piątek, 25 lutego 2011

"Lewy za ciasny!"

 Wśród komentarzy pod relacją Radia Zachód na temat wizyty Janusza Korwin-Mikkego w Gorzowie znalazłem wiersz Jana Gładkowa, który w bardzo jasny, prosty i odrobinę komiczny sposób komentuje wszelkiego rodzaju rozdawnictwo państwowe. Obnaża mechanizm, i konsekwencje dawania ludziom czegoś "za darmo". Mowa jednak nie jest tu o służbie zdrowia, edukacji, czy o zasiłkach, tylko o obuwiu. Niniejszym odpowiadam na apel osoby, która go tam zamieściła (autora?), o jego rozpowszechnianie i o to samo proszę czytelników.

Darmowe buty

Tylko zazdrościć nam takim krajom,
W których za darmo buty rozdają…
Nie są za piękne, ani szczególne,
Za to – darmowe, takie – ogólne.
Kiedy nadejdzie chlapa czy zima,
To obywatel – jakoś wytrzyma!
A jak już z wiekiem drą się pomału,
Dają komisje buty z przydziału.
W tych soc-komisjach są specjaliści,
Żeby nie było ludzkiej zawiści…
No bo ludziska, już kombinują:
Dajcie mi nowe, stare szwankują!
Buty wymieńcie! – piszą podania -
Lewy za ciasny! – są odwołania…
Żeby nikt nie mógł głupa im palić,
Muszą komisje wszystko ustalić:
Komu – do domu, komu – dla sportu,
A komu wydać pierwszego sortu.
Żeby nie było oszukiwania,
Biorą komisje – pokwitowania.
Ale i biorą ponoć łapówki
Od elegantów, co chcą mieć nówki!
Na spec-komisje – przyszła już pora
Bo się korupcja zrobiła spora.
Tajne agencje też są konieczne,
Żeby zwalczanie było skuteczne.
Śledzą komisje inne komisje -
Każda komisja swoją ma misję.
Rosną urzędy i ministerstwo,
Żeby nie rosło butów paserstwo,
Żeby nie brano fantów i w łapę!
Bierz but – bez kantów i nie na gapę!
Jakiś tam Korwin – gada coś – głupi:
Buty – niech każdy, sam sobie kupi!
Jeden – na miarę, drugi – drewniaki…
Mówi, że lepszy jest system taki.
Zmniejszyć podatki! Dość biurokracji!
Wszystkie komisje – do likwidacji!
Jeszcze coś mami, że niby draństwo,
Że się butami zajmuje państwo!
Mądrze tłumaczą socjal-działacze:
Że buty kupią… tylko bogacze,
A biednych nie stać będzie na buty –
I będą boso – jak przyjdzie Luty!
A jak zamarzną? – To czyja wina?
Niech nikt nie słucha głupot Korwina!
No i za darmo uczą już młodzież:
Fajna by była darmowa – odzież,
Fajnie by było darmo się leczyć…
Trudno młodzieży temu zaprzeczyć…
Choć darmowemu nie jestem wrogi,
Czuję się – niczym but z lewej nogi,
No bo czasami widzę to czarno -
No bo skąd mają na to – za darmo?

czwartek, 24 lutego 2011

Gdyby babka miała wąsy

Tydzień temu, jak przeczytałem na łamach rp.pl były wiceminister gospodarki, Adam Szejnfeld wygdybał, jak mówi tytuł artykułu:

PO: Za rządów PiS Polska byłaby bankrutem

Kiedy tylko rzuciłem okiem na ten tytuł, zdębiałem. Z niedowierzaniem przeczytałem go jeszcze raz. Nie przewidziałem się. Pan poseł z PO, partii, która od przejęcia władzy z rąk PiS w 2007 roku, powiększyła dług Polski z 527,6 do 738,3 mld złotych, czyli o blisko połowę, ma czelność komentować potencjalne koszta programu przeciwników politycznych.

Ale to nie koniec. Bowiem argumentacja pana posła wskazuje niezbicie, że albo jest skończonym głupcem, albo jest jeszcze bardziej bezczelny, niż ustaliliśmy to w poprzednim akapicie. Oto co wyrachował:

Opierając się na programie wyborczym PiS i programie antykryzysowym tej partii z 2009 r. - gdyby rządziło PiS, deficyt budżetowy wyniósłby: w 2008 roku - 43,9 mld zł, w 2009 roku - 83,2 mld zł, w 2010 - 108,4 mld zł.

Pytanie pierwsze: Czy ten pan opiera swoje szacunki na programie wyborczym? Jest szczytem hipokryzji wyliczanie PiSowi kosztów na podstawie ich programu przez członka partii, która prawie palcem nie ruszyła, aby zrealizować cokolwiek ze swojego programu, mimo, że szuflady miała pełne ustaw. Ale przyjrzyjmy się, jednej z pozycji, które pan Szejnfeld wskazuje jako przyczyny tej katastrofy, której uniknęliśmy dzięki wybraniu bohaterskiej PO:

ulgi w podatku CIT na tworzenie nowych miejsc pracy, wyniósłby 2,6 mld zł rocznie

No tak, to jest łatwo wyliczyć. Ale trudniej już oszacować oszczędności z tytułu zmniejszenia zasiłków dla bezrobotnych, którzy znaleźliby dzięki temu zatrudnienie. Trudniej oszacować ożywienie gospodarcze, które nastąpiłoby, dzięki temu, że przedsiębiorcy mieliby więcej pieniędzy na inwestycje. Nie mówiąc już o tym, ile państwo zdarłoby z jednych i drugich w podatkach. Tego pan poseł już nie obliczy, bo to wykracza poza zakres czterech podstawowych działań arytmetycznych.

Żeby uczynić moje słowa jeszcze jaśniejszymi, załóżmy, że PO nie wygrała wyborów i dziś poseł z partii rządzącej robi podobne wyliczenie i mówi: Samo wprowadzenie linowego podatku dochodowego na poziomie 15 procent, jak zakładał program PO, wobec obecnych stawek 18 i 32 procent, pomniejszyłyby wpływy do skarbu państwa o 5 mld złotych. Ile warte jest takie gdybanie?

Po pierwsze, PO, mimo obiecanek, nie wprowadziła PIT 15 procent. Więc już kalkulacje te są guzik warte. Po drugie, podobnie jak w przypadku obliczeń pana Szejnfelda, nie wzięto pod uwagę ożywienia gospodarczego, które zwykle towarzyszy obniżce podatków.

Zadanie domowe: Mam dwie miski, jedną trzylitrową i jedną jednolitrową. Wstawiam mniejszą do większej i obie wystawiam na deszcz na pół godziny. Po tym czasie sprawdzam objętość wody, która uzbierała się w obu naczyniach - dwa litry. Ile litrów wody udałoby mi się w ten sposób zebrać, gdybym na deszcz wystawił tylko pustą miskę trzylitrową? Pan poseł zapewne odpowie, że półtora litra.

I jeszcze na deser jeden cytat z przytaczanego artykułu:

To byłaby katastrofa, gdyby rządziło PiS, dzisiaj zastanawialibyśmy się o ile wszystkim obywatelom w Polsce obciąć płace, renty, emerytury, o ile zahamować rozwój społeczno-gospodarczy naszego kraju - ocenił poseł PO.

 Oczywiście, jak wszyscy czerwoni, poseł Szejnfeld uważa, że najlepszym sposobem zapobiegania bankructwu jest hamowanie rozwoju gospodarczego. I jak każdy czerwony, chciałby móc obciąć płace wszystkim obywatelom w Polsce. Nie tylko pracownikom państwowym. Wszystkim. Zatem także osobom zatrudnionym w prywatnych przedsiębiorstwach. Nie mówi jednak na jakiej podstawie. Ale to tylko kwestia czasu.

czwartek, 17 lutego 2011

Ten żyd jest gejem

Jak można przeczytać na stronie Gazety Wyborczej, pojawił się nowy pomysł cenzurowania Internetu, pod pretekstem walki z "mową nienawiści":

Polski internet będzie przeczesywany przez program komputerowy monitorujący go pod kątem wrogości wobec mniejszości etnicznych, seksualnych i religijnych.

Pierwsza myśl, która mi się nasunęła, to wątpliwość, czy faktycznie program ten będzie się ograniczał do wyznaczonego zakresu, czy też, może nie od razu, twórcy zainteresują się innymi politycznie niepoprawnymi kwestiami. Ale to nie ma znaczenia, radziliśmy sobie z, jakby to nie było, inteligentnymi cenzorami w PRLu, to i z maszyną sobie poradzimy.

Drugie, co mnie zastanowiło, to czym w ogóle jest ta "mowa nienawiści"? Kto określa co nią jest, a co już nie? Poszperałem więc trochę w Internecie i zorientowałem się, że nie tylko ja mam ten problem. Co strona, to inna definicja.

Ale z pomocą przyszła dalsza lektura artykułu. Autor podał bowiem przykład mowy nienawiści:

sformułowanie: "Kowalski jest głupi" nie będzie przez program kwalifikowane, natomiast: "Ten żyd/gej Kowalski jest głupi" - już tak

I o ile wcześniej potrafiłem chociaż naszkicować sobie w głowie pewien ogólny obraz "mowy nienawiści", to teraz już zupełnie nie wiem. Na pierwszy rzut oka, neutralne zdanie oznajmujące, po dodaniu tam słowa żyd/gej staje się mową nienawiści. Sens zdania się nie zmienił, Kowalski jak był głupi, tak jest. Jedyne co się zmieniło, to to, że mamy dodatkową informację o wyznaniu/orientacji seksualnej podmiotu. W jaki sposób zabieg ten wypełnia zdanie nienawiścią, nie podano.

Dla mnie możliwości są dwie. Albo nazwanie Kowalskiego żydem/gejem jest nienawistne, a stąd wynika, że żyd/gej jest brzydkim epitetem. Albo, że Kowalskiego można nazwać głupim, ale żyda/geja już nie, co z kolei by znaczyło, że ludzie nie będący żydami/gejami, są dyskryminowani w porównaniu z ludźmi należącymi do tych mniejszości.

Ja rozumiem, że nie powinno się mówić "Kowalski jest głupi, bo jest żydem/gejem." Bo wówczas jasno implikujemy, że żyd/gej jest głupi z natury. A to już jest lżenie dobrego imienia np. A. Einsteina/G. Chapmana. Podobnie jak ogólne "żydzi/geje są głupi".

Przyjrzyjmy się innym dwum zdaniom: "Grzegorz Miecugow jest bałwanem." oraz "Ten prezenter, Grzegorz Miecugow jest bałwanem." Różnica między nimi, z punktu widzenia konstrukcji zdania, jest tożsama z przykładem podanym przez autora artykułu. Czy można zatem powiedzieć, że jedno z tych zdań jest bardziej nienawistne od drugiego? Gdzie konkretnie w nich jest nienawiść? I nawet jeśli to zdanie urazi pewne kompozycje śniegowe, to nie jest to powód, żeby je cenzurować.

Statystycznie rzecz biorąc, siedemdziesiąt procent społeczeństwa to głupcy. Ponadto w przybliżeniu mamy w Polsce 100 tys./2 mln. żydów/gejów (różne liczby są podawane, ale to nie ma tu większego znaczenia). Co znaczy, że możemy założyć, że w naszym kraju jest 70 tys./1,4 mln głupich żydów/gejów. Co więcej, liczby wskazują na to, że mamy 3,5 tysiąca głupich żydów, będących jednocześnie gejami. I istnieje spore prawdopodobieństwo, że wśród nich (wśród żydów mniejsze) znajdzie się tu i ówdzie jakiś Kowalski. I dlaczego u licha o tym Kowalskim nie można powiedzieć, że jest głupim żydem/gejem? Przecież jest!

A czy jest mową nienawiści powiedzieć "Ten żyd Kowalski jest gejem"?

Jeżeli ja, homo sapiens i w dodatku sapiens, mam z tym taki problem, to jak ten biedny program komputerowy ma sobie z tym poradzić?

A tak na zdrowy rozsądek: Ja sam, wielokrotnie, na różnych forach nazywany byłem głupcem, wariatem, faszystą. I mam na to bardzo skuteczny sposób. Ignorować. Tak samo, jak pan Miecugow ignoruje fakt, że ja go nazwałem bałwanem. Jeśli jakiś anonimowy łapserdak, który Kowalskiego nigdy na oczy nie widział, mówi mu, że jest głupi, a ten się tym przejmuje, to znaczy, że JEST głupi.

W Sieci znikają hamulce. Ale od tego mamy rozum, żeby wiedzieć, co jest informacją wartościową, a co tylko przeciekiem z pustego łba, ośmielonego swą anonimowością frustrata. Tylko wielu z nas o tym zapomniało, bo media i kolejne rządy robią wiele, żeby przekonać nas, że to co napisane - to musi być prawda. Więc teraz muszą wymazywać wszystko, co jest nie po ich myśli.

Jeżeli podoba Ci się ten wpis, skopiuj go na twardziela, bo ten biedny program zapewne go zdejmie.

wtorek, 15 lutego 2011

Kanadyjczycy to bydło

Przynajmniej dla rządów niektórych prowincji. Jak można przeczytać na stronie CBC News (skrót po polsku na portalu JKM):

Kanadyjska prowincja Nowa Fundlandia i Labrador rozważa pozwanie do sądu przemysłu tytoniowego, chcąc go w ten sposób obarczyć kosztami leczenia tamtejszych palaczy.

Czyli że co? Że palacz jest krową, która nie ma własnej woli? Winni są wszyscy, tylko nie ta osoba, która kupuje papierosa, pakuje go sobie do ust, zapala i wdycha? Nikt nie pali papierosów za własnymi plecami! Ludzie doskonale wiedzą czym to grozi. Jeśli rząd NL twierdzi inaczej, to znaczy, że ma ludzi za idiotów.

Firmom tytoniowym zarzuca się, że okłamują i manipulują palaczy. Nikt nie napisał w jaki sposób. Nie twierdzę, że firmy te są aniołkami. Ba, twierdzę, że dokładnie tak by postępowały. Gdyby mogły. Ale nie mogą. Bo oczywiście, podobnie jak w Europie, zmuszone są do drukowania wielkimi literami, na każdej paczce, że zawiera truciznę. Tam nawet nie mogą być wystawiane na widok w sklepie. Zatem jeśli ktoś już je kupuje, to nie dlatego, że zobaczył coś nowego i chce spróbować. On musi wiedzieć, czego szuka.

Co takiego robią te firmy, że ludzie chorują? One papierosy produkują i sprzedają. Czy od tego ktoś może zachorować? Wątpliwe. Żeby zachorować, trzeba go zapalić. A to jest działanie świadome samego palacza. I to nie raz, czy dwa. Z niewielką dawką toksyn zawartą w dymie papierosowym organizm świetnie sobie radzi i wydala ją po kilku godzinach. Palacze, którzy chorują na raka płuc, to ludzie wypalający kilkadziesiąt papierosów dziennie, przez wiele lat.

Czy ktoś każe płacić koncernom samochodowym za leczenie ofiar wypadków drogowych? Albo producentom zapałek, za przeszczepy skóry pogorzelców? Nie. Bo szkodznie ludziom nie jest ich celem. I robią wiele, by i samochody i zapałki były bezpieczniejsze. Podobnie firmy tytoniowe. Ich celem nie jest trucie klientów, tylko zysk. Zaspokajają jedynie popyt. I też robią wiele, aby palenie było jak najzdrowsze. Ich zyski wszak są tym większe im dłużej palacz żyje, nieprawdaż?

Proszę zwócić uwagę, że dużo większą trucizną jest np. Domestos. Jedna paczka papierosów jeszcze nikogo nie zabiła. Jedna butelka Domestosu nie powinna mieć z tym problemu. Nie dosyć, że papierosy są mniej szkodliwe dla zdrowia, to jeszcze ostrzeżenie o tym, że są, jest drukowane dużo większą czcionką niż na środkach czystości. Problem w tym, że negatywne skutki zażywania podchlorynu sodu występują dużo prędzej, niż skutki palenia. A, jak to zwykł mawiać kolumbijski filozof Nicolás Gómez Dávila:

Ludzie o wiele częściej waliliby się młotkiem w palec, gdyby ból występował dopiero po roku.

Ale wciąż nie zmieniałoby to faktu, że winę za spuchnięty palec ponosi operator młotka, a nie producent.

Chcącemu nie dzieje się krzywda. Jeżeli palacz wie, czym palenie grozi, a mimo to pali, to znaczy, że godzi się podjąć to ryzyko. I winny jest on sam. I jeśli to generuje dodatkowe koszty leczenia, to obciążony nimi powinien być palacz. Nawet jeżeli, tak jak w Kanadzie, czy w Polsce, służba zdrowia jest publiczna. Bo nie można rozsądnych i zdrowych obywateli obciążać kosztami leczenia osób, które chorują na własne życzenie.

A jeśli palacz nie wie, że się truje, chociaż wielkie napisy ostrzegawcze są na każdej paczce papierosów, to znaczy, że jest analfabetą. A walka z analfabetyzmem leży w gestii właśnie prowincji, a nie producentów papierosów.

Ale dlaczego, skoro palenie jest takie złe, kosztowne i krzywdzące, Kanada (i nie tylko) po prostu ich nie zakaże? (Nie twierdzę, że to słuszne rozwiązanie, wprost przeciwnie, ale skoro już posuwają się do takich metod, jak wymuszanie odszkodowań, zakazywanie reklamy, nakaz szpecenia opakowań, to równie dobrze mogliby po prostu zdelegalizować wszelkie używki tytoniowe i cały problem by zniknął.) Otóż państwa, poprzez nakładanie wysokich podatków na produkty tytoniowe, też trzepią całkiem niezłą kasiorkę. Także kosztem zdrowia obywateli.

Należy pamiętać, że palacz zapalając papierosa dokonuje wolnego i świadomego wyboru. Podejmuje ryzyko zachorowania w zamian za chwilę przyjemności. Komu to szkodzi? Na pewno nie chcącemu. Najwyraźniej idzie w jakość, a nie w ilość - woli krótkie, ale przyjemne życie, niż zdrową długowieczność bez "dymka". Nie można karać kogoś, kto mu umożliwia realizację tego zamiaru. Bo w takiej sytuacji, dlaczego nie zmusić Totalizatora Sportowego, do płacenia odszkodowania ludziom, którzy  z własnej woli i za własne pieniądze nabyli kupon i przegrali pieniądze?

Znającym angielski polecam odwiedzenie podanej strony. Pod artykułem zawiązała się całkiem pouczająca dyskusja. Oczywiście większość wypowiedzi wtóruje władzom prowincji, podzielając ich zdanie, że palacz to niewinny głupiec, który nie ma świadomości. Ale też jest pocieszająco spora grupka ludzi, którzy dostrzegają, gdzie leży pies pogrzebany.

poniedziałek, 14 lutego 2011

Rozsądni Szwajcarzy

W niedzielę, jak można przeczytać na portalu WP, w referendum w Szwajcarii, większość obywateli bardzo rozsądnie opowiedziała się za zachowaniem w niezmienionej formie prawa każdego dorosłego mężczyzny, objętego służbą wojskową, do posiadania w domu broni palnej.

Sam pomysł przeprowadzenia tego referendum zdumiał mnie trochę. Prawo to bowiem obowiązuje w tym kraju od dawna i jakoś nie widać, aby z tego tytułu miejsce miały jakieś apokaliptyczne sceny wróżone przez naszych rodzimych przeciwników dostępu do broni.

Okazuje się, że zwolennicy ograniczenia dostępu do broni wskazują nie na to, że łatwy dostęp generuje wzrost przestępczości (co jest oczywiście nieprawdą, ale wielu jeszcze w to wierzy), czy, że jest przyczyną wypadków. Nie:

Zwolennicy zaostrzenia zasad wskazują na rosnącą w Szwajcarii liczbę samobójstw popełnianych z użyciem wojskowej broni palnej.

No i komu to szkodzi? Nikomu. Chcącemu przecież krzywda się nie dzieje. Jak w wierszyku sprzed półtorej tygodnia.

A już w żadnym razie nie można powiedzieć, że posiadanie broni palnej jest przyczyną samobójstwa. Nikt nie pomyśli "mam pistolet, chyba się zabiję". Pistolet jest tu tylko środkiem, a nie przyczyną. Samobójca zabija się, bo stracił pracę, bo rzuciła go dziewczyna, bo w Internecie ktoś opublikował zdjęcie, na którym pije wódkę z Niesiołowskim, lub z wielu innych przyczyn, ale nie dlatego, że pistolet akurat był w szufladzie, więc pomyślał: "czemu nie?"

Gdyby tego pistoletu nie miał, to i tak by się zabił. Prawdopodobnie w jakiś znacznie obrzydliwszy i mniej higieniczny sposób. Na przykład rzucając się pod pociąg, albo skacząc z wieżowca. Dopiero wówczas mogłoby to komuś przeszkadzać, kto byłby narażony na taki widok. Sam widziałem kiedyś różne części składowe człowieka rozniesione przez ciężarówkę przy Placu Zawiszy w Warszawie. Nie twierdzę, że to akurat było samobójstwo, ale proszę mi uwierzyć, taki widok potrafi zepsuć dobry humor na cały dzień.

Argument więc o samobójstwach to jest szukanie dziury w całym.

A dlaczego ludzie w referendum opowiedzieli się za utrzymaniem prawa w niezmienionej formie?

Przed głosowaniem rząd podkreślał, że istniejące zasady są wystarczające, by zagwarantować, aby z broni tej nie robiono niewłaściwego użytku.

I proszę bardzo! Tak powinno być!

niedziela, 13 lutego 2011

O edukacji po raz trzeci

Al zgłosił kilka kontrargumentów, z którymi się spotkał, i które są niestety bardzo popularne. Kilku komentatorów już mu odpowiedziało, ale ja też mam parę dobrych rad, jak prowadzić dyskusję z nimi. Oto one:

- przecież wszędzie tak jest - i działa, więc czemu ci nie pasuje?

Po pierwsze nie wszędzie - chociażby w USA i Kanadzie jest inaczej i się dużo lepiej sprawdza. Po drugie, owszem, działa. ZUS też działa. Ale jak? Nam nie zależy na tym, żeby działało, tylko żeby działało dobrze. Nie wystarczy działać!

- nikt ROZSĄDNY nie powie, żeby zlikwidować państwowe uczelnie!

Owszem, powie, ale ty się o tym nie dowiesz, bo media to przemilczą. Tak naprawdę nikt rozsądny nie powinien być za ich utrzymywaniem. Ale taka argumentacja stwarza inny problem. Rozmówca właśnie stwierdził, że ja jestem nierozsądny. W tym miejscu dyskusja dla mnie się kończy, bo to znaczy, że rozmawia głupi z mądrym. Niezależnie od tego kto jest kim, dalsza rozmowa nie rokuje większych szans na konsensus.

A tak na marginesie, my nie chcemy ich likwidować, tylko prywatyzować! Przy zachowaniu wartościowej kadry.

- porównaj wyniki polskich szkół państwowych i prywatnych. Jasne?

Porównaj czajnik do wieloryba. Jak można porównywać dwie instytucje w konkurencji, która wyraźnie faworyzuje jedną z nich? Zła sława uczelni prywatnych bierze się stąd, że zdolniejsi uczniowie dostaną się bez trudu na bezpłatne studia państwowe. Więc po co mają za to płacić? Prywatne, by utrzymać się na rynku muszą być mniej wybredne.

Ale jeśli porównamy dwa niezależne rynki, Polskę ze szkolnictwem państwowym, gdzie młody człowiek po studiach ma duże problemy ze znalezieniem dobrej pracy i USA, gdzie to absolwent przebiera w bardzo dobrze płatnych ofertach, to będzie to zabieg dużo bardziej miarodajny.

- studia muszą być bezpłatne, bo inaczej ludzie nie będą chcieli się uczyć.

To nie prawda. Harvard jeszcze jakoś nie zbankrutował. Ludzie chętni do nauki zawsze byli i będą. Będzie ich oczywiście mniej, ale to tylko z korzyścią dla nich. Skończy się zaśmiecanie sal wykładowych ćwierćmózgami, jak to już omówiłem w poprzedniej odsłonie.

A nawet jeśli ludzie nie będą chcieli się uczyć, to co z tego? To by tylko dowodziło, że studia nic nie dają i są zbędne. Tym bardziej nie powinno się ich utrzymywać z pieniędzy podatników. To jest argument ZA zniesieniem państwowej edukacji.

Gdyby znieść przymusowe składki ZUS, to ludzie przestali by nań łożyć. Czy to jest argument za utrzymaniem obowiązku ubezpieczeń społecznych? Może dla pracowników ZUS...

Jeśli do tego kolegi, o którym Al pisze, nie dotrze taka argumentacja, to znaczy, że państwowa "edókacja", może dała mu wiedzę, ale nie nauczyła go myślenia, albo, co gorsze, ale i bardziej prawdopodobne, odebrała mu tę umiejętność.

Ciąg dalszy

piątek, 11 lutego 2011

Siedemnaście miał lat...

80 procent dorosłych osób nie rozumie telewizyjnych wiadomości. A tutaj, jak donosi Onet, pan Paweł Kowal z PJN wystrzelił z pomysłem nadania czynnego prawa wyborczego nastolatkom. Ale to nie jest jeszcze najgłupszy tego typu pomysł, wszak w, o ile dobrze pamiętam, Hiszpanii i na Nowej Zelandii, proponowano by głosowały zwierzęta.

Aczkolwiek w tym drugim przypadku jest o tyle lepiej, że zwierzę, mające do wyboru dwie opcje, w jednym razie na dwa wybierze słusznie. Natomiast młodzież ze szkoły średniej, w której systematycznie poddawane są socjalistycznej propagandzie, znacznie częściej będzie wybierać głupio.

Ale to nie o to chodzi. Tego można się było spodziewać. Skandaliczne jest tłumaczenie pana Kowala:

Jest część młodych ludzi, którzy się bardzo interesują polityką, wykonajmy w ich kierunku gest.

Po pierwsze, faktycznie, mamy jeszcze w kraju bystrą młodzież, to nie ulega wątpliwości. Ale to, że garstka szesnastolatków interesuje się polityką, to nie powód, żeby prawo głosu dawać setkom tysięcy ich beztroskich rówieśników, którzy o polityce nie mają bladego pojęcia, w życiu nie zarobili złotówki, nie muszą się martwić o dach nad głową i miskę, a wszystko co wiedzą o gospodarce zawdzięczają programom z panem Durczokiem. Wiem jaki ja sam byłem w tym wieku, choć wychowywałem się w trochę innych czasach.

Założę się, że jakby dobrze poszukać, to znajdzie się i dwunastolatka, który "bardzo interesuje się polityką". I to mądrzejszego od autora powyższego pomysłu. Ale to nie to mnie tu uderzyło.

Uderzyło mnie to, że przyznanie prawa wyborczego to "gest w kierunku kogoś". Nie powiedział, że to będzie korzystne dla państwa, ani, że młodzież jest mądrzejsza, ani, że tak będzie sprawiedliwiej (te argumenty i tak są nic nie warte, ale przynajmniej by mnie tak nie wzburzyły). Żadnej próby wykazania, że na realizacji tego pomysłu Polska skorzysta.

Co to znaczy? Otóż, Szanowni Czytelnicy, żeby nie było wątpliwości. Obecny ustrój jest nie po to, by w kraju działo się lepiej, tylko by zrobić przyjemność wyborcom. Żeby rzesza smarkaczy podjarała się postawieniem krzyżyka.

Jedyna nadzieja w tym, że wśród młodzieży większy odsetek niż wśród dorosłych czerpie wiedzę z Sieci, a nie z reżymówek. Co i tak nie zmienia faktu, że tłumaczenie pana Pawła Kowala jest karygodne.