niedziela, 4 sierpnia 2013

Kotlet z nosorożca

Jakiś czas temu zarzuciłem wędkę: zapytałem o przykład przepisu prawnego, który dyskryminowałby homoseksualistów. Bardzo dobrze wiedziałem na co za rzucam. Oczywiście, mimo bardzo burzliwej wymiany zdań pod wcześniejszym wpisem, który sprowokował całą dyskusję, nie złapałem żadnego konkretu. To jest domena postępowców - zero tolerancji, zero wzrostu, zero konkretów.

Owszem, istnieje zapis, że małżeństwo to związek kobiety i mężczyzny, zatem można powiedzieć, że prawo to dyskryminuje, ale nie homoseksualistów. Dyskryminuje kobiety względem mężczyzn oraz mężczyzn względem kobiet, bo faktycznie mają oni tu różne prawa. Ale ustawa ta nie rozróżnia ze względu na orientację seksualną. I homoseksualista, i heteroseksualista mają dokładnie takie samo prawo do małżeństwa.

Jeden z komentarzy mówi o tym, że ustawa ta uniemożliwia niektórym zawarcie związku małżeńskiego z "wybranką/kiem serca". Tak. Ale nie tylko homoseksualistom. Również pedofilom, zoofilom, nekrofilom, dendrofilom, bigamistom i tak dalej. Jeśli nazwiemy to niesprawiedliwością, to musimy również uczynić "sprawiedliwość" innym zboczeniom.

Nie mamy na szczęście tego problemu, ponieważ państwowa instytucja małżeństwa (która sama w sobie jest tworem idiotycznym), nie ma nic wspólnego z miłością. Nikt nie sprawdza, czy faktycznie kocham swoją narzeczoną i czy jest ona wybranką mojego serca.

Wiara, że instytucja małżeństwa dyskryminuje homoseksualistów bierze się z elementarnego błędu w rozumowaniu - że prawo powinno traktować każdą jednostkę indywidualnie, uwzględniając jej partykularne interesy, potrzeby, ambicje, zachcianki. Tak nie jest. Prawo ma być jednakowe dla wszystkich. Proponuję zastanowić się nad takim przykładem:

Moją ulubioną potrawą jest duszona polędwica nosorożca. Mój sąsiad zaś uwielbia podwawelską. Niestety, prawo jest tak skonstruowane, że ja nie mogę delektować się moim przysmakiem, a mój sąsiad może pochłaniać kiełbasę kilogramami. Czy ja jestem dyskryminowany?

Według środowisk postępowych najwyraźniej tak. I to gorzej niż homoseksualiści, bo, w przeciwieństwie do nich, nawet nie mogę wyskoczyć sobie na wyżerkę do Holandii. Ale tak nie jest, bo prawo traktuje i mnie, i sąsiada w dokładnie ten sam sposób. On też nie ma prawa jeść nosorożyny, tak samo jak ja mam pełne prawo napaść się podwawelską. To, co który z nas lubi nie może mieć dla ślepej sprawiedliwości żadnego znaczenia. I nie ma.

piątek, 2 sierpnia 2013

Zakalec

W SZA, "kraju wszelkich swobód" powraca niewolnictwo. Na wolnym rynku każda transakcja stanowi dobrowolną umowę pomiędzy stronami. Rynek, na którym jedna ze stron pod groźbą więzienia jest zmuszona do uczestniczenia w transakcji, to rynek niewolniczy. A kto jest panem?

Gdybym poszedł do cukierni i poprosił o upieczenie murzynka na moje urodziny, a cukiernik odmówiłby mi (na przykład nie uznaje idei urodzin - woli imieniny, albo nawet bez podania żadnej przyczyny), wówczas ja machnąłbym ręką i poszedłbym do konkurenta, który nie miałby z tym problemu. Trzy osoby są zadowolone.

Tak samo cukiernik nie mógłby mnie zmusić do zakupu jego wypieków.

Mógłbym oczywiście zgłosić sprawę do lokalnej gazety, jeśli zależałoby mi na tym, by zobaczyć jak redaktorzy tarzają się po podłodze ze śmiechu. Mógłbym też próbować straszyć cukiernika sądem i zmusić go do upieczenia tego cholernego murzynka, ale w najlepszym razie wymusiłbym zakalec z polewą zawierającą płyny ustrojowe cukiernika.

Jeśli jednak jestem gejem, to sprawa ma się zupełnie inaczej. Wówczas jestem panem, a cukiernik jest moim niewolnikiem - ma robić to co ja mu każę. Bo ja, jako człowiek wolny mam prawo wyboru cukierni oraz wypieku, a on, jako wredny heteroseksualny kapitalista nie ma prawa wyboru klienta. Robię raban na cały świat, a cukiernika posyłam na rok do więzienia (sznurek)! I absolutnie nie mam nic przeciwko płynom ustrojowym w polewie!

wtorek, 30 lipca 2013

Prawdziwe oblicze tolerancji

Już niemal każdego dnia geje - transseksualiści kogoś demoralizują, nazwą faszystą, zmuszą do nauki seksu w przedszkolu, lub chociaż powydzierają gęby i potańczą z gołymi tyłkami na "paradach", które ich zdaniem powinny się odbywać w każdym mieście. Są jak zaraza: wlezą wszędzie, każdą dziurą, a jeśli ktoś im się postawi, wyzywają od faszystów i moherów. Nie możemy dalej udawać, że to tylko zagubiona młodzież i ich specyficzna forma wyrażania młodzieńczego buntu.

Sfotografujemy mordę za mordą. Opublikujemy dane. Wywiesimy plakaty w miastach, dzielnicach , na ulicach – wszędzie tam gdzie żyją. Tam ich powiesimy, aby każdy widział z imienia i nazwiska kto jest zboczeńcem. Będziemy na nich pluć, wsadzać do więzienia, gnębić w miejscu pracy. Niech czują się słabi, niech się boją. Wyśmiejemy ich, ich znajomych, ich bliskich. Udzielimy pomocy każdemu kto padnie ofiarą ich molestowania.

Wiem - to bulwersujące! To na granicy. Ale nie ma wyjścia, bo oni nie przestrzegają reguł, więc i my musimy być bezwzględni.


Jajogłowi typu Pawłowicz, Mikke, czy Cejrowski nie dadzą rady. Trzeba im pokazać ścieżkę, inaczej brudny, agresywny rozkład moralności weźmie całość naszego życia. A na to nie ma zgody, Trzeba zmierzyć się z problemem, nim nie będzie za późno!
(J. Pijemysz)

Powyższe to przykład mowy nienawiści i nietolerancji. Poniżej podaję przykład mowy miłości:

Już niemal każdego dnia faszyści - narodowcy coś lub kogoś podpalą, pobiją, zagrożą, lub chociaż powydzierają gęby i poprzerywają spotkaniach, które ich zdaniem nie powinny się odbywać. Są jak pluskwy: poukrywani, pochowani, ale jeśli dać im żer, wyłażą z tych swoich szpar i nagle jest ich pełno. Nie możemy dalej udawać, że to tylko trudna młodzież i ich specyficzna forma wyrażania młodzieńczego buntu.

Sfotografujemy mordę za mordą. Opublikujemy dane. Wywiesimy plakaty w miastach, dzielnicach , na ulicach – wszędzie tam gdzie żyją. Tam ich powiesimy, aby każdy widział z imienia i nazwiska kto jest faszystą. Będziemy na nich pluć, wsadzać do więzienia, gnębić w miejscu pracy. Niech czują się słabi, niech się boją. Wyśmiejemy ich, ich znajomych, ich bliskich. Udzielimy pomocy każdemu kto padnie ofiara ich przemocy.

Wiem - to bulwersujące! To na granicy. Ale nie ma wyjścia, bo oni nie przestrzegają reguł, więc i my musimy być bezwzględni.


Jajogłowi typu Tusk , Sienkiewicz, czy Michnik nie dadzą rady. Trzeba im pokazać ścieżkę, inaczej brudna, agresywna mowa weźmie całość naszego życia. A na to nie ma zgody, Trzeba zmierzyć się z problemem, nim nie będzie za późno!
(J. Palikot)

Bardzo podobne, ale proszę nie dać się nabrać! Pierwszy przykład to skrajnie agresywny atak na obywateli o odmiennej orientacji seksualnej. Przykład drugi to pełen wrażliwości i tolerancji wyraz zaniepokojenia pewnymi poglądami, które mogą ranić uczucia innych.

Najwyraźniej pan Palikot, któremu oklapł był słupek sondażowy, podpatrzył Mikkego, któremu popularność rośnie za każdym razem, gdy bez zbędnego owijania w bawełnę powie coś radykalnego. Różnica jest taka, że JKM nie udaje przy tym, że jest tolerancyjny.

piątek, 26 lipca 2013

Sikanie w majtki

Komentator podesłał mi kolejny pomysł postępowców, tym razem szwedzkich, podając jednocześnie w wątpliwość autentyczność tej informacji. Natknąłem się na tę wiadomość parę miesięcy temu i sprawdziłem ją. Z tego co pamiętam, informacja ta jest prawdziwa, ale dotyczy nie całej Szwecji, jak sugeruje tytuł polskiego artykułu, ale tylko siedziby samorządu lokalnego jednego z landów - w budynku miały zniknąć pisuary, a męscy radni mieli siusiać na siedząco.

Ale jeśli w trzystutysięcznym Södermanlandzie znalazł się idiota, który wpadł na taki pomysł, to prędzej czy później idiota taki znajdzie się i w pięciusetmilionowej Unii Europejskiej.

Jak w ogóle egzekwować ten przepis? Założyć monitoring w kabinie, by kontrolować, czy jakiś buntownik nie siusia na stojąco do sedesu? A może po prostu sufit w kabinie instalować na wysokości półtora metra?
Pomysłodawcą tego projektu musiała być kobieta, bo wykazała się całkowitą nieznajomością problemu od strony mężczyzny. Tu nawet nie chodzi o jego wygodę. Otóż mężczyzna, nawet najbardziej tolerancyjny i postępowy, miewa problemy z całkowitym opróżnieniem pęcherza w pozycji siedzącej. Zatem, by zachować równość należałoby nakazać także kobietom wstrzymywanie podczas siusiania ostatnich kilku kropli i uwalnianie ich dopiero po wstaniu z sedesu i naciągnięciu majtek. Skoro my mamy chodzić z plamą na bokserkach, to i paniom nie powinno być zbyt sucho, prawda? Równość to równość.

Co ja mówię! W ogóle zrezygnujmy z toalet i sikajmy tylko w majtki, żeby nie dyskryminować niemowląt.

Przede wszystkim mamy tu do czynienia z elementarnym błędem w toku myślowym. To, że panowie siusiają na stojąco, a panie nie, nie wynika wszak z tego, że prawo kobietom zabrania. Wynika z anatomii ciała człowieka. Ten pomysł to po prostu zakazywanie komuś robienia czegoś tylko dlatego, że ktoś inny nie posiada do tego zdolności.

Mój sąsiad nie potrafi położyć kafelków, zatem i mnie powinno się tego zabronić, oraz oczywiście wszystkimi innym, w szczególności kafelkarzom. Nie każdy potrafi śpiewać - zamiast cieszyć się głosem tych, którzy potrafią, lepiej zakazać wszystkim, by nie dyskryminować tych którym słoń nadepnął na ucho. Należy też wszystkim powydłubywać oczy, by nie ranić uczuć ślepców. To tylko kilka oczywistych konsekwencji tego rozumowania, które jest najprostrzą drogą, by cofnąć nas do epoki kamienia, albo i wcześniej, bo nie każdy ma zdolności kamieniarskie.

Ale też to jest filozofia postępowców. Nasza cywilizacja rozwinęła się dlatego, bo wykorzystywaliśmy to, co w każdym najlepsze. Genialny matematyk, wspłpracując z genialnym architektem i genialnym inżynierem budowali akwedukty, mosty i drapacze chmur. Cywilizacja jest iloczynem naszych najlepszych cech i umiejętności. U postępowców odwrotnie - równają wszystkich w dół. "Cywilizacja" postępowców to suma najgorszych cech, a ci ponadprzeciętni, zdolni i ambitni to faszyści, szowiniści i nietolerancyjni, których należy "sfotografować morda za mordą i gnębić".

Pocieszeniem jest to, że ta idealna cywilizacja postępowców nie przetrwa jednego pokolenia. Wszak skoro mężczyzna nie może siusiać na stojąco, by nie ranić uczuć kobiety, to zbrodnią przeciwko równości byłoby pozwolenie kobiecie na urodzenie dziecka.

środa, 24 lipca 2013

Postępowa drużyna żeńska

W Kalifornii planowane jest wprowadzenie nowego prawa, które ma umożliwić nastolatkom z problemem identyfikacji płciowej korzystanie z łazienek i przebieralni, a także członkostwo w drużynach sportowych przeznaczonych dla płci przeciwnej.

Łazienki i przebieralnie, a zwłaszcza te drugie, to wspaniałe pole do nadużyć. Umożliwienie chłopcom uczestniczenia we wspólnym prysznicu z dwudziestoma nagimi nastolatkami to ukłon prawny nie tylko w stronę transwestytów, ale też każdego młodzieńca, głównie zaś tych seksualnie wyważonych. Konsekwencją wprowadzenia tego prawa byłoby to, że wkrótce okazałoby się, że większość chłopców to dziewczęta uwięzione w męskim ciele, a większość dziewcząt nie kąpie się po lekcji WFu. Albo, co biorąc pod uwagę mentalność dominującą wśród dzisiejszej młodzieży, czas ten zostałby wykorzystany na orgie młodocianych, co zapewne ucieszy postępowców. Nastolatki powinny mieć przecież zapewnione miejsce i czas na eksplorowanie swojej seksualności.

Powyższy mechanizm to tylko zdjęcie barier cywilizacyjnych dla naturalnych instynktów. Do dużo bardziej interesujących wniosków można dojść tam, gdzie dodatkową motywacją są pieniądze, jak to ma miejsce w przypadku szkolnych drużyn sportowych.

W SZA szkolne ligi sportowe, nawet szkół średnich, skupiają bardzo wiele uwagi. Ludzie obstawiają na nie duże pieniądze, dobre wyniki są ogromną szansą na lepsze studia i karierę. Drużyny naprawdę mają się o co bić. W chwili, gdy tylko umożliwi się uczestnictwo chłopców w drużynach dziewczęcych, z dnia na dzień wszystkie dziewczęta zostaną zastąpione "transwestytami" (czyli normalnymi chłopakami udającymi "ciepłych" na potrzebę sytuacji). Kropka. Bo oni będą szybsi i silniejsi od dziewcząt. A każdy konserwatywny trener, który na to nie pójdzie, straci pracę. Nie za to, że nie jest postępowy - za to, że jego żeńska drużyna żeńska natychmiast spadnie na sam koniec rankingu, nie mogąc konkurować z męskimi drużynami żeńskimi.

Zaniknie całkowicie podział na drużyny żeńskie i męskie. Szkoły będą miały po dwie męskie drużyny, które tylko formalnie będą grały w dwóch różnych ligach, transwestyckiej i nie-transwestyckiej. Jakoś strasznie mnie to nie martwi samo w sobie, bo dziewczęta mają o wiele więcej innych aktywności, w których mogą się realizować dużo lepiej od mężczyzn niż w sporcie. Ale jednak martwi mnie to, że będzie dużo głupiej, a ludzie normalni będą zmuszeni do udawania, że wszystko jest w porządku.

Pamiętajmy, że nie wszyscy postępowcy są skończonymi idiotami. Część z nich doskonale sobie zdaje sprawę z tego i już widzi ciąg dalszy, czyli bohaterską walkę z tym problemem. Po pierwsze będzie to wprowadzenie parytetów w drużynach żeńskich - przynajmniej połowa składu drużyny żeńskiej będą musiały stanowić dziewczęta. Oczywiście na początku będą one tylko grzały ławki, dopóki nie wprowadzi się kolejnego parytetu: 30 procent osób uczestniczących w dowolnym momencie w grze w drużynie żeńskiej to będą musiały być dziewczęta.

Niedługo potem ktoś wpadnie na pomysł, że przecież znowu wróciliśmy do tego, że transwestyta jednak jest traktowany jako mężczyzna w drużynie żeńskiej, a przecież nie powinien. I tak dalej, i tak dalej. Jak widać jest to problem, który będzie trwał w nieskończoność, więc jest niekończącą się możliwością do wykazywania się bohaterską walką. Genialne.

Genialne ze strony postępowców-złodziei. Ze strony postępowców-pożytecznych idiotów tylko demaskuje całkowity brak wyobraźni.

Niestety przeciętny wyborca postępowej lewicy widzi tylko, że fajnie byłoby ułatwić życie biednym transiom. Nie widzi żadnych konsekwencji. To jest jak gra w szachy z kimś, kto widzi tylko sytuację na szachownicy teraz, a nie jest w stanie zobaczyć nawet na dwa ruchy naprzód. Triumfalnie szachuje hetmanem, nie widząc tego, że postawił go właśnie na polu kontrolowanym przez trzy figury oponenta.

Ktoś uczciwy (bo wielu postępowców jest uczciwych, ale naiwnych) kto ma dość wyobraźni, by zobaczyć te konsekwencje, albo chociażby tylko ich część, natychmiast przejrzy jak głupi jest to plan, podobnie jak wszystkie inne tego typu pomysły. Ale wtedy też natychmiast musiałby przestać być zwolennikiem postępu. Niestety wyobraźnia jest domeną tylko ludzi wolnych.

sobota, 22 czerwca 2013

Ratowanie Murzyniątek to rasizm

Zastanowił mnie artykuł na portalu JKM o czarnoskórej profesor Uniwersytetu Pensylwanii Salamishy Tillet, która twierdzi, że Izba Reprezentantów, która przegłosowała zakaz aborcji po 20 tygodniu ciąży, to rasiści.

- Ciała kobiet, a szczególnie ciała białych kobiet są kluczowym elementem do reprodukcji białości, białej supremacji i białego przywileju - dodała czarnoskóra profesor.

Od razu coś mi tu nie zagrało. Dałbym głowę, że niechciane ciąże są większym problemem wśród czarnych, niż wśród białych. Prędko więc wgóglałem hasło "african american abortion" i jedną z pierwszych stron była strona organizacji Ludobójstwo Czarnych, która z kolei sprzeciwia się aborcji właśnie dlatego, że zagraża ono populacji Murzynów!

Strona podaje, że stosunkowa liczba zabiegów aborcji w populacji Afroamerykanów jest ponad pięciokrotnie wyższa niż wśród Euroamerykanów.Wprawdzie biorąc pod uwagę to, że obecnie 13 procent kobiet SZA to Murzynki, to wciąż zabijanych jest więcej białych dzieci, niż czarnych. Należy jednak pamiętać, że nie mówimy tu o liczbach bezwzględnych, tylko o relacji między tymi populacjami, a zakaz aborcji działa tu na korzyść czarnoskórych w tej relacji.

Niebawem pani Tillet ogłosi, że działalność Ku-Klux-Klanu sprzyjała populacji Murzynów.

Prawda jest taka, że postępowcy z uporem wariata każdą debatę potrafią sprowadzić do rasizmu, nietolerancji, homofobii (swoją drogą ciekawe, że jeszcze nie nazwali zakazu aborcji homofobiczną, bo przecież ma na celu ratowanie dzieci poczętych w wyniku stosunków heteroseksualnych), lub bezpodstawnie nazywają dyskutanta faszystą i przyrównują do Hitlera. Wszystko, byle nie musieć walczyć z argumentami i faktami.

Na koniec odwiedziłem stronę podawaną we wspomnianej notatce jako źródło. Okazało się, że na tę samą rzecz uwagę zwraca Kristen Powers, konsultantka Fox News (co ciekawe - demokratka):

Biały rasista właśnie popierałby aborcję. [...] Jeśli jesteś przeciwnikiem aborcji, niesłusznie zostaniesz nazwany rasistą.

Artykuł kończy bardzo trafne pytanie pani Powers:

Czemuż po prostu nie mogą pogodzić się z tym, że istnieją ludzie, którzy wierzą, że nie powinno się usuwać ciąży po 22 tygodniu?

Ja powiedziałbym "w ogóle", ale w ustach demokratki, to nawet te 22 tygodnie brzmią stosunkowo "rozsądnie".

piątek, 21 czerwca 2013

Syzyf na krzywej Laffera

Sporo już byłem pisałem o tak zwanej krzywej Artura Laffera. Jest to na tyle prosta koncepcja, że rozumnej osobie można ją przedstawić w trzech zdaniach, a dla mniej rozumnych to co do tej pory o niej powiedziałem powinno być aż nadto. Jest jeszcze jedna ważna rzecz, o której należy pamiętać - krzywa Laffera ilustracja pewnego zjawiska, a nie jest wzorkiem dla pazernych rządów do "trzaskania kasiorki".

Ministrowie finansów i inni "specjaliści" od gospodarki, którzy ignorują wnioski, jakie przedstawił Laffer to źli specjaliści. Ale wcale nie są dużo gorsi od tych, którzy koncepcję tę znają, rozumieją i wykorzystują do zwiększenia efektywności kradzieży fiskalnej. Wielu z nich mylnie uważa, że pan Laffer swoje spostrzeżenie przedstawił po to, by pomóc im znaleźć warunki dla maksymalizacji wpływów do budżetu państwa. Są w błędzie, a błąd ten jest bardzo szkodliwy i dla obywateli i dla gospodarki.

Państwo nie jest firmą komercyjną, której celem jest jak najwyższy zysk. Państwo jest gospodarzem - dlatego mówimy o "gospodarce". A gospodarz poszukuje najkorzystniejszych rozwiązań dla swoich potrzeb - czyli najlepszych za stosunkowo najniższą cenę. Nie może być rozrzutnym - nie może pozwolić sobie na kupowanie rzeczy niepotrzebnych, ani na przepłacanie.

Jak działa zły gospodarz? Zły gospodarz płaci za coś czego zupełnie nie potrzebuje - na przykład zatrudnia dziewiątego wiceministra, podczas gdy na razie nie do końca wiadomo, czym ma zajmować się kolejny wiceminister. Zły gospodarz zadłuża się bez opamiętania (oba sznurki z ostatnich paru dni), zły gospodarz żyje ponad stan.

Dobry gospodarz to taki, który wie, jakie usługi i towary niezbędne są do utrzymania jego rodziny i na początku miesiąca planuje budżet: tyle wyda na czynsz, tyle na jedzenie, tyle na transport... A to co zostanie, pozostaje do dobrowolnej dyspozycji jego i domowników.

I tak powinien działać resort finansów. Jasno określić wydatki KONIECZNE do utrzymania państwa i zaplanować podatki tak, aby uzyskać na to pieniądze i ani grosza więcej, tudzież z niewielkim marginesem, który niewykorzystany zostanie uwzględniony przy planowaniu budżetu na następny okres. W przypadku prostego systemu podatkowego, zaplanowanie tego to w dużej części prosta arytmetyka. W przypadku systemu podatkowego opartego na podatkach dochodowych i podatkach od konsumpcji jest to nieco bardziej skomplikowane i tu z pomocą przychodzi spostrzeżenie Laffera. Zadanie rządu polega na tym, by znaleźć sposób opodatkowania realizujący oczekiwane wpływy na wstępującej części krzywej Laffera.

Laffer podzielił się swoim spostrzeżeniem nie po to, by pan Rostowski kombinował i szukał maksimum na krzywej, tylko po to, żeby wiedział, że często niższe podatki są lepsze do realizacji zadań państwa.

Ktoś powie, że to słuszna uwaga, ale nie w sytuacji, gdy RP jest zadłużona - w tej sytuacji trzeba maksymalizować wpływy z podatków, aby jak najszybciej zmniejszać dług. Problem w tym, że ten dług się nie zmniejsza. Licznik Balcerowicza się nie cofa, tylko prężnie zasuwa do przodu. Ale nie przez niskie wpływy z podatków. I nawet gdyby wpływy te były wyższe, to już oni znaleźliby sposób, jak je roztrwonić.

Nie dziwmy się, że dług rośnie. I dług ten nigdy nie zostanie spłacony, dopóki nie zrewiduje się tych zadań.

A kiedy już się zacznie prowadzić państwo po gospodarsku, to spłata tego zadłużenia wcale nie będzie taka straszna i dosyć szybko się z nią uporamy, nawet bez wdrapywania się na szczyt krzywej Laffera. Bo póki co, to ministra Rostowskiego interesuje tylko ten "szczyt", do którego za wszelką cenę chce się drapać, ale cóż z tego, skoro na podróż zabrał bagaż, którego nie jest w stanie tam dotoczyć.