niedziela, 27 marca 2011

Perpetuum mobile dziełem Polaków!

Sejm, bardzo słusznie, odrzucił ustawę o tak zwanym zasiłku drożyźnianym. Sznurek. Myślę, że stałych czytelników nie muszę przekonywać, dlaczego ów pomysł był zły. Krótko mówiąc, byłoby to zabieranie ludziom pieniędzy w podatkach, po to, by za chwilę części z nich je oddać, nie bez straty oczywiście. Nie ulega też wątpliwości, że to generowałoby kolejne koszta, pociągające za sobą rychłą potrzebę ponownego podniesienia podatków.

Zaskakujące jest jednak to, że ktokolwiek wpadł na ten pomysł. A jeszcze bardziej zaskakujący jest jego motyw:

Projekt - jak przekonywali wnioskodawcy - miał być odpowiedzią na pogorszenie się sytuacji rodzin z powodu drastycznego wzrostu kosztów utrzymania.

Pytanie: Skąd ten drastyczny wzrost utrzymania? Gros ludzi winą za to zjawisko obarcza podniesienie stawki VAT. Rząd oczywiście neguje to, twierdząc, że wzrost podatku o jeden procent nie może generować takich zmian cen. Oni winnego doszukują się w spekulantach. Pospekulujmy zatem.

Po pierwsze obalmy mit, że podatek wzrósł o jeden procent. Jest to niedopowiedzenie. Podatek wzrósł o jeden procent ceny netto. De facto wzrósł o przeszło 4,5 procent. Mówienie przez polityków, że to tylko jeden procent, jest demagogią, opartą na, niestety, słusznym założeniu, że większość obywateli to idioci.

No dobrze, nawet jeśli wzrost tego podatku wynosi 5 procent, to i tak nie powinniśmy obserwować aż taki drastycznych wzrostów cen, jak obecnie. Wzrost ceny brutto powinien się mieścić w jednym procencie. Pamiętajmy jednak, że na wzrost ceny nie składa się tylko podwyżka podatku danego produktu, ale także całego mnóstwa innych.

Weźmy rzeźnika. Stawka podatku VAT na mięso wzrosła z 3 do 5 procent. Więc kilogram wieprzowiny, który kosztował brutto 25,75 zł będzie kosztował 26,25 zł. Ale przecież Rzeźnikowi wzrósł też kosz utrzymania, bo wszystko co on kupuje też jest droższe. W związku z tym, aby wyjść na swoje, musi zwiększyć cenę jeszcze bardziej, po to, żeby stać było go na buty u szewca, który też musiał podnieść ceny. Szewc również jest spekulantem: podniósł ceny nie tylko o podwyżkę podatku, bo, żeby było go stać na zakup droższego stołu, musi mieć wyższy obrót.

A stół jest droższy, bo stolarz też je mięso!

Wzrost ceny produktów zatem nie odzwierciedla jedynie wzrostu podatków. wzrost podatków to tylko początek spirali, która powoduje, że podwyżki cen jednych produktów napędzają wzrost cen innych i vice versa. Powoduje to spadek popytu. Kiedy spada popyt, zwalnia gospodarka, a zatem i mniej pieniędzy z podatków trafia do budżetu.

Doradca ekonomiczny Ronalda Reagana, Arthur Laffer w sposób bardzo prosty i elegancki udowodnił, że podwyższanie podatków powyżej pewnego progu (dawno przez nasz rząd przekroczonego), powoduje spadek wpływów z jego tytułu do budżetu. Zatem wszelkie podwyżki podatków, które dzisiaj mają miejsce, są całkowicie absurdalnym pomysłem.

Ale dużo większym absurdem byłby zasiłek drożyźniany, czyli walka ze wzrostem cen powodowanym przez podniesienie podatków, przez rozdawnictwo pieniędzy, powodujące uszczuplanie budżetu i podniesienie podatków. Jak w piosence kabaretu Potem, o pewnym nieszczęśniku, który się przeziębił:

[...] Od kichania lecą szyby,
Stąd przeciąg co chwilę,
Od przeciągu katar rośnie:
Perpetuum mobile... [...]

piątek, 25 marca 2011

O wolnej woli

Pod moim wpisem sprzed kilku dni o walce rządu z narkomanią zawiązała się całkiem ciekawa dyskusja. Oczywiście zgadzam się, że narkotyki, zwłaszcza tak zwane "twarde" to nie jest dobry pomysł na życie. Ale w czym moja opinia jest lepsza od kogoś, kto lubi sobie "dziabnąć"? Tu nie chodzi o to, kto ma rację, tylko o to, by każdy miał prawo postępować zgodnie z tym, co uważa za słuszne. Jak powiedział Voltaire, "Nie zgadzam się z twoim zdaniem, ale oddam życie za to, byś miał prawo mówić to, co chcesz." To samo tyczy się przyjmowania wszelkich substancji. Prawica nie staje w obronie narkotyków, tylko w obronie wolności.

Główny (i chyba jedyny) oponent legalizacji narkotyków wśród komentatorów, LordBlackAdder przedstawił kilka zastanawiających argumentów, z którymi chcę niniejszym podjąć polemikę.

nie istnieje coś takiego, jak kontrolowanie używek

Kontrolowane stosowanie używek jest jak najbardziej możliwe. Pod jednym warunkiem - trzeba być rozsądnym. Dopóki człowiek jest świadomy tego, co zażywa i jak owa substancja działa, jest w stanie to opanować. Znam masę ludzi, którzy w młodości eksperymentowali z narkotykami, upijali się do upadłego, czy latami palili papierosy, po czym zrywali z tym z dnia na dzień i nigdy nie powrócili do dawnych przyzwyczajeń. Całkowicie zatem nie zgadzam się z LordBlackAdderem.

Oczywiście z drugiej strony znam taż mnóstwo osób, które sięgnęły po jakąś używkę, "bo jak raz spróbuję, to przecież nic mi się nie stanie", po czym wpadli po uszy i mimo chęci nie potrafią zerwać z nałogiem. Ale to, że ktoś jest idiotą, nie jest powodem, żeby wszystkich traktować jak idiotów. Ostatecznie, jeżeli szkodzi, to tylko sobie.

Komentator dodaje:

nie podoba mi się opowiadanie kłamstw o nieszkodliwości marihuany

A ja mam już dosyć opowiadania kłamstw na temat jej szkodliwości. Jest wiele dużo szkodliwszych dla zdrowia substancji, które nie są zakazane: alkohol, papierosy, glutaminian sodu, szczepionka na świńską grypę, Domestos... to tylko nieliczne. W wyniku istnienia całkowicie legalnej komunikacji samochodowej ginie rocznie w Polsce kilka tysięcy osób.

Liczba śmiertelnych ofiar zażywania marihuany jest porównywalna z liczbą ofiar czkawki. Więcej słychać o jej leczniczych właściwościach, niż o szkodliwości. Nie trzeba daleko szukać, wystarczy zajrzeć do Wikipedii:

Ma ona w zależności od warunków działanie: uspokajające, lekko euforyzujące i przeciwbólowe, pobudzające apetyt, rozkurczające mięśnie, zmniejszające ciśnienie śródgałkowe i rozszerzające oskrzela.

do 2008 roku odnotowano dwa przypadki śmierci z powodu nadużycia marihuany, jednak spowodowane były one prawdopodobnie wystąpieniem dodatkowych indywidualnych czynników ryzyka, bez których zażyta marihuana nie doprowadziłaby do śmierci.

Dalej LordBlackAdder pisze:

chciałbym zaznaczyć, że może występować konflikt między WOLNOŚĆ i MORALNOŚĆ

Z całą stanowczością nie zgadzam się z powyższym zdaniem. Wolność jest podstawą moralności. Moralność to umiejętność rozróżnienia między dobrem a złem i dokonania słusznego wyboru. Jak zatem mogę tego dokonać, jeśli jedna z opcji jest z góry zakazana, jako zła? Gdzie moja ocena? Zostałem pozbawiony wolnej woli, bez której moralność nie istnieje. Baran nie ucieknie pasterzowi nie dlatego, że byłoby to niemoralne, tylko dlatego, że jest pilnowany przez owczarka. I tak obecnie się nas traktuje. Jak stado baranów.

Poza tym jedna osoba może, słusznie z panującą doktryną, uznać, że narkotyki to dzieło Szatana, a inni mogą, tak jak to niegdyś bywało, uznawać je za najwspanialszy dar Niebios. Nie słychać, żeby ci drudzy próbowali wprowadzić nakaz zażywania opiatów. Każdy ma prawo do dążenia do własnego szczęścia. Jeśli kogoś uszczęśliwia ćpanie, to pozwólmy mu ćpać i cieszmy się jego szczęściem.

Podstawowym problemem, który jest źródłem całej tej dyskusji jest socjalistyczny system wartości przedkładający ilość nad jakość. Dla socjalistów liczy się tylko długość życia. I jeżeli narkotyki, mimo wszystkich swoich zalet, szkodzą, choćby w najmniejszym stopniu zdrowiu, to należy je zakazać. Ja zaś, owszem, nie pogardziłbym długim żywotem, ale dużo ważniejsze dla mnie jest, żeby to życie było ciekawe, i przeżyte z przyjemnością (nie ma tu na myśli akurat narkotyków, ale ktoś inny mógłby mieć).

Wolę być jak Jerzy Kukuczka, który zginął w kwiecie wieku robiąc to co kocha, niż panem Władysławem z "Klanu", który umiera jako sędziwy dziadzio, poświęciwszy całe swe życie na bycie przykładnym mężem (o tym jak marne to zajęcie najdobitniej świadczy fakt, że musiałem podeprzeć się postacią fikcyjną, bo o takich ludziach historia nie pamięta).

A to, czy uszczęśliwia mnie drapanie się po górach, czy wciąganie kokainy - to już moja prywatna sprawa. Wielu wielkich ludzi stało się wielkimi między innymi dlatego, że mieli nieskrępowany dostęp do narkotyków. O ileż światowa literatura byłaby uboższa, gdyby nie narkomani? Nigdy nie powstałby poemat Kubla Khan Samuela T. Colleridge'a. Witkacy pisał i malował pod wpływem. A wiele Najwspanialszych utworów muzycznych drugiej połowy dwudziestego wieku powstało z pogwałceniem prohibicji narkotykowej, wspomnę choćby Beatlesów, The Doors, Hendrixa, Nirvanę, czy Monster Magnet. Oni wręcz powinni zażywać narkotyki. A my powinniśmy być im za to poświęcenie wdzięczni.

Ale dzisiejsza propaganda medialna pokaże tylko ćpuna - menela, brudnego i wyniszczonego obszczymura albo Billa Clintona. Jak więc ktokolwiek mógłby wątpić w ich szkodliwość? Dłuto też może służyć sztuce tak samo, jak samookaleczeniu, a mimo to można je kupić w Leroy Merlin za 12,65. Bez dowodu.

Na zakończenie wyobraźmy sobie młodą dziewczynę, prawie całkowicie sparaliżowaną, która ma przed sobą najwyżej parę miesięcy życia. Jej już nic nie zaszkodzi. Jest szansa, by na chwilę zapomniała o swoim kalectwie i nadchodzącej śmierci - chce spróbować LSD. Mógłby sobie pofruwać w niebie z diamentami. Przenieść się do cudownej krainy czarów, zobaczyć świat w niesamowicie żywych i intensywnych kolorach. Przeżyć te ostatnie dni w ekstatycznej "fazie". Jak ktokolwiek może jej odebrać tę szansę?

Właśnie TO jest niemoralne.

czwartek, 24 marca 2011

Chwalenie dnia przed zachodem Słońca

Unia Europejska, która wymusza na krajach członkowskich oszczędności postanowiła sobie postawić muzeum, jak podaje The Parliment. Muzeum czego? Oczywiście Unii Europejskiej.

Koszta tego przedsięwzięcia szacowane są na ponad 55 milionów euro plus kilkanaście milionów rocznie na utrzymanie. Jak nietrudno się domyślić z faktu, że UE przewiduje koszty rocznego utrzymania, muzeum to będzie generowało straty. Bo któż miałby tam chodzić? Poza wizytami organizowanymi dla wszelkich oficjeli z całego świata, odwiedzających Brukselę oraz wycieczkami szkolnymi organizowanymi na koszt podatnika, nie wróżę tam zbyt wielkiego ruchu.

Gdyby przedsięwzięcie to miało sens, już dawno zrealizowane by było przez prywatnych inicjatorów.

Zresztą co ciekawego może się znajdować w muzeum tego tworu zbudowanego na kłamstwach i manipulacji? Zapewne tylko wielkie jego "zasługi" i "dobrodziejstwa". Wątpię, podobnie jak niegdysiejsza główna księgowa UE, pani Marta Andreasen, by w muzeum było cokolwiek związanego z grubymi porażkami tego tworu, na przykład z wynikami referendów w Holandii, Francji i Irlandii, które przecież były bardzo istotnymi wydarzeniami w historii Unii.

Pani Andreasen sama bardzo słusznie nazywa tę inicjatywę "wielce narcystycznym projektem" i "pałacem europejskiej próżności".

Historia nas uczy, że pomniki wielkich ludzi powstają po ich śmierci. A tych, którzy sami je sobie stawiali, wolelibyśmy z historii tej wymazać. Dokładnie to samo stanie się z tym projektem, jak już kurz po rozpadzie UE opadnie.

środa, 23 marca 2011

Bądź idotą! Warto!

Jeżeli dostaję ofertę pracy, w której pracodawca oprócz wynagrodzenia proponuje mi dodatkowo pakiet zdrowotny i program socjalny, to czy robi to po to, by mnie zachęcić do podpisania umowy, czy wprost przeciwnie? Dla większości, nawet średnio rozsądnych ludzi, nie ulega wątpliwości, że jest to zachęta. Najwyraźniej nie dla naszego rządu.

Jak dowiedzieć się można z Onetu, rząd w ramach "Krajowego Programu Przeciwdziałania Narkomanii na lata 2011-2016", postanowił walczyć z narkomanią między innymi poprzez rozszerzenie dostępu narkomanów do leczenia oraz walkę z bezdomnością i bezrobociem związanych z narkomanią. To jest zachęcanie do narkomanii!

Jeżeli bowiem jestem zdany sam na siebie, to wiem, że jak będę ćpał bez umiaru, to stracę zdrowie, dom i pracę. W tym momencie wkracza jednak moje kochane państwo opiekuńcze i mówi: "Nie przejmuj się, jakby co, to już my się tobą zajmiemy". Moja motywacja do porządnego prowadzenia się powoli topnieje.

Najlepszym sposobem walki z narkomanią jest nie robienie niczego. Należy czym prędzej powrócić do sytuacji, w której jedyną osobą odpowiedzialną za konsekwencje przyjmowania narkotyków i jakichkolwiek innych substancji jest osoba zainteresowana. Obecnie jest tak, że narkoman zatruwa się wprawdzie za swoje pieniądze, ale leczony jest z pieniędzy pochodzących z naszej pracy. Alkoholicy, ćpuny i palacze są utrzymywani przy zdrowiu za pieniądze ludzi, którzy nie stosują używek i codziennie jedzą jarzynki, za pieniądze rodziców dzieci z białaczką, którzy zdani są na e-mailowe łańcuszki szczęścia. Za pieniądze emerytów, których nie stać na Gripex. I oczywiście, żeby było zabawniej, za pieniądze ofiar nietrzeźwych kierowców. Dość tego!

Jeśli człowiek sam ponosi konsekwencje swoich czynów, to albo zacznie zachowywać się odpowiedzialnie, albo będzie miał przechlapane. Żadne zakazy nie będą wówczas potrzebne. Jeżeli jestem rozsądny i wiem, że narkotyki szkodzą, to ich nie będę brał. Albo okazyjnie zapalę sobie jointa, czy też coś mocniejszego, ale będę to robił w sposób kontrolowany.

Ale jeśli rozsądnym nie jestem, jeśli nie potrafię nad sobą panować i będę ćpał bez opamiętania, to schudnę, stracę zęby i będę kaszlał, aż w końcu uszczuplę pulę narkomanów. Kto miałby interes w tym, żeby utrzymywać takie jednostki w społeczeństwie? A przecież ich leczenie nie jest tanie i bardzo nieskuteczne. Dzisiaj, aby ukarać Syzyfa za próżność, bogowie, zamiast toczenia głazu, zleciliby mu wyciąganie ludzi z narkomanii.

Rząd zachowuje się jak dziecko, któremu z ręki wypadł miś i potoczył się na ulicę, a ono biegnie za nim, nie bacząc na samochody, byle uratować go za wszelką cenę.

Obecnie dzieciaki widzą swoich starszych kolegów ćpających beztrosko pod blokiem na ławce, cieszących się od ucha do ucha, co jakiś czas tylko znikających gdzieś na kilka tygodni, by z nowymi siłami powrócić do swojej dolce vita. Znacznie większy miałyby opór przed narkotykami, jeśliby co jakiś czas usłyszały, że narkoman z ich bloku zaćpał się na śmierć.

Niech rządzący przestaną wreszcie uprzyjemniać życie degeneratom, a zaczną myśleć o tym, żeby te dzieciaki nie skończyły tak samo.

wtorek, 22 marca 2011

Uwaga na fałszywki!

Dziś krótko i na inny temat.

Przeglądając ostatnio Internet zdarzyło mi się natrafić na wypowiedź podpisaną pseudonimem ~KRuL PiK. Wpis pod podanym linkiem nie ma ze mną, ani z Krajowym Ruchem Liberałów, Patriotów i Konserwatystów nic wspólnego.

Nie wiem, czy jest to zwykły zbieg okoliczności, czy raczej ktoś celowo używa nazwy przeze mnie wymyślonej. Jednak biorąc pod uwagę "u" otwarte i identyczne użycie klawisza Shift, jestem raczej skłonny przyjąć tę drugą ewentualność za prawdziwą i tak ją właśnie odbieram. Tak czy siak, apeluję o ostrożność w kojarzeniu tak podpisanych wypowiedzi z niniejszym blogiem. Ja sam nigdy nie używam tej nazwy jako podpis.

Całkowicie odcinam się od podanej wypowiedzi. Od jej treści oraz gimnazjalnego stylu. A panią Elektrodę pragnę zapewnić, że nie utożsamiam się z opinią autora tego tekstu na jej temat.

Nie pierwszy raz zdarza się tak, że ktoś próbuje stworzyć coś oryginalnego, buduje sobie renomę, a jakieś byle co już patrzy, jak się jego kosztem wylansować. Nie jest to eleganckie, ale przyszło nam żyć w niezbyt eleganckich czasach.

Blog prowadzę bezinteresownie i nie mam zamiaru wydawać pieniędzy na zarejestrowanie ani skrótu, ani Ruchu, więc podobne sytuacje mogą mieć miejsce w przyszłości.

niedziela, 20 marca 2011

Eko-trwogia

Awaria elektrowni Fukishima, jak każda tego typu awaria, niesie ze sobą groźne i nieprzewidziane konsekwencje. Zwłaszcza dla zdrowego rozsądku społeczeństwa, który w takich chwilach jest ze zdwojoną siłą bombardowany wymysłami eko-logów.

Piszę "eko-logia" w celu odróżnienia od ekologii, która faktycznie jest nauką. Wyraz "eko-logia" utworzyłem z dwóch członów: "eko-" który w dzisiejszych czasach, dzięki wszechobecnym reklamom, znaczy tyle co oszczędny i "logos", greckie określenie nauki. Sens tego słowa jest taki, że eko-log, to ktoś kto jest bardzo oszczędny w korzystaniu z nauki.

Na całym świecie rozgorzał festiwal hipokryzji, a zieloni działacze prześcigają się w snuciu apokaliptycznych wizji przyszłości, głosząc jak groźne dla nas są elektrownie atomowe.

Eko-lodzy od lat walczą o ograniczenie emisji "śmiercionośnego" dwutlenku węgla, tak wielbionego, przez wszystkie rośliny zielone. Problem emisji CO2 prawie nie występuje w przypadku elektrowni atomowej. Ironia losu, czy głupota?

Ponadto, energia z nich pozyskiwana jest dużo tańsza. Co zwłaszcza dla Polski, w której od paru lat doświadczamy notorycznych podwyżek cen prądu, których końca nie widać, jest nie bez znaczenia.

Jest jeszcze ten "nuklearny holokaust", który oczywiście jest bzdurą na resorach, jeśli się tylko chwilę pogrzebie w książkach lub w Internecie. Z dwóch przyczyn.

Katastrofa, która miała miejsce w Japonii nie wydarzyła się bez powodu. Bezpośrednią i jedyną znaną jej przyczyną było trzęsienie ziemi. I to nie byle jakie. Dziewięć stopni w logarytmicznej skali Richtera, co nawet w bardzo aktywnej sejsmicznie okolicy, w jakiej leży Japonia, jest ewenementem. Przedstawianie tego argumentu przez przeciwników budowy elektrowni atomowej w Polsce, kraju leżącym na obszarze asejsmicznym, gdzie ostatnie liczące się trzęsienia ziemi miały miejsce 150 milionów lat temu, jest skrajnym przypadkiem bycia oszczędnym w wykorzystywaniu faktów naukowych.

Kolejnym całkowicie niesprawdzonym argumentem obrońców elektrowni węglowych jest liczba ofiar śmiertelnych. Oczywiście ofiary śmiertelne są. Ale czy ich liczba jest faktycznie taka ogromna? Trudno jeszcze jest mówić o ofiarach Fukishimy, zwłaszcza, że katastrofa ta towarzyszyła innej ogromnej tragedii, jaką była fala tsunami połączona ze wstrząsami sejsmicznymi (odpowiedzialność za które, nawiasem mówiąc, zostanie przez eko-logów zapewne przypisana globalnemu ociepleniu, które jest wywołane przez emisję CO2, między innymi z kominów elektrowni węglowych. Czy tylko ja dostrzegam tu absurd?).

Dysponujemy natomiast liczbami z Czarnobyla z 1986 roku. Trwoga, jaka w owym roku padła na świat, była ogromna. Przewidywano, że całe wsie zamienią się w opustoszałe zgliszcza. Faktycznie zginęło 31 osób. Nawet skrajne szacunki różnych organizacji utrzymujących się z zastraszania ludzi, przewidują, że liczba wszystkich osób, które przedwcześnie straciły i stracą życie w wyniku tej awarii wyniesie około czterech tysięcy. Mniej niż liczba ofiar śmiertelnych wypadków komunikacyjnych w Polsce w ciągu roku.

W skali globu, nawet przy założeniu, że katastrofy takie będą miały miejsce nie raz na 25, a raz na 10 lat, to jest bardzo mała liczba. A skala paniki całkowicie niewspółmierna. Ale oczywiście, jeśli się ludzi odpowiednio zastraszy, to godzą się na wszystko, czego doskonałym przykładem jest amerykański program zniewolenia społeczeństwa, pod nazwą USA PATRIOT Act.

Znacznie mniej mówi się o znacznie większym zabójcy, czyli o elektrowniach węglowych. Roczna liczba ofiar wypadków w kopalniach węgla w samych tylko Chinach wynosi 35 tysięcy. Nie licząc ofiar pylicy i innych schorzeń związanych z górnictwem. Liczba ofiar, które zginęły bezpośrednio w wyniku awarii w Czarnobylu odpowiada średniej wielkości wybuchowi w kopalni (kwiecień zeszłego roku, USA - 25 ofiar; maj, Syberia - 43; październik, Chiny - 37).

Każda gałąź przemysłu ma swoje ofiary. Ale rozsądny człowiek musi potrafić przeprowadzić chociażby taki pobieżny bilans zysków i strat, jak ja tutaj, zanim zacznie wyłazić z tym na ulicę. A eko-log stojący na rynku i krzyczący o szkodliwości tej przełomowej zdobyczy techniki, jaką jest energia atomowa, jest jak blondynka, na której nagle zapalił się sweterek. Koleżanka mówi jej by szybko wskoczyła pod prysznic, a ta odpowiada "no coś ty! dopiero co ułożyłam sobie fryzurę!".

Pokrzepiające jest to, że na niedzielną pikietę eko-logów protestujących przeciwko budowie elektrowni atomowych w Polsce przyszło, w siedmiuset-tysięcznym Trójmieście, dwadzieścia osób, a na demonstrację za legalizacją marihuany w ponad dwukrotnie mniejszym Lublinie kilkaset. W końcu narkotyki, również te twarde, zabijają w Polsce rocznie zaledwie kilkaset osób. Z czego marihuana ani jednej.

Ministerstwo Edukacji informuje: W pierwszej wszystkie są dodatnie...

Mądre głowy Unii Europejskiej uważają, jak można przeczytać na portalu The Parliment, że etykiety ostrzegające przed szkodliwością dla zdrowia, po papierosach, powinny również znaleźć się na opakowaniach win i piw. Zasadniczym pytaniem, jakie należałoby tu zadać jest: Czy ostrzeżenia te cokolwiek zmienią? Naturalnie nasuwającą się odpowiedzią jest z kolei inne pytanie: A czy etykiety na papierosach coś zmieniły?

Nie wiem, czy pośród zgiełku tych wszystkich kampanii antynikotynowych, antyalkoholowych i antynarkotykowych, prowadzonych w telewizji, gazetach, na bilbordach i licho wie, gdzie jeszcze za nasze pieniądze, uchował się jeszcze ktoś, kto nie znałby oficjalnego zdania na temat szkodliwości tych używek. Ktoś taki musiałby być głuchym ślepcem, a przynajmniej analfabetą. Ale w takim wypadku etykieta również niewiele mogłaby zmienić.

Tu chodzi o pozory. Udało się brukselskiej (i nie tylko) biurokracji wywalczyć plakietki ostrzegawcze na papierosach. Znaczy to, że walczący odnieśli skutek i nie są już potrzebni. Chyba że znajdzie się kolejne pole bitwy. Wywalczyli, że plakietki te mają zajmować jakiś konkretny ułamek powierzchni paczki i minimalną wielkość czcionki. Udało się. Więc znowu trzeba znaleźć (a raczej stworzyć) nowy problem. Perpetuum mobile za nasze pieniądze. A jak wywalczą to, to co będzie następne? Kawa? Boczek? Coca-Cola?

O tym, że walka ta toczona jest dla pieniędzy, a nie dla zdrowia, świadczy najdobitniej fakt, że na wyciągnięcie ręki są dużo prostsze, tańsze i nie mniej skuteczne metody zniechęcania ludzi do palenia, niż utrzymywanie całej zgrai papierkolubów, która się "bohaterskim rozwiązywaniem problemów, obcych ustrojom niesocjalistycznym" zajmuje.

Pisząc "nie mniej skuteczne" mam na myśli to, że prawdopodobnie też nic nie zmienią, ale zapewne większy mają ku temu potencjał.

Oczywiście walkę taką prowadzoną z pieniędzy publicznych, jako zwolennik poszanowania zasady "chcącemu nie dzieje się krzywda", uważam za złodziejstwo. Tutaj staram się tylko wykazać, że środki, którymi dążą organa legislacyjne dla osiągnięcia oficjalnego celu, są chybione.

Chodzi mi o wspomnianą kampanię edukacyjną w mediach. Puścić spot w telewizji, że wszystko co palimy, jemy, powietrze którym oddychamy i wszelkie aktywności, które uprawiamy mogą być szkodliwe dla naszego zdrowia. Skutek ten sam, a o ile mniej etatów. Ale właśnie to "mniej etatów" jest problemem, a nie palenie, czy picie par excellence.

Co ciekawe, wdrażanie podobnych pomysłów jest zaprzeczeniem idei socjalistycznego modelu edukacji. Otóż to! Od małego uczy się w szkołach (ja byłem uczony tego już od czwartej klasy podstawówki na biologii i nie tylko) o szkodliwości alkoholu, papierosów i narkotyków, a nawet kawy. Jeśli teraz, kiedy jestem dorosły, trzeba mnie o tym informować, za każdym razem gdy sięgam po używkę, to najdobitniej świadczy to o tym, że nauka ta poszła w las (kolejne zmarnowane pieniądze podatników).

A skoro ludzie są na tyle głupi, że nie pamiętają ze szkoły takich informacji, które regularnie i na każdym kroku są im powtarzane również przez całe dorosłe życie, to jak można od nich oczekiwać, że będą pamiętali, co jest stolicą Grecji, jak przebiega mitoza, kto dokonał rozbicia dzielnicowego Polski, czy wzór na pole koła? Jak można oczekiwać, że czegokolwiek się nauczyli w państwowej szkole?

W trakcie pisania tego tekstu przyszło mi coś ciekawego do głowy. Otóż znacznie więcej pożytku i dla kraju i dla obywateli byłoby, jeśli już rządy uprą się na wciskanie wszędzie swoich "dwóch groszy", gdyby zamiast nakazu umieszczania na wspomnianych etykietkach "oczywistych oczywistości" umieszczać właśnie takie ciekawostki: "Czasownik odpowiada na pytania Co robi? W jakim stanie się znajduje?", albo "Ministerstwo Edukacji ostrzega: Pamiętaj chemiku młody, lej zawsze kwas do wody"

Gwarantuję, że poziom spożycia alkoholu czy nikotyny nie zmieniłby się ani o jotę, ale społeczeństwo byłoby troszeczkę, niewiele, ale zawsze, mądrzejsze.