niedziela, 15 maja 2011

Apel

Skąd się wzięło 83%?

Przygotowuję krótki film o podatkach płaconych przez konsumenta (vat, akcyza i inne), jako kontynuację mojego pierwszego filmu na temat kosztów pracy (150 tysięcy obejrzeń!). Niestety przepisy są potwornie zagmatwane i każda moja próba policzenia i oszacowania tego bałaganu kończy się pogubieniem się we wszystkim i frustracją. Pomóżcie! Czy wie ktoś gdzie mogę znaleźć jakieś szacunki na ten temat? Szczegóły, skąd się wzięło 83 procent podatków?

Proszę o komentarze na blogu lub na st.zhalinowa@gmail.com

sobota, 14 maja 2011

Naprawa pojęć

Piątek trzynastego upłynął pod znakiem awarii Bloggera. Dziwne rzeczy działy się z moimi wpisami. Przepadło też kilka komentarzy, które mam nadzieję, że jeszcze wrócą. Wierzę, że to już koniec tych niespodzianek.

Jak czytam na portalu Gazety, dwóch działaczy PiS zostało podanych do sądu za nazwanie homoseksualizmu dewiacją. Sprawa jest o zniesławienie. O ile oskarżający ich prawnik, gej, może czuć się urażony wypowiedziami obu panów, o tyle nazwanie dewiacji zniesławieniem, mija się trochę ze zdrowym rozsądkiem. Wszak dewiacją jest tylko odstępstwem od normy. A homoseksualizm JEST odstępstwem od nomy. Dewiacja może być czymś złym, ale nie musi.

Dewiantem może być też ktoś chorobliwie dbający o czystość w mieszkaniu. Trzy razy dziennie sprząta wszystko i dezynfekuje. Czy to jest czymś złym? Czy może stanowić podstawę do zniesławienia? Jeśli o takim czyściochu powiemy "on jest czyściochem" to nie powinien czuć się urażonym, bo sam dobrze wie, że nim jest. No chyba, że (i to może być problem wspomnianego prawnika) sam tego nie akceptuje.

Konfucjusz głosił, że "naprawę państwa należy zacząć od naprawy pojęć". Ale nie chodzi jedynie o naprawę pojęć "popsutych" przez dwudziestowieczną epidemię czerwonki. Pojęć takich jak "prawica", którą nazywany jest PiS, czy "liberalizm", który nie wiadomo jakim cudem nagle kojarzy się z Platformą. Należy także wyrzucić do kosza te pojęcia, które na potrzebę socjalistów zostały stworzone w taki sposób, aby jednoznacznie negatywnie wartościowały ludzi stawiających zdrowy rozsądek ponad politpoprawnością.

Nie trzeba daleko szukać, rzeczeni działacze PiS zostali nazwani "homofobami". Termin ten został ukuty specjalnie na potrzebę piętnowania ludzi, którzy związki jednopłciowe uważają za nieeleganckie. Ale słowo "fobia" oznacza lęk. W dodatku lęk nieuzasadniony występujący u neuropatów. W to postępowcom graj. "Nazwijmy ich wariatami i cześć." I faktycznie - bycie "homofobem" jest obecnie postrzegane jako coś, czego należy się wstydzić.

Gdy przez środek miasta przetacza się parada półnagich facetów głaszczących się po tyłkach, to młoda matka, która miała pech wyjść właśnie w tym momencie na spacer z synkiem i jest zażenowana tym, co jej pociecha musi oglądać, jest chora psychicznie. To co ona odczuwa to nie uzasadnione obrzydzenie, tylko irracjonalny lęk.

Byłem kiedyś na weselu, na którym wśród gości była też para homoseksualistów. Zachowywali się całkowicie normalnie, przyzwoicie i nie wadzili nikomu. Ja z pewnością należę do ludzi, którzy przez gejowskich działaczy nazwani byliby "homofobami". Ale jakoś potrafiłem na tej imprezie normalnie się bawić. Gdybym miał inny lęk, dajmy na to arachnofobię, to z pewnością bym się tak beztrosko nie bawił wiedząc, że gdzieś po sali grasują dwa osiemdziesięciokilogramowe pająki.

To nie jest fobia. Ja bym to nazwał raczej "gejowstrętem". Oczywiście zaznaczam jednocześnie, że jest różnica między homoseksualistą, a gejem. Nie mam nic przeciwko homosiom, ale gejów nie potrafię ścierpieć. Tak samo jak szanuję ludzi ciężko i uczciwie pracujących, a nienawidzę związkowców, którzy mienią się ich rzecznikami. Tak samo jak kocham kobiety, lecz nie znoszę feministek, działających przecież "dla ich dobra".

Innym wygodnym hasłem socjalistów jest uniosceptyk. Sceptykiem nazywana jest osoba, która ma wątpliwości. Zatem wydźwięk tego określenia jest: "to jest ten, co nie ma opinii", albo wręcz "ten co się nie zna". Otóż ja mam opinię. Bardzo dobrze ugruntowaną. Jestem przeciwnikiem Unii. Jestem "anty". Nie mam żadnych wątpliwości, że jest to zaraza i zguba naszej cywilizacji. I swoją postawę potrafię uzasadnić dużo mocniej niż ci "unioignoranci". Proszę bardzo, też potrafię tworzyć słowa.

Takich haseł, pojęć i epitetów jest bezliku. Ale my je jeszcze kiedyś odkręcimy lub wyrugujemy.

piątek, 13 maja 2011

Ostanie się tylko najlepszy

Natknąłem się niedawno w sieci na dyskusję w TVP na temat broni. Sama dyskusja to dłuższy temat. Moją uwagę przykuł fragment wstawionego reportażu.

Pokazuje on scenę nagraną amatorską kamerą, w której jeden kierowca zatrzymuje drugiego, który najwyraźniej czymś go uraził. Podchodzi do jego samochodu, ofukuje go w kilku nieprzyjemnych słowach, oklepuje mu maskę otwartą dłonią, po czym wraca do swojego wozu. Komentarz do tej scenki jest następujący:

Co by było, gdyby obaj panowie mieli broń? Co by było, gdyby nawet tylko jeden z nich był uzbrojony?

Już odpowiadam: Gucio! Agresor może i nie miał broni, ale zapewne ma ręce. Mógł trzasnąć drugiego kierowcę w twarz. Nie zrobił tego. Dlaczego? Mógł też wyjąć z kieszeni gwóźdź (klucz, monetę, zapalniczkę) i złośliwie zarysować lakier samochodu swojego winowajcy. Nie uczynił tego. Dlaczego?

Możliwe odpowiedzi sprowadzają się do dwóch:

a) Nie jest całkowicie zdziczałym bęcwałem, za jakiego uważają go czerwoni i uznał, że rękoczyny są zbyteczne w tej sytuacji i dobitne zwrócenie uwagi powinno wystarczyć.

b) Chciał to zrobić, ale powstrzymał się ze względu na grożące mu konsekwencje prawne.

Moje pytanie brzmi: W której z powyższych sytuacji dżentelmen ów miałby sięgnąć po pistolet i zastrzelić tego drugiego?

a) Sprawa jest zbyt błaha, by trzepnąć gościa w twarz, no chyba że miałby pistolet, wówczas, czemu nie, zastrzeli pirata drogowego.

b) Nie przywalił gościowi, za co groziłoby mu do roku więzienia, nie zarysował mu fury, co skończyłoby się pewnie grzywną, ale jest bardziej niż chętny, żeby zamordować go z zimną krwią, za co czeka go 25 lat więzienia. Z legalnej, zarejestrowanej broni oczywiście.

Coś mi się tu nie klei. Gość normalnie pokrzyczał, powygrażał i poszedł. Skąd komuś może w ogóle do głowy przyjść, że gdyby miał pistolet doszłoby do czegoś więcej?

My mówimy jasno: dostęp do broni tak, ale wraz z odpowiedzialnością. Dlatego domagamy się surowych kar za zabójstwo, z karą śmierci włącznie. Socjalistom natomiast się wydaje, a przynajmniej tak sugerują przy każdej nadarzającej się okazji, że my chcemy dać wszystkim pistolety ze słowami: "Idźcie kochanieńcy sobie postrzelać. Od dzisiaj wolno."

W takiej sytuacji faktycznie, tak jak nas próbują przekonać, dwa dni po wprowadzeniu powszechnego dostępu do broni wśród żywych pozostanie jedynie Chuck Norris, który będzie miał 7 miliardów ciał do zakopania. Z półobrotu oszywiście!

środa, 11 maja 2011

Ofiary demokracji cz. 1

Obecnie powstaje mnóstwo teorii związanych ze śmiercią Bin Ladena. Z braku dokumentacji mówi się, że akcja, którą w zeszłym tygodniu żył cały świat, to lipa, że zabito kogoś innego, że Osama nie żyje już od dziesięciu lat, że był agentem CIA, że w ogóle nie istniał, albo, że diabli wiedzą co jeszcze. Winę za te niedopowiedzenia ponosi przekleństwo dzisiejszych czasów, czyli demokracja.

Załóżmy, że Bin Laden już od dziesięciu lat wyleguje się w raju wśród tłumu dziewic i że rząd USA cały czas o tym wiedział. Dlaczegóżby miał udawać, że jest przeciwnie? Po to, żeby między innymi usprawiedliwić przed społeczeństwem wojnę. Trzeba wymyślić jakąś górnolotną misję dla żołnierzy, jak walka z terroryzmem. Wyborcy pokiwają głowami, powiedzą, że słusznie, że tak trzeba i przejdą nad tym do porządku dziennego.

Skoro jednak podawane przez rząd przyczyny nie są prawdziwe, to o co jest ta wojna?. Jeżeli rząd sili się na wymyślenie kłamstwa, by społeczeństwo zaakceptowało wojnę, to OCZYWISTYM jest, że prawdziwa przyczyna wojny jest nie do zaakceptowania przez przeciętnego wyborcę. Czyli na przykład wojna o ropę.

I tu tkwi sedno problemu. Monarcha w takiej sytuacji, zamiast wydawać pieniądze na bajkopisarzy i fałszerzy, mówi wprost: "Wypowiadamy wojnę Naftostanowi, bo oni mają ropę, której my potrzebujemy!" Część ludzi powie, że to bardzo dobrze, bo będziemy bogatsi, inni mówią, że to źle dla kilku baryłek zabijać ludzi, a większość w ogóle się nie przejmie, bo się nie znają na polityce (w monarchii nie muszą, ten problem spoczywa na fachowcu). I nawet, gdyby 99 procent społeczeństwa uznało to za błąd - nikt oprócz monarchy nie ma nic do powiedzenia i kropka. Zatem nie ma najmniejszej potrzeby nikogo okłamywać ani nikim manipulować. A jeśli monarsze nie chce się tłumaczyć to zamiast bajdurzyć nie mówi nic i koniec.

W takiej sytuacji Jerzy III, z bożej łaski XLII Król USA, dziesięć lat temu byłby ogłosił śmierć Bin Ladena ku ogólnej uciesze ludu, a wojnę prowadziłby swoją drogą.

Może i Bin Laden umarł 10 lat temu, ale prawda umarła dużo wcześniej.

Ofiary demokracji cz.2

niedziela, 8 maja 2011

O burdach ulicznych

Zamknięcie stadionów to nie tylko, jak powszechnie się mówi, wprowadzenie odpowiedzialności zbiorowej, co jest bardzo złe. Jest to również wprowadzenie, co moim zdaniem może nieść dużo gorsze konsekwencje, podwójnych standardów.

Nie oszukujmy się, zadymy na stadionie można się było spodziewać i spodziewano się. Jak bowiem inaczej wytłumaczyć obecność uzbrojonych po zęby policjantów z ciężkim sprzętem czekających w gotowości na zapłon? Poza tym, czy widział ktoś na trybunach spokojną rodzinkę, która przybyła podziwiać mecz? Nie, bo nikt rozsądny nie zabierze w takie miejsce żony i dzieci, chyba, że potrafią i chcą się naparzać. Takie rzeczy się na meczach dzieją i już. Nie pochwalam tego, ale tak jest.

Sposobem na to nie jest zamykanie stadionów, co obawiam się, że tylko problem pogłębi, ale identyfikacja "przywódców" ich ukaranie. Jeśli policja i prokuratura byłyby w tych działaniach skuteczne, to po kilku akcjach problem by zniknął i za rok czy dwa znów można byłoby się bez obaw wybrać na mecz z dziećmi.

Tak, winne jest kalectwo organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości.

Drugim sposobem jest zaakceptowanie status quo i uznać, że nawalanki po meczu są czymś normalnym. Uwzględnić w cenie biletu koszty napraw (zapewne już są uwzględnione), umieścić na biletach i przy wejściach na stadion ostrzeżenia i niech się tłuką. Firmy remontowe zarobią, bukmacherzy zarobią, bo będą obstawiać nie tylko wynik meczu, ale i wynik "deseru", a ludzie będą zadowoleni, że młodzież wybija sobie zęby na stadionie i za swoje pieniądze, zamiast łazić po mieście i przewracać samochody. I niech się tłuką na zdrowie - każdy naród potrzebuje prawdziwych, agresywnych mężczyzn, którzy w razie czego będą potrafili i chcieli tłuc się w obronie swoich "barw klubowych"

To był tylko taki wstęp. To na co chcę zwrócić uwagę, to wspomniane podwójne standardy. Jak już mówiłem, kibole tłuką się w miejscach może nie przeznaczonych do tego, ale na pewno na to przygotowanych, z ludźmi i funkcjonariuszami również na to przygotowanymi. Konkretny czas i miejsce, żadnych niespodzianek. A teraz cofnijmy się o kilka miesięcy:

Biały dzień, dzielnica Warszawy, można by powiedzieć "rekreacyjna", turyści, spacerowicze, dzieci. Parę pojedynczych patroli Straży Miejskiej w letnich uniformach. Grupa seniorów zaczyna się awanturować, wyzywać, roznosić barierki, atakować werbalnie i fizycznie stróży porządku. Bronią Krzyża. 

Proszę porównać - jeśli któraś z tych sytuacji jest bardziej nie na miejscu i zagraża osobom trzecim, to właśnie ta druga.

Dlaczego wówczas nikt nie nakazał zamknięcia kościołów?

piątek, 6 maja 2011

Niedaleko pada placek od zadu

Kiedy mówiliśmy w grudniu 2009, że powstaje nowe państwo, w którym Polska będzie jedynie "województwem", traktowano nas jak obłąkanych. Mówiono: "Bzdura! UE nie posiada symboli państwowych, takich jak flaga, czy hymn". W przyszły poniedziałek, niespełna półtora roku po tym, jak podaje Express.co.uk, a za nim portal JKM, brukselski dekret nakazuje świętowanie "Dnia Unii Europejskiej", poprzez wywieszenie na budynkach publicznych niczego innego, jak właśnie flagi Unii Europejskiej.

To większość z nas zna z niedalekiej przeszłości - niedaleko pada jabłko od jabłoni. Ale to nie koniec. ZSRE posunęła się nieco dalej niż jej niesławny poprzednik. Niewywieszenie tej flagi na wskazanych budynkach będzie karane grzywną. Grzywną płaconą pieniędzmi podatników państwa członkowskiego, którzy już i tak są ograbiani na poczet bezkresnego wzrostu brukselskiej biurokracji.

Ponadto, UE z góry założyła, że wskazane instytucje mogą nie zastosować się do dekretu i nakazała, by każda z nich sfotografowała flagę UE powiewającą na swoim budynku i przesłała pocztą elektroniczną do KE. Czyli, że trzeba dowieść swojej "niewinności". Brak słów.

I to wszystko za nasze pieniądze. Z podatki emerytów, którzy walczyli przeciwko Hitlerowi i Stalinowi o wolną Polskę.

Proponuję wywieszenie tego dnia w oknach nieoficjalnej flagi eurokołchozu. A najlepiej, zamiast tego (bo w końcu choć nieoficjalna, to jest to ciągle flaga UE) zrzucić flagę Polski do połowy masztu i przystroić czarną szarfą.

Proponuję też fotografowanie euroszmat powiewających nad polskimi budynkami publicznymi. Za kilka lat będziemy te zdjęcia oglądać z takimi samymi uczuciami, jak zdjęcia flag III Rzeszy nad zniszczoną Warszawą, czy też sierpa i młota, które wkrótce je zastąpiły, tym razem nad Warszawą odbudowywaną, ale przez niszczony naród.

I to tyle. Dalsze pisanie mogłoby źle się skończyć dla mnie i mojej klawiatury, bo krew w moich żyłach już się gotuje.

niedziela, 1 maja 2011

Czy książki są po to, by je czytać, czy po to, by je sprzedawać?

 Bardzo proszę zajrzeć na stronę Dziennik.pl, bo inaczej nikt mi nie uwierzy, że ktoś może wygadywać takie głupoty. Chodzi mi o przewodniczącego Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Księgarzy, Jerzego Mechlińskiego. Mówi on:

Ogólnopolskie Stowarzyszenie Księgarzy od sześciu lat obserwuje zapaść na rynku książki. Przeraża komunikat Biblioteki Narodowej o tym, że w ubiegłym roku 56 proc. Polaków nie wzięło do ręki książki. By ten problem zacząć zmieniać, trzeba jak najszybciej uchwalić ustawę o książce i jej cenach.

A dalej możemy przeczytać, co ustawa ta miałaby regulować:

Przedstawione przez Stowarzyszenie proponowane zmiany zakładają m.in.: wprowadzenie sztywnych cen książek; nałożenie obowiązku stosowania takich samych upustów w stosunku do wszystkich sprzedawców detalicznych i zakaz sprzedaży podręczników poza księgarniami.

Czy ludzie ci są idiotami? Ustalenie sztywnych cen książek (chodzi tu o cenę minimalną), oczywiście będzie miało skutek odwrotny od zamierzonego. Jeśli ktoś tego nie rozumie, to wystarczy krótki eksperyment myślowy:

Załóżmy, że są dwie księgarnie, albo jeszcze lepiej, księgarnia i supermarket, bo to przeciwko niskim cenom w tych drugich wymyślono tę ustawę. W obu możemy kupić książkę "Tysiąc potraw z ziemniaka". W księgarni za 29, 90, a w supermarkecie za 19,90. Wchodzi ustawa i minimalna cena tego poczytnego tytułu zostaje ustalona na 25 złotych.

Księgarnia nie robi nic, bo spełnia kryterium. Supermarket jednak musi podnieść cenę tej książki do ustalonej wielkości. Do supermarketu przychodzi klient, który jest zainteresowany tą książką, jednak nie planuje na nią wydać więcej niż 20~22 zł. Więc, o ile przed podwyżką chętnie by ją zakupił, o tyle teraz tego nie zrobi. Zamiast tego kupi przecenione rękawice murarskie duże pakowane po trzy pary za 18,29.  Oczywistym efektem tego idiotycznego pomysł będzie to, że MNIEJ osób, niż te 44 procent, sięgnie po książkę.

Wzrost ceny zmniejsza popyt. Jest to jedna z podstawowych zasad rynku i kto twierdzi inaczej, ten jest głupcem.

Argumentacja przedstawiona w kolejnym akapicie u normalnego człowieka powoduje, że obraz zachodzi mu czerwienią. Po pierwsze dlatego, że trąci najjaskrawszą odmianą socjalizmu i po drugie - bo go zwyczajnie krew zalewa:

Jak przypomniał Mechliński, niedawno hitem wydawniczym była nowa książka Dana Browna. W jednej z sieci supermarketów można ją było kupić za 24 złote, w księgarniach kosztowała około 40 złotych. "Jaka w tym logika? Księgarze nie są w stanie tak funkcjonować" - powiedział prezes OSK. Zaznaczył, że wydawca powinien mieć możliwość zadecydowania w jakiej cenie dany tytuł będzie sprzedawany. Potem może taką decyzję zmienić, ale decyzja powinna należeć do niego.

Pierwsza część mówi jasno, że według pana Mechlińskiego książki są nie po to, by ludzie je czytali, ale po to, by księgarnie mogły zarobić. Czytelnictwo jest tylko efektem ubocznym. Jest dokładnie odwrotnie. Jeśli "księgarze nie są w stanie tak funkcjonować", to ich interes, jako niewydajny, powinien upaść. Na jego miejsce powstanie inny, który da sobie radę. A były właściciel przerzuci się na produkcję rękawic murarskich.

Jeśli ktoś potrafi sprzedać towar po niższej cenie, to znaczy, że jest bardziej gospodarny i dzięki temu ma więcej klientów, zadowolonych, że mogą ten towar tanio kupić. Nie może być tak, że remedium na niegospodarność drugiego przedsiębiorcy jest: a) podniesienie ceny towaru, w efekcie czego klient jest ograbiany dla idei; b) Zmniejszenie atrakcyjności gospodarnego przedsiębiorcy na rynku. Sztuczne podnoszenie cen na jakikolwiek produkt jest wyzyskiem. Wyzyskiem konsumenta, czyli nas wszystkich.

I to co już pisałem przy okazji wpisu o taksówkach: To nie jest walka z nieuczciwą konkurencją! To jest generowanie sztucznej konkurencji! Jeśli ktoś mówi, że uprzywilejowanie jednego przedsiębiorcy jest walką z nieuczciwą konkurencją, ten jest albo głupcem, albo krętaczem i sukinsynem, a najczęściej i jednym, i drugim.

Druga część przytoczonego akapitu mówi o regulowaniu ceny detalicznej przez wydawcę. To już było. Pytanie brzmi: Jakim prawem? Jeżeli księgarz od wydawcy kupił książkę, to jest ona jego własnością i kropka. Tylko on ma prawo decydować, za ile ją odstąpi czytelnikowi. Może książkę tę spalić, podrzeć, użyć do podparcia chybotliwego stołu oraz sprzedać klientowi ze stratą. Własność jest własnością.

Wyobraźmy sobie, że sprzedaję komuś samochód za dwadzieścia tysięcy i żądam od niego, by nie odsprzedał go nikomu taniej, niż za 24 tysiące. Czy wówczas możemy powiedzieć, że samochód jest własnością nabywcy?

To, że w ogóle możliwość wprowadzenia takiej ustawy jest rozpatrywana, bardzo źle świadczy o "wolnym" rynku w Polsce i jeszcze gorzej mu wróży. Jeśli bowiem ten złodziejski pomysł przejdzie, to będzie to furtka dla kolejnych takich ustaw. Argumentacja, jakkolwiek błędna i bandycka, jest uniwersalna. Tylko czekać, aż sprzedawcy obuwia, zabawek, słodyczy, sprzętów AGD i milionów innych zaczną masowo ją kopiować na swoje potrzeby. Bo przecież oni też "nie są w stanie tak funkcjonować".

Starci klient, ale co ich to obchodzi?