poniedziałek, 1 października 2012

Debiurokracja

Kiedy mówię o konieczności redukcji biurokracji do niezbędnego minimum, wiele osób, również tych, które uważają się za anty-socjalistów, protestuje. Mówią o okresach przejściowych i że nie należy tego robić tak radykalnie. Kiedy ja postuluję zniesienie obowiązku szkolnego, oni mówią, żeby go nie znosić całkowicie, bo Polskę zaleją analfabeci, więc należy pozostawić obowiązek, ale skrócić go tak, by każdy opanował naukę pisania, czytania i arytmetykę. Kiedy ja protestuję przeciwko obowiązkowym ubezpieczeniom zdrowotnym, oni mówią o ciężkich, drogich i niezwykle rzadkich chorobach, które muszą być leczone przez państwo. Ja oczywiście rozumiem, że za ich poglądami stoją szlachetne idee i cele. A są to dokładnie te same cele, które przyświecają socjalistom z krwi i kości, którzy domagają się w imię ich realizacji zwiększenia regulacji wszystkiego, dla naszego dobra.

Ludzie jednak często zapominają, że biurokracja bardziej przypomina żywy organizm niż martwy przedmiot. Duży kamień można oszlifować, zrobić z niego małą kulkę, lub figurkę, a ten nią pozostanie. Walka z biurokracją dużo bardziej przypomina walkę z karaluchami, szczurami, lub grzybem na ścianie. Jeśli chcę się pozbyć szkodników, to muszę pozbyć się ich wszystkich od razu. Jeśli tego nie zrobię, to na dłuższą metę wyświadczam im przysługę.

Jeśli ktoś wzywa specjalistę od deratyzacji, to robi to po to, by pozbyć się szczurów, czy po to, by ograniczyć ich liczbę? Czy ktoś powie temu specjaliście: panie, wytruj pan połowę albo: 80 procent, ale trochę mi pan ich zostaw? Oczywiście, że nie! Bo jest to tylko kwestią czasu, kiedy szczury te rozmnożą się do dawnej liczby. A będą to dużo zdrowsze i bardziej odporne szczury, bo wytrute zostały te najsłabsze.

To samo jest z biurokratami. Oni też się mnożą. Trochę wolniej niż szczury, ale dużo chętniej i w sposób dużo ohydniejszy. Jeśli zniesiemy przymus szkolny całkowicie, to pozbędziemy się wszystkich szczurów z tej dziedziny życia, razem z całym ministerstwem edukacji. Jeśli zaś tylko ograniczymy ten przymus, to znaczy, że pozbywamy się kilku szeregowych urzędników, ale pozostawiamy te najgorsze szkodniki na samej górze, które tworzą zasady, według których działa reszta. Tych, którzy ustalają program i zakres obowiązku szkolnego. I jest tylko kwestią czasu, kiedy ich władza powróci do dawnego zakresu. I dużo lepiej się okopią na swoich stanowiskach, by uniknąć tej redukcji na przyszłość.

Jeśli zlikwidujemy służbę zdrowia, to pozbędziemy się wszystkich karaluchów, którzy żerują na naszym zdrowiu. Każdy z nas będzie mógł sam zadbać o swoje zdrowie w taki sposób, w jaki chce. Ale jeśli te karaluchy tylko trochę podtrujemy i powiemy, że są pewne sytuacje, w których to oni mają się zająć chorym, to oni się nim zajmą na cacy. I już oni zadbają, by koszyk tych sytuacji stale się powiększał.

Jeśli chcemy walczyć z biurokracją, to trzeba to robić na całego. Czy to będą szczury zajmujące się edukacją, karaluchy ze służby zdrowia, korniki w budownictwie, grzyb na rolnictwie, pijawki na gospodarce, czy inne szkodniki żrące owoce naszej ciężkiej pracy. W pierwszej kolejności należy wytruć do ostatniego pasożyty z tych dziedzin, w których są one zbędne, jak edukacja, zdrowie, gospodarka itp, a następnie ograniczyć do całkowitego minimum ich liczbę w organach niezbędnych do funkcjonowania państwa, prawnie zakazać im rozmnażania się i cały czas patrzeć na łapki. Tak by każdy wiedział, co który robal robi i który już jest niepotrzebny.

środa, 26 września 2012

Nie potykam się, bo nie zastanawiam się nad każdym krokiem

Liczba urzędników w Polsce jest ogromna. Ile dokładnie - trudno powiedzieć, zależy to głównie od metody liczenia. Tak czy inaczej jest to cała zgraja ludzi, którzy mają bardzo przyjemne i wygodne posady, na których utrzymaniu im bardzo zależy. By ich nie stracić, muszą co chwila udowadniać jak bardzo są nam, ciężko na nich pracującym Polakom, potrzebni.

Efektem są budowane za nasze pieniądze "Piramidy Wałęsy", czyli coś zupełnie bezużytecznego, absurdalnego, aby tylko zająć czymś urzędnicze ręce. Są to nikomu niepotrzebne przepisy i rozporządzenia regulujące wszystko co się da, a które tak naprawdę tylko szkodzą.

Oto kilka dni temu w Dzienniku ustaw ukazało się Rozporządzenie Ministra Transportu, Budownictwa i Gospodarki Morskiej z dnia 13 lipca 2012 r. w sprawie szkolenia osób ubiegających się o uprawnienia do kierowania pojazdami, instruktorów i wykładowców. Rozporządzenie to mówi jak należy prowadzić samochód. Opisuje bardzo dokładnie, jak mają przemieszczać się dłonie kierowcy, w czasie wykonywania skrętu, jakim ruchem zmieniać biegi, gdzie ma się znajdować lewa pięta kierowcy i tak dalej, bardzo szczegółowo. Twórcy rozporządzenia zdają się zapominać o tym, że celem nauki jazdy jest umiejętność panowania nad pojazdem, a nie to, czy trzymam kierownicę "na godzinie dwunastej", czy na kwadrans po ósmej.

Sam pobieżnie przejrzałem te zalecenia porównując je z moim stylem prowadzenia samochodu i stwierdziłem, że do kilku z podanych reguł nie stosuję się i nigdy się nie stosowałem. Piszę, że tylko do kilku, bo większości przypadków nie byłem nawet w stanie przypomnieć sobie, siedząc przed  komputerem, a nie w samochodzie, "jak ja to robię". Robię to po prostu naturalnie, bezmyślnie, nie zastanawiając się nad każdą kończyną i nad każdym ruchem. Jakoś zawsze dojeżdżam bezpiecznie do celu.

Tak jak ta stonoga z historyjki, która nigdy nie miała problemu z marszem, dopóki złośliwy chrabąszcz nie zapytał jej, w jakiej kolejności przebiera nogami. Stonoga zaczęła o tym myśleć i natychmiast poplątały jej się nogi. Póki o tym nie myślała póty wszystko było dobrze.

I to samo jest z kierowcami. Kierowca, który całą swoją uwagę skupia na prawidłowym ułożeniu dłoni, na tym by w odpowiednim momencie zmienić bieg otwartą dłonią prawej ręki prowadząc dźwignię przy lewej krawędzi w linii prostej - z zaakcentowaniem przejścia przez bieg neutralny i innych zupełnie nieistotnych szczegółach, a nie na sytuacji na drodze i torze ruchu pojazdu, to zły kierowca.

Obawiam się tylko, że po tej lekturze, prowadząc samochód będę sam teraz myślał o tym, jak zmieniam biegi, skręcam, czy włączam wycieraczki, zamiast skupić się na tym, na czym kierowca skupiać się powinien. Postaram się na nic nie wpaść.

poniedziałek, 24 września 2012

Dyskryminacja w imię równości

Socjalizm w dużej mierze polega na wybijaniu klina klinem. Różnica polega na tym, że klin wybijający jest zazwyczaj dużo większy, czyni większe szkody i jest trudniejszy do wybicia, niż klin wybity. Bardzo dobrym przykładem jest walka z bardzo ogólnie pojętą "nietolerancją" polegająca na braku tolerancji dla zachowań i wypowiedzi odbiegających od politycznie poprawnych frazesów.

Innym takim klinem są parytety. Oto Bundesrat przyjął ustawę, która wymusza na czołowych niemieckich firmach, by w ich zarządach przynajmniej 40 procent stanowiły kobiety (czytanka). Ustawa oczywiście powstała w imię zagwarantowania równości płci, a w rzeczywistości wprowadza nierówność. Oto bowiem kobiety mają zagwarantowane te swoje 40 procent, mężczyźni - nie. Ustawa ta mówi wprost, że liczba kobiet w zarządzie dużej spółki ma wynosić od 40 do 100 procent, natomiast, czego ustawa nie mówi wprost, ale implikuje w oczywisty sposób, mężczyzn w tym zarządzie ma być najwyżej 60 procent. Innymi słowy zarząd, w którym są same kobiety jest legalny, a zarząd składający się z samych mężczyzn - nie. Gdzie tu jest równość?

Współpracowałem kiedyś z firmą, której właścicielka była zaangażowaną feministką, która walczyła o parytety wszelkiego rodzaju - o 30 procent kobiet w parlamencie, o to by firmy zatrudniały 30 procent kobiet. Dziwnym trafem w całej tej czterdziesto-, czy pięćdziesięcioosobowej firmie zatrudniony był tylko jeden mężczyzna - do sprzątania. Znamiennym jest fakt, że firma ta dość prędko zniknęła z rynku w wyniku wewnętrznych sporów.

Oczywiście daleki jestem temu, by żądać, by mężczyźni również mieli zagwarantowane parytety na tym samym poziomie co kobiety. Moim celem jest tylko wytknięcie hipokryzji "wyrównywaczy". W zarządzie firmy czy też w parlamencie płeć nie powinna grać żadnej roli. Ich członkami powinni być ludzie, którzy wiedzą co robią. W przeciwnym razie dojdziemy do absurdów, takich jak wyrzucanie z zarządu profesjonalistów, którzy dobrze znają się na swoim fachu po to by zatrudnić na ich miejsce ludzi, którzy może mniej się nadają na stanowisko, ale ich zatrudnienia domaga się państwo, któremu jest wszystko jedno, czy firma będzie zarządzana rozsądnie, czy też nie.

sobota, 22 września 2012

Oskarżony o to, co komuś się wydawało

To trzeba przeczytać (sznurek).

Do licha ciężkiego, w jakim ja świecie żyję?! Czy ludziom już do reszty rozum poodbierało? Człowiekowi grozi osiem lat więzienia za to, że zostawił na kilka minut w sklepie torbę z mikrofonami. Za zgodą ekspedientki. Słowo daję, że jest to najgłupsza rzecz o jakiej kiedykolwiek słyszałem.

Przecież nawet  gdyby ten dziennikarz nie uzyskał pozwolenia ekspedientki, albo postawił torbę i o niej zapomniał, to nie ma mowy o żadnym zagrożeniu. Jak zatem można o nim mówić w tej sytuacji? Przecież nie ma żadnej różnicy między pakunkiem pozostawionym za zgodą sprzedawcy, a pakunkiem zostawionym przez samego sprzedawcę. Innymi słowy sprawa ta pokazuje, że jeśli ja sam osobiście w moim własnym sklepie postawię moją torbę, a jakiś idiota zadzwoni na policję, to mogę odpowiadać za "stworzenie zagrożenia" i iść do więzienia na osiem lat! Przecież to się w głowie nie mieści.

Kiedy "Nowy Ekran" strugał kretynów i podkładał "bomby" na "Centralnym", ja wyśmiewałem ich głupotę (tu i tam). Jakże naiwny był to śmiech. Okazało się, że redaktorzy NE mieli więcej szczęścia niż rozumu. Gdyby bowiem stało się było to, co według nich stać się powinno było, czyli ich "bagaż" kogoś byłby zaniepokoił, to pan Pietkun mógłby dziś swoje artykuły posyłać z więzienia. Ale kto sieje wiatr ten zbiera burzę. Jeśli wówczas bili na alarm, jacy jesteśmy zagrożeni i jakie śmiertelne niebezpieczeństwo kryje się w każdej pozostawionej bez opieki torbie, to tu jest świetny przykład, co się dzieje, gdy spełniają się nieprzemyślane życzenia.

Jarosław Barnaś przeprosił i wyraził skruchę. Za co? Przecież on nie zrobił nic złego! Otóż oskarżony jest nie o to, co zrobił, tylko o to, co komuś innemu wydawało się, że zrobił. Wyobraźmy sobie, że widzę pana Barnasia na ulicy i sobie myślę: "długie włosy, nieogolony, spojrzenie jakieś takie spode łba - jak nic morderca!". Dzwonię więc na policję i mówię przerażony, że zobaczyłem faceta, który chyba jest mordercą. Policja przyjeżdża i  zatrzymuje pana Barnasia. Śledztwo wykazuje, że nikogo nie zamordował, ale mimo to pan Barnaś staje przed sądem oskarżony o morderstwo tylko dlatego, że mnie się wydawało. Gdzie tu sens? A logicznie jest to dokładnie to samo. Przecież pan Barnaś oskarżony jest o spowodowanie zagrożenia, mimo, że jest JASNE, że żadnego zagrożenia nie spowodował.

Paragraf, na mocy którego postawiono to oskarżenie brzmi: Kto wiedząc, że zagrożenie nie istnieje, zawiadamia o zdarzeniu, które zagraża życiu lub zdrowiu wielu osób lub mieniu w znacznych rozmiarach lub stwarza sytuację, mającą wywołać przekonanie o istnieniu takiego zagrożenia, czym wywołuje czynność instytucji użyteczności publicznej lub organu ochrony bezpieczeństwa, porządku publicznego lub zdrowia mającą na celu uchylenie zagrożenia, podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8

Pan Barnaś ani  nikogo nie alarmował o zagrożeniu, ani nie próbował wywołać przekonania, że takie zagrożenie istnieje - przecież nawet otrzymał pozwolenie ekspedientki. Gdyby wywołał w niej przekonanie, że w torbie jest bomba, to musiałaby być idiotką, by zgodzić się na jej przechowanie. Gdzie zatem paragraf ten dotyczy pana Barnasia?

Powiedziałbym, że prokuratura nie ma żadnych podstaw i że ten proces to farsa, którą sąd zakończy w kilka minut, puszczając domniemanego zamachowca wolno i obsobaczając prokuraturę za zawracanie "gitary". Ale tego nie powiem. Za każdym bowiem razem, gdy piszę "głupiej być nie może", los, w postaci naszego państwa, zdaje się traktować to jako wyzwanie, czego efektem są takie "kwiatki", jak ten.

Życzę powodzenia panu Jarosławowi Banasiowi.

poniedziałek, 17 września 2012

Żeby życie miało smaczek...

Pan premier, Donald Tusk wystąpił był na Kongresie Kobiet. Jak się wlezie między wrony, trzeba krakać jak i one: poziom wypowiedzi premiera zrównał się z poziomem myślenia feministycznych aktywistek, czego efektem było, że jego słowa były jeszcze bardziej bezmyślne, niż zazwyczaj (sznurek).

Premier opowiedział się za tym, by listy wyborcze do parlamentu były budowane metodą "suwakową", czyli poprzez naprzemienne umieszczenie kobiet i mężczyzn. - Tak, aby te miejsca "biorące" były nie tylko dla facetów, tak jak to jest w większości partii do tej pory - podkreślił Tusk.

Jest to oczywiście wypowiedź seksistowska - premier wprowadza do polityki rozróżnienie płci, co w polityce nie powinno mieć miejsca. Polityka wybieramy ze względu na jego doświadczenie i obietnice, a nie ze względu na to, czy jest mężczyzną, czy nie. Ale to tylko drobne spostrzeżenie.

Bardzo łatwo w tej wypowiedzi przeoczyć dużo istotniejszą sprawę. Pan premier podważa podstawę demokracji jaką znamy, bo wprost sugeruje, że wyborcy nie głosują na najlepszych ich zdaniem reprezentantów swoich interesów, tylko że przy wyborze biorą pod uwagę takie rzeczy jak pozycja na liście (miejsca "biorące"), która nie powinna mieć żadnego znaczenia dla świadomego wyborcy. Ale pan Tusk słusznie tu zauważa, że większość wyborców to idioci. Przywykliśmy już do tego, że świadomego wyborcę nazywa się "błędem statystycznym".

Na koniec przytoczono też słowa premiera na temat myślozbrodni, pardón, "mowy nienawiści":

Kobiety często są ofiarami przemocy, nie tylko fizycznej, ale także słownej, są często upokarzane.

Zapoznając nas tym samym z nowym terminem "przemocy słownej" (naprawiacze pojęć będą mieli kiedyś pełne ręce roboty). Do tej pory przemoc wiązała się z użyciem siły fizycznej. Obecnie, gdy czytam wiadomość "...napastnik przemocą wtargnął do mieszkania...", to nie wiem, czy otworzył drzwi kopniakiem i władował się tam "na chama", czy tylko zwymyślał właściciela, żeby ten go wpuścił.

Myśl tę premier kończy słowami:

Mowa nienawiści, pogarda bardzo często odnosi się do ludzi nie tylko ze względu na ich rasę, czy przekonania polityczne, ale także ze względu na płeć czy role społeczne. (...) Dlatego wzbogaciliśmy ten projekt ustawy także o ściganie przestępstwa (...) ze względu na mowę nienawiści powstałą wskutek rozróżniania płci

Dokładnie tego samego rozróżnienia płci, które on (przemocą?) wprowadza do polityki.

piątek, 14 września 2012

Strzał w stopę

Po opublikowaniu przez JKM na blogu wpisu Para-olimpiada czyli paranoja, posypały się na niego gromy z obu stron. Przeciwnicy, jak to oni, zarzucali mu że jest faszystą i chce pomordować wszystkich niepełnosprawnych, a zwolennicy krytykowali go w obawie, że tą wypowiedzią "strzelił sobie w stopę" i że ludzie zupełnie się od niego odwrócą. Ci pierwsi to głupcy, więc trudno nawet się odnieść do tego, co mówią, ale ci drudzy, jak się okazuje, również byli w błędzie.

Wygląda na to, że rzeczony wpis nie tylko nie zaszkodził JKM ani jego partii, ale wręcz przysporzył im popularności. Co ciekawe, nie tylko sam wpis miał w tym swój udział, ale także, a może i przede wszystkim, to, co nastąpiło po nim, łącznie z ciosami wymierzonymi przeciwko JKM.

Wpis wywołał burzę i faktycznie w całym Internecie i mediach głównego nurtu zaroiło się od wypowiedzi krytycznych pod adresem autora. W rzeczywistości jednak ta sfora, która wiecznie ujada na prawicę, wcale się nie powiększyła - po prostu głośniej ujadała. Pojawiające się tu i ówdzie w Internecie głosy typu "teraz to już na pewno na niego nie zagłosuję", według mnie umieszczali ludzie, którzy i tak by nie zagłosowali. W najlepszym razie są to osoby, które mówią, że pomysły JKM są dobre, ale gdy przychodzą wybory to głosują na "mniejsze zło" i na "partię, która ma szansę". Więc ich głosów nikomu nie powinno być żal, bo to były tylko głosy "w gębie".

Czy wpis ten przysporzył JKM zwolenników? Nie sądzę. Ale szopka, którą urządziły media, mimo, że ich cel był przeciwny, tak. Dobrym przykładem może być tu program Tomasza Lisa, w którym bardzo mocno zarysował się kontrast między rozsądnie i merytorycznie wygłaszającym swoje opinie JKM, a chociażby Korwin-Piotrowską (która nawiasem mówiąc wbrew swoim deklaracjom przyszła do studia wymalowana i wyfarbowana), która w sposób chaotyczny wygłaszała jakieś frazesy bez żadnego pokrycia, czy prowadzącym, który odnosił się właściwie jedynie do formy wypowiedzi.

Liczy się treść, panie Lisie. Jeśli na przykład nie wiem, gdzie leży Zbuczyn, to mogę o to zapytać grzecznie, a mogę i po chamsku, ale nie zmienia to faktu, że nie wiem, czy Zbuczyn leży przy drodze krajowej, lokalnej, czy jakiej.

Oczywiście tę różnicę w poziomie dyskusji zauważyć może tylko człowiek rozsądny, ale, nie oszukujmy się, na głosy idiotów i tak JKM nie ma co liczyć. A czytałem wiele wypowiedzi osób, oburzonych sposobem prowadzenia tej debaty i wyrażających swoją sympatię dla Mikkego, który był w niej zaszczuty przez całkowicie pozbawione sensu i logiki wypowiedzi innych uczestników, a nawet kilka deklaracji typu "to otworzyło mi oczy, od teraz będę głosował na JKM"

Kolejną rzeczą, która wbrew oczekiwaniom wyszła Mikkemu raczej na dobre, było pomylenie dwóch kalekich parlamentarzystów, w wyniku czego JKM zbeształ nie tego co trzeba. Zamiast Markowi Plurze oberwało się Janowi Filipowi Libickiemu. Dzięki tej niefortunnej sytuacji JKM miał szansę pokazać, że jest człowiekiem, który bez wahania przyznaje się do popełnionego błędu, co jest cechą rzadką. Uważam, że przeprosiny jakie wygłosił w programie Tomasza Lisa były całkowicie wystarczające i medialnie wypadły bardzo dobrze.

Przy tej okazji pan Libicki, który postanowił sobie wypłynąć trochę na popularności JKM (co jest o tyle ciekawe, że wcześniej z lekceważeniem wyrażał się na temat jego popularności), zrobił z siebie kompletnego idiotę. Oto bowiem JKM szczerze przeprasza go, za potraktowanie grubym słowem, a ten oznajmia, że przeprosiny przyjmie dopiero wówczas, gdy JKM przeprosi za coś zupełnie innego i to nie tylko jego, ale inne osoby, które "obraził" swoim wpisem. Jest to oczywiście absurd i pan Libicki jedynie się ośmiesza.

To tak, jakbym na ulicy niechcący potrącił pannę Szczukównę i od razu zauważywszy to przeprosił za moją niezdarność, a ona powiedziała mi, że przyjmie przeprosiny za potrącenie dopiero wówczas, gdy na swoim blogu gorąco i z całego serca przeproszę za mój artykuł Feminizm a duże piersi wszystkie feministki, oraz wszystkie kobiety, które mój tekst "obraził". Gdzie Rzym, gdzie Krym?

Ale i tak myślę, że z medialnego punktu widzenia była to udana zagrywka ze strony pana Libickiego. Zrobił z siebie durnia przed garstką rozsądnych ludzi, ale jednocześnie głupia większość mu przyklaśnie, bo "postawił się Korwinowi". Tak, pan Libicki wypłynął nieco na fali popularności JKM.

Powyższe to tylko moje spostrzeżenia, mogę być oczywiście w błędzie. Ale faktem niezaprzeczalnym jest milczenie, które nagle nastało w mediach na temat wypowiedzi Mikkego. Telewizja TVN nawet nie wyemitowała nagranego już programu na ten temat, co najlepiej świadczy o tym, że Mikke wypadł w nim korzystnie. Dziś w Internecie nie znalazłem ani jednej wzmianki o wpisie JKM. Jest to najlepszy dowód, że sprawa ta przysparza mu popularności. Gdyby było inaczej, media rozpisywałyby się o tym namiętnie.

Ten "strzał w stopę" okazał się być genialnym zagraniem. Nie wiem czy zamierzonym - bardzo prawdopodobne, wszak Mikke to wyśmienity strateg - podejrzewam, że nie w pełni, trochę też mu się poszczęściło. Jedno jest pewne: Strzał w stopę był. Tylko w czyją!

sobota, 8 września 2012

Chińczyk zyskuje na dopłacaniu do interesu

Unia Europejska planuje obłożyć karnymi cłami chińskie panele słoneczne, bo są za tanie. Innymi słowy karze Chińczyków za to, że sprzedają Europejczykom tanie panele do pozyskiwania ekologicznej energii, którą ta sama Unia tak wychwala. Unia chce, żeby te panele były dla nas drogie (sznurek). To tak jakbym ja poszedł do szewca i zrobił mu awanturę za to, że jego buty są zbyt tanie.

Wszystko wzięło się stąd, że producenci paneli z Niemiec i Włoch nie są w stanie sprostać konkurencji chińskich firm oferujących panele taniej niż kosztuje ich produkcja. Chwilę dalej można przeczytać jednak, że firmy chińskie zbijają krocie na forsowanej przez europejskich polityków "zielonej energii". Chwileczkę! Czy to znaczy, że Chińczycy sprzedają towar drożej niż kosztuje jego wytworzenie, czyli dopłacają do interesu, dzięki czemu zbijają krocie?

Oczywiście nie - to jest manipulacja ze strony urzędników z Unii. To jest to, co przeciętny zjadacz telewizji ma zrozumieć - Chiny nas oszukują i jeszcze bezczelnie na nas zarabiają. Tymczasem prawdą jest, że Chińczycy sprzedają panele taniej niż kosztuje ich produkcja. Ich produkcja w Europie. Ale oczywiście po cenach wyższych, niż ich produkcja w Chinach - stąd ich zysk. Co ostatecznie dowodzi tego, że panele te można produkować taniej niż w UE.

A skąd ta dysproporcja? Jest oczywiście wynikiem bardzo wysokich kosztów pracy w krajach Unii Europejskiej w stosunku do krajów azjatyckich. Najlepszym rozwiązaniem byłoby oczywiście obniżenie tych kosztów, ale byłoby to równanie do lepszego, co całkowicie godzi w podstawę ideologiczną socjalizmu, którą jest równanie w dół, a dla pewności jeszcze niżej, żeby mieć spory margines.

Zamiast tego Unia woli wprowadzić karne cła, bo wówczas nie tylko nadal będzie pobierała sobie wcale pokaźne sumki z podatków płaconych przez europejskie przedsiębiorstwa pozbawione konkurencji, to jeszcze nażre się tych ceł, co to oby jej w gardle ością stanęły.

Oni pociesznie nazywają to walką z nieuczciwą konkurencją.

I właśnie takie działania Unii, nie składki, czy kary, które Polska płaci, tylko te przepisy, przez które nie możemy kupować tanich paneli, tanich zabawek, tanich ubrań, tanich żarówek, tanich termometrów, taniego prądu, taniej benzyny, taniego mleka itdz, sprawiają, że uczestnictwo w tym bajzlu spod dwunastu gwiazdek całkowicie nam się przestało już bardzo dawno opłacać.