Nie chcę wypowiadać się na temat samego ACTA, bo go nie znam. Po kilku stronach lektury nie mogłem już wytrzymać tego bełkotu wieśniaka, który udaje profesora.
Oczywiście patenty są potrzebne. Wynalazek jest dziełem czyjejś pracy, za którą oczywiście, o ile wynalazek jest dobry i potrzebny, należy się nagroda. Nagrodą tą jest wyłączność praw do tego wynalazku, a zatem i na zarabianie na nim. A skąd wiadomo, że jest dobry i potrzebny? Właśnie dlatego, że zarabia.
Część wynalazków powstaje przypadkiem, część z pasji, a spora część dla zysku. Gdyby nie patent postęp techniczny byłby wolniejszy o tę trzecią grupę i sporą część pierwszej, która bez zachęty nigdy nie ujrzy światła dziennego. Zatem istnienie patentu stymuluje ten postęp. Motywuje do pracy, bo jak już wpadnę na jakiś pomysł - to chcę być pierwszym, bo tylko pierwszy zarobi.
Z drugiej strony niepotrzebne przeciąganie trwania patentu też nie jest dobre. Nie chcę się wdawać w dyskusję, czy okres ochrony patentu powinien trwać pięć, siedem, jedenaście czy piętnaście lat. Na pewno nie kilkadziesiąt. Okolice dekady, a nawet trochę krócej, wydają się bardzo rozsądnym okresem, z kilku przyczyn.
Po pierwsze człowiek z głową na karku, a wynalazca na ogół taka posiada, w dziesięć lat jest w stanie na dobrym pomyśle dorobić się bardzo przyzwoitych pieniędzy. Po drugie, wynalazca, który ma patent na dwadzieścia pięć lat rozleniwia się - po co ma pracować nad czymś nowym, skoro ciągle świetnie żyje ze starego?. Jeśli zaś patent trwa dziesięć lat, to ma te dziesięć lat, by wymyślić coś nowego, co mu zapewni utrzymanie przez następną dekadę. Po trzecie zbyt długa ochrona hamuje rozwój, bo jeśli profesor Ciekawski ma patent na elektryczność, którym nie chce się dzielić, a docent Doświadczalski wymyśli jak ją zastosować do oświetlenia, to przez następne ćwierć wieku ludzie używają lamp naftowych, nie wiedząc nawet, że można inaczej, a w tym czasie inny wynalazca, który mógłby wymyślić przenośną latarkę umrze ze starości. Postęp który mógłby dokonać się w ciągu kilkudziesięciu lat ciągnie się wiekami.
Kategorycznie nie zgadzam się z Kirą, gdy pisze:
Praw autorskich nie trzeba znosić całkowicie. Ale nie powinno być tak, że ktoś wymyśli formułę leku i ją opatentuje.
Oczywiście jej podejście jest bardzo szlachetne i wynika zapewne z najpiękniejszych pobudek, ale jest bardzo krótkowzroczne. Kira widzi tutaj wynalazcę, jego wynaleziony już lek i chorego. Jeśli chory za ten lek nie zapłaci bardzo wysokiej ceny to umrze. I to jest oczywiste, bo to widać. Ale wiele wynalazków medycznych powstaje właśnie dlatego, że można na nich zarobić i wiele z nich w ogóle by nie powstało, gdyby istniał zakaz patentowania leków. I tego Kira nie widzi. Ma rację, że dziesięć lat czekania na tani lek nie jest "pikusiem". Ale dużo lepiej jest mieć dziś drogi lek, a za dziesięć lat tani i powszechny, niż czekać nie wiadomo jak długo, aż ktoś szlachetny wpadnie na podobny pomysł i rozda go za darmo. Dużo lepiej, gdy przez dziesięć lat lek uratuje stu bogaczy, a po wygaśnięciu patentu tysiące ludzi rocznie, niż gdyby go w ogóle nie było.
Ci, którzy pracują nad lekiem z czystej potrzeby pomocy innym i bezinteresownie, i tak udostępnią go za minimalne wynagrodzenie, czy będą mogli go opatentować, czy nie. Ci, którzy robią to dla pieniędzy, pozbawieni możliwości zarobienia, zaczną zamiast tego produkować perfumy, albo środki na prusaki, bo konkurowanie w pracy nad lekiem na raka przestanie się opłacać. Więc lepiej będzie, jeśli pozostawimy im prawo wyboru.
Ponadto, jeśli ktoś wynajduje skuteczne lekarstwo na ciężką chorobę, to zasługuje na nagrodę, bo nie zapominajmy, że on jest tym dobrym - to choroba zabija, a nie on, czy jego patent.
Uważam, że podobnie powinno być z wszelkimi prawami autorskimi, również dotyczącymi artystów, czy informatyków. Tutaj tym bardziej nie ma potrzeby wieloletniej ochrony. Z przebojów muzycznych, czy filmów, które dziś są hitami kasowymi, za dziesięć lat będziemy pamiętać tylko garstkę. Pojawią się nowi wykonawcy, nowi artyści, nowe efekty specjalne - nie będzie zbyt wielkiego popytu na "piratowanie" dzisiejszej twórczości, a tym bardziej na jej zakup. Podobnie z programami komputerowymi - czy ktoś jeszcze dziś używa oprogramowania sprzed 2002 roku? Ja jeszcze mam wprawdzie Windows XP, ale jeśli miałbym sobie dziś coś nielegalnie instalować, to i tak poszedłbym w "Siódemkę".
Skończonym idiotyzmem zaś jest ściganie piractwa z urzędu. Producenci często nie tylko biorą piractwo pod uwagę w swojej działalności, ale także odnoszą na nim korzyści, dzięki zwiększonej popularności swojego produktu. Jak Kage słusznie zauważył, wiele osób, zanim kupi płytę z muzyką, lubi sobie pobrać kilka pirackich próbek. Przy obecnych cenach albumów młodzieży, a więc bardzo ważnej grupy z punktu widzenia przemysłu fonograficznego, nie stać na kupowanie płyt bez ich "sprawdzenia". Oni, jeśli coś kupują, to muszą mieć pewność, że to dobry wydatek. A producent odbije sobie to na koncercie, gadżetach, albo jak młodzież ta zacznie pracować i będzie miała pieniądze. Sam obecnie kupuję dużo albumów, które słuchałem jako nastolatek z lewych kaset kupionych na "Stadionie". Gdyby piractwa nie było, to wprawdzie twórcy nie byliby okradani, ale prawdopodobnie zarabialiby dużo mniej.
Podobnie jest z programami komputerowymi. Młodzież uczy się pracować często na piratach. Na wiele programów można zakupić tańszą licencję do nauki, ale to też często nie są pieniądze na kieszeń studenta. Ja na swoich studiach pracowałem w programie do kreślenia AutoCAD. W szkole mieliśmy może tuzin stanowisk z licencją - absolutnie za mało do potrzeb. Każdy z nas miał więc w domu pirata.. Czy zaszkodziliśmy firmie AutoDesk? Nie.
Gdybyśmy nie mieli piratów i tak nikt by nie kupił licencji, bo była potwornie droga, nawet ta dla studentów. Najwyżej pracowalibyśmy na jakimś starym polskim "zamienniku", ładowanym z dyskietki 5¼", albo kreślili wszystko ręcznie. AutoDesk i tak nie zarobiłaby na nas ani grosza. Ale po jakimś czasie, studia skończyliśmy i na rynek trafiło kilkadziesiąt osób, które ktoś zatrudnił i dla których ten ktoś zakupił pełne licencje na program - oczywiście programu, który znają bardzo dobrze.
Podobnie jest z Microsoftem. Ktoś kto idzie dziś do pierwszej pracy ma w małym paluszku cały pakiet MS Office. Gdyby pan Gates był tak zaborczy, jak śp. pan Jobs, to większość małych i średnich firm pracowałaby na Linuksie i guzik by z tego miał. I jestem przekonany, że producenci software'u dobrze o tym wiedzą. Nie chwalą tego procederu głośno oczywiście, ale cieszą się, że istnieje.
Oczywiście powinna być możliwość wniesienia sprawy cywilnej przez posiadacza praw autorskich - każdy powinien móc samemu ocenić, czy mu się drobne piractwo opłaca, czy nie. Ale wydawanie pieniędzy podatników na ściganie z urzędu nastolatki która chce sobie powiększyć pupę w Photoshopie to marnotrawstwo i głupota. Zwłaszcza, że Adobe może wcale nie czuć się pokrzywdzoną.
Mój dziadek opowiedział mi piękną anegdotę. Przed wojną koło jego szkoły w Przemyślu stał sklepik prowadzony przez sędziwego Żyda. Zeszyty, ołówki, koperty - dzisiaj powiedzielibyśmy "papiernik". Mój dziadek często chadzał tam z kolegami po szkole. W rogu sklepu, niezbyt widocznym zza lady, stał stojak z różnymi widokówkami, bardzo pięknymi na tamte czasy, z różnymi miastami z całego świata. Chłopaki, jak to chłopaki - kiedy właściciel nie patrzył, podkradali mu te widokówki.
Po maturze, mój dziadek wybrał się do tego sklepu z butelką koniaku. Wręczył ją właścicielowi i opowiedział mu o tym podkradaniu, przeprosił, powiedział, że mu głupio. Żyd wyjął spod lady dwa kieliszki, nalał do nich trunku, podał jeden mojemu dziadkowi, uśmiechnął się szczerze i powiedział:
Panie Wiktorze, pan nadal myśli, że ja nic nie widziałem? Ja przecież specjalnie te widokówki wystawiam w tym rogu, żeby młodzież do mnie przychodziła.
Gdyby policja z urzędu ścigała wówczas "złodziei" widokówek, straciliby na tym i podatnicy, i chłopaki, i stary Żyd.