Pokazywanie postów oznaczonych etykietą unia europejska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą unia europejska. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 7 stycznia 2014
No smoking!
Unia Europejska ma w tym roku "rozprawić się" z produktami wędzonymi. Oficjalną przyczyną są względy zdrowotne. Prawdziwą przyczyną jest oczywiście łapówka od wielkich koncernów wędliniarskich, które swoich "wędlin" nie wędzą, tylko nurzają w chemikaliach. Te sztuczne substancje, zdaniem euroekspertów, oczywiście są dużo zdrowsze od naturalnego dymu drzewnego.
O absurdalności tego zakazu szkoda pisać, bo jest oczywisty. Napiszę o hipokryzji.
Nie znam przypadków zachorowań wskutek spożywania tradycyjnych świeżych wędlin, ale nie jestem znawcą, być może się zdarzają. Natomiast wiem na pewno, że istnieją przypadki poważnych chorób a nawet śmierci w wyniku praktyk nie tylko całkowicie dozwolonych przez Unię (i bardzo dobrze że są dozwolone, o ile nie szkodzą osobom trzecim), ale wręcz promowanych przez jej postępową agendę. Zachorowanie na AIDS w wyniku homoseksualizmu jest dużo większym ryzykiem, niż jedzenie wędlin, a ofiary śmiertelne są znane, również wśród celebrytów. Legalność, a wręcz gloryfikacja pierwszego przy zakazie drugiego powinny raz na zawsze rozwiać wątpliwość, czy naszym właścicielom rzeczywiście chodzi o nasze zdrowie.
Chodzi o pieniądze od wielkich producentów sztucznego i trującego mięsa. A jeśli przy okazji można upodlić obywateli, to tylko plus.
Ja już przydomową wędzarenkę postawiłem. Czytelnikom, którzy mają warunki do tego, polecam to samo, bo za parę lat w sklepach będą już tylko sztuczne wióry z przemysłowej taśmy produkcyjnej, jak w filmie Klaudiusza Zidi z Ludwikiem de Funésem, "Skrzydełko czy nóżka".
środa, 4 grudnia 2013
Wyparowujące pieniądze
Mówi się, że różnica między kobietą a mężczyzną na zakupach jest taka, że mężczyzna zapłaci 200 złotych za rzecz o wartości rynkowej 50 złotych, jeśli będzie mu ona bardzo potrzebna, a kobieta kupi całkowicie niepotrzebną jej rzecz, jeśli została ona przeceniona z 200 złotych na 50. Społeczeństwa i rządy niewieścieją i fakt ten wykorzystuje ZSRE.
Polskie (i nie tylko) miasta i gminy wydają ogromne pieniądze na idiotyczne i nikomu niepotrzebne projekty, ale robią to bardzo ochoczo i z dumę, bo dzięki unijnej kasiorce płacą zamiast powiedzmy 900 tysięcy złotych za "infokioski", ledwie trzecią część tej kwoty. I to wielki sukces. Nikt nie zwróci uwagi na to, że nawet te trzysta tysiący, to idiotyczna cena za to, czego nikt nie używa.
Rozmowa, nie do końca fikcyjna, dwóch przyjaciółek po zakupach w galerii handlowej:
- Zobacz, jaką sobie piękną torebkę na przecenie kupiłam!
- Piękna! Teraz pewnie nie będziesz chciała już żadnej innej nosić!
- Właściwie to nie, do niczego mi nie pasuje i jest nieporęczna, ale jaka okazja!
Dlaczego ją kupiła? Bo kupowała za pieniądze męża. Podobnie z tymi nietrafionymi projektami. Samorządy wydają na nie pieniądze, których same nie zarobiły, bo pracowali na nie mieszkańcy. A jedynym uzasadnieniem zakupu jest to, że dzięki Unii są one tańsze niż normalnie. Pytanie o zasadność zakupu jest zbędna.
Ale mimo wszystko przyjaciółka i tak postępuje rozsądniej, bo niższą cenę za torebkę płaci kosztem pomniejszonego zysku butiku, tymczasem za niepotrzebne fontanny, muzea, biblioteki współfinansowane z pieniędzy unijnych kto płaci? Unia, czyli kto? "Ja płacę, pan płaci... Społeczeństwo!". Przecież budżet unijny to te pieniądze, które "państwa" członkowskie płacą w składce ze swoich budżetów, a tam one też nie biorą się z ciężkiej pracy urzędników, tylko z podatków. A na samym końcu bilans i tak musi się zgodzić.
Zatem katowickie infokioski były finansowane dwiema drogami. Jedna szła tylko przez kasę katowicką, a druga przeszła przez Katowice, Warszawę i Brukselę. A każdy taki etap to prowizja dla popychających te pieniądze biurokratów. W efekcie Katowice wyszłyby na tym dużo lepiej, gdyby całość zapłaciły z własnej kieszeni. Problem tylko w tym, że te 300+ widać, a tych 600+++ nie widać - spadają z nieba. Deszcz też spada z nieba, ale każde dziecko z lekcji środowiska w szkole podstawowej wie, że ta woda najpierw musi skądś wyparować.
Jestem pewien, że gdyby władze miasta Katowice dostały ofertę postawienia tych infokiosków za jedyne 300 tysięcy bez pomocy unijnej, to tych pieniędzy by nie wydały. Wydano je tylko dlatego, że stworzono pozór niepowtarzalnej okazji, ten sam, na który dała się złapać przyjaciółka, która kupiła zupełnie niepasującą jej do niczego torebkę.
Efekt końcowy jest taki, że Katowice nie zyskały, ani nie zaoszczędziły 600 tysięcy, jak to zwykło się mawiać o podobnych "sukcesach". Katowice wydały na coś niepotrzebnego 300 tysięcy złotych! (A oprócz tego my wszyscy zrzuciliśmy się na unijne "600 tysięcy" wydane na projekt nie warty połowy tych pieniędzy.)
Prawda jest taka, że przyjaciółka wydała pieniądze męża nie na torebkę, tylko na poczucie satysfakcji, że udało jej się ją "upolować". Podobnie urzędnicy płacący za podobne projekty - wydają na nie nasze pieniądze, bo tymi głupimi budkami jeszcze długo będą się chwalić dzieciom i wnukom na spacerze po Katowicach.
Będą się tym chwalić, jak w dowcipie, w którym dostawca węgla jedzie ulicą i wrzeszczy: Węgiel przywiozłem!, na co koń, ciągnący ciężki wóz z węglem i dostawcą parska: Ty przywiozłeś?!!!. Ale to dowcip. W rzeczywistości ani koń, ani my, którzy rzeczywiście za to wszystko płacimy, głosu nie mamy.
Polskie (i nie tylko) miasta i gminy wydają ogromne pieniądze na idiotyczne i nikomu niepotrzebne projekty, ale robią to bardzo ochoczo i z dumę, bo dzięki unijnej kasiorce płacą zamiast powiedzmy 900 tysięcy złotych za "infokioski", ledwie trzecią część tej kwoty. I to wielki sukces. Nikt nie zwróci uwagi na to, że nawet te trzysta tysiący, to idiotyczna cena za to, czego nikt nie używa.
Rozmowa, nie do końca fikcyjna, dwóch przyjaciółek po zakupach w galerii handlowej:
- Zobacz, jaką sobie piękną torebkę na przecenie kupiłam!
- Piękna! Teraz pewnie nie będziesz chciała już żadnej innej nosić!
- Właściwie to nie, do niczego mi nie pasuje i jest nieporęczna, ale jaka okazja!
Dlaczego ją kupiła? Bo kupowała za pieniądze męża. Podobnie z tymi nietrafionymi projektami. Samorządy wydają na nie pieniądze, których same nie zarobiły, bo pracowali na nie mieszkańcy. A jedynym uzasadnieniem zakupu jest to, że dzięki Unii są one tańsze niż normalnie. Pytanie o zasadność zakupu jest zbędna.
Ale mimo wszystko przyjaciółka i tak postępuje rozsądniej, bo niższą cenę za torebkę płaci kosztem pomniejszonego zysku butiku, tymczasem za niepotrzebne fontanny, muzea, biblioteki współfinansowane z pieniędzy unijnych kto płaci? Unia, czyli kto? "Ja płacę, pan płaci... Społeczeństwo!". Przecież budżet unijny to te pieniądze, które "państwa" członkowskie płacą w składce ze swoich budżetów, a tam one też nie biorą się z ciężkiej pracy urzędników, tylko z podatków. A na samym końcu bilans i tak musi się zgodzić.
Zatem katowickie infokioski były finansowane dwiema drogami. Jedna szła tylko przez kasę katowicką, a druga przeszła przez Katowice, Warszawę i Brukselę. A każdy taki etap to prowizja dla popychających te pieniądze biurokratów. W efekcie Katowice wyszłyby na tym dużo lepiej, gdyby całość zapłaciły z własnej kieszeni. Problem tylko w tym, że te 300+ widać, a tych 600+++ nie widać - spadają z nieba. Deszcz też spada z nieba, ale każde dziecko z lekcji środowiska w szkole podstawowej wie, że ta woda najpierw musi skądś wyparować.
Jestem pewien, że gdyby władze miasta Katowice dostały ofertę postawienia tych infokiosków za jedyne 300 tysięcy bez pomocy unijnej, to tych pieniędzy by nie wydały. Wydano je tylko dlatego, że stworzono pozór niepowtarzalnej okazji, ten sam, na który dała się złapać przyjaciółka, która kupiła zupełnie niepasującą jej do niczego torebkę.
Efekt końcowy jest taki, że Katowice nie zyskały, ani nie zaoszczędziły 600 tysięcy, jak to zwykło się mawiać o podobnych "sukcesach". Katowice wydały na coś niepotrzebnego 300 tysięcy złotych! (A oprócz tego my wszyscy zrzuciliśmy się na unijne "600 tysięcy" wydane na projekt nie warty połowy tych pieniędzy.)
Prawda jest taka, że przyjaciółka wydała pieniądze męża nie na torebkę, tylko na poczucie satysfakcji, że udało jej się ją "upolować". Podobnie urzędnicy płacący za podobne projekty - wydają na nie nasze pieniądze, bo tymi głupimi budkami jeszcze długo będą się chwalić dzieciom i wnukom na spacerze po Katowicach.
Będą się tym chwalić, jak w dowcipie, w którym dostawca węgla jedzie ulicą i wrzeszczy: Węgiel przywiozłem!, na co koń, ciągnący ciężki wóz z węglem i dostawcą parska: Ty przywiozłeś?!!!. Ale to dowcip. W rzeczywistości ani koń, ani my, którzy rzeczywiście za to wszystko płacimy, głosu nie mamy.
niedziela, 26 maja 2013
Wolność słowa a demokracja
Na serwisie W Polityce natknąłem się na artykuł pod tytułem Czy to jeszcze demokracja? Komisja Europejska chce karać partie, które nie reprezentują i nie szanują "europejskich wartości". Chodzi oczywiście nie o europejskie wartości, ale o unijne wartości, czyli całkowicie przeciwne, ale z tym mniejsza.
Co mnie niepokoi, to nieustanne utożsamianie demokracji z wolnością słowa. Nie ma wolności słowa - czy to jeszcze demokracja? To tak jakby zapytać: Skończyła się herbata - czy papież grywa w szachy?
Jeśli większość chce, by karać wspomniane partie, to jest to decyzja demokratyczna, jeżeli nie - to nie. Treść proponowanej ustawy nie ma tu żadnego znaczenia. Jej "demokratyczność" zależy jedynie od sposobu jej uchwalenia i poparcia dla niej.
Autorowi tego pytania bez wątpienia chodzi o to, że aby demokracja działała dobrze (dobrze, czyli zgodnie z założeniami demokracji, bo dobrze w znaczeniu "dla dobra ogółu" demokracja nie działa nigdy lub prawie nigdy) obywatel musi mieć pełny dostęp do informacji.
Mamy tu do czynienia z pewnym paradoksem. Demokracja bowiem opiera się głównie nie na informacji, ale na dezinformacji. Wystarczy uważnie obejrzeć dziennik w telewizji, by nie mieć co do tego żadnych wątpliwości. Fałszowanie informacji jest konieczne, by reżim, ale także opozycja oraz inni zainteresowani, zmusili wyborcę do myślenia w taki sposób, w jaki sami myślą. Każdy mówi co innego, więc wyborcę tego można bardzo łatwo w zalewie informacji zgubić. Prawda wszak jest jedna, a kłamstw są miriady. Jest to szukanie igły w stogu siana, więc nic dziwnego, że rzesze zwykłych zjadaczy telewizji cerują potem skarpetki źdźbłami trawy.
Z drugiej strony tego paradoksu jest system niedemokratyczny, czyli taki, w którym decyzje podejmuje monarcha, albo grupa ludzi, nawet niemała grupa ludzi, ale ludzi znających się na rzeczy. Rozumiejący z czym mają do czynienia. Tacy, których nie da się tak łatwo oszukać. Próba podrzucenia im fałszywej informacji mija się więc z celem. W tej sytuacji źródeł informacji jest dużo mniej, media nie są tak rozrośnięte, jak obecnie, ale za to ich wiarygodność jest nieporównywalnie wyższa.
Przepaść między obiema sytuacjami jest niezmierzona. W pierwszej mamy ilość bez żadnej jakości, w drugiej mamy ograniczoną ilość, ale wysokiej jakości. W pierwszym idioci podążają za tym, który piękniej kłamie (bo prawda nigdy nie jest na tyle wspaniała, by zachwycić idiotę), w drugim sprawy wagi państwowej są rozstrzygane przez ludzi do tego zdolnych i w oparciu o fakty nie wykoślawione przez pp. Durczoka, Lisa, czy Michnika.
W socjalizmie cenzura jest konieczna - bo jeśli człowiek, nawet chowany na lewicowych ideałach, usłyszy parę mądrych słów z prawej strony, to może zacząć rozsądnie myśleć, a rozsądek zawsze jest niebezpieczny dla socjalistów. I to jest jedyny cel przyświecający nowemu pomysłowi Unii. W normalnym państwie cenzura jest zbędna, bo nikt nie traktuje poważnie słów demokratów, czy socjalistów. Jeszcze jakieś sto lat temu, ludzie pukali się dobrotliwie w głowę, gdy ktoś wspomniał o demokracji.
A co do samej treści powyższego artykułu, to szkoda gadać. Zachód Europy może tego jeszcze nie wie, ale my u siebie już to mieliśmy i wiemy dobrze czym to pachnie. Uniokraci zapominają o jednym - zła jest ta idea, która jest niesłuszna, a nie ta, którą się zagłusza. Ale oni nauki brali u Goebbelsa.
Co mnie niepokoi, to nieustanne utożsamianie demokracji z wolnością słowa. Nie ma wolności słowa - czy to jeszcze demokracja? To tak jakby zapytać: Skończyła się herbata - czy papież grywa w szachy?
Jeśli większość chce, by karać wspomniane partie, to jest to decyzja demokratyczna, jeżeli nie - to nie. Treść proponowanej ustawy nie ma tu żadnego znaczenia. Jej "demokratyczność" zależy jedynie od sposobu jej uchwalenia i poparcia dla niej.
Autorowi tego pytania bez wątpienia chodzi o to, że aby demokracja działała dobrze (dobrze, czyli zgodnie z założeniami demokracji, bo dobrze w znaczeniu "dla dobra ogółu" demokracja nie działa nigdy lub prawie nigdy) obywatel musi mieć pełny dostęp do informacji.
Mamy tu do czynienia z pewnym paradoksem. Demokracja bowiem opiera się głównie nie na informacji, ale na dezinformacji. Wystarczy uważnie obejrzeć dziennik w telewizji, by nie mieć co do tego żadnych wątpliwości. Fałszowanie informacji jest konieczne, by reżim, ale także opozycja oraz inni zainteresowani, zmusili wyborcę do myślenia w taki sposób, w jaki sami myślą. Każdy mówi co innego, więc wyborcę tego można bardzo łatwo w zalewie informacji zgubić. Prawda wszak jest jedna, a kłamstw są miriady. Jest to szukanie igły w stogu siana, więc nic dziwnego, że rzesze zwykłych zjadaczy telewizji cerują potem skarpetki źdźbłami trawy.
Z drugiej strony tego paradoksu jest system niedemokratyczny, czyli taki, w którym decyzje podejmuje monarcha, albo grupa ludzi, nawet niemała grupa ludzi, ale ludzi znających się na rzeczy. Rozumiejący z czym mają do czynienia. Tacy, których nie da się tak łatwo oszukać. Próba podrzucenia im fałszywej informacji mija się więc z celem. W tej sytuacji źródeł informacji jest dużo mniej, media nie są tak rozrośnięte, jak obecnie, ale za to ich wiarygodność jest nieporównywalnie wyższa.
Przepaść między obiema sytuacjami jest niezmierzona. W pierwszej mamy ilość bez żadnej jakości, w drugiej mamy ograniczoną ilość, ale wysokiej jakości. W pierwszym idioci podążają za tym, który piękniej kłamie (bo prawda nigdy nie jest na tyle wspaniała, by zachwycić idiotę), w drugim sprawy wagi państwowej są rozstrzygane przez ludzi do tego zdolnych i w oparciu o fakty nie wykoślawione przez pp. Durczoka, Lisa, czy Michnika.
W socjalizmie cenzura jest konieczna - bo jeśli człowiek, nawet chowany na lewicowych ideałach, usłyszy parę mądrych słów z prawej strony, to może zacząć rozsądnie myśleć, a rozsądek zawsze jest niebezpieczny dla socjalistów. I to jest jedyny cel przyświecający nowemu pomysłowi Unii. W normalnym państwie cenzura jest zbędna, bo nikt nie traktuje poważnie słów demokratów, czy socjalistów. Jeszcze jakieś sto lat temu, ludzie pukali się dobrotliwie w głowę, gdy ktoś wspomniał o demokracji.
A co do samej treści powyższego artykułu, to szkoda gadać. Zachód Europy może tego jeszcze nie wie, ale my u siebie już to mieliśmy i wiemy dobrze czym to pachnie. Uniokraci zapominają o jednym - zła jest ta idea, która jest niesłuszna, a nie ta, którą się zagłusza. Ale oni nauki brali u Goebbelsa.
niedziela, 6 stycznia 2013
O Niemce, co nie chciała Szwedki
Niemiecka minister do spraw rodziny, Krystyna Schroeder, jak czytam na stronie Polskiego Radia,
przyznaje, że swojej niespełna dwuletniej córeczce nie czyta klasycznych bajek. Nie przejdzie jej przez usta na przykład fragment z bajki o Pippi Langstrump, w którym jest mowa o jej ojcu jako o "królu czarnych".
I to jest ok. Nie wiem, czy ma uraz do czarnych, czy do monarchii, ale i nie obchodzi mnie to, to nie jest mój problem - nie przejdzie jej przez usta, to niech nie czyta.
Jednak pani minister uważa, że to jednak JEST mój problem. I nie jest wcale w tym osamotniona. Różne organizacje, które walczą o tak zwaną polityczną poprawność, czyli logiczną niepoprawność, zwróciły się do Parlamentu Europejskiego o to, aby mnie też zakazać czytania dzieciom "Fizi Pończoszanki", baśni braci Grimm i innych utworów literackich, na których wychowały się całe pokolenia.
Czy ja jestem wolnym człowiekiem? Oczywiście, że nie. Gdybym był wolnym człowiekiem, panie te, bo są to w większości kobiety, co najwyżej powiedziały by o mnie: Co za idiota, czyta dziecku bajki tej szwedzkiej rasistki! Tymczasem one chcą mi tego zabronić. I, proszę mi wierzyć, jeśli się bardzo postarają, to zabronią. Nie tylko czytania tych bajek dzieciom, ale czytania ich w ogóle!
A jeśli zakażą tych utworów literackich, to jedyną słuszną konsekwencją będzie zakazywanie kolejnych. Bohaterowie samej Astrydy Lindgren są szczególnie sprzeczni z duchem Unii Europejskiej, rasistowska Fizia Pończoszanka, dzieci z Bullerbyn, nieletni kapitaliści, sprzedający wiśnie bez zezwolenia ani certyfikatu sanepidu i nie odprowadzając podatku, Emil ze Smolandii, bity przez ojca i więziony w drewutni. A to dopiero wierzchołek góry lodowej.
Spotkałem się już z opinią, że "Murzynek Bambo" Tuwima, to wiersz ociekający wręcz rasizmem. Zaraz okaże się, że w "Lokomotywie" tenże autor znęcał się nad zwierzętami, upychając w jednym wagonie kolejowym słonia, niedźwiedzia i dwie żyrafy. Ambroży Kleks, z utworu Brzechwy to bardzo podejrzany dżentelmen - samotny pedagog mieszkający z grupą niewinnych młodych chłopców. Fredry "Paweł i Gaweł" przedstawia absolutnie nie do przyjęcia dziś model sprawiedliwości, "jak ty jemu, tak on tobie", całkowicie sprzeczny z unijnym "jak ty jemu, to my mu jeszcze zabierzemy pieniądze i oddamy tobie, żebyś mógł jemu jeszcze bardziej", a "Osiołkowi w żłoby dano..." sugeruje młodemu czytelnikowi, że może istnieć coś takiego jak wolny wybór. "Piękna i bestia" Gabrieli Zuzanny Barbot de Villeneuve dzieli ludzi na pięknych i brzydkich. Nawet nie będę zaczynał o "Koniku polnym i mrówce" Jana de La Fontaine.
W każdej z pięknych baśni, bajek, w każdym z pięknych wierszy i opowiadań, na których się wychowaliśmy, ktoś cierpliwy i zmotywowany (a "te panie" są cierpliwe i zmotywowane) znajdzie elementy sprzeczne z zasadami politycznej poprawności, równouprawnienia. To fakt. Rozsądnemu człowiekowi (a "te panie" rozsądne nie są) prędzej czy później musi zaświtać w głowie wątpliwość, czy fakt ten świadczy o tym, że setki utworów literackich, które przetrwały próbę dziesięcio- a czasem nawet stuleci, na których wychowywały się całe pokolenia wspaniałych ludzi są złe, czy też to ten nowy, nie-wiadomo-skąd-wzięty kaprys "politycznej poprawności" jest kretynizmem.
Dla mnie odpowiedź jest prosta, ale może być stronnicza, bo przez całe lata byłem indoktrynowany tymi potwornymi utworami.
Oczywiście Unia może nam nafiukać. Przez setki lat legendy o Popielu, którego myszy zjadły, o Smoku wawelskim, Bazyliszku, czy skrajnie nacjonalistyczna o Wandzie, która nie chciała Niemca, przetrwały mimo tego, że nikt ich nie publikował. A nawet gdyby publikował, to mało kto by je czytał ze względu na dosyć popularny niegdyś analfabetyzm. Przetrwały? Przetrwały. I te zakazane utwory też przetrwają. Jak nie w naszych głowach, to na rosyjskich serwerach. Ale też proszę mi wierzyć, że nie będą musiały długo tam czekać.
przyznaje, że swojej niespełna dwuletniej córeczce nie czyta klasycznych bajek. Nie przejdzie jej przez usta na przykład fragment z bajki o Pippi Langstrump, w którym jest mowa o jej ojcu jako o "królu czarnych".
I to jest ok. Nie wiem, czy ma uraz do czarnych, czy do monarchii, ale i nie obchodzi mnie to, to nie jest mój problem - nie przejdzie jej przez usta, to niech nie czyta.
Jednak pani minister uważa, że to jednak JEST mój problem. I nie jest wcale w tym osamotniona. Różne organizacje, które walczą o tak zwaną polityczną poprawność, czyli logiczną niepoprawność, zwróciły się do Parlamentu Europejskiego o to, aby mnie też zakazać czytania dzieciom "Fizi Pończoszanki", baśni braci Grimm i innych utworów literackich, na których wychowały się całe pokolenia.
Czy ja jestem wolnym człowiekiem? Oczywiście, że nie. Gdybym był wolnym człowiekiem, panie te, bo są to w większości kobiety, co najwyżej powiedziały by o mnie: Co za idiota, czyta dziecku bajki tej szwedzkiej rasistki! Tymczasem one chcą mi tego zabronić. I, proszę mi wierzyć, jeśli się bardzo postarają, to zabronią. Nie tylko czytania tych bajek dzieciom, ale czytania ich w ogóle!
A jeśli zakażą tych utworów literackich, to jedyną słuszną konsekwencją będzie zakazywanie kolejnych. Bohaterowie samej Astrydy Lindgren są szczególnie sprzeczni z duchem Unii Europejskiej, rasistowska Fizia Pończoszanka, dzieci z Bullerbyn, nieletni kapitaliści, sprzedający wiśnie bez zezwolenia ani certyfikatu sanepidu i nie odprowadzając podatku, Emil ze Smolandii, bity przez ojca i więziony w drewutni. A to dopiero wierzchołek góry lodowej.
Spotkałem się już z opinią, że "Murzynek Bambo" Tuwima, to wiersz ociekający wręcz rasizmem. Zaraz okaże się, że w "Lokomotywie" tenże autor znęcał się nad zwierzętami, upychając w jednym wagonie kolejowym słonia, niedźwiedzia i dwie żyrafy. Ambroży Kleks, z utworu Brzechwy to bardzo podejrzany dżentelmen - samotny pedagog mieszkający z grupą niewinnych młodych chłopców. Fredry "Paweł i Gaweł" przedstawia absolutnie nie do przyjęcia dziś model sprawiedliwości, "jak ty jemu, tak on tobie", całkowicie sprzeczny z unijnym "jak ty jemu, to my mu jeszcze zabierzemy pieniądze i oddamy tobie, żebyś mógł jemu jeszcze bardziej", a "Osiołkowi w żłoby dano..." sugeruje młodemu czytelnikowi, że może istnieć coś takiego jak wolny wybór. "Piękna i bestia" Gabrieli Zuzanny Barbot de Villeneuve dzieli ludzi na pięknych i brzydkich. Nawet nie będę zaczynał o "Koniku polnym i mrówce" Jana de La Fontaine.
W każdej z pięknych baśni, bajek, w każdym z pięknych wierszy i opowiadań, na których się wychowaliśmy, ktoś cierpliwy i zmotywowany (a "te panie" są cierpliwe i zmotywowane) znajdzie elementy sprzeczne z zasadami politycznej poprawności, równouprawnienia. To fakt. Rozsądnemu człowiekowi (a "te panie" rozsądne nie są) prędzej czy później musi zaświtać w głowie wątpliwość, czy fakt ten świadczy o tym, że setki utworów literackich, które przetrwały próbę dziesięcio- a czasem nawet stuleci, na których wychowywały się całe pokolenia wspaniałych ludzi są złe, czy też to ten nowy, nie-wiadomo-skąd-wzięty kaprys "politycznej poprawności" jest kretynizmem.
Dla mnie odpowiedź jest prosta, ale może być stronnicza, bo przez całe lata byłem indoktrynowany tymi potwornymi utworami.
Oczywiście Unia może nam nafiukać. Przez setki lat legendy o Popielu, którego myszy zjadły, o Smoku wawelskim, Bazyliszku, czy skrajnie nacjonalistyczna o Wandzie, która nie chciała Niemca, przetrwały mimo tego, że nikt ich nie publikował. A nawet gdyby publikował, to mało kto by je czytał ze względu na dosyć popularny niegdyś analfabetyzm. Przetrwały? Przetrwały. I te zakazane utwory też przetrwają. Jak nie w naszych głowach, to na rosyjskich serwerach. Ale też proszę mi wierzyć, że nie będą musiały długo tam czekać.
czwartek, 6 grudnia 2012
Panienka gratis!
Jak podaje portal EUbusiness, dwieście pań z Lobby Kobiet Europejskich naciska Unię Europejską w sprawie prostytucji. Spolszcza to portal JKM, ale podaje tę informację z błędem. Nie chodzi bowiem, jak podaje portal JKM o delegalizację prostytucji, tylko o delegalizację korzystania z usług prostytutki.
Dość niejasne jest tłumaczenie potrzeby wprowadzenia tego prawa:
Prostytucja to forma przemocy, przeszkoda dla równości, naruszenie ludzkiej godności i praw człowieka.
Bo, o ile oczywiście nie mamy do czynienia z przymuszaniem kobiet do prostytucji, które powinno być zakazane, ale z nieco innych przyczyn, żaden z powyższych argumentów nie ma racji bytu. Ani nie jest to forma przemocy (nie jest przemocą danie prostytutce klapsa, jeśli został on uzgodniony), ani nie jest to przeszkodą dla równości (między czym, a czym?), nie narusza niczyjej godności, bo uczestniczą tylko osoby które się na to godzą. Jeśli coś jest poniżej godności człowieka, to, jak sama nazwa wskazuje, nie godzi się na to. Proponowany zakaz nie chroni też przed naruszaniem praw człowieka. Wprost przeciwnie - właśnie je ogranicza, jak każdy zakaz.
Tłumaczenie kobiet z Lobby Kobiet Europejskich jest niejasne, ale też trudno oczekiwać rozsądnego uzasadnienia tak idiotycznego zakazu: Skoro prawo nie zabrania mi dać kobiecie pieniędzy bez powodu, ani nie zabrania mi przespać się z nią za darmo, to jak może bronić mi zrobić tych dwóch niezależnych rzeczy naraz, jeśli nikogo przy tym nie krzywdzę?
Załóżmy, że zapraszam kobietę na kolację, płacę za wieczór sto złotych, po czym spędzam z nią noc - panie z EWL powiedzą: Super, poderwałeś, zaprosiłeś na randkę, przeleciałeś, wszystko jest ok. Ale jeśli zaproszę kobietę na kolację, każdy zapłaci za siebie po pięćdziesiąt złotych, a potem zapłacę towarzyszce kolejne pięćdziesiąt złotych, by się ze mną przespała, to już jestem draniem, który stosuje przemoc i narusza prawa człowieka. A jak wyrwę panienkę na mieście, spędzę z nią noc a rano dam jej "Kazimierza" i powiem: Kup sobie coś do jedzenia, To znowu będzie wszystko w porządku. Tylko że w istocie nie ma żadnej różnicy między tymi trzema sytuacjami. Tymczasem, według pań z EWL, dwie z tych kobiet uwiodłem, a jedną sponiewierałem.
Jeśli kobieta chce uprawiać prostytucję, to nie można jej tego zabronić (a chociaż EWL nie chce tego zabraniać wprost, to faktycznie właśnie do tego zmierza). To, co kobieta robi ze swoim życiem, nikogo innego przy tym nie krzywdząc, to jej problem. I jeśli sama za siebie podejmuje decyzję, to dlaczego nie miałaby mieć możliwości zarabiać na czymś, co i tak może robić za darmo z kim chce? A jak nie będzie mogła tak, to też sobie poradzi: Kup pan zapałki za pięć dyszek, a w promocji dostaniesz panienkę gratis! - całkowicie legalnie.
Dość niejasne jest tłumaczenie potrzeby wprowadzenia tego prawa:
Prostytucja to forma przemocy, przeszkoda dla równości, naruszenie ludzkiej godności i praw człowieka.
Bo, o ile oczywiście nie mamy do czynienia z przymuszaniem kobiet do prostytucji, które powinno być zakazane, ale z nieco innych przyczyn, żaden z powyższych argumentów nie ma racji bytu. Ani nie jest to forma przemocy (nie jest przemocą danie prostytutce klapsa, jeśli został on uzgodniony), ani nie jest to przeszkodą dla równości (między czym, a czym?), nie narusza niczyjej godności, bo uczestniczą tylko osoby które się na to godzą. Jeśli coś jest poniżej godności człowieka, to, jak sama nazwa wskazuje, nie godzi się na to. Proponowany zakaz nie chroni też przed naruszaniem praw człowieka. Wprost przeciwnie - właśnie je ogranicza, jak każdy zakaz.
Tłumaczenie kobiet z Lobby Kobiet Europejskich jest niejasne, ale też trudno oczekiwać rozsądnego uzasadnienia tak idiotycznego zakazu: Skoro prawo nie zabrania mi dać kobiecie pieniędzy bez powodu, ani nie zabrania mi przespać się z nią za darmo, to jak może bronić mi zrobić tych dwóch niezależnych rzeczy naraz, jeśli nikogo przy tym nie krzywdzę?
Załóżmy, że zapraszam kobietę na kolację, płacę za wieczór sto złotych, po czym spędzam z nią noc - panie z EWL powiedzą: Super, poderwałeś, zaprosiłeś na randkę, przeleciałeś, wszystko jest ok. Ale jeśli zaproszę kobietę na kolację, każdy zapłaci za siebie po pięćdziesiąt złotych, a potem zapłacę towarzyszce kolejne pięćdziesiąt złotych, by się ze mną przespała, to już jestem draniem, który stosuje przemoc i narusza prawa człowieka. A jak wyrwę panienkę na mieście, spędzę z nią noc a rano dam jej "Kazimierza" i powiem: Kup sobie coś do jedzenia, To znowu będzie wszystko w porządku. Tylko że w istocie nie ma żadnej różnicy między tymi trzema sytuacjami. Tymczasem, według pań z EWL, dwie z tych kobiet uwiodłem, a jedną sponiewierałem.
Jeśli kobieta chce uprawiać prostytucję, to nie można jej tego zabronić (a chociaż EWL nie chce tego zabraniać wprost, to faktycznie właśnie do tego zmierza). To, co kobieta robi ze swoim życiem, nikogo innego przy tym nie krzywdząc, to jej problem. I jeśli sama za siebie podejmuje decyzję, to dlaczego nie miałaby mieć możliwości zarabiać na czymś, co i tak może robić za darmo z kim chce? A jak nie będzie mogła tak, to też sobie poradzi: Kup pan zapałki za pięć dyszek, a w promocji dostaniesz panienkę gratis! - całkowicie legalnie.
sobota, 8 września 2012
Chińczyk zyskuje na dopłacaniu do interesu
Unia Europejska planuje obłożyć karnymi cłami chińskie panele słoneczne, bo są za tanie. Innymi słowy karze Chińczyków za to, że sprzedają Europejczykom tanie panele do pozyskiwania ekologicznej energii, którą ta sama Unia tak wychwala. Unia chce, żeby te panele były dla nas drogie (sznurek). To tak jakbym ja poszedł do szewca i zrobił mu awanturę za to, że jego buty są zbyt tanie.
Wszystko wzięło się stąd, że producenci paneli z Niemiec i Włoch nie są w stanie sprostać konkurencji chińskich firm oferujących panele taniej niż kosztuje ich produkcja. Chwilę dalej można przeczytać jednak, że firmy chińskie zbijają krocie na forsowanej przez europejskich polityków "zielonej energii". Chwileczkę! Czy to znaczy, że Chińczycy sprzedają towar drożej niż kosztuje jego wytworzenie, czyli dopłacają do interesu, dzięki czemu zbijają krocie?
Oczywiście nie - to jest manipulacja ze strony urzędników z Unii. To jest to, co przeciętny zjadacz telewizji ma zrozumieć - Chiny nas oszukują i jeszcze bezczelnie na nas zarabiają. Tymczasem prawdą jest, że Chińczycy sprzedają panele taniej niż kosztuje ich produkcja. Ich produkcja w Europie. Ale oczywiście po cenach wyższych, niż ich produkcja w Chinach - stąd ich zysk. Co ostatecznie dowodzi tego, że panele te można produkować taniej niż w UE.
A skąd ta dysproporcja? Jest oczywiście wynikiem bardzo wysokich kosztów pracy w krajach Unii Europejskiej w stosunku do krajów azjatyckich. Najlepszym rozwiązaniem byłoby oczywiście obniżenie tych kosztów, ale byłoby to równanie do lepszego, co całkowicie godzi w podstawę ideologiczną socjalizmu, którą jest równanie w dół, a dla pewności jeszcze niżej, żeby mieć spory margines.
Zamiast tego Unia woli wprowadzić karne cła, bo wówczas nie tylko nadal będzie pobierała sobie wcale pokaźne sumki z podatków płaconych przez europejskie przedsiębiorstwa pozbawione konkurencji, to jeszcze nażre się tych ceł, co to oby jej w gardle ością stanęły.
Oni pociesznie nazywają to walką z nieuczciwą konkurencją.
I właśnie takie działania Unii, nie składki, czy kary, które Polska płaci, tylko te przepisy, przez które nie możemy kupować tanich paneli, tanich zabawek, tanich ubrań, tanich żarówek, tanich termometrów, taniego prądu, taniej benzyny, taniego mleka itdz, sprawiają, że uczestnictwo w tym bajzlu spod dwunastu gwiazdek całkowicie nam się przestało już bardzo dawno opłacać.
Wszystko wzięło się stąd, że producenci paneli z Niemiec i Włoch nie są w stanie sprostać konkurencji chińskich firm oferujących panele taniej niż kosztuje ich produkcja. Chwilę dalej można przeczytać jednak, że firmy chińskie zbijają krocie na forsowanej przez europejskich polityków "zielonej energii". Chwileczkę! Czy to znaczy, że Chińczycy sprzedają towar drożej niż kosztuje jego wytworzenie, czyli dopłacają do interesu, dzięki czemu zbijają krocie?
Oczywiście nie - to jest manipulacja ze strony urzędników z Unii. To jest to, co przeciętny zjadacz telewizji ma zrozumieć - Chiny nas oszukują i jeszcze bezczelnie na nas zarabiają. Tymczasem prawdą jest, że Chińczycy sprzedają panele taniej niż kosztuje ich produkcja. Ich produkcja w Europie. Ale oczywiście po cenach wyższych, niż ich produkcja w Chinach - stąd ich zysk. Co ostatecznie dowodzi tego, że panele te można produkować taniej niż w UE.
A skąd ta dysproporcja? Jest oczywiście wynikiem bardzo wysokich kosztów pracy w krajach Unii Europejskiej w stosunku do krajów azjatyckich. Najlepszym rozwiązaniem byłoby oczywiście obniżenie tych kosztów, ale byłoby to równanie do lepszego, co całkowicie godzi w podstawę ideologiczną socjalizmu, którą jest równanie w dół, a dla pewności jeszcze niżej, żeby mieć spory margines.
Zamiast tego Unia woli wprowadzić karne cła, bo wówczas nie tylko nadal będzie pobierała sobie wcale pokaźne sumki z podatków płaconych przez europejskie przedsiębiorstwa pozbawione konkurencji, to jeszcze nażre się tych ceł, co to oby jej w gardle ością stanęły.
Oni pociesznie nazywają to walką z nieuczciwą konkurencją.
I właśnie takie działania Unii, nie składki, czy kary, które Polska płaci, tylko te przepisy, przez które nie możemy kupować tanich paneli, tanich zabawek, tanich ubrań, tanich żarówek, tanich termometrów, taniego prądu, taniej benzyny, taniego mleka itdz, sprawiają, że uczestnictwo w tym bajzlu spod dwunastu gwiazdek całkowicie nam się przestało już bardzo dawno opłacać.
wtorek, 27 marca 2012
Drżące piersi pani komisarz
Unia Europejska najwyraźniej zamierza, po telewizji i gazetach, kolejnym medium propagandowym uczynić literaturę. Unijna komisarz do spraw gospodarki morskiej i rybołówstwa Maria Damanaki, rości sobie prawo do pouczania pisarzy, o czym powinni pisać, czy też jak powinni zachowywać się ich bohaterowie. Zwróciła sie ona do włoskiego pisarza, by zmienił gust kulinarny głównego bohatera swoich powieści.Jak podaje Rzeczpospolita:
Proszę zwrócić uwagę na ten język: "fatalny przykład", "karygodne", "nieetyczne", "niedopuszczalne". Mocne słownictwo pod adresem fikcyjnego komisarza zajadającego się fikcyjnymi rybkami, złowionymi przez fikcyjnych rybaków. A problem z wyraźnym rozgraniczeniem fikcji i rzeczywistości, jak już pisałem omawiając podobny problem pani Elżbiety Radziszewskiej,fachowo nazywa się schizofrenią.
Skoro ktoś zdecydował się już na głoszenie takich idiotyzmów, to ja widzę w literaturze poważniejsze zagrożenia. Przecież w powieściach kryminalnych dokonywane są morderstwa. Pani Damanaki żal jest sardynek, ale godzi się na zabijanie w powieściach ludzi. A przecież morderstwo, w przeciwieństwie do konsumpcji sardynek JEST nieetyczne, niedopuszczalne i nie tylko karygodne, ale wręcz karalne.
Myślę, że pani komisarz powinna wystąpić z sugestią, by Herkules Poirot, zamiast morderstwami zajmował się poszukiwaniem zaginionych kotków, a Sherlock Holmes udzielał korepetycji z algebry i by raz na zawsze wyrugować z literatury wszelkich okrutników. W sumie wystarczyłoby, gdyby Raskolników obraził się na lichwiarkę, a Tybalt uszczypnął Merkutia w szczepionkę z całej siły.
Oczywiście zabójstwa to nie jedyne karygodne zachowania fikcyjnych bohaterów. Należałoby też całkowicie zmienić podejście do całej literatury. Nawet romansów. Przecież publiczna plaża, nawet o zmierzchu, gdy rozpalona tarcza słońca niknie powoli nad spokojną taflą bezkresnego oceanu, nie jest odpowiednim miejscem na to, by jego silne męskie dłonie delikatnie, acz pewnie pieściły jej blade, choć cudownie skąpane w czerwieni zachodzącego słońca, doskonale okrągłe, drżące niepewnością piersi. To przecież jest nieobyczajne zachowanie się w miejscu publicznym.
Czekam, kiedy postanowią na nowo przepisywać książki, tak, by w nowych wersjach nie było sardynek, żarówek, małych jabłek, papierosów, alkoholu i przekleństw. Książki, w których Romeo zakochał się w Juliuszu, a Kopernik była kobietą.
Włoskie media podały, że pochodząca z Grecji komisarz UE wystąpiła z tą inicjatywą, bo - jak stwierdziła - uwielbiany komisarz policji z Sycylii, znany z książek Andrei Camilleriego i popularnego serialu telewizyjnego, daje fatalny przykład upodobania do rybek, których połów niszczy ekosystem Morza Śródziemnego. Za karygodne uznała sceny, w których policjant w swym nadmorskim domu w Marinella serwuje swojej ukochanej oraz gościom ulubione małe rybki.
Uważa (Maria Damanaki - SzH), że jedzenie małych rybek przez tytułowego bohatera jest "nieetyczne" i "niedopuszczalne".
Proszę zwrócić uwagę na ten język: "fatalny przykład", "karygodne", "nieetyczne", "niedopuszczalne". Mocne słownictwo pod adresem fikcyjnego komisarza zajadającego się fikcyjnymi rybkami, złowionymi przez fikcyjnych rybaków. A problem z wyraźnym rozgraniczeniem fikcji i rzeczywistości, jak już pisałem omawiając podobny problem pani Elżbiety Radziszewskiej,fachowo nazywa się schizofrenią.
Skoro ktoś zdecydował się już na głoszenie takich idiotyzmów, to ja widzę w literaturze poważniejsze zagrożenia. Przecież w powieściach kryminalnych dokonywane są morderstwa. Pani Damanaki żal jest sardynek, ale godzi się na zabijanie w powieściach ludzi. A przecież morderstwo, w przeciwieństwie do konsumpcji sardynek JEST nieetyczne, niedopuszczalne i nie tylko karygodne, ale wręcz karalne.
Myślę, że pani komisarz powinna wystąpić z sugestią, by Herkules Poirot, zamiast morderstwami zajmował się poszukiwaniem zaginionych kotków, a Sherlock Holmes udzielał korepetycji z algebry i by raz na zawsze wyrugować z literatury wszelkich okrutników. W sumie wystarczyłoby, gdyby Raskolników obraził się na lichwiarkę, a Tybalt uszczypnął Merkutia w szczepionkę z całej siły.
Oczywiście zabójstwa to nie jedyne karygodne zachowania fikcyjnych bohaterów. Należałoby też całkowicie zmienić podejście do całej literatury. Nawet romansów. Przecież publiczna plaża, nawet o zmierzchu, gdy rozpalona tarcza słońca niknie powoli nad spokojną taflą bezkresnego oceanu, nie jest odpowiednim miejscem na to, by jego silne męskie dłonie delikatnie, acz pewnie pieściły jej blade, choć cudownie skąpane w czerwieni zachodzącego słońca, doskonale okrągłe, drżące niepewnością piersi. To przecież jest nieobyczajne zachowanie się w miejscu publicznym.
Czekam, kiedy postanowią na nowo przepisywać książki, tak, by w nowych wersjach nie było sardynek, żarówek, małych jabłek, papierosów, alkoholu i przekleństw. Książki, w których Romeo zakochał się w Juliuszu, a Kopernik była kobietą.
poniedziałek, 5 marca 2012
UE zmienia wizerunek
Był sobie słoń wielki - jak słoń.
Zwał się ten słoń Tomasz Trąbalski.
Postawił ten słoń wielkiego klocka, którego Unia Europejska kupiła za 96 tysięcy euro.
Niestety nie jest to tylko głupi wierszyk dla dzieci. Jak podaje serwis JKM, za holenderską gazetą Volkskrant, to wydarzyło się naprawdę. Zmieniłem tylko nazwisko słonia, bo chyba spłonąłby ze wstydu.
Gusta nie podlegają dyskusji. Do mnie to dzieło nie trafia, ale być może jestem jakimś niewrażliwym na piękno Neandertalczykiem. Ja w każdym razie nie kupiłbym czegoś takiego nawet za 100 złotych. Również ze względu na trwałość. Unia z naszych podatków zapłaciła 96 tysięcy euro, czyli blisko 400 tysięcy złotych. Czyli nieco więcej niż kosztuje 5 nowych Corolli. W obawie o własne nerwy nawet nie próbuję przeliczyć tego na obiady dla dzieci, albo leki dla cukrzyków.
Abstrahując więc od wartości artystycznej, trudno mi jest wyobrazić sobie, skąd tak wysoki koszt tego dzieła. Nowa dwustulitrowa (oszacowałem na podstawie filmu - polecam! Ileż tam emocji!) beczka stalowa kosztuje 300 - 400 złotych. Artysta użył starej, już pokrytej rdzą, zatem zapewne wydał na nią jeszcze mniej, o ile w ogóle coś wydał.
Trudno mi oszacować ile "tworzywa" się w niej zmieściło, ale myślę, że jeśli przyjmę, że 100 kilogramów, to i tak będzie to aż nadto. Jest to tyle, ile mały słoń afrykański wydala w ciągu dwóch dni. W Praskim ZOO można tyle kupić za 4700 koron, czyli niecałe 800 złotych.
A gdzie się podziała reszta tych pieniędzy? Czy słoń ten stołował się w Sheratonie?
Oczywiście jest to tylko cena materiałów, równie dobrze mógłbym oszacować koszt farby i płótna użytego do namalowania Panoramy Racławickiej i zaproponować, że ją odkupię. Oczywiście zostałbym wyśmiany.
Ale nad Panoramą Racławicką pracowało przez dziewięć miesięcy dziewięciu prawdziwych Artystów (tym razem tych przez wielkie "A") Malarzy. Szkolonych przez innych wielkich Artystów i z dużym doświadczeniem. Tymczasem wypełnienie takiej beczki gównem zajmuje największemu idiocie dwadzieścia minut (oglądając film, mimo edycji odniosłem wrażenie, że cała robota miała miejsce jednego dnia), przy wliczeniu w to kursu obsługi łopaty i przy założeniu, że osoba ta posiada możliwości intelektualne dziobaka. Pierwszy - lepszy robotnik zrobi to w trzy minuty za dwa piwa.
To dzieło, to tylko jeden przypadek z tysięcy. Takie rzeczy dzieją się w Unii nagminnie, tylko o wielu z nich nie słyszymy. Tu zwykli ludzie, czyli sponsorzy Unii zostali wystrychnięci na dudka na 96 tysięcy euro. Aż strach pomyśleć, jak są oszukiwani po cichu.
Szanowni państwo, wbrew licznym obawom i wątpliwościom, w prawdziwym kapitalizmie nie będziemy umierać pod płotem, bo nasze pieniądze zamiast na puszkę łajna będą szły na nasze potrzeby. PRAWDZIWE potrzeby.
Pardon, te pieniądze nie były tak do końca zmarnowane. Traktuję to jako wydatek na "zmianę wizerunku UE". Nigdy nie lubiłem błękitnej flagi ze złotymi gwiazdami. Myślę, że beczka słoniowego gówna jest dużo bardziej adekwatnym symbolem UE. Lepiej oddaje jej charakter i pochodzenie. Cieszę się, że, w jakimś drobnym stopniu, też się do tego dołożyłem.
Zwał się ten słoń Tomasz Trąbalski.
Postawił ten słoń wielkiego klocka, którego Unia Europejska kupiła za 96 tysięcy euro.
Niestety nie jest to tylko głupi wierszyk dla dzieci. Jak podaje serwis JKM, za holenderską gazetą Volkskrant, to wydarzyło się naprawdę. Zmieniłem tylko nazwisko słonia, bo chyba spłonąłby ze wstydu.
P. Jeroen Van Dam, holenderski "artysta", otrzymał od Unii Europejskiej grant w wysokości 96 tys. euro na "dzieło sztuki" składające się z zardzewiałej beczki, w której umieścił odchody słonia.
Gusta nie podlegają dyskusji. Do mnie to dzieło nie trafia, ale być może jestem jakimś niewrażliwym na piękno Neandertalczykiem. Ja w każdym razie nie kupiłbym czegoś takiego nawet za 100 złotych. Również ze względu na trwałość. Unia z naszych podatków zapłaciła 96 tysięcy euro, czyli blisko 400 tysięcy złotych. Czyli nieco więcej niż kosztuje 5 nowych Corolli. W obawie o własne nerwy nawet nie próbuję przeliczyć tego na obiady dla dzieci, albo leki dla cukrzyków.
Abstrahując więc od wartości artystycznej, trudno mi jest wyobrazić sobie, skąd tak wysoki koszt tego dzieła. Nowa dwustulitrowa (oszacowałem na podstawie filmu - polecam! Ileż tam emocji!) beczka stalowa kosztuje 300 - 400 złotych. Artysta użył starej, już pokrytej rdzą, zatem zapewne wydał na nią jeszcze mniej, o ile w ogóle coś wydał.
Trudno mi oszacować ile "tworzywa" się w niej zmieściło, ale myślę, że jeśli przyjmę, że 100 kilogramów, to i tak będzie to aż nadto. Jest to tyle, ile mały słoń afrykański wydala w ciągu dwóch dni. W Praskim ZOO można tyle kupić za 4700 koron, czyli niecałe 800 złotych.
A gdzie się podziała reszta tych pieniędzy? Czy słoń ten stołował się w Sheratonie?
Oczywiście jest to tylko cena materiałów, równie dobrze mógłbym oszacować koszt farby i płótna użytego do namalowania Panoramy Racławickiej i zaproponować, że ją odkupię. Oczywiście zostałbym wyśmiany.
To dzieło, to tylko jeden przypadek z tysięcy. Takie rzeczy dzieją się w Unii nagminnie, tylko o wielu z nich nie słyszymy. Tu zwykli ludzie, czyli sponsorzy Unii zostali wystrychnięci na dudka na 96 tysięcy euro. Aż strach pomyśleć, jak są oszukiwani po cichu.
Szanowni państwo, wbrew licznym obawom i wątpliwościom, w prawdziwym kapitalizmie nie będziemy umierać pod płotem, bo nasze pieniądze zamiast na puszkę łajna będą szły na nasze potrzeby. PRAWDZIWE potrzeby.
Pardon, te pieniądze nie były tak do końca zmarnowane. Traktuję to jako wydatek na "zmianę wizerunku UE". Nigdy nie lubiłem błękitnej flagi ze złotymi gwiazdami. Myślę, że beczka słoniowego gówna jest dużo bardziej adekwatnym symbolem UE. Lepiej oddaje jej charakter i pochodzenie. Cieszę się, że, w jakimś drobnym stopniu, też się do tego dołożyłem.
sobota, 11 lutego 2012
Gdy trwoga to do boga
Wprost podaje:
Dziwne. Przecież od lat władze europejskich landów i nie tylko za najskuteczniejszą drogę walki z bezrobociem uznawały ZWIĘKSZANIE płacminu i ZWIĘKSZANIE zatrudnienia w sektorze publicznym. Co się stało, że nie tylko Grecy, ale i Święta Trójca Matuszki Unii, postanawiają coś zupełnie odwrotnego?
Nic. Oni przecież nie są głupcami. Oni doskonale wiedza co robią. Ich "tradycyjne techniki" nie służą walce z bezrobociem, ani podnoszeniu dobrobytu obywateli. One tylko ułatwiały grabienie obywateli. Na wyższych płacach na dłuższą metę zyskuje tylko fiskus, o czym pisałem wielokrotnie (1, 2, 3), a zwiększanie zatrudnienia w aparacie państwa jest dobrą wymówką dla tej grabieży.
Powodem takiego postępowania może być jedynie trwoga. Jak w znanym porzekadle: "gdy trwoga, to do boga" - czyli w obliczu katastrofy trzeba z ekonomi socjalistycznej przerzucić się na tę prawdziwą, tę, która zawsze działa niezawodnie.
Trwoga wiąże się oczywiście z tym, że z narodu greckiego już wiele więcej wycisnąć się nie da, więc niedługo panowie rządzący nie będą mieli co kraść. A ludzie są coraz bardziej przekonani, że rozszarpanie ich właścicieli na strzępy nie byłoby złym wyjściem. Lepiej więc w trosce o własną skórę odpuścić na parę lat i pozwolić, żeby społeczeństwo odetchnęło, odpoczęło od ucisku, poczuło, że jest trochę lepiej. A potem znowu się przykręci śrubę.
Włodarze Europy tylko udają idiotów, tak naprawdę postępują bardzo dobrze i rozsądnie. To jest z punktu widzenia ich kieszeni oczywiście.
Partie greckiej koalicji rządzącej zaaprobowały redukcję zatrudnienia i płac, wymagane przez tzw. trojkę - Unię Europejską, Międzynarodowy Fundusz Walutowy i Europejski Bank Centralny. (...) Płace w sektorze prywatnym mają zostać zamrożone dopóty, dopóki stopa bezrobocia, wynosząca obecnie 19 proc., nie spadnie do 10 proc. Płaca minimalna ma zostać zredukowana o 22 proc., do 590 euro miesięcznie (...) Rząd potwierdza też zamiar zredukowania zatrudnienia w sektorze publicznym o 150 tys. osób do 2015 roku
Dziwne. Przecież od lat władze europejskich landów i nie tylko za najskuteczniejszą drogę walki z bezrobociem uznawały ZWIĘKSZANIE płacminu i ZWIĘKSZANIE zatrudnienia w sektorze publicznym. Co się stało, że nie tylko Grecy, ale i Święta Trójca Matuszki Unii, postanawiają coś zupełnie odwrotnego?
Nic. Oni przecież nie są głupcami. Oni doskonale wiedza co robią. Ich "tradycyjne techniki" nie służą walce z bezrobociem, ani podnoszeniu dobrobytu obywateli. One tylko ułatwiały grabienie obywateli. Na wyższych płacach na dłuższą metę zyskuje tylko fiskus, o czym pisałem wielokrotnie (1, 2, 3), a zwiększanie zatrudnienia w aparacie państwa jest dobrą wymówką dla tej grabieży.
Powodem takiego postępowania może być jedynie trwoga. Jak w znanym porzekadle: "gdy trwoga, to do boga" - czyli w obliczu katastrofy trzeba z ekonomi socjalistycznej przerzucić się na tę prawdziwą, tę, która zawsze działa niezawodnie.
Trwoga wiąże się oczywiście z tym, że z narodu greckiego już wiele więcej wycisnąć się nie da, więc niedługo panowie rządzący nie będą mieli co kraść. A ludzie są coraz bardziej przekonani, że rozszarpanie ich właścicieli na strzępy nie byłoby złym wyjściem. Lepiej więc w trosce o własną skórę odpuścić na parę lat i pozwolić, żeby społeczeństwo odetchnęło, odpoczęło od ucisku, poczuło, że jest trochę lepiej. A potem znowu się przykręci śrubę.
Włodarze Europy tylko udają idiotów, tak naprawdę postępują bardzo dobrze i rozsądnie. To jest z punktu widzenia ich kieszeni oczywiście.
piątek, 14 października 2011
Skrobanka tak, piszczałka nie
Na stronie The Telegraph przeczytałem artykuł o nowym prawie Unii Europejskiej. Lektura sprawiła, że zwątpiłem w moją znajomość języka angielskiego. Przeczytałem artykuł jeszcze raz, bardzo uważnie słowo po słowie i zrozumiałem to samo. Rzuciłem jeszcze okiem na datę, czy nie wygrzebałem przez przypadek jakiegoś kwietniowego starocia. Nie.
Unia bardzo poważnie bierze sobie do serca bezpieczeństwo naszych dzieci. Dlatego ustalono wiek minimalny samodzielnych zabaw balonikiem na 8 lat, a piszczałkami na 14 lat. Według naszych właścicieli pozwolenie dziecku na zabawę tymi przedmiotami niechybnie prowadzi do śmierci w męczarniach.
Aż trudno mi uwierzyć, jak fartownym dzieckiem byłem. Bawiłem się balonikami, piszczałkami, klockami bez unijnego atestu, a nawet termometr zdarzyło mi się rozbić raz, czy dwa razy. Jak ja to przeżyłem?
Unijni biurokraci już całkowicie stracili poczucie tego co robią. Klepią te dyrektywy, jak idiota siedzący na brzegu strumienia, tłukący kijem w wodę. Z nudów i z głupoty. Nudzą się, bo jest ich za dużo.
W wieku ośmiu lat sam rozkręcałem i naprawiałem zepsute zabawki złożone z drobnych, śmiertelnie niebezpiecznych elementów i nic złego mi się nie działo. Obecnie dzieci skaczą na szelkach bungee. A ONI uważają CZTERNASTOLATKA za idiotę, który zabije się gwizdkiem.
Dużo bardziej ryzykowna dla zdrowia i życia młodego dziewczęcia jest aborcja, nie mówiąc o jej niedoszłym potomku. A przecież Unia rękami i nogami popiera prawo do aborcji, również nastolatek. Czy mógłby mi to ktoś wytłumaczyć?
Dobrze, że Szwajcaria nie należy do UE, bo nie wiem, jak tamtejsi rodzice tłumaczyliby swoim nastoletnim pociechom, że mogą w aptece kupić prezerwatywę, produkowaną specjalnie z myślą dwunastolatkach, ale do piszczałek muszą jeszcze dorosnąć.
Baloniki i piszczałki są dla DZIECI. Czy ktoś słyszał kiedyś producenta piszczałek mówiącego "... tak, naszym 'targetem' są mężczyźni w grupie wiekowej 30-45 lat oraz kobiety w czasie menopauzy"? Czy ktoś widział sprzedawcę baloników przed klubem nocnym albo dyskoteką? Nie, oni rozstawiają się w ogrodach zoologicznych i w lunaparkach, bo tam jest pełno dzieci. Wygląda na to, że ci balonikarze to mordercy bez sumienia, którzy dadzą dziecku do ręki śmiertelną broń i jeszcze zainkasują za to dwa złote.
Nie mam pojęcia, jak częstym zjawiskiem jest śmierć od balonika, piszczałki, czy kolorowanki. Nigdy nie przyszło mi do głowy, by to sprawdzać. Nie wiem, czy w ogóle ktoś prowadzi taką statystykę. Ale wiem jedno, że odpowiedzialny rodzic sam wie, czy jego dziecko jest normalne i można pozwolić mu się bawić balonikiem, piłką, albo plastikową ciężarówką, czy też jego dziecko jest debilkiem i lepiej nie ryzykować, a do zabawy dawać mu tylko duże klocki z jednolitego materiału. A jeśli rodzic jest nieodpowiedzialny, to zakaz i tak nic nie da.
Ale ONI po to, by z wątpliwą skutecznością zmniejszyć umieralność wśród debilków z nieodpowiedzialnymi rodzicami, odbierają dobrą i pouczającą zabawę, która rozwija wyobraźnię tysiącom normalnych dzieci normalnych rodziców. Lepiej wszak od miliona radosnych dzieci jest mieć milion i jednego smutasa.
Unia bardzo poważnie bierze sobie do serca bezpieczeństwo naszych dzieci. Dlatego ustalono wiek minimalny samodzielnych zabaw balonikiem na 8 lat, a piszczałkami na 14 lat. Według naszych właścicieli pozwolenie dziecku na zabawę tymi przedmiotami niechybnie prowadzi do śmierci w męczarniach.
Aż trudno mi uwierzyć, jak fartownym dzieckiem byłem. Bawiłem się balonikami, piszczałkami, klockami bez unijnego atestu, a nawet termometr zdarzyło mi się rozbić raz, czy dwa razy. Jak ja to przeżyłem?
Unijni biurokraci już całkowicie stracili poczucie tego co robią. Klepią te dyrektywy, jak idiota siedzący na brzegu strumienia, tłukący kijem w wodę. Z nudów i z głupoty. Nudzą się, bo jest ich za dużo.
W wieku ośmiu lat sam rozkręcałem i naprawiałem zepsute zabawki złożone z drobnych, śmiertelnie niebezpiecznych elementów i nic złego mi się nie działo. Obecnie dzieci skaczą na szelkach bungee. A ONI uważają CZTERNASTOLATKA za idiotę, który zabije się gwizdkiem.
Dużo bardziej ryzykowna dla zdrowia i życia młodego dziewczęcia jest aborcja, nie mówiąc o jej niedoszłym potomku. A przecież Unia rękami i nogami popiera prawo do aborcji, również nastolatek. Czy mógłby mi to ktoś wytłumaczyć?
Dobrze, że Szwajcaria nie należy do UE, bo nie wiem, jak tamtejsi rodzice tłumaczyliby swoim nastoletnim pociechom, że mogą w aptece kupić prezerwatywę, produkowaną specjalnie z myślą dwunastolatkach, ale do piszczałek muszą jeszcze dorosnąć.
Baloniki i piszczałki są dla DZIECI. Czy ktoś słyszał kiedyś producenta piszczałek mówiącego "... tak, naszym 'targetem' są mężczyźni w grupie wiekowej 30-45 lat oraz kobiety w czasie menopauzy"? Czy ktoś widział sprzedawcę baloników przed klubem nocnym albo dyskoteką? Nie, oni rozstawiają się w ogrodach zoologicznych i w lunaparkach, bo tam jest pełno dzieci. Wygląda na to, że ci balonikarze to mordercy bez sumienia, którzy dadzą dziecku do ręki śmiertelną broń i jeszcze zainkasują za to dwa złote.
Nie mam pojęcia, jak częstym zjawiskiem jest śmierć od balonika, piszczałki, czy kolorowanki. Nigdy nie przyszło mi do głowy, by to sprawdzać. Nie wiem, czy w ogóle ktoś prowadzi taką statystykę. Ale wiem jedno, że odpowiedzialny rodzic sam wie, czy jego dziecko jest normalne i można pozwolić mu się bawić balonikiem, piłką, albo plastikową ciężarówką, czy też jego dziecko jest debilkiem i lepiej nie ryzykować, a do zabawy dawać mu tylko duże klocki z jednolitego materiału. A jeśli rodzic jest nieodpowiedzialny, to zakaz i tak nic nie da.
Ale ONI po to, by z wątpliwą skutecznością zmniejszyć umieralność wśród debilków z nieodpowiedzialnymi rodzicami, odbierają dobrą i pouczającą zabawę, która rozwija wyobraźnię tysiącom normalnych dzieci normalnych rodziców. Lepiej wszak od miliona radosnych dzieci jest mieć milion i jednego smutasa.
czwartek, 13 października 2011
Bez jaj
Matuszka Unia uwielbia zabraniać. Od 1 stycznia zostanie wprowadzony zakaz sprzedaży jajek z chowu klatkowego (czytanka). Dla dobra kur. Jak można przeczytać w artykule, chów klatkowy został uznany przez obrońców praw zwierząt za wyjątkowo niehumanitarny.
Dla mnie cokolwiek kontrowersyjnie brzmi słowo "niehumanitarny" w odniesieniu do zwierząt, ale nie chcę się w to zagłębiać. Kury na bok. Dla mnie ważniejszy jest człowiek. A co zakaz ten oznacza dla człowieka? Tylko jedno - droższe jajka.
Na rynku obecnie mamy zatrzęsienie rodzajów kurzych jaj. Od całkiem małych do ogromnych z dwoma żółtkami. Są jajka zdrowe, wzbogacone w jakieś omegi, od kur na specjalnej diecie, są jajka od kur radośnie biegających po wybiegu, jajka od kur chowanych bezstresowo, z uwzględnieniem zasad sprawiedliwości społecznej, od kur lesbijek, od kur pod stałą opieką specjalisty z psychologii weterynaryjnej i diabli wiedzą jakie jeszcze jajka. Cechą, która sprawia, że ludzie kupują zwykłe jajka z chowu klatkowego jest niska cena i nic poza tym.
Jeśli ekolodzy i unijni komisarze są tak przejęci samopoczuciem kur i stać ich na to, to niech nawet jedzą jajka od kur chowanych w pałacach z lokajami i PS3 w każdym pokoju. Ale samotna matka spod Mławy ma głęboko gdzieś, czy jajka które kupują pochodzą od szczęśliwej i spełnionej kury, bo ona sama ledwie wiąże koniec z końcem, a ma dzieci do wykarmienia. I dla niej, w przeciwieństwie do euroekologów, te dzieci są ważniejsze niż zadowolenie drobiu.
Ta kobieta nie może kupić taniej żarówki, nie może kupić taniego termometru, nie może kupić tanich jabłek ani bananów, bo są za małe, lub zbyt krzywe, nie może kupić tanich ubrań ani zabawek z Chin, a od przyszłego roku również tanich jajek. Ale ci biurokratyczni dranie mają to gdzieś, bo ona nie jest kurą, więc nikogo nie obchodzi, czy jest szczęśliwa, czy nie.
Chodzi o to, by ta kobieta i tysiące innych obywateli ubożały. Bo jak ubożeją, to wyciągają swoje chude rączki do Matuszki Unii i błagają o pomoc. Błagają o dotacje, zasiłki, zapomogi. I wówczas Unia jest potrzebna i dowartościowana i nawet może odda ułamek tego, co przemocą zagarnęła była od tychże obywateli. Jak psu skamlącemu pod stołem z głodu, któremu pan rzuci kawałek skórki lub kostki. Tak się zaskarbia dozgonną wdzięczność zwierzęcia.
Wolałbym, by Unia i ekolodzy dla odmiany zaczęli humanitarnie traktować ludzi.
Dla mnie cokolwiek kontrowersyjnie brzmi słowo "niehumanitarny" w odniesieniu do zwierząt, ale nie chcę się w to zagłębiać. Kury na bok. Dla mnie ważniejszy jest człowiek. A co zakaz ten oznacza dla człowieka? Tylko jedno - droższe jajka.
Na rynku obecnie mamy zatrzęsienie rodzajów kurzych jaj. Od całkiem małych do ogromnych z dwoma żółtkami. Są jajka zdrowe, wzbogacone w jakieś omegi, od kur na specjalnej diecie, są jajka od kur radośnie biegających po wybiegu, jajka od kur chowanych bezstresowo, z uwzględnieniem zasad sprawiedliwości społecznej, od kur lesbijek, od kur pod stałą opieką specjalisty z psychologii weterynaryjnej i diabli wiedzą jakie jeszcze jajka. Cechą, która sprawia, że ludzie kupują zwykłe jajka z chowu klatkowego jest niska cena i nic poza tym.
Jeśli ekolodzy i unijni komisarze są tak przejęci samopoczuciem kur i stać ich na to, to niech nawet jedzą jajka od kur chowanych w pałacach z lokajami i PS3 w każdym pokoju. Ale samotna matka spod Mławy ma głęboko gdzieś, czy jajka które kupują pochodzą od szczęśliwej i spełnionej kury, bo ona sama ledwie wiąże koniec z końcem, a ma dzieci do wykarmienia. I dla niej, w przeciwieństwie do euroekologów, te dzieci są ważniejsze niż zadowolenie drobiu.
Ta kobieta nie może kupić taniej żarówki, nie może kupić taniego termometru, nie może kupić tanich jabłek ani bananów, bo są za małe, lub zbyt krzywe, nie może kupić tanich ubrań ani zabawek z Chin, a od przyszłego roku również tanich jajek. Ale ci biurokratyczni dranie mają to gdzieś, bo ona nie jest kurą, więc nikogo nie obchodzi, czy jest szczęśliwa, czy nie.
Chodzi o to, by ta kobieta i tysiące innych obywateli ubożały. Bo jak ubożeją, to wyciągają swoje chude rączki do Matuszki Unii i błagają o pomoc. Błagają o dotacje, zasiłki, zapomogi. I wówczas Unia jest potrzebna i dowartościowana i nawet może odda ułamek tego, co przemocą zagarnęła była od tychże obywateli. Jak psu skamlącemu pod stołem z głodu, któremu pan rzuci kawałek skórki lub kostki. Tak się zaskarbia dozgonną wdzięczność zwierzęcia.
Wolałbym, by Unia i ekolodzy dla odmiany zaczęli humanitarnie traktować ludzi.
piątek, 2 września 2011
Bardzo dziwny zbieg okoliczności
No i po setkach, siedemdziesiątkach piątkach przyszedł czas na wycofanie żarówek sześćdziesięciowatowych. Komu one przeszkadzały? Oczywiście producentom ich zastępników.
Oprócz nich i garstki zidiociałych eko-logów, którzy dali się przekonać tym pierwszym, że od żarówek wybuchają wulkany, nikomu żarówki te nie szkodziły.
Były droższe w eksploatacji? No i cóż z tego, przecież każdy miał wybór. Coca Cola też jest droższa od Hoop Coli, a Żywiec jest droższy od Bohuna Mocnego, a mimo to istnieją ludzie, którzy są gotowi zapłacić trochę więcej za smaczniejszy napój, albo za lepsze oświetlenie.
Państwu też one nie przeszkadzały - wprost przeciwnie - skoro bowiem zużywają więcej prądu, a cena prądu jest obficie okraszona podatkiem, to rząd tylko zyskałby na nich. A tak, to co "zaoszczędzimy" na energii, to będzie trzeba wydać w subsydiach dla górnictwa - bo przecież popyt na węgiel powinien spaść.
Na stronie jednego z producentów świetlówek, firmy Osram, przeczytałem:
Problem w tym, że zrezygnowanie z tych "przestarzałych" źródeł światła jest nie tyle "możliwe", co "wymuszone". Możliwe było zrezygnowanie z lamp naftowych w XIX wieku. Żadna Unia Europejska ani inna organizacja nie nakazywały ich wycofania (można je kupić do dziś - w przeciwieństwie do stuwatówek), a mimo to zostały wyparte, przez dużo lepsze żarówki. A te ostatnie również zostałyby wyparte (i to znacznie szybciej, bo nie jest konieczna wymiana instalacji), gdyby faktycznie ich zastępniki były tak fantastyczne, jak przekonują nas producenci w reklamach.
Przy okazji nastąpił niebywały zbieg okoliczności. Również pierwszego września dwie wiodące firmy na rynku świetlówkowym ogłosiły w Niemczech, że podniosą ceny swoich produktów o jedną czwartą. I wcale nie jest to związane z wycofaniem żarówek tego samego dnia! Nieprawdopodobny przypadek!
Jak można przeczytać na stronie Wirtualnej Polski:
Znaczy to, że producenci ci przez ostatni rok obserwowali spokojnie jak ceny surowców rosną ośmiokrotnie nie robiąc nic. Koszty produkcji wzrosły w tym czasie o 25 procent. A oni pierwszego września uznali, że pora podnieść ceny. Normalny biznesmen zrobiłby w tym czasie kilka kilkuprocentowych podwyżek, nie niepokojąc zbytnio konsumentów i z zyskiem. A oni tak dziwnie czekali. Zabawne, że nic nie słychać o wzroście cen świetlówek za oceanem, gdzie w każdym supermarkecie można nabyć żarówkę 150-watową.
Oczywiście, że nie słychać bo podwyżka JEST wynikiem wycofania żarówek. A pan Schmidt z Osramu ma swoich klientów za idiotów (w większości przypadków słusznie). Albo sam jest idiotą, który zachowuje się jak dziecko, które "dziwnym zbiegiem okoliczności" zawsze po obżarciu się cukierkami boli brzuszek - ale to na pewno nie od cukierków.
A pieniądze są tym producentom bardzo potrzebne, bo przyszła pora spłacić obiecane łapówki bossom z Unii.
Oprócz nich i garstki zidiociałych eko-logów, którzy dali się przekonać tym pierwszym, że od żarówek wybuchają wulkany, nikomu żarówki te nie szkodziły.
Były droższe w eksploatacji? No i cóż z tego, przecież każdy miał wybór. Coca Cola też jest droższa od Hoop Coli, a Żywiec jest droższy od Bohuna Mocnego, a mimo to istnieją ludzie, którzy są gotowi zapłacić trochę więcej za smaczniejszy napój, albo za lepsze oświetlenie.
Państwu też one nie przeszkadzały - wprost przeciwnie - skoro bowiem zużywają więcej prądu, a cena prądu jest obficie okraszona podatkiem, to rząd tylko zyskałby na nich. A tak, to co "zaoszczędzimy" na energii, to będzie trzeba wydać w subsydiach dla górnictwa - bo przecież popyt na węgiel powinien spaść.
Na stronie jednego z producentów świetlówek, firmy Osram, przeczytałem:
Rynek oświetlenia ewoluuje. Wraz z dostępem do nowszych, bardziej energooszczędnych rozwiązań i technologii możliwe jest zrezygnowanie z przestarzałych, mniej wydajnych źródeł światła.
Problem w tym, że zrezygnowanie z tych "przestarzałych" źródeł światła jest nie tyle "możliwe", co "wymuszone". Możliwe było zrezygnowanie z lamp naftowych w XIX wieku. Żadna Unia Europejska ani inna organizacja nie nakazywały ich wycofania (można je kupić do dziś - w przeciwieństwie do stuwatówek), a mimo to zostały wyparte, przez dużo lepsze żarówki. A te ostatnie również zostałyby wyparte (i to znacznie szybciej, bo nie jest konieczna wymiana instalacji), gdyby faktycznie ich zastępniki były tak fantastyczne, jak przekonują nas producenci w reklamach.
Przy okazji nastąpił niebywały zbieg okoliczności. Również pierwszego września dwie wiodące firmy na rynku świetlówkowym ogłosiły w Niemczech, że podniosą ceny swoich produktów o jedną czwartą. I wcale nie jest to związane z wycofaniem żarówek tego samego dnia! Nieprawdopodobny przypadek!
Jak można przeczytać na stronie Wirtualnej Polski:
Obie firmy zaznaczają, że wzrost cen nie ma związku z wycofywaniem z handlu tradycyjnych żarówek, lecz jest konsekwencją eksplozji cen surowców. - Rzadkie zasoby naturalne podrożały w ciągu minionych 12 miesięcy o 700 procent - powiedział dpa rzecznik firmy Osram Stefan Schmidt.
Znaczy to, że producenci ci przez ostatni rok obserwowali spokojnie jak ceny surowców rosną ośmiokrotnie nie robiąc nic. Koszty produkcji wzrosły w tym czasie o 25 procent. A oni pierwszego września uznali, że pora podnieść ceny. Normalny biznesmen zrobiłby w tym czasie kilka kilkuprocentowych podwyżek, nie niepokojąc zbytnio konsumentów i z zyskiem. A oni tak dziwnie czekali. Zabawne, że nic nie słychać o wzroście cen świetlówek za oceanem, gdzie w każdym supermarkecie można nabyć żarówkę 150-watową.
Oczywiście, że nie słychać bo podwyżka JEST wynikiem wycofania żarówek. A pan Schmidt z Osramu ma swoich klientów za idiotów (w większości przypadków słusznie). Albo sam jest idiotą, który zachowuje się jak dziecko, które "dziwnym zbiegiem okoliczności" zawsze po obżarciu się cukierkami boli brzuszek - ale to na pewno nie od cukierków.
A pieniądze są tym producentom bardzo potrzebne, bo przyszła pora spłacić obiecane łapówki bossom z Unii.
wtorek, 14 czerwca 2011
Najlepszy sposób na pamięć
Dziś bardzo krótko, ale zabawnie:
Na taki tytuł natknąłem się na portalu JKM. Niech Litwini się nie obawiają. Unia nie zapomni.
Wszak najlepszym sposobem by coś zapamiętać, to powtarzać, powtarzać, powtarzać...
Litwa chce, aby UE pamiętała o zbrodniach komunizmu
Na taki tytuł natknąłem się na portalu JKM. Niech Litwini się nie obawiają. Unia nie zapomni.
Wszak najlepszym sposobem by coś zapamiętać, to powtarzać, powtarzać, powtarzać...
sobota, 4 czerwca 2011
Dlaczego UE się rozrasta?
Nie jest tajemnicą, że Unia i większość zachodzących w niej aktywności orbituje wokół kilku państw członkowskich. Upraszczając, mam tu namyśli wiodące w niej prym Francję i Niemcy. Wyobraźmy sobie teraz, że rządzący tymi wcale zamożnymi (co jest istotne) państwami postanawiają, że chcą się nakraść. Nie jest to jakiś specjalnie szokujące założenie.
Innymi słowy kilka państw postanawia, czy to wspólnie, czy też indywidualnie, wycisnąć ile się da ze swoich obywateli w podatkach.
Dygresja: oczywiście po cichu są w stanie ukraść tylko niewielką część, powiedzmy dziesiątą, tych podatków. Zatem muszą znaleźć sposób kradzieży na skalę przemysłową. I tutaj bardzo przydatnym staje się redystrybucja dóbr. Im więcej pieniędzy się przewinie przez urzędy, tym więcej ich wyparuje. Trzeba zatem stworzyć elektorat ludzi, którym się obieca, że zabierze się pracowitym i uczciwym, a odda leniom i ciamajdom. Ten elektorat to oczywiście ta druga grupa. Oczywistą konsekwencją tego jest to, że coraz bardziej opłacalna staje się do niej przynależność, w związku z czym grupa ta rośnie, co w demokracji jest oczywiście efektem pożądanym. W wielu krajach Unii można mówić już o zawodowych bezrobotnych.
Mechanizm, dzięki któremu przekłada się to na rozrost UE, a także na niepohamowane parcie do ujednolicania wszystkiego co się da, z krzywizną bananów włącznie, jest bardzo prosty do zrozumienia, ale nie każdy go zauważa, zatem do rzeczy.
Załóżmy że prowadzę piekarnię na luksusowym osiedlu. Moi klienci są zamożni, więc mógłbym, oczywiście stopniowo, wywindować cenę bochenka do dziesięciu złotych. Nie byliby z tego zadowoleni, ale stać by ich było na to i nawet nie zauważyliby większego ubytku w swoim portfelu. Ale moim problemem jest inna, stojąca dwie ulice dalej piekarnia. Moi klienci po prostu zaczną kupować pieczywo u konkurencji. Chyba, że namówię drugiego piekarza na to samo! To wszystko!
I o to chodzi. Francja i Niemcy nie mogłyby w normalnych warunkach podnieść podatków do granicy możliwości ich obywateli, bowiem dysproporcja między kosztami życia w tych państwach oraz u sąsiadów stałaby się zbyt wyraźna. Obywatele zaczęliby masowo emigrować do Polski, Austrii, Włoch, Hiszpanii i tak dalej. Nie byłoby kogo łupić.
Aby zatem zmaksymalizować przychody z tego interesu, trzeba zachęcić tychże sąsiadów do wstąpienia do ich klubu. Przekonanie rządów nie jest tu większym problemem. "Nasi" też są łasi na pieniądze. Ponadto, warto jest na zachętę sypnąć dotacjami. Wszak jest to bardzo dobrze ulokowana inwestycja! A jeśli nie obecnie rządzących, to namówi się opozycję na sypanie kolorowymi obietnicami dla łapserdaków, i już w ich interesie będzie, by ta opozycja rządem się stała przy najbliższej okazji.
Tym sposobem pazerni sąsiedzi dostają pieniądze i "przykład z góry" (o ileż łatwiej przekonać obywateli do zmian mówiąc "Na zachodzie jest to standard" - ulubiona odpowiedź na wszystko, gdy brak argumentów merytorycznych), a państwa źródłowe zyskują bufor bezpieczeństwa. A obywatel Niemiec, o ile wcześniej byłby skory wyemigrować za lepszym życiem do Polski (a jakże!), myśli sobie, że w sumie w Polsce jest niewiele lepiej, więc szkoda zachodu. A kraje, w których rzeczywiście odczułby różnice leżą z kolei za daleko.
Zasada ta jest bardzo dobrze znana każdemu z nas od dziecka, wszak świetnym przykładem jest piaskownica. Kiedy sypaliśmy piasek w jedno miejsce, powstawała nierówność. Ten sam piasek po tejże nierówności zsuwał się i gromadził się na peryferiach kopca. Im wyższa budowla, tym większa musiała być jej podstawa, by zachować stabilność. Im wyższe obciążenia obywateli, tym większy musi być obszar buforowy.
Stąd ta niekończąca się potrzeba ekspansji i ujednolicania wszystkiego. Im więcej państw jest w to uwikłanych, tym pilniejsza jest potrzeba, by najdrobniejsze szczegóły były dograne. Stąd na przykład minimalne stawki VAT i akcyzy. Wyobraźmy sobie co by było, gdyby w którymś z państw członkowskich do władzy nieoczekiwani doszła prawica i zlikwidowała VAT. Natychmiast obywatele sąsiednich krajów zaczęliby jeździć tam na zakupy, a kto wie, może i na stałe.
Państwa Unii Europejskiej budują zatem najzwyklejszą w świecie nieuczciwą konkurencję. Oczywiście, jak to w każdej demokracji nazywa się to "walką z nieuczciwą konkurencją" tych tanich państw, które są tanie tylko po to, by zniszczyć Unię. Tak samo jak się walczy na przykład z "nieuczciwą konkurencją" tanich sklepów wprowadzając ceny minimalne na książki, o czym pisałem w ubiegłym miesiącu. To właśnie to jest nieuczciwą konkurencją i zmową cenową, proszę się nie dać oszukiwać.
Jest tylko jeden problem. Nie wszystkie z państw biorących w tym udział są tak zamożne jak Francja i Niemcy. Niektóre pod takim obciążeniem padają. To trochę za dużo dla Grecji, Hiszpanii, Portugalii, Irlandii i innych państw, które już się ustawiają w kolejce do bankructwa.. Ale "Bossów" Unii to nie obchodzi. Wręcz w to im graj! Tym bardziej nikomu do głowy nie przyjdzie ucieczka przed podatkami do państw bankrutów. Unia ostatecznie może i im pomoże, ale pod warunkiem, że nie przestaną dławić gospodarki. Ten balonik nie może mieć nawet najmniejszej dziurki. Prędzej czy później prawie wszystkie państwa członkowskie zbankrutują. Najważniejsze by przedstawiciele tych kilku państw inicjatorów się nachapali. Chyba, że uda nam się zawczasu zatrzymać to domino.
Innymi słowy kilka państw postanawia, czy to wspólnie, czy też indywidualnie, wycisnąć ile się da ze swoich obywateli w podatkach.
Dygresja: oczywiście po cichu są w stanie ukraść tylko niewielką część, powiedzmy dziesiątą, tych podatków. Zatem muszą znaleźć sposób kradzieży na skalę przemysłową. I tutaj bardzo przydatnym staje się redystrybucja dóbr. Im więcej pieniędzy się przewinie przez urzędy, tym więcej ich wyparuje. Trzeba zatem stworzyć elektorat ludzi, którym się obieca, że zabierze się pracowitym i uczciwym, a odda leniom i ciamajdom. Ten elektorat to oczywiście ta druga grupa. Oczywistą konsekwencją tego jest to, że coraz bardziej opłacalna staje się do niej przynależność, w związku z czym grupa ta rośnie, co w demokracji jest oczywiście efektem pożądanym. W wielu krajach Unii można mówić już o zawodowych bezrobotnych.
Mechanizm, dzięki któremu przekłada się to na rozrost UE, a także na niepohamowane parcie do ujednolicania wszystkiego co się da, z krzywizną bananów włącznie, jest bardzo prosty do zrozumienia, ale nie każdy go zauważa, zatem do rzeczy.
Załóżmy że prowadzę piekarnię na luksusowym osiedlu. Moi klienci są zamożni, więc mógłbym, oczywiście stopniowo, wywindować cenę bochenka do dziesięciu złotych. Nie byliby z tego zadowoleni, ale stać by ich było na to i nawet nie zauważyliby większego ubytku w swoim portfelu. Ale moim problemem jest inna, stojąca dwie ulice dalej piekarnia. Moi klienci po prostu zaczną kupować pieczywo u konkurencji. Chyba, że namówię drugiego piekarza na to samo! To wszystko!
I o to chodzi. Francja i Niemcy nie mogłyby w normalnych warunkach podnieść podatków do granicy możliwości ich obywateli, bowiem dysproporcja między kosztami życia w tych państwach oraz u sąsiadów stałaby się zbyt wyraźna. Obywatele zaczęliby masowo emigrować do Polski, Austrii, Włoch, Hiszpanii i tak dalej. Nie byłoby kogo łupić.
Aby zatem zmaksymalizować przychody z tego interesu, trzeba zachęcić tychże sąsiadów do wstąpienia do ich klubu. Przekonanie rządów nie jest tu większym problemem. "Nasi" też są łasi na pieniądze. Ponadto, warto jest na zachętę sypnąć dotacjami. Wszak jest to bardzo dobrze ulokowana inwestycja! A jeśli nie obecnie rządzących, to namówi się opozycję na sypanie kolorowymi obietnicami dla łapserdaków, i już w ich interesie będzie, by ta opozycja rządem się stała przy najbliższej okazji.
Tym sposobem pazerni sąsiedzi dostają pieniądze i "przykład z góry" (o ileż łatwiej przekonać obywateli do zmian mówiąc "Na zachodzie jest to standard" - ulubiona odpowiedź na wszystko, gdy brak argumentów merytorycznych), a państwa źródłowe zyskują bufor bezpieczeństwa. A obywatel Niemiec, o ile wcześniej byłby skory wyemigrować za lepszym życiem do Polski (a jakże!), myśli sobie, że w sumie w Polsce jest niewiele lepiej, więc szkoda zachodu. A kraje, w których rzeczywiście odczułby różnice leżą z kolei za daleko.
Zasada ta jest bardzo dobrze znana każdemu z nas od dziecka, wszak świetnym przykładem jest piaskownica. Kiedy sypaliśmy piasek w jedno miejsce, powstawała nierówność. Ten sam piasek po tejże nierówności zsuwał się i gromadził się na peryferiach kopca. Im wyższa budowla, tym większa musiała być jej podstawa, by zachować stabilność. Im wyższe obciążenia obywateli, tym większy musi być obszar buforowy.
Stąd ta niekończąca się potrzeba ekspansji i ujednolicania wszystkiego. Im więcej państw jest w to uwikłanych, tym pilniejsza jest potrzeba, by najdrobniejsze szczegóły były dograne. Stąd na przykład minimalne stawki VAT i akcyzy. Wyobraźmy sobie co by było, gdyby w którymś z państw członkowskich do władzy nieoczekiwani doszła prawica i zlikwidowała VAT. Natychmiast obywatele sąsiednich krajów zaczęliby jeździć tam na zakupy, a kto wie, może i na stałe.
Państwa Unii Europejskiej budują zatem najzwyklejszą w świecie nieuczciwą konkurencję. Oczywiście, jak to w każdej demokracji nazywa się to "walką z nieuczciwą konkurencją" tych tanich państw, które są tanie tylko po to, by zniszczyć Unię. Tak samo jak się walczy na przykład z "nieuczciwą konkurencją" tanich sklepów wprowadzając ceny minimalne na książki, o czym pisałem w ubiegłym miesiącu. To właśnie to jest nieuczciwą konkurencją i zmową cenową, proszę się nie dać oszukiwać.
Jest tylko jeden problem. Nie wszystkie z państw biorących w tym udział są tak zamożne jak Francja i Niemcy. Niektóre pod takim obciążeniem padają. To trochę za dużo dla Grecji, Hiszpanii, Portugalii, Irlandii i innych państw, które już się ustawiają w kolejce do bankructwa.. Ale "Bossów" Unii to nie obchodzi. Wręcz w to im graj! Tym bardziej nikomu do głowy nie przyjdzie ucieczka przed podatkami do państw bankrutów. Unia ostatecznie może i im pomoże, ale pod warunkiem, że nie przestaną dławić gospodarki. Ten balonik nie może mieć nawet najmniejszej dziurki. Prędzej czy później prawie wszystkie państwa członkowskie zbankrutują. Najważniejsze by przedstawiciele tych kilku państw inicjatorów się nachapali. Chyba, że uda nam się zawczasu zatrzymać to domino.
wtorek, 24 maja 2011
UE gorsza niż faszyści
Nowy projekt Unii Europejskiej jest oburzający. Proszę samemu obejrzeć materiał w Wolnych Mediach, bo tego nie da się opisać słowami. Mimo że poczynania EU obserwuję już od jakiegoś czasu, dawno już się we mnie tak nie gotowało.
Pod pretekstem walki z zanieczyszczeniem środowiska UE wybrała sobie pewną grupę osób, która w żaden sposób nie jest jakoś szczególnie związana z zanieczyszczaniem powietrza, by odebrać im prawa jazdy. Chodzi o emerytów i ludzi przyjmujących leki.
Abstrahuję tu od zanieczyszczenia środowiska, które jest uzasadnieniem idiotycznym! Załóżmy, że faktycznie jest ono przyczyną problemu.
Wszyscy jeździmy samochodami, wszyscy korzystamy z elektryczności. Dlaczego odpowiedzialność za zatrucie powietrza spada na jedną konkretną grupę? Dlaczego nie ograniczyć europosłom przelotów i podróży? Czy eurodeputowani są za głupi na Skype'a? (to pytanie retoryczne, proszę nie odpowiadać w komentarzach)
ZSRE jest gorszy niż PRL. W PRL problem taki rozwiązany zostałby przez wprowadzenie kartek na paliwo, więc ciężar spadłby na wszystkich po równo (też zło, ale mniejsze). Ba, jest to rozwiązanie gorsze niż w demokracji. W demokracji przynajmniej zachowuje się pozory, mówiąc: "z badań statystycznych wynika, że wzrosła liczba wypadków samochodowych powodowanych przez emerytów..." i już społeczeństwo przyklaśnie, że to dla bezpieczeństwa. Ale między środowiskiem a leciwymi kierowcami nie ma żadnego związku.
Co następne? Żeby oszczędzać wodę wybiorą sobie grupę, na przykład studentów, która nie będzie mogła się myć? Albo zabronią farmaceutom chodzić pieszo, żeby nie niszczyć chodników? A potem zagrają w papier - nożyce - kamień, żeby wybrać grupę, która, by oszczędzać lasy, nie będzie mogła korzystać z papieru toaletowego.
To oczywiście jest dyskryminacja ze względu na wiek, czy stan zdrowia. Matuszka Unia, która tak dba, żeby przypadkiem nikt nie wyrządził krzywdy gejowi, czy Murzynowi, podnosząc rwetes za jedno niebacznie wypowiedziane słowo, tą samą ręką, ot, tak sobie, chce odebrać podstawowe prawo innej, dużo większej grupie.
To bezczelne kłamstwo, że chodzi o środowisko, które ma się świetnie, ta bezczelna praktyka, że za "grzechy" całego społeczeństwa ma odpowiadać wybrana (jak?) grupa kozłów ofiarnych i tak swobodne mówienie o tym mogą oznaczać tylko jedno. Chodzi o coś dużo większego. Jeszcze tylko nie wiem o co.
Nie wiem jeszcze o co, ale jeśli miałbym dziś obstawiać, to o ZUSy i NFZy. Wyobraźmy sobie tych wszystkich samotnych staruszków, mieszkających w małych wioseczkach, którzy do komunikacji miejskiej, sklepu, kościoła, przychodni mają dwa kilometry. Dla nich spacer, nawet przy ładnej pogodzie, z zakupami to nie jest łatwa sprawa. Ale jakaż to ulga dla budżetów państw członkowskich, kiedy dziadzio na upale zasłabnie z wysiłku i zemdleje gdzieś w rowie, albo jak jakaś starowinka dźwigająca koszyk z zakupami fiknie na oblodzonej drodze i złamie udo. Na takich drogach dużego ruchu nie ma, więc jest duże prawdopodobieństwo, że seniorzy odciążą tym zadłużone systemy emerytalne państw Unii. A eurozdrajcy wiedzą, że jak padną ZUSy, to padnie Unia. A winę oczywiście przerzuci się na samorządy, bo kto skojarzy, że liczba udarów i zamarznięć wzrosła w wyniku odebrania prawa jazdy?
To oczywiście tylko teoria.
Prawo do jazdy samochodem to nie jest łaska Unii tylko podstawowe prawo obywatela. A ci czerwoni oprawcy najpierw wprowadzają licencje, a teraz chcą wprowadzić jakiś idiotyczny odsiew na podstawie widziimsię. Robimy to, na co eurobiurwy nam łaskawie pozwolą. I jeszcze jesteśmy im wdzięczni, bo bez tych pozwoleń już dawno byśmy poumierali z głodu. Czy ktoś ma jeszcze wątpliwość, że jest niewolnikiem?
Pod pretekstem walki z zanieczyszczeniem środowiska UE wybrała sobie pewną grupę osób, która w żaden sposób nie jest jakoś szczególnie związana z zanieczyszczaniem powietrza, by odebrać im prawa jazdy. Chodzi o emerytów i ludzi przyjmujących leki.
Abstrahuję tu od zanieczyszczenia środowiska, które jest uzasadnieniem idiotycznym! Załóżmy, że faktycznie jest ono przyczyną problemu.
Wszyscy jeździmy samochodami, wszyscy korzystamy z elektryczności. Dlaczego odpowiedzialność za zatrucie powietrza spada na jedną konkretną grupę? Dlaczego nie ograniczyć europosłom przelotów i podróży? Czy eurodeputowani są za głupi na Skype'a? (to pytanie retoryczne, proszę nie odpowiadać w komentarzach)
ZSRE jest gorszy niż PRL. W PRL problem taki rozwiązany zostałby przez wprowadzenie kartek na paliwo, więc ciężar spadłby na wszystkich po równo (też zło, ale mniejsze). Ba, jest to rozwiązanie gorsze niż w demokracji. W demokracji przynajmniej zachowuje się pozory, mówiąc: "z badań statystycznych wynika, że wzrosła liczba wypadków samochodowych powodowanych przez emerytów..." i już społeczeństwo przyklaśnie, że to dla bezpieczeństwa. Ale między środowiskiem a leciwymi kierowcami nie ma żadnego związku.
Co następne? Żeby oszczędzać wodę wybiorą sobie grupę, na przykład studentów, która nie będzie mogła się myć? Albo zabronią farmaceutom chodzić pieszo, żeby nie niszczyć chodników? A potem zagrają w papier - nożyce - kamień, żeby wybrać grupę, która, by oszczędzać lasy, nie będzie mogła korzystać z papieru toaletowego.
To oczywiście jest dyskryminacja ze względu na wiek, czy stan zdrowia. Matuszka Unia, która tak dba, żeby przypadkiem nikt nie wyrządził krzywdy gejowi, czy Murzynowi, podnosząc rwetes za jedno niebacznie wypowiedziane słowo, tą samą ręką, ot, tak sobie, chce odebrać podstawowe prawo innej, dużo większej grupie.
To bezczelne kłamstwo, że chodzi o środowisko, które ma się świetnie, ta bezczelna praktyka, że za "grzechy" całego społeczeństwa ma odpowiadać wybrana (jak?) grupa kozłów ofiarnych i tak swobodne mówienie o tym mogą oznaczać tylko jedno. Chodzi o coś dużo większego. Jeszcze tylko nie wiem o co.
Nie wiem jeszcze o co, ale jeśli miałbym dziś obstawiać, to o ZUSy i NFZy. Wyobraźmy sobie tych wszystkich samotnych staruszków, mieszkających w małych wioseczkach, którzy do komunikacji miejskiej, sklepu, kościoła, przychodni mają dwa kilometry. Dla nich spacer, nawet przy ładnej pogodzie, z zakupami to nie jest łatwa sprawa. Ale jakaż to ulga dla budżetów państw członkowskich, kiedy dziadzio na upale zasłabnie z wysiłku i zemdleje gdzieś w rowie, albo jak jakaś starowinka dźwigająca koszyk z zakupami fiknie na oblodzonej drodze i złamie udo. Na takich drogach dużego ruchu nie ma, więc jest duże prawdopodobieństwo, że seniorzy odciążą tym zadłużone systemy emerytalne państw Unii. A eurozdrajcy wiedzą, że jak padną ZUSy, to padnie Unia. A winę oczywiście przerzuci się na samorządy, bo kto skojarzy, że liczba udarów i zamarznięć wzrosła w wyniku odebrania prawa jazdy?
To oczywiście tylko teoria.
Prawo do jazdy samochodem to nie jest łaska Unii tylko podstawowe prawo obywatela. A ci czerwoni oprawcy najpierw wprowadzają licencje, a teraz chcą wprowadzić jakiś idiotyczny odsiew na podstawie widziimsię. Robimy to, na co eurobiurwy nam łaskawie pozwolą. I jeszcze jesteśmy im wdzięczni, bo bez tych pozwoleń już dawno byśmy poumierali z głodu. Czy ktoś ma jeszcze wątpliwość, że jest niewolnikiem?
sobota, 14 maja 2011
Naprawa pojęć
Piątek trzynastego upłynął pod znakiem awarii Bloggera. Dziwne rzeczy działy się z moimi wpisami. Przepadło też kilka komentarzy, które mam nadzieję, że jeszcze wrócą. Wierzę, że to już koniec tych niespodzianek.
Jak czytam na portalu Gazety, dwóch działaczy PiS zostało podanych do sądu za nazwanie homoseksualizmu dewiacją. Sprawa jest o zniesławienie. O ile oskarżający ich prawnik, gej, może czuć się urażony wypowiedziami obu panów, o tyle nazwanie dewiacji zniesławieniem, mija się trochę ze zdrowym rozsądkiem. Wszak dewiacją jest tylko odstępstwem od normy. A homoseksualizm JEST odstępstwem od nomy. Dewiacja może być czymś złym, ale nie musi.
Dewiantem może być też ktoś chorobliwie dbający o czystość w mieszkaniu. Trzy razy dziennie sprząta wszystko i dezynfekuje. Czy to jest czymś złym? Czy może stanowić podstawę do zniesławienia? Jeśli o takim czyściochu powiemy "on jest czyściochem" to nie powinien czuć się urażonym, bo sam dobrze wie, że nim jest. No chyba, że (i to może być problem wspomnianego prawnika) sam tego nie akceptuje.
Konfucjusz głosił, że "naprawę państwa należy zacząć od naprawy pojęć". Ale nie chodzi jedynie o naprawę pojęć "popsutych" przez dwudziestowieczną epidemię czerwonki. Pojęć takich jak "prawica", którą nazywany jest PiS, czy "liberalizm", który nie wiadomo jakim cudem nagle kojarzy się z Platformą. Należy także wyrzucić do kosza te pojęcia, które na potrzebę socjalistów zostały stworzone w taki sposób, aby jednoznacznie negatywnie wartościowały ludzi stawiających zdrowy rozsądek ponad politpoprawnością.
Nie trzeba daleko szukać, rzeczeni działacze PiS zostali nazwani "homofobami". Termin ten został ukuty specjalnie na potrzebę piętnowania ludzi, którzy związki jednopłciowe uważają za nieeleganckie. Ale słowo "fobia" oznacza lęk. W dodatku lęk nieuzasadniony występujący u neuropatów. W to postępowcom graj. "Nazwijmy ich wariatami i cześć." I faktycznie - bycie "homofobem" jest obecnie postrzegane jako coś, czego należy się wstydzić.
Gdy przez środek miasta przetacza się parada półnagich facetów głaszczących się po tyłkach, to młoda matka, która miała pech wyjść właśnie w tym momencie na spacer z synkiem i jest zażenowana tym, co jej pociecha musi oglądać, jest chora psychicznie. To co ona odczuwa to nie uzasadnione obrzydzenie, tylko irracjonalny lęk.
Byłem kiedyś na weselu, na którym wśród gości była też para homoseksualistów. Zachowywali się całkowicie normalnie, przyzwoicie i nie wadzili nikomu. Ja z pewnością należę do ludzi, którzy przez gejowskich działaczy nazwani byliby "homofobami". Ale jakoś potrafiłem na tej imprezie normalnie się bawić. Gdybym miał inny lęk, dajmy na to arachnofobię, to z pewnością bym się tak beztrosko nie bawił wiedząc, że gdzieś po sali grasują dwa osiemdziesięciokilogramowe pająki.
To nie jest fobia. Ja bym to nazwał raczej "gejowstrętem". Oczywiście zaznaczam jednocześnie, że jest różnica między homoseksualistą, a gejem. Nie mam nic przeciwko homosiom, ale gejów nie potrafię ścierpieć. Tak samo jak szanuję ludzi ciężko i uczciwie pracujących, a nienawidzę związkowców, którzy mienią się ich rzecznikami. Tak samo jak kocham kobiety, lecz nie znoszę feministek, działających przecież "dla ich dobra".
Innym wygodnym hasłem socjalistów jest uniosceptyk. Sceptykiem nazywana jest osoba, która ma wątpliwości. Zatem wydźwięk tego określenia jest: "to jest ten, co nie ma opinii", albo wręcz "ten co się nie zna". Otóż ja mam opinię. Bardzo dobrze ugruntowaną. Jestem przeciwnikiem Unii. Jestem "anty". Nie mam żadnych wątpliwości, że jest to zaraza i zguba naszej cywilizacji. I swoją postawę potrafię uzasadnić dużo mocniej niż ci "unioignoranci". Proszę bardzo, też potrafię tworzyć słowa.
Takich haseł, pojęć i epitetów jest bezliku. Ale my je jeszcze kiedyś odkręcimy lub wyrugujemy.
Jak czytam na portalu Gazety, dwóch działaczy PiS zostało podanych do sądu za nazwanie homoseksualizmu dewiacją. Sprawa jest o zniesławienie. O ile oskarżający ich prawnik, gej, może czuć się urażony wypowiedziami obu panów, o tyle nazwanie dewiacji zniesławieniem, mija się trochę ze zdrowym rozsądkiem. Wszak dewiacją jest tylko odstępstwem od normy. A homoseksualizm JEST odstępstwem od nomy. Dewiacja może być czymś złym, ale nie musi.
Dewiantem może być też ktoś chorobliwie dbający o czystość w mieszkaniu. Trzy razy dziennie sprząta wszystko i dezynfekuje. Czy to jest czymś złym? Czy może stanowić podstawę do zniesławienia? Jeśli o takim czyściochu powiemy "on jest czyściochem" to nie powinien czuć się urażonym, bo sam dobrze wie, że nim jest. No chyba, że (i to może być problem wspomnianego prawnika) sam tego nie akceptuje.
Konfucjusz głosił, że "naprawę państwa należy zacząć od naprawy pojęć". Ale nie chodzi jedynie o naprawę pojęć "popsutych" przez dwudziestowieczną epidemię czerwonki. Pojęć takich jak "prawica", którą nazywany jest PiS, czy "liberalizm", który nie wiadomo jakim cudem nagle kojarzy się z Platformą. Należy także wyrzucić do kosza te pojęcia, które na potrzebę socjalistów zostały stworzone w taki sposób, aby jednoznacznie negatywnie wartościowały ludzi stawiających zdrowy rozsądek ponad politpoprawnością.
Nie trzeba daleko szukać, rzeczeni działacze PiS zostali nazwani "homofobami". Termin ten został ukuty specjalnie na potrzebę piętnowania ludzi, którzy związki jednopłciowe uważają za nieeleganckie. Ale słowo "fobia" oznacza lęk. W dodatku lęk nieuzasadniony występujący u neuropatów. W to postępowcom graj. "Nazwijmy ich wariatami i cześć." I faktycznie - bycie "homofobem" jest obecnie postrzegane jako coś, czego należy się wstydzić.
Gdy przez środek miasta przetacza się parada półnagich facetów głaszczących się po tyłkach, to młoda matka, która miała pech wyjść właśnie w tym momencie na spacer z synkiem i jest zażenowana tym, co jej pociecha musi oglądać, jest chora psychicznie. To co ona odczuwa to nie uzasadnione obrzydzenie, tylko irracjonalny lęk.
Byłem kiedyś na weselu, na którym wśród gości była też para homoseksualistów. Zachowywali się całkowicie normalnie, przyzwoicie i nie wadzili nikomu. Ja z pewnością należę do ludzi, którzy przez gejowskich działaczy nazwani byliby "homofobami". Ale jakoś potrafiłem na tej imprezie normalnie się bawić. Gdybym miał inny lęk, dajmy na to arachnofobię, to z pewnością bym się tak beztrosko nie bawił wiedząc, że gdzieś po sali grasują dwa osiemdziesięciokilogramowe pająki.
To nie jest fobia. Ja bym to nazwał raczej "gejowstrętem". Oczywiście zaznaczam jednocześnie, że jest różnica między homoseksualistą, a gejem. Nie mam nic przeciwko homosiom, ale gejów nie potrafię ścierpieć. Tak samo jak szanuję ludzi ciężko i uczciwie pracujących, a nienawidzę związkowców, którzy mienią się ich rzecznikami. Tak samo jak kocham kobiety, lecz nie znoszę feministek, działających przecież "dla ich dobra".
Innym wygodnym hasłem socjalistów jest uniosceptyk. Sceptykiem nazywana jest osoba, która ma wątpliwości. Zatem wydźwięk tego określenia jest: "to jest ten, co nie ma opinii", albo wręcz "ten co się nie zna". Otóż ja mam opinię. Bardzo dobrze ugruntowaną. Jestem przeciwnikiem Unii. Jestem "anty". Nie mam żadnych wątpliwości, że jest to zaraza i zguba naszej cywilizacji. I swoją postawę potrafię uzasadnić dużo mocniej niż ci "unioignoranci". Proszę bardzo, też potrafię tworzyć słowa.
Takich haseł, pojęć i epitetów jest bezliku. Ale my je jeszcze kiedyś odkręcimy lub wyrugujemy.
piątek, 6 maja 2011
Niedaleko pada placek od zadu
Kiedy mówiliśmy w grudniu 2009, że powstaje nowe państwo, w którym Polska będzie jedynie "województwem", traktowano nas jak obłąkanych. Mówiono: "Bzdura! UE nie posiada symboli państwowych, takich jak flaga, czy hymn". W przyszły poniedziałek, niespełna półtora roku po tym, jak podaje Express.co.uk, a za nim portal JKM, brukselski dekret nakazuje świętowanie "Dnia Unii Europejskiej", poprzez wywieszenie na budynkach publicznych niczego innego, jak właśnie flagi Unii Europejskiej.
To większość z nas zna z niedalekiej przeszłości - niedaleko pada jabłko od jabłoni. Ale to nie koniec. ZSRE posunęła się nieco dalej niż jej niesławny poprzednik. Niewywieszenie tej flagi na wskazanych budynkach będzie karane grzywną. Grzywną płaconą pieniędzmi podatników państwa członkowskiego, którzy już i tak są ograbiani na poczet bezkresnego wzrostu brukselskiej biurokracji.
Ponadto, UE z góry założyła, że wskazane instytucje mogą nie zastosować się do dekretu i nakazała, by każda z nich sfotografowała flagę UE powiewającą na swoim budynku i przesłała pocztą elektroniczną do KE. Czyli, że trzeba dowieść swojej "niewinności". Brak słów.
I to wszystko za nasze pieniądze. Z podatki emerytów, którzy walczyli przeciwko Hitlerowi i Stalinowi o wolną Polskę.
Proponuję wywieszenie tego dnia w oknach nieoficjalnej flagi eurokołchozu. A najlepiej, zamiast tego (bo w końcu choć nieoficjalna, to jest to ciągle flaga UE) zrzucić flagę Polski do połowy masztu i przystroić czarną szarfą.
Proponuję też fotografowanie euroszmat powiewających nad polskimi budynkami publicznymi. Za kilka lat będziemy te zdjęcia oglądać z takimi samymi uczuciami, jak zdjęcia flag III Rzeszy nad zniszczoną Warszawą, czy też sierpa i młota, które wkrótce je zastąpiły, tym razem nad Warszawą odbudowywaną, ale przez niszczony naród.
I to tyle. Dalsze pisanie mogłoby źle się skończyć dla mnie i mojej klawiatury, bo krew w moich żyłach już się gotuje.
To większość z nas zna z niedalekiej przeszłości - niedaleko pada jabłko od jabłoni. Ale to nie koniec. ZSRE posunęła się nieco dalej niż jej niesławny poprzednik. Niewywieszenie tej flagi na wskazanych budynkach będzie karane grzywną. Grzywną płaconą pieniędzmi podatników państwa członkowskiego, którzy już i tak są ograbiani na poczet bezkresnego wzrostu brukselskiej biurokracji.
Ponadto, UE z góry założyła, że wskazane instytucje mogą nie zastosować się do dekretu i nakazała, by każda z nich sfotografowała flagę UE powiewającą na swoim budynku i przesłała pocztą elektroniczną do KE. Czyli, że trzeba dowieść swojej "niewinności". Brak słów.
I to wszystko za nasze pieniądze. Z podatki emerytów, którzy walczyli przeciwko Hitlerowi i Stalinowi o wolną Polskę.
Proponuję wywieszenie tego dnia w oknach nieoficjalnej flagi eurokołchozu. A najlepiej, zamiast tego (bo w końcu choć nieoficjalna, to jest to ciągle flaga UE) zrzucić flagę Polski do połowy masztu i przystroić czarną szarfą.
Proponuję też fotografowanie euroszmat powiewających nad polskimi budynkami publicznymi. Za kilka lat będziemy te zdjęcia oglądać z takimi samymi uczuciami, jak zdjęcia flag III Rzeszy nad zniszczoną Warszawą, czy też sierpa i młota, które wkrótce je zastąpiły, tym razem nad Warszawą odbudowywaną, ale przez niszczony naród.
I to tyle. Dalsze pisanie mogłoby źle się skończyć dla mnie i mojej klawiatury, bo krew w moich żyłach już się gotuje.
niedziela, 17 kwietnia 2011
Certyfikat tradycyjności
Niedawno w Internecie można było przeczytać o bacy, który wytwarza oscypki "bez pieczątki". Ciąg dalszy tej historii na TVN24.
Wojciech Gromada, rzeczony baca mówi:
Bardzo się niestety myli. Popełnił bowiem najcięższą z możliwych zbrodni: złamał zakaz Najjaśniejszej Matuszki Unii. Mógł przecież gwałcić, grabić i mordować, ale ten zwyrodnialec wybrał produkcję oscypków.
To prawda, złamał prawo. Ale złamał prawo faszystowskie, wprowadzone tylko po to, by Góral co roku płacił tysiąc złotych za urzędniczą inspekcję. Prawo, którego uzasadnienie jest niespójne i nielogiczne. Prawo wprowadzone przez "wszystkoregulujących" biurokratów euromolocha, o których powiedzieć można jedno: Media Markt nie jest dla nich.
Ustawa ta bowiem, jak przy jej wprowadzaniu ogłaszano wszem i wobec, "gwarantuje wyjątkowy i specyficzny smak produktu, wynikający z historii, uwarunkowań regionalnych czy też unikalnej tradycji wytwarzania".
Rodzina pana Gromady od pokoleń wytwarzała te sery, podobnie jak wiele innych rodzin w południowej części Polski. Ale to według Unii nie jest tradycja. Tradycja to CERTYFIKAT, a nie... tradycja.
A nawet gdyby ukarany baca miał certyfikat tradycyjności ale przeniósł produkcję w inny region Polski, niezakwalifikowany przez Unię jako obszar oscypkonośny (lub wyprodukował go 30 kwietnia, albo 1 października), to też jego tradycyjny oscypek tradycyjnym oscypkiem być by przestał, choćby ani na iotę nie zmienił receptury czy też procesu produkcji. Nawet gdyby owce dalej pasły się na tej samej hali, a ich mleko dostarczane było do precyzyjnie zrekonstruowanej gdzieś na Mazurach bacówki.
Poza tym tradycja oscypka to także jego ewolucja. Dzisiejszy oscypek, nawet ten "oryginalny" z pieczątką Unii różni się zapewne i w smaku, i w składzie, i w procesie wytwarzania, od oscypka wytwarzanego 200, 300, czy 600 lat temu, czy pierwszego na świecie kawałka sera, którego jakiś nieświadomy i niepiśmienny Góral, zaskoczony efektem swoich eksperymentów z masą serową, nazwał oscypkiem*. Smak i receptura zmieniały się stopniowo na przestrzeni wieków i muszą mieć możliwość dalszej ewolucji. Zatwierdzenie przez Unię jedynie słusznej receptury oscypka, to zaprzeczenie jego tradycji.
I jeszcze jedno. Szczytem megalomanii jest, gdy garstka urzędników, którzy oscypek, w najlepszym razie, znają tylko z konsumpcji, nakazuje, jak ma on być wytwarzany, bacy, który od najmłodszych lat swojego dzieciństwa był obecny przy jego produkcji. Obserwował bacznie swojego ojca, który mądrości tej nauczył się od swojego ojca i tak dalej przez może i dziesiątki pokoleń. Niech lepiej oni zabiorą się za budowę muzeum Unii, a oscypki zostawią w rękach Górali, którzy się na tym znają.
Prawie każdy Polak smak prawdziwego świeżego góralskiego oscypka zna. Poznał go w dzieciństwie albo we wczesnej młodości. I większość z nas, bez zająknienia potrafi odpowiedzieć, czy to co właśnie zjadł, to był oscypek czy nie. Czy był to certyfikowany przez Unię produkt o nazwie "oscypek", zakupiony w supermarkecie w Warszawie, który przeleżał kilka dni zapakowany próżniowo w torebkę foliową, czy też przepyszna świeża "podróbka", jeszcze pachnąca bacówką, zakupiona na straganie na Krupówkach. Żaden urzędnik nie jest nam potrzebny, bo oscypek to NASZA TRADYCJA, a nie ich.
Ani Hitler, ani Stalin nie uzurpowali sobie prawa do regulacji produkcji oscypków. Unia, podobnie jak III Rzesza i ZSRR prędzej czy później się rozpadnie, a oscypki pozostaną. A o tym krótkim incydencie, w wielowiekowej tradycji oscypków, młodzież szkolna będzie się uczyć z niedowierzaniem, jako o przykładzie tyranii dwudziestowiecznych socjalistów. Ku przestrodze.
Proszę o rozpowszechnianie tego tekstu zwłaszcza wśród Górali, ludzi zawsze utożsamianych z tradycją, patriotyzmem i wolnością.
*Oczywiście pierwotna nazwa nieco różniła się od dzisiejszej (powiedzmy uozscypek) i o ile wiem, dzisiejsze "podróbki" można nazywać różnymi niezarezerwowanymi wariacjami tej nazwy, ale przecież nie o to chodzi. Chodzi o ideę i zdrowy rozsądek.
Kontynuacja tematu
Wojciech Gromada, rzeczony baca mówi:
Wyrok jest niesprawiedliwy, bo nie było wielkiego przewinienia.
Bardzo się niestety myli. Popełnił bowiem najcięższą z możliwych zbrodni: złamał zakaz Najjaśniejszej Matuszki Unii. Mógł przecież gwałcić, grabić i mordować, ale ten zwyrodnialec wybrał produkcję oscypków.
To prawda, złamał prawo. Ale złamał prawo faszystowskie, wprowadzone tylko po to, by Góral co roku płacił tysiąc złotych za urzędniczą inspekcję. Prawo, którego uzasadnienie jest niespójne i nielogiczne. Prawo wprowadzone przez "wszystkoregulujących" biurokratów euromolocha, o których powiedzieć można jedno: Media Markt nie jest dla nich.
Ustawa ta bowiem, jak przy jej wprowadzaniu ogłaszano wszem i wobec, "gwarantuje wyjątkowy i specyficzny smak produktu, wynikający z historii, uwarunkowań regionalnych czy też unikalnej tradycji wytwarzania".
Rodzina pana Gromady od pokoleń wytwarzała te sery, podobnie jak wiele innych rodzin w południowej części Polski. Ale to według Unii nie jest tradycja. Tradycja to CERTYFIKAT, a nie... tradycja.
A nawet gdyby ukarany baca miał certyfikat tradycyjności ale przeniósł produkcję w inny region Polski, niezakwalifikowany przez Unię jako obszar oscypkonośny (lub wyprodukował go 30 kwietnia, albo 1 października), to też jego tradycyjny oscypek tradycyjnym oscypkiem być by przestał, choćby ani na iotę nie zmienił receptury czy też procesu produkcji. Nawet gdyby owce dalej pasły się na tej samej hali, a ich mleko dostarczane było do precyzyjnie zrekonstruowanej gdzieś na Mazurach bacówki.
Poza tym tradycja oscypka to także jego ewolucja. Dzisiejszy oscypek, nawet ten "oryginalny" z pieczątką Unii różni się zapewne i w smaku, i w składzie, i w procesie wytwarzania, od oscypka wytwarzanego 200, 300, czy 600 lat temu, czy pierwszego na świecie kawałka sera, którego jakiś nieświadomy i niepiśmienny Góral, zaskoczony efektem swoich eksperymentów z masą serową, nazwał oscypkiem*. Smak i receptura zmieniały się stopniowo na przestrzeni wieków i muszą mieć możliwość dalszej ewolucji. Zatwierdzenie przez Unię jedynie słusznej receptury oscypka, to zaprzeczenie jego tradycji.
I jeszcze jedno. Szczytem megalomanii jest, gdy garstka urzędników, którzy oscypek, w najlepszym razie, znają tylko z konsumpcji, nakazuje, jak ma on być wytwarzany, bacy, który od najmłodszych lat swojego dzieciństwa był obecny przy jego produkcji. Obserwował bacznie swojego ojca, który mądrości tej nauczył się od swojego ojca i tak dalej przez może i dziesiątki pokoleń. Niech lepiej oni zabiorą się za budowę muzeum Unii, a oscypki zostawią w rękach Górali, którzy się na tym znają.
Prawie każdy Polak smak prawdziwego świeżego góralskiego oscypka zna. Poznał go w dzieciństwie albo we wczesnej młodości. I większość z nas, bez zająknienia potrafi odpowiedzieć, czy to co właśnie zjadł, to był oscypek czy nie. Czy był to certyfikowany przez Unię produkt o nazwie "oscypek", zakupiony w supermarkecie w Warszawie, który przeleżał kilka dni zapakowany próżniowo w torebkę foliową, czy też przepyszna świeża "podróbka", jeszcze pachnąca bacówką, zakupiona na straganie na Krupówkach. Żaden urzędnik nie jest nam potrzebny, bo oscypek to NASZA TRADYCJA, a nie ich.
Ani Hitler, ani Stalin nie uzurpowali sobie prawa do regulacji produkcji oscypków. Unia, podobnie jak III Rzesza i ZSRR prędzej czy później się rozpadnie, a oscypki pozostaną. A o tym krótkim incydencie, w wielowiekowej tradycji oscypków, młodzież szkolna będzie się uczyć z niedowierzaniem, jako o przykładzie tyranii dwudziestowiecznych socjalistów. Ku przestrodze.
Proszę o rozpowszechnianie tego tekstu zwłaszcza wśród Górali, ludzi zawsze utożsamianych z tradycją, patriotyzmem i wolnością.
*Oczywiście pierwotna nazwa nieco różniła się od dzisiejszej (powiedzmy uozscypek) i o ile wiem, dzisiejsze "podróbki" można nazywać różnymi niezarezerwowanymi wariacjami tej nazwy, ale przecież nie o to chodzi. Chodzi o ideę i zdrowy rozsądek.
Kontynuacja tematu
środa, 6 kwietnia 2011
"Nie to dobre, co dobre, ale to dobre, co cieszy"
Kolejny pomysł Komisji Europejskiej, o którym krótką wzmiankę zamieścił Puls Biznesu to kolejna próba zachęcania ludzi do polubienia czegoś wbrew ich woli. Próbują, w całkowicie sztuczny sposób, stworzyć nową kategorię sportów motorowych: formułę 1 na prąd.
Nie mam zamiaru tutaj się rozpisywać na temat zalet dla środowiska, bo formuła 1 z pewnością nie odgrywa żadnej znaczącej roli w emisji gazów cieplarnianych na Ziemi. Ale chcę zwrócić uwagę, jak idiotyczny jest to pomysł z punktu widzenia sportu. Zwłaszcza sportu wyczynowego.
Po pierwsze, gdyby pomysł był dobry, to już dawno wpadł by na niego ktoś związany z formułą 1, telewizja lub magazyn sportowy, albo jakiś kibic. Urzędnik na pewno byłby na końcu tej kolejki, bo jak wiadomo oni w pierwszej kolejności wpadają na pomysły głupie.
Dlaczego zatem nikt o tym jeszcze nie pomyślał? Przede wszystkim dlatego, że w formule pierwszej chodzi o prędkość i przyspieszenie, których nie wyciśnie się z silnika elektrycznego. W każdym razie nie takiego, który można byłoby wraz z baterią zmieścić na pokładzie bolidu.
Prędzej przytaknąłbym, gdyby KE w ferworze politpoprawności naciskała na utworzenie F1 dla kobiet. Jestem przekonany, że znalazłoby się na świecie kilkanaście, może nawet kilkadziesiąt kobiet, które mogłyby wziąć udział w takim przedsięwzięciu bez strat dla jego widowiskowości (a prawdopodobnie nawet ją podnosząc, zwłaszcza przy otwieraniu szampana na podium).
Ale silniki na prąd na pewno nie przyciągną większej uwagi, raz: ze względu na wspomniane osiągi, dwa: bolid F1, który furkocze jak fruwaczek George'a Jetsona? Nie wyobrażam sobie F1 bez donośnego ryku motoru.
Równie dobrze Unia może postulować zawody pływackie w budyniu: mniejsza prędkość, mniej chlapania, ale za to więcej wody dla Afryki.
Owszem, w przyszłości może osiągi silników elektrycznych pozwolą im konkurować o prym w sportach motorowych. Obecnie jednak, jedyną ich szansą mógłby być zakaz używania w F1 silników spalinowych. Obawiam się, że to drugie nastąpi prędzej.
Nie mam zamiaru tutaj się rozpisywać na temat zalet dla środowiska, bo formuła 1 z pewnością nie odgrywa żadnej znaczącej roli w emisji gazów cieplarnianych na Ziemi. Ale chcę zwrócić uwagę, jak idiotyczny jest to pomysł z punktu widzenia sportu. Zwłaszcza sportu wyczynowego.
Po pierwsze, gdyby pomysł był dobry, to już dawno wpadł by na niego ktoś związany z formułą 1, telewizja lub magazyn sportowy, albo jakiś kibic. Urzędnik na pewno byłby na końcu tej kolejki, bo jak wiadomo oni w pierwszej kolejności wpadają na pomysły głupie.
Dlaczego zatem nikt o tym jeszcze nie pomyślał? Przede wszystkim dlatego, że w formule pierwszej chodzi o prędkość i przyspieszenie, których nie wyciśnie się z silnika elektrycznego. W każdym razie nie takiego, który można byłoby wraz z baterią zmieścić na pokładzie bolidu.
Prędzej przytaknąłbym, gdyby KE w ferworze politpoprawności naciskała na utworzenie F1 dla kobiet. Jestem przekonany, że znalazłoby się na świecie kilkanaście, może nawet kilkadziesiąt kobiet, które mogłyby wziąć udział w takim przedsięwzięciu bez strat dla jego widowiskowości (a prawdopodobnie nawet ją podnosząc, zwłaszcza przy otwieraniu szampana na podium).
Ale silniki na prąd na pewno nie przyciągną większej uwagi, raz: ze względu na wspomniane osiągi, dwa: bolid F1, który furkocze jak fruwaczek George'a Jetsona? Nie wyobrażam sobie F1 bez donośnego ryku motoru.
Równie dobrze Unia może postulować zawody pływackie w budyniu: mniejsza prędkość, mniej chlapania, ale za to więcej wody dla Afryki.
Owszem, w przyszłości może osiągi silników elektrycznych pozwolą im konkurować o prym w sportach motorowych. Obecnie jednak, jedyną ich szansą mógłby być zakaz używania w F1 silników spalinowych. Obawiam się, że to drugie nastąpi prędzej.
piątek, 1 kwietnia 2011
Kto zyskuje na UE, a z kogo robi się idiotów
Przed przystąpieniem do Unii na każdym kroku zapewniani byliśmy, jakie to wielkie korzyści dla nas z tego członkostwa wynikną, a głównym argumentem oczywiście były dotacje. Niewiele jednak osób pytało, skąd UE ma wziąć pieniądze na te dotacje. Oczywiście nie powinno to dziwić, bo dlaczego? Co wybory ktoś obiecuje podwyżki płac dla pielęgniarek, nauczycieli, górników, a nikt o to nie pyta.
Ludzie zapominają o prostej zasadzie, że aby wyjąć, trzeba włożyć. A włożyć zawsze trzeba więcej, bo i przy wkładaniu i przy wyjmowaniu zawsze trochę się rozsypie. I tak samo jak, żeby podnieść pensję pielęgniarce, trzeba znacznie więcej odebrać na przykład policjantowi, tak samo w Unii, żeby jedno państwo dostało dotacje, to pozostałe muszą się na to zrzucić z okładem.
Prędzej czy później musi nadejść taki moment, w którym Polska, czy dowolny inny kraj członkowski, przestaje na tym interesie zarabiać, a zaczyna dopłacać. Tak jak prędzej czy później trzeba zapłacić pedofilowi za cukierki, którymi był częstował, zanim osiągnął swój cel.
Trudno jest ocenić, czy dla Polski ten moment krytyczny, w którym składka przewyższa dotacje oficjalnie już nastąpił, czy nie, podejrzewam że tak. Ale nie możemy zapominać, że oprócz składki ponosimy jeszcze inne koszta członkostwa. Jest to nasz czas i pieniądze, który jest idiotycznie marnowany, na zaspokojenie jeszcze bardziej idiotycznych dyrektyw unijnych. I nie ma wątpliwości, że jeśli weźmiemy to pod uwagę, to tracimy.
Ale te koszta ponoszą obywatele a nie państwo, więc rząd się nimi nie przejmuje. Jeśli bowiem rząd ma do wyboru opcję A, w której do budżetu wpływa rocznie tysiąc złotych, a obywatele tracą sto milionów oraz opcję B, w której budżet traci tysiąc złotych, a obywatele zyskują sto milionów, zawsze wybierze A. Bo tysiąc złotych widać, a te miliony są rozrzucone i nie do oszacowania.
A te dyrektywy, jak w każdej biurokracji, są produkowane z niesamowitą prędkością. Ot, dzisiaj czytam na portalu Gazety Prawnej, że wprowadzony zostanie zakaz używania plastikowych siatek, i zastąpią je siatki organiczne, produkowane ze zbóż.
Ja, w przeciwieństwie do GP nie martwię się dwudziestoma tysiącami pracowników zatrudnionych przy produkcji siatek plastikowych - oni znajdą zatrudnienie w fabrykach siatek zbożowych. Ale koszta tej zmiany to jednorazowy, acz nie bez znaczenia, koszt przestawienia się przemysłu z produkcji jednych na drugie - tu Unia się nie martwi, bo to się dokona za pieniądze konsumentów (a nie przedsiębiorców! - o czym kiedy indziej) oraz stały koszt wzrostu cen żywności, o czym GP pisze w tytule.
A po co to wszystko? Mówi się, że dla ochrony środowiska. Ale przecież reklamówki to tylko drobny ułamek produkowanych każdego dnia tworzyw sztucznych. Do śmieci trafiają niezliczone ilości plastiku. Worki na śmieci, butelki po napojach, opakowania, kubełki, plastikowe sztućce z barów, stare zabawki i mnóstwo innych. Dlaczego uwzięli się akurat na torebki? Przecież wychodząc z supermarketu z zakupami na cały tydzień, wynosimy zaledwie kilka gramów tych siatek.
Doświadczenie mnie nauczyło, że jeśli ktoś, państwo, czy Unia, wprowadza jakiś przepis, to nie dla tego, żeby obywatelom było lepiej, tylko po to, żeby komuś konkretnemu było lepiej. Moim odruchem już stało się, za każdym razem gdy coś takiego ma miejsce, zastanawianie się, kto i jak może na tym zarobić. Najwyraźniej czyjś znajomy ma fabrykę ryżowych torebek. Nawet nie dużą. Bo wystarczy, że on na tej ustawie zyska kilkadziesiąt tysięcy euro rocznie i już opłaca się pozostałych obywateli orżnąć na miliony. A jeśli ten znajomy na przykład opatentował technologię wytwarzania tych toreb, to już ho-ho!
Na koniec GP wymienia jeszcze kilka, z całego mnóstwa idiotycznych i kosztownych przepisów, na których ktoś może zrobić łatwe pieniądze. Wszystkie zostały one wprowadzone oczywiście w trosce o środowisko, o nasze zdrowie i bezpieczeństwo. Moimi ulubionymi są dwa, które osobno stwarzają pozory rozwiązań korzystnych dla obywateli i środowiska, ale ich połączenie w sposób ostateczny dowodzi, że nie mają one nic wspólnego z tymi górnolotnymi ideami.
Są to przepisy dotyczące żarówek i termometrów. Termometry rtęciowe zostały wycofane z rynku z uwagi na zawartą w nich rtęć, która, w odpowiednim stężeniu może być trucizną. Z drugiej strony żarówki wolframowe zostały zastąpione świetlówkami energooszczędnymi. Z lekcji chemii w podstawówce wiem, że świetlówki te również zawierają rtęć. Owszem, rtęci tej jest pięćset razy mniej niż w termometrze, ale:
- w przeciętnym gospodarstwie domowym jest znacznie więcej (kilka - kilkanaście) żarówek/świetlówek niż termometrów (jeden wystarczy w zupełności). Ponadto te pierwsze używane są każdego dnia, podczas gdy termometr kilka razy w roku, w efekcie znacznie częściej tłuką się świetlówki, niż termometry,
- kiedy już się stłuką, rtęć ze świetlówki, ulega rozproszeniu w powietrzu, a ta z termometru ma tendencję do zbierania się, dzięki grawitacji, w kropelki (których łączenie jest fantastyczną i pouczającą zabawą, którą mój ojciec, nie bacząc na śmiertelne ryzyko, na które mnie wystawia, prezentował mi ku mojej uciesze, kiedy miałem cztery lata),
- kroplę rtęci bardzo łatwo jest zebrać i zabezpieczyć lub zneutralizować sproszkowaną siarką (to też wiem ze szkoły podstawowej), którą można kupić w każdym sklepie chemicznym (jest wprawdzie nieznacznie droższa od cukru, ale rząd robi wszystko, żeby to zmienić), podczas gdy rtęć ze świetlówek wdychamy, nawet nie zauważając problemu.
Znacznie rozsądniejszym, a przede wszystkim tańszym sposobem na redukcję tej gigantycznej liczby śmiertelnych zatruć rtęcią z termometrów, byłoby (czego jako liberał też nie pochwalam, ale podaję jako przykład mniejszego zła) dołączanie do każdego sprzedawanego termometru kilku gramów sproszkowanej siarki z instrukcją obsługi. Problem polega na tym, że na produkcji elektrycznych termometrów zarabia się więcej niż na siarce.
No i z drugiej strony - Żarówki są złe, bo trują, ale szklane termometry rtęciowe ochoczo zastępuje się plastikowymi. Z tego samego plastiku, co te mordercze reklamówki.
Nie wspomnę już o męczącym oczy świetle. Te idiotyczne świetlówki są ciemne i przekłamują kolory, podczas gdy żarówki mają widmo bardzo zbliżone do słonecznego.
Na szczęście nie brak pomysłowych ludzi i można w Europie kupić normalne żarówki. Pardon: mini-grzejniki stuwatowe.
Ludzie zapominają o prostej zasadzie, że aby wyjąć, trzeba włożyć. A włożyć zawsze trzeba więcej, bo i przy wkładaniu i przy wyjmowaniu zawsze trochę się rozsypie. I tak samo jak, żeby podnieść pensję pielęgniarce, trzeba znacznie więcej odebrać na przykład policjantowi, tak samo w Unii, żeby jedno państwo dostało dotacje, to pozostałe muszą się na to zrzucić z okładem.
Prędzej czy później musi nadejść taki moment, w którym Polska, czy dowolny inny kraj członkowski, przestaje na tym interesie zarabiać, a zaczyna dopłacać. Tak jak prędzej czy później trzeba zapłacić pedofilowi za cukierki, którymi był częstował, zanim osiągnął swój cel.
Trudno jest ocenić, czy dla Polski ten moment krytyczny, w którym składka przewyższa dotacje oficjalnie już nastąpił, czy nie, podejrzewam że tak. Ale nie możemy zapominać, że oprócz składki ponosimy jeszcze inne koszta członkostwa. Jest to nasz czas i pieniądze, który jest idiotycznie marnowany, na zaspokojenie jeszcze bardziej idiotycznych dyrektyw unijnych. I nie ma wątpliwości, że jeśli weźmiemy to pod uwagę, to tracimy.
Ale te koszta ponoszą obywatele a nie państwo, więc rząd się nimi nie przejmuje. Jeśli bowiem rząd ma do wyboru opcję A, w której do budżetu wpływa rocznie tysiąc złotych, a obywatele tracą sto milionów oraz opcję B, w której budżet traci tysiąc złotych, a obywatele zyskują sto milionów, zawsze wybierze A. Bo tysiąc złotych widać, a te miliony są rozrzucone i nie do oszacowania.
A te dyrektywy, jak w każdej biurokracji, są produkowane z niesamowitą prędkością. Ot, dzisiaj czytam na portalu Gazety Prawnej, że wprowadzony zostanie zakaz używania plastikowych siatek, i zastąpią je siatki organiczne, produkowane ze zbóż.
Ja, w przeciwieństwie do GP nie martwię się dwudziestoma tysiącami pracowników zatrudnionych przy produkcji siatek plastikowych - oni znajdą zatrudnienie w fabrykach siatek zbożowych. Ale koszta tej zmiany to jednorazowy, acz nie bez znaczenia, koszt przestawienia się przemysłu z produkcji jednych na drugie - tu Unia się nie martwi, bo to się dokona za pieniądze konsumentów (a nie przedsiębiorców! - o czym kiedy indziej) oraz stały koszt wzrostu cen żywności, o czym GP pisze w tytule.
A po co to wszystko? Mówi się, że dla ochrony środowiska. Ale przecież reklamówki to tylko drobny ułamek produkowanych każdego dnia tworzyw sztucznych. Do śmieci trafiają niezliczone ilości plastiku. Worki na śmieci, butelki po napojach, opakowania, kubełki, plastikowe sztućce z barów, stare zabawki i mnóstwo innych. Dlaczego uwzięli się akurat na torebki? Przecież wychodząc z supermarketu z zakupami na cały tydzień, wynosimy zaledwie kilka gramów tych siatek.
Doświadczenie mnie nauczyło, że jeśli ktoś, państwo, czy Unia, wprowadza jakiś przepis, to nie dla tego, żeby obywatelom było lepiej, tylko po to, żeby komuś konkretnemu było lepiej. Moim odruchem już stało się, za każdym razem gdy coś takiego ma miejsce, zastanawianie się, kto i jak może na tym zarobić. Najwyraźniej czyjś znajomy ma fabrykę ryżowych torebek. Nawet nie dużą. Bo wystarczy, że on na tej ustawie zyska kilkadziesiąt tysięcy euro rocznie i już opłaca się pozostałych obywateli orżnąć na miliony. A jeśli ten znajomy na przykład opatentował technologię wytwarzania tych toreb, to już ho-ho!
Na koniec GP wymienia jeszcze kilka, z całego mnóstwa idiotycznych i kosztownych przepisów, na których ktoś może zrobić łatwe pieniądze. Wszystkie zostały one wprowadzone oczywiście w trosce o środowisko, o nasze zdrowie i bezpieczeństwo. Moimi ulubionymi są dwa, które osobno stwarzają pozory rozwiązań korzystnych dla obywateli i środowiska, ale ich połączenie w sposób ostateczny dowodzi, że nie mają one nic wspólnego z tymi górnolotnymi ideami.
Są to przepisy dotyczące żarówek i termometrów. Termometry rtęciowe zostały wycofane z rynku z uwagi na zawartą w nich rtęć, która, w odpowiednim stężeniu może być trucizną. Z drugiej strony żarówki wolframowe zostały zastąpione świetlówkami energooszczędnymi. Z lekcji chemii w podstawówce wiem, że świetlówki te również zawierają rtęć. Owszem, rtęci tej jest pięćset razy mniej niż w termometrze, ale:
- w przeciętnym gospodarstwie domowym jest znacznie więcej (kilka - kilkanaście) żarówek/świetlówek niż termometrów (jeden wystarczy w zupełności). Ponadto te pierwsze używane są każdego dnia, podczas gdy termometr kilka razy w roku, w efekcie znacznie częściej tłuką się świetlówki, niż termometry,
- kiedy już się stłuką, rtęć ze świetlówki, ulega rozproszeniu w powietrzu, a ta z termometru ma tendencję do zbierania się, dzięki grawitacji, w kropelki (których łączenie jest fantastyczną i pouczającą zabawą, którą mój ojciec, nie bacząc na śmiertelne ryzyko, na które mnie wystawia, prezentował mi ku mojej uciesze, kiedy miałem cztery lata),
- kroplę rtęci bardzo łatwo jest zebrać i zabezpieczyć lub zneutralizować sproszkowaną siarką (to też wiem ze szkoły podstawowej), którą można kupić w każdym sklepie chemicznym (jest wprawdzie nieznacznie droższa od cukru, ale rząd robi wszystko, żeby to zmienić), podczas gdy rtęć ze świetlówek wdychamy, nawet nie zauważając problemu.
Znacznie rozsądniejszym, a przede wszystkim tańszym sposobem na redukcję tej gigantycznej liczby śmiertelnych zatruć rtęcią z termometrów, byłoby (czego jako liberał też nie pochwalam, ale podaję jako przykład mniejszego zła) dołączanie do każdego sprzedawanego termometru kilku gramów sproszkowanej siarki z instrukcją obsługi. Problem polega na tym, że na produkcji elektrycznych termometrów zarabia się więcej niż na siarce.
No i z drugiej strony - Żarówki są złe, bo trują, ale szklane termometry rtęciowe ochoczo zastępuje się plastikowymi. Z tego samego plastiku, co te mordercze reklamówki.
Nie wspomnę już o męczącym oczy świetle. Te idiotyczne świetlówki są ciemne i przekłamują kolory, podczas gdy żarówki mają widmo bardzo zbliżone do słonecznego.
Ale wystarczy porównać ceny termometrów Hg i elektronicznych oraz ceny żarówek i świetlówek, żeby zrozumieć dlaczego jest to takie ważne dla Unii.
Na szczęście nie brak pomysłowych ludzi i można w Europie kupić normalne żarówki. Pardon: mini-grzejniki stuwatowe.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
