piątek, 7 września 2012

Mówił dziad do obrazu

Prawdziwy sędzia, zanim wyda werdykt, musi wysłuchać i ZROZUMIEĆ obie strony konfliktu. Media i prasa nie. Te nie tylko nie zrozumieją, ale wręcz przekręcą znaczenie słów, tak by dopasować je najlepiej do swoich potrzeb. Mówię o skandalu jaki wybuchł po opublikowaniu przez Janusza Korwin-Mikkego na Nowym Ekranie wpisu na temat paraolimpiad. Z tym zastrzeżeniem, że skandalem jest tu nie to, co powiedział JKM według mediów, ale to, jak media próbują wmówić nam co powiedział.

Nie chcę tu próbować bronić Mikkego, bo, po pierwsze on mojej obrony nie potrzebuje, a po drugie, jeśli ktoś ma problem ze zrozumieniem sensu oryginalnego wpisu, to moje tłumaczenie też nic nie da. Parafrazując znane powiedzenie - "antykorwinistą" jest ten, który zna wypowiedzi Korwina, "korwinistą" jest ten, który je rozumie.

Wypowiedzi JKM bardzo często przypominają mi słowa kabaretu "Sześćdziesiątka": "Nie było rymu, ale prawda była". Nie wszyscy lubią jej słuchać, ale jeśli ta prawda nie chce się rymować, to już wolę prawdę bez rymu, niż kłamliwe sonety. A jeśli ktoś większą wagę przywiązuje do formy, niż do treści i woli mówców, którzy pięknymi słowami kłamią i manipulują, niż ludzi, którzy w nieprzyjemny sposób mówią prawdę, to zapewne uwierzy w tej kwestii mediom, które wokół tego zbudowały cały ten "temat".

A sposób, w jaki ten "temat" został przedstawiony zachwycił mnie (sznurek pierwszy, sznurek drugi). Zachwycił mnie tym, jak pięknie pokazuje sposób działania mediów dzisiaj. Ja już nie mówię o tym, że prowadzący nie tylko są stronniczy, ale wręcz oceniają słowa, które dla potrzeb telewizji okrojono z treści, pozostawiając tylko tę prozaiczną formę. Proszę zwrócić uwagę, że debata, tocząca się w studio jest całkowicie jednostronna. Wszystkie wypowiadające się osoby to te, które są przeciwne, albo, co bardziej prawdopodobne, te co nie zrozumiały sensu wypowiedzi, będącej tematem debaty. W studio nie ma drugiej strony dyskusji.

Jest to oczywiście pogwałcenie zasad prowadzenia debaty, ale dla mnie jest to też kolejna, wiele mówiąca informacja. Gdybym ja chciał wykazać, że ktoś jest głupcem i gada idiotyzmy, to jego zaprosiłbym w pierwszej kolejności! Ludzie wszyscy zobaczą, jakie kretynizmy wygaduje i żaden komentarz nie będzie potrzebny. Niestety ta technika oczywiście nie zadziała, w sytuacji, kiedy ja chcę, by moja publiczność uwierzyła, że ten "głupiec" mówi coś, czego w rzeczywistości nie mówi. W tej sytuacji oczywiście lepiej sprawdza się zasada "nieobecni nie mają głosu". To bardzo ułatwia dyskusję.

Gdyby ktoś zaprosił Janusza Korwin-Mikkego do telewizji, to znając go odwołałby wszystkie swoje plany, by tam być, bo uwielbia takie dyskusje, a i obecność w telewizji jest mu bardzo na rękę. Dlaczego tego nikt nie zrobił?

Najlepsze zostawiono na deser. I to w obu programach. Oboje prowadzący na zakończenie zapytali swoich gości, co powiedzieliby nieobecnemu Korwinowi-Mikke gdyby stanęli z nim twarzą w twarz. Do licha, przecież wystarczyłby jeden telefon i on by tam stał! I można byłoby mu to wszystko powiedzieć prosto w twarz i co najważniejsze, on też miałby szansę na odpowiedź. I właśnie dlatego nie został zaproszony.

Piękne przedstawienie. Właściwie po co JKM w studio, skoro wszyscy najlepiej wiedzą, co on myśli, co mu powiedzieć i co on by na to odpowiedział. Rozmawiali z nim bez jego udziału. Tylko nie powiedziano jednej ważnej rzeczy. Ten ich wyimaginowany rozmówca nie ma nic wspólnego z prawdziwym człowiekiem, o którym debatują.

A jeśli ktoś czuje się obrażony słowami Mikkego, to zawsze może wystosować pozew sądowy. Tylko że nikt tego nie uczyni, bo jak powiedział jeden z gości programu - wypowiedź JKM jest skonstruowana w taki sposób, że nie ma go o co oskarżyć. I to właśnie dowodzi, że tekst Mikkego nikogo nie obraża. Gdyby obraził, to nie byłoby problemu ze sformułowaniem oskarżenia.

czwartek, 6 września 2012

Keczup - majonez! To barwy niezwyciężone!

Wiele osób chciałoby, by w Polsce bardziej eksponowane były symbole narodowe. Za przykład podaje się USA, czy Kanadę, gdzie flagi państwowe powiewają niemal w każdym ogródku, są wywieszane w oknach, naklejane na samochodach, dekorowane na ciastkach i licho wie, gdzie jeszcze. A niech jeszcze przyjdzie święto narodowe, to nie można zdjęcia zrobić, by w kadrze aparatu nie znalazło się kilka gwieździstych sztandarów, czy liści klonowych. Sam kiedyś chciałem, by tak było w Polsce, ale do czasu.

Do czasu, aż uświadomiłem sobie, że te wszystkie dekoracje mają jakieś znaczenie poza tym estetycznym dla nielicznych prawdziwych patriotów. Dla większości jest to kolorowy gadżet, bo większości ludzi obce są wielkie uczucia, takie jak patriotyzm. Albo w najlepszym razie coś, co przez permanentną ekspozycję spowszedniało do tego stopnia, że już nikt nawet nie zastanawia się nad prawdziwym znaczeniem. Uświadomiłem sobie to dosyć niedawno, na przyjęciu w Kanadzie.

Ściany i weranda domu, w którym się odbywało, ozdobione były girlandami z symbolami Kanady, na stołach stały wazony z chorągiewkami narodowymi oraz serwetki papierowe z flagą z klonowym liściem. Zastanowiło mnie, czy ich producent pomyślał przez chwilę do czego służą serwetki. Oczywiście, na stole wyglądają bardzo elegancko i dekoracyjnie, ale nie zmienia to faktu, że są one tam po to, by gość po zjedzeniu hamburgera wytarł serwetką majonez z gęby i wyrzucił do kosza. Flagę - symbol państwowy.

Kiedy to sobie uświadomiłem, z wrodzonej zadziorności maznąłem sobie policzek kremem z tortu i poprosiłem o serwetkę. Gospodyni domu podsunęła mi tęże patriotyczną serwetkę. Powiedziałem dumnie, "Ja może i nie jestem Kanadyjczykiem, ale i tak nigdy w życiu nie wytarłbym sobie gęby waszą flagą." Nastała chwila ciszy i chyba refleksji, bo po chwili dekoracyjne serwetki zniknęły ze stołów i zostały zastąpione zwykłymi, białymi.

Dlatego, mimo mojej miłości do ojczyzny, wolałbym, by Orzeł Biały i biało-czerwony sztandar nie stały się festynowymi ozdobami, bo wówczas bardzo łatwo zapomnieć, co one znaczą i z jakim trudem ich broniono. Patriota ma ojczyznę w sercu, patriota wywiesi flagę w święto, przypnie orzełka do piersi. I to wystarczy. A jak ktoś nie rozumie znaczenia tych symboli, to wolę, żeby ich nawet nie dotykał.

środa, 5 września 2012

Krzyż a ateiści

Krzyż, nie tylko ten wiszący w sali sejmowej, ale Krzyż w ogóle, to symbol wiary chrześcijańskiej, ale nie tylko. Jest to symbol całej cywilizacji, która wyrosła w oparciu o tę wiarę, jej zasady. Cywilizacji białego człowieka.

Znam wielu ateistów, ale nie znam wśród nich żadnego, któremu wadziłby symbol Krzyża. Często narzekają na kler, na dewotki, na ludzi, którzy dyskryminują ich na tle przekonań religijnych, ale nigdy nie słyszałem, by któryś z nich powiedział złe słowo o wierze chrześcijańskiej. Wprost przeciwnie - mają do niej wielki szacunek - niejednokrotnie większy, niż ludzie, którzy "zasuwają" co niedzielę do kościoła. Właśnie jako do fundamentu naszej cywilizacji.

Normalnemu człowiekowi Krzyż nie przeszkadza.

Ludzie, którzy w znaku Krzyża widzą coś niestosownego to nie ateiści, to są ludzie, którzy są przeciwni całej naszej cywilizacji, wielowiekowej historii i tradycji, to bydło przeciwne zasadom wypracowanym przez pokolenia, dzięki którym znaleźliśmy się tu, gdzie dziś jesteśmy.

Albo, tak jak w przypadku dziwolągów Palikota, idioci, którzy desperacko próbują zwrócić na siebie uwagę.

wtorek, 4 września 2012

Psucie słów

Polityczna poprawność szkodzi. I to szkodzi głównie tym grupom, którym z założenia ma pomagać. Czyni to na kilka sposobów. Jednym z bardziej oczywistych jest to, że jeśli jedną grupę się wyróżnia, a drugiej nie, to potęguje to lub wręcz stwarza konflikt między nimi. Dobrym przykładem jest tu zmuszanie do "tolerancji" homoseksualizmu i zakazywanie używania słów "pedał", "ciota", przy jednoczesnym całkowitym braku tolerancji, dla ludzi, których homoseksualizm brzydzi, oraz nazywanie ich "homofobami", czy innymi "moherami". To oczywiście powoduje eskalację problemu, niezależnie od tego, czy rację mają jedni, czy drudzy, czy też nikt. I to jest dość oczywiste.

Ale destruktywność poprawności politycznej objawia się też w inny sposób, który już nie każdy dostrzega. Proszę zwrócić uwagę na to, jak w przeciągu zaledwie kilkudziesięciu lat kolejne słowa używane na określenie na przykład Murzynów w USA, stawały się zakazane. Jeszcze w latach pięćdziesiątych całkowicie neutralnym było określenie "nigger", dzisiaj nie do pomyślenia. Zostało ono wkrótce zamienione na "negro", "black", a obecnie zmusza się do stosowania łamańca "african-american", które ma więcej sylab, niż poprzednie trzy razem.

W Polsce, z uwagi na małą liczbę Murzynów, jeszcze to nie nastąpiło, ale pojawiają się już głosy postępowców, którzy twierdzą, że słowo "Murzyn" jest słowem obraźliwym i należy zakazać jego używania.

Te ciągłe zmiany poprawnego nazewnictwa nie tylko dezorientują, nie tylko ośmieszają poprawność polityczną, ale przede wszystkim ubliżają samym amerykańskim Murzynom dużo bardziej, niż nazywanie ich "czarnuchami".

Jeśli bowiem dzisiaj wprowadzam "ładne słowo", które ma zastąpić istniejące obecnie "krzywdzące słowo", a jutro muszę to dzisiejsze "ładne słowo" wyrzucić do kosza jako "brzydkie" i zastąpić nowym, a pojutrze znowu, to wniosek może być tylko jeden - to nie słowa są złe - tylko zjawisko, któremu je przypisujemy. To ono "psuje"te słowa.

Nazwanie kogoś mądrym, pracowitym jest w porządku, a nazwanie go głupim, leniem jest przynajmniej nieeleganckie. Dlaczego? Bo mądry pracuś jest lepszym człowiekiem niż głupi leniuch. Innymi słowy powiedzenie komplementu rozmówcy jest jak najbardziej na miejscu, zaś wyrażenie się o nim w sposób niepochlebny, nawet, gdy jest to prawda, to już niegrzeczność. Jeśli zatem postępowcy uznają za nieeleganckie powiedzenie komuś w oczy, że jest "czarnym" (nawet jeśli nim jest), a jednocześnie nie mają nic przeciwko nazwaniu kogoś białasem, sugerują, że będąc białym, jest się lepszym człowiekiem, niż będąc czarnym - "biały" to komplement, a "czarny" to przywara, pogłębiając tym samym problem.

Wiele osób, słusznie bądź niesłusznie przekonanych jest o tym, że lepiej jest być Białym, niż Czarnym, Polakiem niż Niemcem, normalnym niż homoseksualistą, mężczyzną niż kobietą, wysokim niż karłem itd. I żadne zmiany leksykalne tego nie zmienią. Jedyne co są w stanie zmienić, to to, że utwierdzają ludzi w tych przekonaniach.
Biały rasista czuje niechęć do Murzyna nie dlatego, że ten się nazywa "Murzyn", tylko dlatego, że jest Murzynem. Nic tu się nie poradzi, tak jak nie zmusi się dziecka, by polubiło brukselki, nawet jeśli zastąpimy słowo "brukselka" nazwą "belgijskie ciastko" - trudno.

Niestety lewica przywiązuje większą wagę do formy niż do treści. Zamiast nazwać czarnego czarnym i zaakceptować, że część "białasów" będzie z nich szydzić niezależnie od nazwy i wierzyć, że kiedyś im to się znudzi, to oni wolą iść na rękę tym drugim, dając im co kilka lat nowy termin do wyszydzania. Tak jak w Polsce, kiedy wprowadzając "elegancką" formę "sprawni inaczej" utworzono tylko nową kategorię "kreatywnych" drwin.

poniedziałek, 3 września 2012

Prostacy nie lubią prostych rozwiązań

Bardzo często, również w komentarzach do mojego bloga, spotykam się z argumentami typu "za bardzo upraszczasz, problem o którym mówisz jest dużo bardziej skomplikowany". I według idioty takie stwierdzenie kończy dyskusję. Nie! Nie kończy żadnej dyskusji, bo nic nie wyjaśnia. Jeżeli ja potrafię problem przedstawić w sposób logiczny, oczywisty i prosty, a mój rozmówca ogranicza się tylko do powiedzenia, że upraszczam, ale jednocześnie nie jest w stanie wykazać błędu w moim rozumowaniu, ani wytłumaczyć tego w sposób "trudny", to jak ja, lub ktokolwiek rozsądny może przyznać mu rację? Stopień skomplikowania wywodu nie ma żadnego związku z jego poprawnością.

Rozsądny człowiek powie o problemie, że jest on prosty, lub skomplikowany tylko wówczas, jeśli go zrozumie. Bo jak można nie rozumiejąc czegoś wiedzieć, czy jest proste, czy skomplikowane? Czyniąc to robiłbym z siebie takiego samego idiotę jak wypowiadając się na temat urody kobiety, której na oczy nie widziałem. A jeśli rozsądny człowiek czegoś nie rozumie, to mówi po prostu, że nie rozumie.

Z idiotami jest inaczej. Idiota mówi o problemie, że jest prosty, kiedy go zrozumie (całkiem słusznie, bo skomplikowanych rzeczy idiota pojąć nie jest w stanie), a że jest skomplikowany, kiedy go nie rozumie. Idiota nigdy nie powie, że czegoś nie rozumie. Nie chodzi o pychę - po prostu jest zbyt głupi, by zrozumieć, że nie rozumie.

- Zwiększenie płacy minimalnej powoduje wzrost kosztów pracodawcy, co powoduje wzrost cen.
- To nie jest takie proste.
- Więc jak jest?
- To skomplikowane.
- To znaczy?
- Nie zrozumiesz.

Oczywiście, że nie zrozumiem, bo mój rozmówca też tego nie rozumie, a tym bardziej nie jest mi tego w stanie wyłożyć. Usłyszał coś od "eksperta" w telewizji i powtarza. I rację ma, że upraszczam, bo to socjaliści utrudniają. To oni chcą wmówić nam, że w prawe ucho trzeba się drapać lewą ręką, bo zrobienie tego ręką prawą, to zbytnie upraszczanie. Rozsądny człowiek preferuje rozwiązania proste. I jeśli coś jest oczywiste, to nie szuka dziury w całym. Bo normalny człowiek, gdy znajdzie proste rozwiązanie problemu, to się cieszy. Idiota nabiera podejrzeń.

Socjaliści celują w tworzeniu sztucznych problemów, bo sytuacja, w której wmówi się ludziom, że "tak jest, ale ty tego nie zrozumiesz, musisz mi wierzyć na słowo" jest dla nich bardzo korzystna, bo tym można uzasadnić każde kretyńskie działanie.

- Jest kryzys, więc trzeba podnieść podatki i drukować pieniądze.
- Dlaczego?
- Bo tak. Ty tego nie zrozumiesz.
- Okej.

Tylko się cieszyć, że tam, na górze jest ktoś, kto to rozumie.

Parę lat temu rozmawiałem z moją znajomą, na stałe mieszkającą w USA, która jest wielką miłośniczką jedynej słusznej teorii globalnego przegrzania. Kilka lat temu zdarzyła się łagodna zima. Podawała to jako ostateczny dowód istnienia globalnego ocieplenia. Następna zima była bardzo sroga. Silny mróz, śnieg prawie sięgał okien na piętrze jej domu. Zapytałem, "Gdzie się podziało to twoje globalne ocieplenie?". Z całym przekonaniem odrzekła, że srogie zimy są właśnie wynikiem globalnego ocieplenia. "Jak to? - W zeszłym roku to samo mówiłaś o łagodnej zimie." zapytałem.  "To są bardzo skomplikowane procesy." odpowiedziała, ze świętym przekonaniem, że to zamyka całą sprawę.

Procesy te są do tego stopnia skomplikowane, że ani ona ich nie rozumie, ani do tej pory nie potrafiła mi znaleźć żadnego źródła, które naukowo wyjaśnia, w jaki sposób globalne ocieplenie sprawia, że zimy są raz łagodne, a raz srogie. Ja oczywiście nie miałem problemu ze znalezieniem źródeł, mówiących, że srogie i łagodne zimy zdarzały się na długo przed tym, zanim (zdaniem globalnie pogrzanych) rozpoczęło się globalne ocieplenie. Ale dla niej to było zbytnie uproszczenie.

Dlatego, jeśli ktoś w dyskusji na odparcie logicznych argumentów ma tylko "zbytnio upraszczasz", "to jest bardziej skomplikowane, niż ci się wydaje" bez żadnego merytorycznego pokrycia, może to oznaczać tylko jedno: że nie ma bladego pojęcia o czym mówi.

niedziela, 2 września 2012

Zdychaj, miło mi

Można do znudzenia powtarzać, że głupota propagatorów politycznej poprawności jest niezmierzona, ale ich kreatywność i tak nieraz mnie zaskakuje. Przedszkole w Nebrasce, jak podaje serwis 1011, a spolszcza za nim portal JKM, zażądało od rodziców zmiany sposobu migania imienia ich głuchoniemego syna, Huntera Spanjera. Jako powód podają, że znak jego imienia jest pogwałceniem ich polityki w stosunku do broni, bo może przywołać skojarzenie ze strzelaniem z pistoletów. Oto obok "mowy nienawiści" na naszych oczach powstaje kategoria "imion nienawiści".

Ponieważ z idiotą trudno się spierać, najlepszym sposobem byłoby chyba, gdyby rodzice przyznali władzom przedszkola rację, ale zaznaczyli, że imię ich syna symbolizuje strzelanie do bandytów w obronie własnej. Ale z drugiej strony to też by nie zadziałało, bo przecież dla socjalistów strzelanie do bandyty to grzech i okrucieństwo.

Czekam tylko z niecierpliwością, aż inne przedszkola i szkoły zaczną cenzurować imiona dzieci. Nie tylko w języku migowym, bo przecież na przykład w angielskiej wymowie imienia Diana wyraźnie słychać słowo "die!" (giń!). A to jest groźniejsze. Wszak intencją Huntera Spanjera, kiedy się przedstawia, może być jedynie niegroźne postrzelenie rozmówcy, a w przypadku Diany nie ma wątpliwości, że chodzi o spowodowanie śmierci.

Ale to i tak nic w porównaniu z tym, co by się działo w Polsce, gdyby ta moda jej dosięgła. Od razu cenzura, pardón: poprawność polityczna, wyrugowałaby takie wspaniałe staropolskie imiona, jak Wojciech (ten, któremu walka sprawia radość), czy Kazimierz (ten, który niszczy pokój), a do Lechów i Tadeuszów po imieniu moglibyśmy zwracać się dopiero po godzinie 22.

sobota, 1 września 2012

Dziecinnie proste

Czytelnik podesłał mi krótką, ale pouczającą historyjkę, którą przeczytał gdzieś w Internecie. Nie wiem, jak prawdziwa jest ta historia, bo jak mawiał Tomasz Jefferson, nie należy bezkrytycznie ufać wszystkiemu, co ludzie piszą w Internecie, ale na pewno jest bardzo prawdopodobna:

Niedawno, kiedy pracowałam w ogródku, moi sąsiedzi, wracający ze spaceru, zatrzymali się na pogawędkę. Podczas rozmowy zapytałam ich córeczkę, kim chciałaby być, gdy dorośnie. Powiedziała, że chce zostać prezydentem. Jej rodzice oboje są postępowymi demokratami, zapytałam więc, "Gdybyś była prezydentem, co zrobiłabyś w pierwszej kolejności?" Odpowiedziała, "Dałabym jedzenie i domy wszystkim bezdomnym ludziom." Jej rodzice nie kryli dumy! "Cóż za szczytny cel! - powiedziałam - Ale nie musisz zwlekać, aż zostaniesz prezydentem, by to uczynić!". "Jak to?" zapytała. Odpowiedziałam jej, "Możesz przyjść do mnie, skosić mój trawnik, powyrywać chwasty i przyciąć żywopłot, a ja zapłacę ci 50 dolarów. Potem będziesz mogła pójść pod supermarket, gdzie kręci się bezdomny i dać mu te 50 dolarów, by odłożył na jedzenie i dom." Dziewczynka zastanowiła się przez chwilę, po czym spojrzała mi prosto w oczy i zapytała, "A dlaczego ten bezdomny nie przyjdzie do pani i nie zrobi tych wszystkich rzeczy, a pani po prostu jemu da te pieniądze?" Powiedziałam "Witaj w Partii Republikańskiej". Jej rodzice już się do mnie nie odzywają.

Wątpliwość małej dziewczynki jest oczywista. Dlaczego nie jest oczywista dla jej rodziców? Dzieci, zwłaszcza te, które jeszcze nie rozpoczęły edukacji szkolnej, lub zaczęły ją niedawno, właśnie tak rozumują - w sposób prosty i oczywisty. Uczą się inaczej niż dorośli - one muszą rozumieć to, czego się uczą - stąd ich ciągłe pytania i wątpliwości, które niejednego rodzica doprowadzają do szału. Trzeba naprawdę wielu lat systematycznego "nauczania", by sprawić, by człowiek zaczął bezkrytycznie wierzyć w socjalistyczne bzdury.

Edward Kuzniecow powiedział, że socjalizm właściwie niewiele wymaga od człowieka - wymaga tylko, żeby pokochał to, czego normalny człowiek nienawidzi, a znienawidził to, co normalny człowiek kocha. Jest prostszy sposób - wystarczy uwierzyć w to, co dla normalnego człowieka jest bzdurą.

I nie dziwię się, że rodzice-demokraci przestali odzywać się do sąsiadki. Trudno jest dyskutować z argumentami, które są oczywiste nawet dla kilkuletniego dziecka. Można je negować do upadłego, ale nie dyskutować z nimi.