamy do czynienia z katastrofą klimatyczną.
Jest jeszcze błąd logiczny. Jeśli naukowiec mówi:
To właśnie tak wygląda globalne ocieplenie - komentuje profesor nauk o Ziemi z uniwersytetu stanu Arizona, Jonathan Overpeck. - To zdecydowanie to, przed czym ostrzegałem ja i wielu innych naukowców.
To więcej mówi o jakości swojego tytułu naukowego, niż o klimacie. Tak samo naukowo mógłby stwierdzić, że zwierzę za parawanem to koń, zatem na pewno ma cztery nogi. Poczym zagląda za parawan, widzi świnię i mówi: to zwierzę ma cztery nogi, zatam miałem rację mówiąc, że jest to koń.
niedziela, 12 czerwca 2011
Bąkojad w uchu pana Gore
Ostatnimi czasy cały świat oszalał na punkcie dwutlenku węgla, znanego również jako CO2. Doszło do tego, że Australia rozważa akcję likwidacji wielbłądów, bo sapiąc wydalają tę truciznę. Nie ulega wątpliwości, że go produkujemy. Produkujemy go dużo, podobnie jak inne organizmy zwierzęce. Dodatkowo palimy w piecach, w samochodach w fabrykach. Ale czy produkujemy go na tyle dużo, by można było mówić o jakimś ponadprzeciętnym wpływie na biosferę?
Wyobraźmy sobie nosorożca, który rano idzie do łazienki i staje na wagę. Z zaniepokojeniem zauważa, że waży 2500 kilogramów. Katastrofa! Przesadził z trawką i musi zacząć się odchudzać. Schodzi z wagi, odwraca się i "nagle zerknął do lusterka. Nie chce wierzyć, znowu zerka...". Okazało się, że na jego masywnej głowie siedział sobie cichutko bąkojad, wyskubując mu kleszcze z ucha. Nosorożec, ponieważ inteligencję ma zbliżoną do członków organizacji eko-logicznych, doszedł do wniosku, że znalazł przyczynę nadwagi, strącił bąkojada i odetchnął z ulgą.
Dokładnie tak jest z tym dwutlenkiem węgla. Jego część produkowana przez człowieka jest ilością całkowicie bez znaczenia w porównaniu do jego ogólnej zawartości w biosferze, która jest pod tym względem całkowicie zrównoważona. Musi być. Gdyby nie była, jeden nieopatrznie poczyniony wydech z płuc mógłby w dłuższym okresie czasu skutkować katastrofą. Tymczasem jeden średniej wielkości wybuch wulkanu dostarcza do atmosfery większą ilość tego śmiercionośnego gazu, niż cała cywilizacja człowieka, począwszy od jej zarania.
Dzięki istnieniu roślin i zwierząt nasza planeta pozostaje w równowadze. Jeśli dochodzi do nadprodukcji CO2 - przyrasta masa roślin, którym dwutlenek węgla jest niezbędny do życia. W drodze fotosyntezy rośliny produkują tlen i substancje odżywcze, które są z kolei niezbędne dla zwierząt. Wszystko tu jest wyważone. Musi być, bo każdy niewyważony układ rozpada się i to stosunkowo szybko.
W dziejach naszej planety niejednokrotnie stężenie dwutlenku węgla w atmosferze przekraczało znacznie stężenie dzisiejsze, oraz wszelkie katastroficzne prognozy. W czasie Karbonu (carbon - łac. węgiel, 360-300 milionów lat temu), jego stężenie było ponad dziesięciokrotnie wyższe niż dzisiaj. Dzięki temu okres ten charakteryzował bardzo wysoki przyrost masy zielonej oraz nowych gatunków roślin. Katastrofy nie było, oceany nie zalały lądów, życie trwało w najlepsze.
Podobnie dzieje się z temperaturą na Ziemi. Rośnie i spada cyklicznie od zawsze. Organizmy żywe raz uciekają ze skutej lodami północy w kierunku równika, innym razem od palących upałów w przeciwną stronę. Nic złego się nie dzieje.
Nam wmawia się ciągle, że ciepełko i CO2 to największy problem dzisiejszego świata. Oficjalna politpoprawna teoria brzmi, że temperatura wzrasta ponieważ w atmosferze jest więcej dwutlenku węgla, który jest gazem cieplarnianym. Zapewne jest, bo spotyka się go w cieplarniach.
A teraz chwila refleksji. Skąd się ten dwutlenek węgla bierze w cieplarni? Ktoś go tam pompuje? Powiem więcej, rośliny hodowane w cieplarniach pobierają CO2 z atmosfery, więc jeśli już, to powinno go ubywać. Może ogrodnik tam nachuchał?
I z drugiej strony, czy oprócz CO2, który rzekomo podnosi temperaturę w szklarni istnieją w niej jakieś inne warunki sprzyjające temu zjawisku? Owszem są! Brak cyrkulacji powietrza oraz nasłonecznienie powodują kumulację ciepła. Jeśli jakiś eko-log mi nie wierzy, niech postawi w upalny dzień samochód z zamkniętymi drzwiami i oknami i zostawi w nim tabliczkę czekolady na godzinę. Najlepiej, by sam wyszedł z tego samochodu, żeby wyeliminować wydychany przez niego dwutlenek węgla. Po godzinie będzie miał tabliczkę nutelli.
Podsumujmy:
1. dwutlenek węgla nie jest niezbędny do podniesienia temperatury powietrza w cieplarni.
2. nie wiadomo (na razie) skąd CO2 bierze się w cieplarni.
3. dodatkowo z filmu pana Ala Gore wiemy, że temperatura na Ziemi oraz stężenie dwutlenku węgla są skorelowane dodatnio - przecież pokazał diagramy (dwa osobne diagramy!).
Hipoteza: Biorąc powyższe pod uwagę należy się zastanowić: A może jest odwrotnie? Może to wzrost temperatury powoduje wzrost stężenia CO2 w atmosferze?
Eksperyment:
Bardzo prosty do przeprowadzenia, każdy może wykonać go za kilka złotych (których i tak nie straci, bo produkt uboczny eksperymentu można wypić). A i to nie jest konieczne, bo każdy wielokrotnie miał do czynienia z sytuacjami opisanymi poniżej, wystarczy sobie przypomnieć i wyciągnąć wnioski.
Potrzebne są dwie jednakowe butelki (im większe tym lepiej) wody mineralnej gazowanej (może być też Coca-Cola - efekt będzie wyraźniejszy). Jedną z butelek wstawiamy do lodówki, drugą stawiamy na słońcu, albo w innym ciepłym miejscu. Po paru godzinach bardzo ostrożnie, by nie wstrząsać zawartości, stawiamy butelki obok siebie i otwieramy obie. Co obserwujemy? Zimna woda przy otworzeniu robi "psst". Ciepła robi "pssssszszszsffffffsssszszkhhhh", a ponadto przy gwałtownym otwarciu rozpryskuje się.
Dlaczego tak się dzieje? Otóż gazem, którym napój jest nasycony jest nic innego, tylko dwutlenek węgla, co można sprawdzić na etykiecie napoju (UE zapewne w związku z tym już niebawem zabroni produkcji napojów gazowanych). Ewidentnie z ciepłej wody uwolniło się go znacznie więcej niż z zimnej.
Wniosek:
Jakie to ma znaczenie dla teorii eko-logów? Zwiększone stężenie CO2 jest skutkiem, a nie przyczyną globalnego ocieplenia. Oceany i morza to ogromne zbiorniki wody. W wodzie tej rozpuszczone są ogromne ilości dwutlenku węgla (oczywiście w mniejszym stężeniu niż w Mazowszance, ale to wciąż jest niewyobrażalna ilość). Kiedy temperatura oceanu się podnosi, część tego gazu jest uwalniana do atmosfery, ergo jego zawartość w atmosferze rośnie.
Nawiasem mówiąc, nie inaczej jest z cieplarniami. Rośliny w nich hodowane są obficie podlewane wodą, która parując uwalnia CO2.
I faktycznie, jeśli przyjrzeć się diagramom pana Gore, podobieństwo między wykresem temperatury i wykresem zmian poziomu CO2 w tym samym czasie, jest uderzające. Aż kusi, żeby te dwa wykresy na siebie nałożyć, żeby było ono jeszcze bardziej oczywiste. Dlaczego więc pan Gore tego nie uczynił? Ponieważ wówczas wyraźnie byłoby na takim diagramie widać, że wykres CO2 jest przesunięty względem wykresu temperatury o kilkaset lat do przodu - tyle bowiem czasu trwa zanim ciepłe powietrze ogrzeje (lub oziębi) ogromne masy wody w oceanie.
Ja rozumiem, że pan Gore może o tym nie wiedzieć, bo zapewne nie spożywa napojów gazowanych zawierających tę truciznę. Ale, do licha, mógłby sobie ten eksperyment przeprowadzić na wodzie sodowej, która uderzyła mu do głowy!
No chyba, że on to wie i tylko udaje głupiego. Na pewno zarabia na tym więcej niż klaun, który to samo robi w cyrku dla dzieci.
Wyobraźmy sobie nosorożca, który rano idzie do łazienki i staje na wagę. Z zaniepokojeniem zauważa, że waży 2500 kilogramów. Katastrofa! Przesadził z trawką i musi zacząć się odchudzać. Schodzi z wagi, odwraca się i "nagle zerknął do lusterka. Nie chce wierzyć, znowu zerka...". Okazało się, że na jego masywnej głowie siedział sobie cichutko bąkojad, wyskubując mu kleszcze z ucha. Nosorożec, ponieważ inteligencję ma zbliżoną do członków organizacji eko-logicznych, doszedł do wniosku, że znalazł przyczynę nadwagi, strącił bąkojada i odetchnął z ulgą.
Dokładnie tak jest z tym dwutlenkiem węgla. Jego część produkowana przez człowieka jest ilością całkowicie bez znaczenia w porównaniu do jego ogólnej zawartości w biosferze, która jest pod tym względem całkowicie zrównoważona. Musi być. Gdyby nie była, jeden nieopatrznie poczyniony wydech z płuc mógłby w dłuższym okresie czasu skutkować katastrofą. Tymczasem jeden średniej wielkości wybuch wulkanu dostarcza do atmosfery większą ilość tego śmiercionośnego gazu, niż cała cywilizacja człowieka, począwszy od jej zarania.
Dzięki istnieniu roślin i zwierząt nasza planeta pozostaje w równowadze. Jeśli dochodzi do nadprodukcji CO2 - przyrasta masa roślin, którym dwutlenek węgla jest niezbędny do życia. W drodze fotosyntezy rośliny produkują tlen i substancje odżywcze, które są z kolei niezbędne dla zwierząt. Wszystko tu jest wyważone. Musi być, bo każdy niewyważony układ rozpada się i to stosunkowo szybko.
W dziejach naszej planety niejednokrotnie stężenie dwutlenku węgla w atmosferze przekraczało znacznie stężenie dzisiejsze, oraz wszelkie katastroficzne prognozy. W czasie Karbonu (carbon - łac. węgiel, 360-300 milionów lat temu), jego stężenie było ponad dziesięciokrotnie wyższe niż dzisiaj. Dzięki temu okres ten charakteryzował bardzo wysoki przyrost masy zielonej oraz nowych gatunków roślin. Katastrofy nie było, oceany nie zalały lądów, życie trwało w najlepsze.
Podobnie dzieje się z temperaturą na Ziemi. Rośnie i spada cyklicznie od zawsze. Organizmy żywe raz uciekają ze skutej lodami północy w kierunku równika, innym razem od palących upałów w przeciwną stronę. Nic złego się nie dzieje.
Nam wmawia się ciągle, że ciepełko i CO2 to największy problem dzisiejszego świata. Oficjalna politpoprawna teoria brzmi, że temperatura wzrasta ponieważ w atmosferze jest więcej dwutlenku węgla, który jest gazem cieplarnianym. Zapewne jest, bo spotyka się go w cieplarniach.
A teraz chwila refleksji. Skąd się ten dwutlenek węgla bierze w cieplarni? Ktoś go tam pompuje? Powiem więcej, rośliny hodowane w cieplarniach pobierają CO2 z atmosfery, więc jeśli już, to powinno go ubywać. Może ogrodnik tam nachuchał?
I z drugiej strony, czy oprócz CO2, który rzekomo podnosi temperaturę w szklarni istnieją w niej jakieś inne warunki sprzyjające temu zjawisku? Owszem są! Brak cyrkulacji powietrza oraz nasłonecznienie powodują kumulację ciepła. Jeśli jakiś eko-log mi nie wierzy, niech postawi w upalny dzień samochód z zamkniętymi drzwiami i oknami i zostawi w nim tabliczkę czekolady na godzinę. Najlepiej, by sam wyszedł z tego samochodu, żeby wyeliminować wydychany przez niego dwutlenek węgla. Po godzinie będzie miał tabliczkę nutelli.
Podsumujmy:
1. dwutlenek węgla nie jest niezbędny do podniesienia temperatury powietrza w cieplarni.
2. nie wiadomo (na razie) skąd CO2 bierze się w cieplarni.
3. dodatkowo z filmu pana Ala Gore wiemy, że temperatura na Ziemi oraz stężenie dwutlenku węgla są skorelowane dodatnio - przecież pokazał diagramy (dwa osobne diagramy!).
Hipoteza: Biorąc powyższe pod uwagę należy się zastanowić: A może jest odwrotnie? Może to wzrost temperatury powoduje wzrost stężenia CO2 w atmosferze?
Eksperyment:
Bardzo prosty do przeprowadzenia, każdy może wykonać go za kilka złotych (których i tak nie straci, bo produkt uboczny eksperymentu można wypić). A i to nie jest konieczne, bo każdy wielokrotnie miał do czynienia z sytuacjami opisanymi poniżej, wystarczy sobie przypomnieć i wyciągnąć wnioski.
Potrzebne są dwie jednakowe butelki (im większe tym lepiej) wody mineralnej gazowanej (może być też Coca-Cola - efekt będzie wyraźniejszy). Jedną z butelek wstawiamy do lodówki, drugą stawiamy na słońcu, albo w innym ciepłym miejscu. Po paru godzinach bardzo ostrożnie, by nie wstrząsać zawartości, stawiamy butelki obok siebie i otwieramy obie. Co obserwujemy? Zimna woda przy otworzeniu robi "psst". Ciepła robi "pssssszszszsffffffsssszszkhhhh", a ponadto przy gwałtownym otwarciu rozpryskuje się.
Dlaczego tak się dzieje? Otóż gazem, którym napój jest nasycony jest nic innego, tylko dwutlenek węgla, co można sprawdzić na etykiecie napoju (UE zapewne w związku z tym już niebawem zabroni produkcji napojów gazowanych). Ewidentnie z ciepłej wody uwolniło się go znacznie więcej niż z zimnej.
Wniosek:
Dwutlenek węgla znacznie lepiej rozpuszcza się w wodzie zimnej.
Jakie to ma znaczenie dla teorii eko-logów? Zwiększone stężenie CO2 jest skutkiem, a nie przyczyną globalnego ocieplenia. Oceany i morza to ogromne zbiorniki wody. W wodzie tej rozpuszczone są ogromne ilości dwutlenku węgla (oczywiście w mniejszym stężeniu niż w Mazowszance, ale to wciąż jest niewyobrażalna ilość). Kiedy temperatura oceanu się podnosi, część tego gazu jest uwalniana do atmosfery, ergo jego zawartość w atmosferze rośnie.
Nawiasem mówiąc, nie inaczej jest z cieplarniami. Rośliny w nich hodowane są obficie podlewane wodą, która parując uwalnia CO2.
I faktycznie, jeśli przyjrzeć się diagramom pana Gore, podobieństwo między wykresem temperatury i wykresem zmian poziomu CO2 w tym samym czasie, jest uderzające. Aż kusi, żeby te dwa wykresy na siebie nałożyć, żeby było ono jeszcze bardziej oczywiste. Dlaczego więc pan Gore tego nie uczynił? Ponieważ wówczas wyraźnie byłoby na takim diagramie widać, że wykres CO2 jest przesunięty względem wykresu temperatury o kilkaset lat do przodu - tyle bowiem czasu trwa zanim ciepłe powietrze ogrzeje (lub oziębi) ogromne masy wody w oceanie.
Ja rozumiem, że pan Gore może o tym nie wiedzieć, bo zapewne nie spożywa napojów gazowanych zawierających tę truciznę. Ale, do licha, mógłby sobie ten eksperyment przeprowadzić na wodzie sodowej, która uderzyła mu do głowy!
No chyba, że on to wie i tylko udaje głupiego. Na pewno zarabia na tym więcej niż klaun, który to samo robi w cyrku dla dzieci.
Subskrybuj:
Posty (Atom)