Dziennikarka kanadyjskiej rozgłośni radiowej On The Rocks, Lori Welbourn przeprowadziła wywiad z burmistrzem Kelowny (Kolumbia Brytyjska) na temat prawa kobiet do eksponowania swoich piersi w miejscach publicznych. W czasie rozmowy zdjęła bluzkę. Zupełnie bez sensu.
Wyczyn ten wprowadził rozmówcę tylko w chwilowe zdumienie - zapytał: Co pani robi?, odpowiedziała Gorąco tu., on spojrzał na nią jak na idiotkę: Doprawdy?. Po tym wrócili do tematu rozmowy. Roznegliżowanie się dziennikarki nie wniosło do niej nic. Może poza tym, że usłyszał o niej cały świat, ale reklamowanie się golizną nie jest wszak niczym oryginalnym.
Dziennikarka obnażyła swój biust, ale przede wszystkim obnażyła swoją bezmyślność. W komentarzu do wywiadu pisze bowiem: Uważam, że w miejscach, w których mężczyzna może przebywać bez koszuli, kobieta też powinna mieć taką możliwość, jeśli ma ochotę. Czy ona w związku z tym uważa, że dziennikarz mężczyzna, prowadzący wywiad z burmistrzem bez koszuli, to normalne zjawisko?
Dziennikarz, który rozbiera się przed rozmówcą okazuje mu brak szacunku i swoje prostactwo. Gdyby zrobił to mężczyzna, jestem pewien, że burmistrz Walter Gray bez słowa opuściłby studio. Nie zrobił tego tym razem, bo kobietom więcej wybaczamy. Kontynuował rozmowę tylko dlatego, że nie traktuje kobiet tak samo jak mężczyzn.
Trudno zatem mi odgadnąć, co było rzeczywistym celem pani Welbourn. Czy sprowokowanie rozmówcy do opuszczenia studia, w ramach "równego traktowania", czy też chciała zostać "nierówno potraktowana", jak to się stało? Ale kto zrozumie feministki? A może oczekiwała, że burmistrz też się rozbierze?
Ciekawy chwyt marketingowy, ale nic poza tym.
Nie mam nic przeciwko kobietom obnażającym piersi na plaży, na łące - w plenerze, tak samo, jak nie mam nic przeciwko oglądaniu tam męskiego brzucha. Nawet preferuję te pierwsze. Ale oglądanie ich na ulicy w mieście, na imieninach cioci, w restauracji, czy w sklepie jest w najlepszym razie niesmaczne. Pani Welbourn tymczasem stawia równość między tymi sytuacjami: Skoro mężczyzna może chodzić półnago po plaży, to ja mogę iść na spotkanie z burmistrzem topless. A to są dwie różne sytuacje.
Podobny komentarz zamieściłem na stronie radia, ale cenzor go nie puścił.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą feministki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą feministki. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 29 sierpnia 2013
wtorek, 28 maja 2013
Największy wróg postępowców
Zastanawia mnie czasem jaki jest cel walki wszelkich działaczy "równościowych", feministek, aktywistów LGBTCWCJ, walczących z rasizmem i "nietolerancją". Bo właśnie cel jest jedną z tych rzeczy, bez zdefiniowania której każda walka zamienia się w chaos. Oni najwyraźniej żadnego celu nie mają. Mają tylko kierunek oraz jakieś cele pośrednie. A po osiągnięciu każdego z tych celów zamiast zatrzymać marsz, złożyć broń i z satysfakcją wrócić do swoich normalnych codziennych zadań, prą bezmyślnie dalej. Kombinują, do czego jeszcze można by się tu przyczepić. Bo oni po prostu nie mają "normalnych codziennych zadań", to co ich określa, to tylko ich walka. Bez niej są nikim.
Proszę zwrócić uwagę, co się dzisiaj dzieje:
Feministki, niegdyś walczące o równe prawa dla kobiet, dziś walczą o robienie z kobiet "gorszych mężczyzn". O to, by kobiety pracowały w fabrykach, walczyły na froncie, robiły karierę jako szambonurkinie. O to, by kobiety nawet wbrew ich kwalifikacjom umieszczać na siłę w parlamentach, zarządach spółek. A każdy pomysł autorstwa mężczyzny w tej materii jest nie do przyjęcia z definicji, bo to szowinistyczne świnie, które na złość kobietom sikają na stojąco.
Antyrasiści, którzy niegdyś walczyli o równe prawa dla kolorowych, po osiągnięciu tego celu idą dalej. Dziś, cokolwiek nie powie się o kimś czarnym, można być posądzonym o rasizm. Na uczelniach amerykańskich kandydaci oraz studenci murzyńskiego pochodzenia posiadają specjalne przywileje. Przy zatrudnianiu faworyzowani są kolorowi. Murzyni mogą o białych powiedzieć wszystko - obrażać, wyzywać, obwiniać o wszelkie zło na świecie - biały, zanim coś powie, musi się naprawdę dobrze zastanowić.
Bojownicy LGBTCWCJ, którzy kiedyś walczyli tylko o to, by ich traktować jak normalnych ludzi, dziś idą znacznie dalej. Dziś to normalni nazywani są chorymi na homofobię. Geje żądają tego, by traktować ich związki tak, jak normalną rodzinę. Ba! Lepiej niż normalną rodzinę. Parady gejów, niewybredne ich hasła, flagi i transparenty są dziś na porządku dziennym, podczas gdy kilka miesięcy temu, chyba we Francji, policja kazała przechodniowi zasłonić bluzę z wizerunkiem tradycyjnej rodziny, jako niestosowną. Bo godziła w uczucia sodomitów. O uczucia normalnych ludzi jakoś nikt się nie martwi, bo jesteśmy normalni. Przejawem dyskryminacji homoseksualistów ma być nawet polonez tańczony na studniówce. I nie jest to pomysł jakiegoś jednego gejowskiego oszołoma - jest to stanowisko Kampanii Przeciwko Homofobii, przedstawione w broszurce Lekcja Równości, wydanej pod patronatem Pełnomocnik Rządu do spraw Równego Traktowania Agnieszki Kozłowskiej-Rajewicz.
Nie muszę chyba wspominać o tym, co się dzieje, gdy przeciwnicy ksenofobii i samozwańczy "antyfaszyści" walczą o to, by muzułmanie czyli się w Europie jak w domu - jak gospodarze tego domu - bo na to ostatnio mamy dosyć przykładów.
Niestety, kiedy do walki zabiera się ktoś, kto nie ma o walce pojęcia, to najpewniej "przedobrzy" - doprowadzi od jednej skrajności w przeciwną skrajność.
Dodatkowo w powyższych przypadkach mamy też do czynienia z innym czynnikiem. To nie są ludzie, którzy walczą dla idei, tylko dla pieniędzy. Organizacje te, dotowane przez zmanipulowanych ludzi, czy politpoprawne agendy państwowe nie mogą sobie pozwolić na ogłoszenie rozejmu. Bo wówczas przyjdzie im zacząć zarabiać na życie uczciwą i pożyteczną pracą. A niestety, oprócz darcia gąb, jak to są źle traktowani nie potrafią nic. Bez swojej wojenki są niczym. Dlatego właśnie muszą przekonywać nas ciągle, że kobiety wciąż są dyskryminowane, gejom się źle dzieje, a Murzyni mają w USA gorzej niż w Afryce. I muszą wmawiać kobietom, homosiom, kolorowym, że są nieszczęśliwi. Bo szczęśliwe kobiety, szczęśliwi homosie i szczęśliwi kolorowi to ich najgorszy wróg.
Proszę zwrócić uwagę, co się dzisiaj dzieje:
Feministki, niegdyś walczące o równe prawa dla kobiet, dziś walczą o robienie z kobiet "gorszych mężczyzn". O to, by kobiety pracowały w fabrykach, walczyły na froncie, robiły karierę jako szambonurkinie. O to, by kobiety nawet wbrew ich kwalifikacjom umieszczać na siłę w parlamentach, zarządach spółek. A każdy pomysł autorstwa mężczyzny w tej materii jest nie do przyjęcia z definicji, bo to szowinistyczne świnie, które na złość kobietom sikają na stojąco.
Antyrasiści, którzy niegdyś walczyli o równe prawa dla kolorowych, po osiągnięciu tego celu idą dalej. Dziś, cokolwiek nie powie się o kimś czarnym, można być posądzonym o rasizm. Na uczelniach amerykańskich kandydaci oraz studenci murzyńskiego pochodzenia posiadają specjalne przywileje. Przy zatrudnianiu faworyzowani są kolorowi. Murzyni mogą o białych powiedzieć wszystko - obrażać, wyzywać, obwiniać o wszelkie zło na świecie - biały, zanim coś powie, musi się naprawdę dobrze zastanowić.
Bojownicy LGBTCWCJ, którzy kiedyś walczyli tylko o to, by ich traktować jak normalnych ludzi, dziś idą znacznie dalej. Dziś to normalni nazywani są chorymi na homofobię. Geje żądają tego, by traktować ich związki tak, jak normalną rodzinę. Ba! Lepiej niż normalną rodzinę. Parady gejów, niewybredne ich hasła, flagi i transparenty są dziś na porządku dziennym, podczas gdy kilka miesięcy temu, chyba we Francji, policja kazała przechodniowi zasłonić bluzę z wizerunkiem tradycyjnej rodziny, jako niestosowną. Bo godziła w uczucia sodomitów. O uczucia normalnych ludzi jakoś nikt się nie martwi, bo jesteśmy normalni. Przejawem dyskryminacji homoseksualistów ma być nawet polonez tańczony na studniówce. I nie jest to pomysł jakiegoś jednego gejowskiego oszołoma - jest to stanowisko Kampanii Przeciwko Homofobii, przedstawione w broszurce Lekcja Równości, wydanej pod patronatem Pełnomocnik Rządu do spraw Równego Traktowania Agnieszki Kozłowskiej-Rajewicz.
Nie muszę chyba wspominać o tym, co się dzieje, gdy przeciwnicy ksenofobii i samozwańczy "antyfaszyści" walczą o to, by muzułmanie czyli się w Europie jak w domu - jak gospodarze tego domu - bo na to ostatnio mamy dosyć przykładów.
Niestety, kiedy do walki zabiera się ktoś, kto nie ma o walce pojęcia, to najpewniej "przedobrzy" - doprowadzi od jednej skrajności w przeciwną skrajność.
Dodatkowo w powyższych przypadkach mamy też do czynienia z innym czynnikiem. To nie są ludzie, którzy walczą dla idei, tylko dla pieniędzy. Organizacje te, dotowane przez zmanipulowanych ludzi, czy politpoprawne agendy państwowe nie mogą sobie pozwolić na ogłoszenie rozejmu. Bo wówczas przyjdzie im zacząć zarabiać na życie uczciwą i pożyteczną pracą. A niestety, oprócz darcia gąb, jak to są źle traktowani nie potrafią nic. Bez swojej wojenki są niczym. Dlatego właśnie muszą przekonywać nas ciągle, że kobiety wciąż są dyskryminowane, gejom się źle dzieje, a Murzyni mają w USA gorzej niż w Afryce. I muszą wmawiać kobietom, homosiom, kolorowym, że są nieszczęśliwi. Bo szczęśliwe kobiety, szczęśliwi homosie i szczęśliwi kolorowi to ich najgorszy wróg.
czwartek, 4 kwietnia 2013
Rycerze nie rosną na drzewach
Amerykanie ostatnio wpadli na niedorzeczny pomysł, by kobiety służyły na froncie w czasie wojny. Ja oczywiście rozumiem walkę o równouprawnienie, ale to mógł wymyślić tylko jakiś cham, który kobiety na oczy nie widział i kobiet nienawidzi. Albo feministka, czyli żeńska forma chama, który nienawidzi kobiet.
Nie jest tak, że w wojsku zupełnie nie ma miejsca dla kobiet, bo jest - w szpitalach polowych jako sanitariuszki (któż nie pamięta Małgorzaty Houlihan "Gorące Wargi" z serialu M*A*S*H o wojnie w Korei?), a dzisiaj to może nawet i "chirurżki", w sztabie na stanowiskach logistycznych i administracyjnych, czy też jako artystki występujące dla żołnierzy ku pokrzepieniu ich serc. Ale, na litość boską, nie na froncie. Kobiety na froncie mają żaden, a w najlepszym przypadku prawie żaden, wpływ na wynik potyczki. Ale nawet jeśli ten wpływ jest prawie żaden, to nie jest on wart kosztów, które ze sobą niesie, o czym za chwilę.
Poza tym nie potrafię sobie wyobrazić dowódcy, który wydziera się na przestraszoną kobietę, by chwyciła ten cholerny karabin i wylazła z okopu na wroga. Tym bardziej nie potrafię sobie go wyobrazić wyjmującego pistolet i strzelającego jej w głowę, gdy ta sparaliżowana strachem jego rozkazu nie wykona, a przecież jest to jedyna słuszna kara za odmówienie wykonania rozkazu na froncie (pardón - potrafię sobie takiego dowódcę wyobrazić, jeśli jest to feministka. Ale, proszę mi wierzyć, jeśli dojdzie do tego, że feministki będą dowodzić w armii, to będziemy mieli zupełnie inny i tysiąckroć gorszy problem i nawet wolę o tym nie myśleć).
Mężczyzna nie mógłby tego zrobić. Mężczyzna nie ma prawa zasłaniać się kobietą, nie ma prawa na nią się wydzierać. I oczywiście nie ma prawa jej uderzyć, nawet kwiatkiem - o czym wie każdy od małego chłopca. Żołnierz ma być rycerzem. Kobiety są święte i właśnie po to mężczyźni giną na froncie, żeby one były bezpieczne i szczęśliwe.
Wracam do wspomnianych kosztów. Otóż kobieta walcząca na froncie to ogromne marnotrawstwo. Ona zaniedbuje swoją inną, dużo ważniejszą dla ojczyzny i narodu rolę, niż jej służba w wojsku. Jest nią macierzyństwo. Żołnierze na drzewach nie rosną. Oczywiście można dziś do boju posłać wszystkich zdrowych mężczyzn i wszystkie zdrowe kobiety i wojnę wygrać. Tylko kto będzie bronił kraju za lat dwadzieścia?
Ludzie, którzy myślą krótkowzrocznie, a takie właśnie myślenie dominuje dzisiaj, widzą najbliższy konflikt. Nie widzą tego, że za dwadzieścia, pięćdziesiąt, sto lat też przez świat będą przetaczały się wojny. To jest proces, który trwa. Kiedy mężczyźni walczą na froncie, kobiety rodzą i wychowują na patriotów chłopców, którzy będą walczyć za ojczyznę w przyszłości. I to jest rola dużo ważniejsza. Kobieta, która rodzi dwóch zdrowych chłopców czyni dla narodu dwa razy więcej, niż jej mąż poświęcający swoje życie na froncie.
Równouprawnienie polega dziś na tym, by z kobiet zrobić "gorszych mężczyzn". Ja protestuję. Ja wolę żyć w świecie wspaniałych mężczyzn i wspaniałych kobiet a nie w świecie lepszych i gorszych mężczyzn.
Nie jest tak, że w wojsku zupełnie nie ma miejsca dla kobiet, bo jest - w szpitalach polowych jako sanitariuszki (któż nie pamięta Małgorzaty Houlihan "Gorące Wargi" z serialu M*A*S*H o wojnie w Korei?), a dzisiaj to może nawet i "chirurżki", w sztabie na stanowiskach logistycznych i administracyjnych, czy też jako artystki występujące dla żołnierzy ku pokrzepieniu ich serc. Ale, na litość boską, nie na froncie. Kobiety na froncie mają żaden, a w najlepszym przypadku prawie żaden, wpływ na wynik potyczki. Ale nawet jeśli ten wpływ jest prawie żaden, to nie jest on wart kosztów, które ze sobą niesie, o czym za chwilę.
Poza tym nie potrafię sobie wyobrazić dowódcy, który wydziera się na przestraszoną kobietę, by chwyciła ten cholerny karabin i wylazła z okopu na wroga. Tym bardziej nie potrafię sobie go wyobrazić wyjmującego pistolet i strzelającego jej w głowę, gdy ta sparaliżowana strachem jego rozkazu nie wykona, a przecież jest to jedyna słuszna kara za odmówienie wykonania rozkazu na froncie (pardón - potrafię sobie takiego dowódcę wyobrazić, jeśli jest to feministka. Ale, proszę mi wierzyć, jeśli dojdzie do tego, że feministki będą dowodzić w armii, to będziemy mieli zupełnie inny i tysiąckroć gorszy problem i nawet wolę o tym nie myśleć).
Mężczyzna nie mógłby tego zrobić. Mężczyzna nie ma prawa zasłaniać się kobietą, nie ma prawa na nią się wydzierać. I oczywiście nie ma prawa jej uderzyć, nawet kwiatkiem - o czym wie każdy od małego chłopca. Żołnierz ma być rycerzem. Kobiety są święte i właśnie po to mężczyźni giną na froncie, żeby one były bezpieczne i szczęśliwe.
Wracam do wspomnianych kosztów. Otóż kobieta walcząca na froncie to ogromne marnotrawstwo. Ona zaniedbuje swoją inną, dużo ważniejszą dla ojczyzny i narodu rolę, niż jej służba w wojsku. Jest nią macierzyństwo. Żołnierze na drzewach nie rosną. Oczywiście można dziś do boju posłać wszystkich zdrowych mężczyzn i wszystkie zdrowe kobiety i wojnę wygrać. Tylko kto będzie bronił kraju za lat dwadzieścia?
Ludzie, którzy myślą krótkowzrocznie, a takie właśnie myślenie dominuje dzisiaj, widzą najbliższy konflikt. Nie widzą tego, że za dwadzieścia, pięćdziesiąt, sto lat też przez świat będą przetaczały się wojny. To jest proces, który trwa. Kiedy mężczyźni walczą na froncie, kobiety rodzą i wychowują na patriotów chłopców, którzy będą walczyć za ojczyznę w przyszłości. I to jest rola dużo ważniejsza. Kobieta, która rodzi dwóch zdrowych chłopców czyni dla narodu dwa razy więcej, niż jej mąż poświęcający swoje życie na froncie.
Równouprawnienie polega dziś na tym, by z kobiet zrobić "gorszych mężczyzn". Ja protestuję. Ja wolę żyć w świecie wspaniałych mężczyzn i wspaniałych kobiet a nie w świecie lepszych i gorszych mężczyzn.
środa, 13 marca 2013
Geniusze i idioci
W niedzielnym programie "Młodzież kontra..." Konrad Berkowicz z KNP w błyskotliwy sposób obnażył rozdwojenie jaźni pani Joanny Senyszyn (sznurek). Zwrócił uwagę, że gdy mowa jest o tym, że studia wyższe kończy stosunkowo więcej kobiet niż mężczyzn, wówczas, według pani Senyszyn świadczy to o tym, że kobiety są zdolniejsze. Kiedy z kolei mowa jest o tym, że polityką zajmuje się więcej mężczyzn niż kobiet, to już nie dlatego, że mężczyźni lepiej się do tego nadają. Wówczas świadczy to o istnieniu dyskryminacji kobiet w polityce.
Myślę, że komentarz do tego nagrania jest zbędny. Zastanowienie się nad przytoczonym faktem lepszej reprezentacji płci pięknej na wyższych uczelniach może być jednak bardzo pouczające. Jedną z przyczyn, ale nie jedyną, tego zjawiska jest bardzo prosta zależność, która wcale nie polega na tym, że kobiety są przeciętnie zdolniejsze od mężczyzn, czy też na odwrót. Przeciętnie mężczyźni i kobiety są tak samo zdolni i rozumni. Różnica tkwi w odchyleniu od tej przeciętności.
Kobiety stanowią dużo bardziej "zwartą grupę", nie tylko jeśli chodzi o inteligencję - w bardzo wielu dziedzinach. Mężczyźni są bardziej "rozstrzeleni". Jeśli weźmie się dostatecznie dużą grupę kobiet, to zauważymy, że wszystkie one są mniej więcej podobnie inteligentne, a znaczące odstępstwa od normy zdarzają się sporadycznie. W podobnej grupie mężczyzn będzie z kolei mniej "średniaków", za to będzie więcej jednostek wybitnych, ale też więcej skończonych idiotów.
Właśnie dlatego drzewiej, kiedy studia wyższe były przeznaczone dla wybitnych umysłów, na uniwersytetach było więcej mężczyzn. Dzisiaj, aby dostać się na studia "wyższe" i je ukończyć wystarczy nie być skończonym idiotą, a tych jest więcej wśród mężczyzn.
A najlepszym dowodem na to jak niskie są obecnie standardy szkolnictwa jest tytuł profesorski samej pani Senyszyn.
Myślę, że komentarz do tego nagrania jest zbędny. Zastanowienie się nad przytoczonym faktem lepszej reprezentacji płci pięknej na wyższych uczelniach może być jednak bardzo pouczające. Jedną z przyczyn, ale nie jedyną, tego zjawiska jest bardzo prosta zależność, która wcale nie polega na tym, że kobiety są przeciętnie zdolniejsze od mężczyzn, czy też na odwrót. Przeciętnie mężczyźni i kobiety są tak samo zdolni i rozumni. Różnica tkwi w odchyleniu od tej przeciętności.
Kobiety stanowią dużo bardziej "zwartą grupę", nie tylko jeśli chodzi o inteligencję - w bardzo wielu dziedzinach. Mężczyźni są bardziej "rozstrzeleni". Jeśli weźmie się dostatecznie dużą grupę kobiet, to zauważymy, że wszystkie one są mniej więcej podobnie inteligentne, a znaczące odstępstwa od normy zdarzają się sporadycznie. W podobnej grupie mężczyzn będzie z kolei mniej "średniaków", za to będzie więcej jednostek wybitnych, ale też więcej skończonych idiotów.
Właśnie dlatego drzewiej, kiedy studia wyższe były przeznaczone dla wybitnych umysłów, na uniwersytetach było więcej mężczyzn. Dzisiaj, aby dostać się na studia "wyższe" i je ukończyć wystarczy nie być skończonym idiotą, a tych jest więcej wśród mężczyzn.
A najlepszym dowodem na to jak niskie są obecnie standardy szkolnictwa jest tytuł profesorski samej pani Senyszyn.
poniedziałek, 24 września 2012
Dyskryminacja w imię równości
Socjalizm w dużej mierze polega na wybijaniu klina klinem. Różnica polega na tym, że klin wybijający jest zazwyczaj dużo większy, czyni większe szkody i jest trudniejszy do wybicia, niż klin wybity. Bardzo dobrym przykładem jest walka z bardzo ogólnie pojętą "nietolerancją" polegająca na braku tolerancji dla zachowań i wypowiedzi odbiegających od politycznie poprawnych frazesów.
Innym takim klinem są parytety. Oto Bundesrat przyjął ustawę, która wymusza na czołowych niemieckich firmach, by w ich zarządach przynajmniej 40 procent stanowiły kobiety (czytanka). Ustawa oczywiście powstała w imię zagwarantowania równości płci, a w rzeczywistości wprowadza nierówność. Oto bowiem kobiety mają zagwarantowane te swoje 40 procent, mężczyźni - nie. Ustawa ta mówi wprost, że liczba kobiet w zarządzie dużej spółki ma wynosić od 40 do 100 procent, natomiast, czego ustawa nie mówi wprost, ale implikuje w oczywisty sposób, mężczyzn w tym zarządzie ma być najwyżej 60 procent. Innymi słowy zarząd, w którym są same kobiety jest legalny, a zarząd składający się z samych mężczyzn - nie. Gdzie tu jest równość?
Współpracowałem kiedyś z firmą, której właścicielka była zaangażowaną feministką, która walczyła o parytety wszelkiego rodzaju - o 30 procent kobiet w parlamencie, o to by firmy zatrudniały 30 procent kobiet. Dziwnym trafem w całej tej czterdziesto-, czy pięćdziesięcioosobowej firmie zatrudniony był tylko jeden mężczyzna - do sprzątania. Znamiennym jest fakt, że firma ta dość prędko zniknęła z rynku w wyniku wewnętrznych sporów.
Oczywiście daleki jestem temu, by żądać, by mężczyźni również mieli zagwarantowane parytety na tym samym poziomie co kobiety. Moim celem jest tylko wytknięcie hipokryzji "wyrównywaczy". W zarządzie firmy czy też w parlamencie płeć nie powinna grać żadnej roli. Ich członkami powinni być ludzie, którzy wiedzą co robią. W przeciwnym razie dojdziemy do absurdów, takich jak wyrzucanie z zarządu profesjonalistów, którzy dobrze znają się na swoim fachu po to by zatrudnić na ich miejsce ludzi, którzy może mniej się nadają na stanowisko, ale ich zatrudnienia domaga się państwo, któremu jest wszystko jedno, czy firma będzie zarządzana rozsądnie, czy też nie.
Innym takim klinem są parytety. Oto Bundesrat przyjął ustawę, która wymusza na czołowych niemieckich firmach, by w ich zarządach przynajmniej 40 procent stanowiły kobiety (czytanka). Ustawa oczywiście powstała w imię zagwarantowania równości płci, a w rzeczywistości wprowadza nierówność. Oto bowiem kobiety mają zagwarantowane te swoje 40 procent, mężczyźni - nie. Ustawa ta mówi wprost, że liczba kobiet w zarządzie dużej spółki ma wynosić od 40 do 100 procent, natomiast, czego ustawa nie mówi wprost, ale implikuje w oczywisty sposób, mężczyzn w tym zarządzie ma być najwyżej 60 procent. Innymi słowy zarząd, w którym są same kobiety jest legalny, a zarząd składający się z samych mężczyzn - nie. Gdzie tu jest równość?
Współpracowałem kiedyś z firmą, której właścicielka była zaangażowaną feministką, która walczyła o parytety wszelkiego rodzaju - o 30 procent kobiet w parlamencie, o to by firmy zatrudniały 30 procent kobiet. Dziwnym trafem w całej tej czterdziesto-, czy pięćdziesięcioosobowej firmie zatrudniony był tylko jeden mężczyzna - do sprzątania. Znamiennym jest fakt, że firma ta dość prędko zniknęła z rynku w wyniku wewnętrznych sporów.
Oczywiście daleki jestem temu, by żądać, by mężczyźni również mieli zagwarantowane parytety na tym samym poziomie co kobiety. Moim celem jest tylko wytknięcie hipokryzji "wyrównywaczy". W zarządzie firmy czy też w parlamencie płeć nie powinna grać żadnej roli. Ich członkami powinni być ludzie, którzy wiedzą co robią. W przeciwnym razie dojdziemy do absurdów, takich jak wyrzucanie z zarządu profesjonalistów, którzy dobrze znają się na swoim fachu po to by zatrudnić na ich miejsce ludzi, którzy może mniej się nadają na stanowisko, ale ich zatrudnienia domaga się państwo, któremu jest wszystko jedno, czy firma będzie zarządzana rozsądnie, czy też nie.
poniedziałek, 17 września 2012
Żeby życie miało smaczek...
Pan premier, Donald Tusk wystąpił był na Kongresie Kobiet. Jak się wlezie między wrony, trzeba krakać jak i one: poziom wypowiedzi premiera zrównał się z poziomem myślenia feministycznych aktywistek, czego efektem było, że jego słowa były jeszcze bardziej bezmyślne, niż zazwyczaj (sznurek).
Premier opowiedział się za tym, by listy wyborcze do parlamentu były budowane metodą "suwakową", czyli poprzez naprzemienne umieszczenie kobiet i mężczyzn. - Tak, aby te miejsca "biorące" były nie tylko dla facetów, tak jak to jest w większości partii do tej pory - podkreślił Tusk.
Jest to oczywiście wypowiedź seksistowska - premier wprowadza do polityki rozróżnienie płci, co w polityce nie powinno mieć miejsca. Polityka wybieramy ze względu na jego doświadczenie i obietnice, a nie ze względu na to, czy jest mężczyzną, czy nie. Ale to tylko drobne spostrzeżenie.
Bardzo łatwo w tej wypowiedzi przeoczyć dużo istotniejszą sprawę. Pan premier podważa podstawę demokracji jaką znamy, bo wprost sugeruje, że wyborcy nie głosują na najlepszych ich zdaniem reprezentantów swoich interesów, tylko że przy wyborze biorą pod uwagę takie rzeczy jak pozycja na liście (miejsca "biorące"), która nie powinna mieć żadnego znaczenia dla świadomego wyborcy. Ale pan Tusk słusznie tu zauważa, że większość wyborców to idioci. Przywykliśmy już do tego, że świadomego wyborcę nazywa się "błędem statystycznym".
Na koniec przytoczono też słowa premiera na temat myślozbrodni, pardón, "mowy nienawiści":
Kobiety często są ofiarami przemocy, nie tylko fizycznej, ale także słownej, są często upokarzane.
Zapoznając nas tym samym z nowym terminem "przemocy słownej" (naprawiacze pojęć będą mieli kiedyś pełne ręce roboty). Do tej pory przemoc wiązała się z użyciem siły fizycznej. Obecnie, gdy czytam wiadomość "...napastnik przemocą wtargnął do mieszkania...", to nie wiem, czy otworzył drzwi kopniakiem i władował się tam "na chama", czy tylko zwymyślał właściciela, żeby ten go wpuścił.
Myśl tę premier kończy słowami:
Mowa nienawiści, pogarda bardzo często odnosi się do ludzi nie tylko ze względu na ich rasę, czy przekonania polityczne, ale także ze względu na płeć czy role społeczne. (...) Dlatego wzbogaciliśmy ten projekt ustawy także o ściganie przestępstwa (...) ze względu na mowę nienawiści powstałą wskutek rozróżniania płci
Dokładnie tego samego rozróżnienia płci, które on (przemocą?) wprowadza do polityki.
Premier opowiedział się za tym, by listy wyborcze do parlamentu były budowane metodą "suwakową", czyli poprzez naprzemienne umieszczenie kobiet i mężczyzn. - Tak, aby te miejsca "biorące" były nie tylko dla facetów, tak jak to jest w większości partii do tej pory - podkreślił Tusk.
Jest to oczywiście wypowiedź seksistowska - premier wprowadza do polityki rozróżnienie płci, co w polityce nie powinno mieć miejsca. Polityka wybieramy ze względu na jego doświadczenie i obietnice, a nie ze względu na to, czy jest mężczyzną, czy nie. Ale to tylko drobne spostrzeżenie.
Bardzo łatwo w tej wypowiedzi przeoczyć dużo istotniejszą sprawę. Pan premier podważa podstawę demokracji jaką znamy, bo wprost sugeruje, że wyborcy nie głosują na najlepszych ich zdaniem reprezentantów swoich interesów, tylko że przy wyborze biorą pod uwagę takie rzeczy jak pozycja na liście (miejsca "biorące"), która nie powinna mieć żadnego znaczenia dla świadomego wyborcy. Ale pan Tusk słusznie tu zauważa, że większość wyborców to idioci. Przywykliśmy już do tego, że świadomego wyborcę nazywa się "błędem statystycznym".
Na koniec przytoczono też słowa premiera na temat myślozbrodni, pardón, "mowy nienawiści":
Kobiety często są ofiarami przemocy, nie tylko fizycznej, ale także słownej, są często upokarzane.
Zapoznając nas tym samym z nowym terminem "przemocy słownej" (naprawiacze pojęć będą mieli kiedyś pełne ręce roboty). Do tej pory przemoc wiązała się z użyciem siły fizycznej. Obecnie, gdy czytam wiadomość "...napastnik przemocą wtargnął do mieszkania...", to nie wiem, czy otworzył drzwi kopniakiem i władował się tam "na chama", czy tylko zwymyślał właściciela, żeby ten go wpuścił.
Myśl tę premier kończy słowami:
Mowa nienawiści, pogarda bardzo często odnosi się do ludzi nie tylko ze względu na ich rasę, czy przekonania polityczne, ale także ze względu na płeć czy role społeczne. (...) Dlatego wzbogaciliśmy ten projekt ustawy także o ściganie przestępstwa (...) ze względu na mowę nienawiści powstałą wskutek rozróżniania płci
Dokładnie tego samego rozróżnienia płci, które on (przemocą?) wprowadza do polityki.
niedziela, 5 sierpnia 2012
Kobietom ma być niewygodnie
Na stronie TVN24 przeczytałem, że burmistrz Trierga w Niemczech wyznaczył specjalne wygodniejsze miejsca parkingowe, by ułatwić życie kobietom. Został oskarżony o seksizm. Przeszukując Internet pod tym kątem zauważyłem, że to nie pierwszy taki przypadek. Kilka podobnych miało miejsce, nawet w Chinach.
W roku 2008 dyrektor chorwackiego centra handlowego, Slobodan Skolnik, wykonał ten bardzo elegancki gest w stosunku do klientek - wydzielił im część parkingu z większymi miejscami postojowymi, lepiej oświetlone i z kwiatami na ścianach (sznurek). Zabieg ten spotkał się z krytyką ze strony niektórych "kobiet", które domagają się małych, ciemnych i szarych miejsc parkingowych.
Zdrowy rozsądek każe mi się domyślać, że nie chodzi tu o normalne Kobiety, tylko o te najbardziej jazgotliwe, które zupełnie nie wiedzą czego chcą, czyli feministki. Bo i po co feministkom większe miejsca parkingowe? Im w zupełności wystarczy wydzielony kwadrat metr na metr by spokojnie zaparkować i komfortowo zsiąść z miotły.
Normalna kobieta oczywiście doceni taki gest, który ma poprawić jej komfort - jak każdy rozsądny człowiek. Nienormalna, zamiast zaparkować sobie na małym, szarym miejscu "dla wszystkich", zażąda, by wszystkie kobiety na takich parkowały.
Twierdzenie, że udostępnianie paniom szerszych, a więc wygodniejszych, miejsc parkingowych jest obraźliwe jest idiotyczne. Posługując się tą logiką, właściciel sklepu, w którym robię zakupy, jawnie znieważa osoby niepełnosprawne - nie dosyć, że wydziela dla nich specjalne miejsca postojowe przy samym wejściu, to jeszcze są one o dobry metr szersze od pozostałych. Jak można z taką pogardą traktować inwalidów?
Pracowałem kiedyś w firmie - parking dla zarządu miał dużo większe miejsca niż dla pozostałych. Panie feministki dopiero teraz uświadomiły mi, że cały zarząd stanowili ludzie o bardzo niskiej samoocenie.
Są to oczywiste bzdury, o czym najlepiej świadczy fakt, że część mężczyzn również skrytykowała ten pomysł (nie każdy jest dżentelmenem), bo oni też by chcieli mieć szersze miejsca parkingowe. Jak to? Mężczyźni chcą być obrażani i traktowani jak kaleki? Nie do końca. Duże miejsca parkingowe są poprostu lepsze.
Wszystkie kobiety, które spytałem o opinię są zgodne - wolą parkować na parkingach na których miejsca są szersze. Ja sam, chociaż nie mam najmniejszych problemów z parkowaniem, dużo chętniej parkuję na miejscu między dwoma pustymi miejscami, niż między dwoma zajętymi. Gdy parkuję równolegle przy krawężniku, to, jeśli mam możliwość, wybieram większą lukę. Nie dlatego, że jestem złym kierowcą, tylko dla wygody - szybszy manewr i mniej wykręcania głowy.
Jestem bardzo ciekaw reakcji feministek, gdyby centrum handlowe wydzieliło parking dla mężczyzn z większymi miejscami. Bo mężczyźni na pewno by nie protestowali.
Feministki nie myślą praktycznie. One nie myślą o wygodzie kobiet. One są zaprogramowane na to, by wrzeszczeć, za każdym razem, gdy mężczyzna chce im uprzyjemnić życie. Dlaczego? Bo "samiec twój wróg". Ma być wrednym. I wszelki miły gest ze strony mężczyzny uderza w podstawę ich istnienia. Nic co jest dobre nie może być dziełem mężczyzny.
Jeśli mężczyzna puszcza kobietę przodem, to po to, by pogapić się na jej kształty. Otwierając drzwi kobiecie, sugeruje, że ona jest głupia i nie potrafi. Nawet całowanie w rękę, które jest niczym innym jak wyrazem szacunku i deklaracją poddaństwa, które należą się KAŻDEJ (normalnej) kobiecie (tak jak całowano dłonie królów, czy obecnie dłoń papieża) jest postrzegane przez feministki jako obelga - nie pojmuję doprawdy jak (jest to tłumaczenie na zasadzie "globalne ocieplenie powoduje spadek temperatury"). Jedyną feministką, która zdaje się rozumieć prawdziwe znaczenie tego gestu jest pani Kazimiera Szczuka, która witająć się z mężczyznami odwzajemnia ten gest szacunku, jaki należy się każdemu prawdziwemu mężczyźnie.
Jaki jest finał tej histori z parkingami? Smutny. Dla zaspokojenia idiotycznych żądań kilku kretynek, którym przecież nikt nie bronił parkować na parkingu przeznaczonym dla wszystkich, tysiące normalnych kobiet pozbawiono możliwości parkowania na wygodnych, jasnych i przyjemnych dla oka parkingach.
Kobiety narzekają na brak dżentelmenów. Ale bardzo trudno jest być dżentelmenem w świecie, gdy każdy miły gest spotyka się z wrogością.
W roku 2008 dyrektor chorwackiego centra handlowego, Slobodan Skolnik, wykonał ten bardzo elegancki gest w stosunku do klientek - wydzielił im część parkingu z większymi miejscami postojowymi, lepiej oświetlone i z kwiatami na ścianach (sznurek). Zabieg ten spotkał się z krytyką ze strony niektórych "kobiet", które domagają się małych, ciemnych i szarych miejsc parkingowych.
Zdrowy rozsądek każe mi się domyślać, że nie chodzi tu o normalne Kobiety, tylko o te najbardziej jazgotliwe, które zupełnie nie wiedzą czego chcą, czyli feministki. Bo i po co feministkom większe miejsca parkingowe? Im w zupełności wystarczy wydzielony kwadrat metr na metr by spokojnie zaparkować i komfortowo zsiąść z miotły.
Normalna kobieta oczywiście doceni taki gest, który ma poprawić jej komfort - jak każdy rozsądny człowiek. Nienormalna, zamiast zaparkować sobie na małym, szarym miejscu "dla wszystkich", zażąda, by wszystkie kobiety na takich parkowały.
Twierdzenie, że udostępnianie paniom szerszych, a więc wygodniejszych, miejsc parkingowych jest obraźliwe jest idiotyczne. Posługując się tą logiką, właściciel sklepu, w którym robię zakupy, jawnie znieważa osoby niepełnosprawne - nie dosyć, że wydziela dla nich specjalne miejsca postojowe przy samym wejściu, to jeszcze są one o dobry metr szersze od pozostałych. Jak można z taką pogardą traktować inwalidów?
Pracowałem kiedyś w firmie - parking dla zarządu miał dużo większe miejsca niż dla pozostałych. Panie feministki dopiero teraz uświadomiły mi, że cały zarząd stanowili ludzie o bardzo niskiej samoocenie.
Są to oczywiste bzdury, o czym najlepiej świadczy fakt, że część mężczyzn również skrytykowała ten pomysł (nie każdy jest dżentelmenem), bo oni też by chcieli mieć szersze miejsca parkingowe. Jak to? Mężczyźni chcą być obrażani i traktowani jak kaleki? Nie do końca. Duże miejsca parkingowe są poprostu lepsze.
Wszystkie kobiety, które spytałem o opinię są zgodne - wolą parkować na parkingach na których miejsca są szersze. Ja sam, chociaż nie mam najmniejszych problemów z parkowaniem, dużo chętniej parkuję na miejscu między dwoma pustymi miejscami, niż między dwoma zajętymi. Gdy parkuję równolegle przy krawężniku, to, jeśli mam możliwość, wybieram większą lukę. Nie dlatego, że jestem złym kierowcą, tylko dla wygody - szybszy manewr i mniej wykręcania głowy.
Jestem bardzo ciekaw reakcji feministek, gdyby centrum handlowe wydzieliło parking dla mężczyzn z większymi miejscami. Bo mężczyźni na pewno by nie protestowali.
Feministki nie myślą praktycznie. One nie myślą o wygodzie kobiet. One są zaprogramowane na to, by wrzeszczeć, za każdym razem, gdy mężczyzna chce im uprzyjemnić życie. Dlaczego? Bo "samiec twój wróg". Ma być wrednym. I wszelki miły gest ze strony mężczyzny uderza w podstawę ich istnienia. Nic co jest dobre nie może być dziełem mężczyzny.
Jeśli mężczyzna puszcza kobietę przodem, to po to, by pogapić się na jej kształty. Otwierając drzwi kobiecie, sugeruje, że ona jest głupia i nie potrafi. Nawet całowanie w rękę, które jest niczym innym jak wyrazem szacunku i deklaracją poddaństwa, które należą się KAŻDEJ (normalnej) kobiecie (tak jak całowano dłonie królów, czy obecnie dłoń papieża) jest postrzegane przez feministki jako obelga - nie pojmuję doprawdy jak (jest to tłumaczenie na zasadzie "globalne ocieplenie powoduje spadek temperatury"). Jedyną feministką, która zdaje się rozumieć prawdziwe znaczenie tego gestu jest pani Kazimiera Szczuka, która witająć się z mężczyznami odwzajemnia ten gest szacunku, jaki należy się każdemu prawdziwemu mężczyźnie.
Jaki jest finał tej histori z parkingami? Smutny. Dla zaspokojenia idiotycznych żądań kilku kretynek, którym przecież nikt nie bronił parkować na parkingu przeznaczonym dla wszystkich, tysiące normalnych kobiet pozbawiono możliwości parkowania na wygodnych, jasnych i przyjemnych dla oka parkingach.
Kobiety narzekają na brak dżentelmenów. Ale bardzo trudno jest być dżentelmenem w świecie, gdy każdy miły gest spotyka się z wrogością.
wtorek, 17 kwietnia 2012
Kobiety z chowu klatkowego
Ludzie i feministki często przypisują nam głoszenia hasła "kobiety do garów". Jest to bardzo wygodne dla nich przeinaczenie pewnego postulatu, który faktycznie głosimy, a który nie ma nic wspólnego z przykuwaniem kobiety łańcuchem do kuchennego kaloryfera, jak starają się to naświetlić niektórzy.
To co my głosimy to nie przymus zrobienia z kobiety "kury domowej"*, ale zniesienie przymusu robienia z kobiety kury przemysłowej. Oczywiście przymusu nie w znaczeniu bezpośrednim. Nikt wszak nie zmusza fizycznie kobiet do pracy poza domem. Zapomina się jednak o tym, że zmusza je do tego zła sytuacja finansowa. A sytuacja ta źródło ma w ogromnych obciążeniach fiskalnych nakładanych przez państwo. Jeśli obywatel ograbiany jest przez państwo z ponad połowy owoców swojej pracy, to nic dziwnego, że na utrzymanie rodziny muszą pracować nie jedna, ale dwie osoby.
Bo Mężczyzna pracować ma i to jest słuszne. Mężczyzny praca w pocie czoła leży u podstaw naszej cywilizacji. Facet, który nie potrafi utrzymać siebie i swojej rodziny to nie Mężczyzna, to leń, wałkoń, nicpoń, obibok, safanduła, niedojda - co kto wybierze, ale mężczyzną jest jedynie w sensie biologicznym, przez małe "m".
Kobieta nie musi.
Oczywiście nie mówię tu o tych wszystkich "kobietach nowoczesnych", bizneswomanach, prezenterkach, posłankach, inżynierach. One sobie poradzą. Zarabiają przyzwoicie i robią na ogół to co lubią. One nie stanowią problemu. Ale szkopuł tkwi w tym, że w debacie o pracy kobiet słychać tylko głosy właśnie tych kobiet - kobiet, które są zadowolone ze swojej pracy. Znamy je z telewizji i gazet, znamy ich nazwiska, są ich setki, może tysiące. I z całego serca cieszę się, że kobietom tym się powodzi, odniosły sukces i są szczęśliwe.
W naszym kraju jest kilkanaście milionów innych kobiet - i ich nikt nie słyszy. Kasjerki w "Biedronce", sprzątaczki na "Centralnym", pomywaczki w restauracji, kelnerki w spelunie, pakowaczki w fabryce. One nie wybrały swojej kariery. One w pracy nie realizują swoich marzeń. One się nie "samorealizują". One naprawdę pracują i pracują ciężko. Bo muszą. Bo inaczej nie miałyby co jeść. Właśnie to są "kobiety do garów" - cudzych garów. Ich nikt nie słyszy, bo one nie mają nazwiska, one nie mają twarzy. One nie mają czasu brylować w telewizorze.
I grubą Pomyłką, Pomyłką przez wielkie "P" jest twierdzenie, że kobiety te nie są "kurami domowymi". One wracają do domu i gotują, sprzątają, piorą, robią zakupy. Ich nie stać na stołowanie się w restauracji, czy na gosposię. Bycie "kurą przemysłową" nie jest alternatywą bycia "kurą domową". W ogromnej większości przypadków jest dodatkiem do niej - drugą zmianą.
Proszę mi wierzyć, że gdyby kobiety te miały wybór, to gros z nich bez zastanowienia rzuciłoby z ulgą kasy, mopy, fartuchy i wróciłyby do domów. By sprzątać SWÓJ dom, by gotować dla SWOJEJ rodziny, by wychowywać SWOJE dzieci. I wówczas też miałyby czas na prawdziwą samorealizację - czytanie, malowanie, grę w szachy, szydełkowanie, plotki, kurs projektowania stron www, czy pisanie polskich Harrych Potterów. Cokolwiek uczyni je szczęśliwymi.
I my właśnie chcemy dać im ten WYBÓR. Chcemy, by pieniądze wypracowane przez ich mężów wróciły do ich kieszeni. Żeby Mężczyzn stać było na godne utrzymanie rodziny, by żony ich były szczęśliwe i wypoczęte, a dzieci zadbane i dobrze ułożone. Bo na tym polega prawdziwa Rodzina.
I ma to być wybór, z którego kobiety "Światowe", robiące wymarzoną karierę będą mogły nie skorzystać - i też nas to będzie cieszyło. I one różnicy nie odczują, poza tym, że w restauracji posiłek poda im kelner, a nie kelnerka (no i oczywiście, że same będą więcej zarabiały).
Feministki tego nie chcą. Nie chcą szczęśliwych kobiet i nie chcą mężczyzn usługujących im w supermarkecie, na poczcie, na dworcu. To o co faktycznie walczą feministki to to, żeby usługiwały nam nisko opłacane, zmęczone i upodlone kobiety. Bo wówczas mogą głosić, całkowicie słusznie z resztą, że kobiety są upadlane i wykorzystywane. A jak kobieta ma wybór, to po cholerę jej feministka?
* Samo zastosowanie w języku polskim słowa "kura" nadaje tej nazwie, niesłusznie, wydźwięk negatywny - kura to (chociaż tu zapewne Kira się nie zgodzi) stworzenie głupie i zniewolone przez człowieka. Dlatego ja znacznie bardziej wolę angielski zwrot "house wife" - kobieta domu, lub po prostu "pani domu".
Kontynuacja tematu
To co my głosimy to nie przymus zrobienia z kobiety "kury domowej"*, ale zniesienie przymusu robienia z kobiety kury przemysłowej. Oczywiście przymusu nie w znaczeniu bezpośrednim. Nikt wszak nie zmusza fizycznie kobiet do pracy poza domem. Zapomina się jednak o tym, że zmusza je do tego zła sytuacja finansowa. A sytuacja ta źródło ma w ogromnych obciążeniach fiskalnych nakładanych przez państwo. Jeśli obywatel ograbiany jest przez państwo z ponad połowy owoców swojej pracy, to nic dziwnego, że na utrzymanie rodziny muszą pracować nie jedna, ale dwie osoby.
Bo Mężczyzna pracować ma i to jest słuszne. Mężczyzny praca w pocie czoła leży u podstaw naszej cywilizacji. Facet, który nie potrafi utrzymać siebie i swojej rodziny to nie Mężczyzna, to leń, wałkoń, nicpoń, obibok, safanduła, niedojda - co kto wybierze, ale mężczyzną jest jedynie w sensie biologicznym, przez małe "m".
Kobieta nie musi.
Oczywiście nie mówię tu o tych wszystkich "kobietach nowoczesnych", bizneswomanach, prezenterkach, posłankach, inżynierach. One sobie poradzą. Zarabiają przyzwoicie i robią na ogół to co lubią. One nie stanowią problemu. Ale szkopuł tkwi w tym, że w debacie o pracy kobiet słychać tylko głosy właśnie tych kobiet - kobiet, które są zadowolone ze swojej pracy. Znamy je z telewizji i gazet, znamy ich nazwiska, są ich setki, może tysiące. I z całego serca cieszę się, że kobietom tym się powodzi, odniosły sukces i są szczęśliwe.
W naszym kraju jest kilkanaście milionów innych kobiet - i ich nikt nie słyszy. Kasjerki w "Biedronce", sprzątaczki na "Centralnym", pomywaczki w restauracji, kelnerki w spelunie, pakowaczki w fabryce. One nie wybrały swojej kariery. One w pracy nie realizują swoich marzeń. One się nie "samorealizują". One naprawdę pracują i pracują ciężko. Bo muszą. Bo inaczej nie miałyby co jeść. Właśnie to są "kobiety do garów" - cudzych garów. Ich nikt nie słyszy, bo one nie mają nazwiska, one nie mają twarzy. One nie mają czasu brylować w telewizorze.
I grubą Pomyłką, Pomyłką przez wielkie "P" jest twierdzenie, że kobiety te nie są "kurami domowymi". One wracają do domu i gotują, sprzątają, piorą, robią zakupy. Ich nie stać na stołowanie się w restauracji, czy na gosposię. Bycie "kurą przemysłową" nie jest alternatywą bycia "kurą domową". W ogromnej większości przypadków jest dodatkiem do niej - drugą zmianą.
Proszę mi wierzyć, że gdyby kobiety te miały wybór, to gros z nich bez zastanowienia rzuciłoby z ulgą kasy, mopy, fartuchy i wróciłyby do domów. By sprzątać SWÓJ dom, by gotować dla SWOJEJ rodziny, by wychowywać SWOJE dzieci. I wówczas też miałyby czas na prawdziwą samorealizację - czytanie, malowanie, grę w szachy, szydełkowanie, plotki, kurs projektowania stron www, czy pisanie polskich Harrych Potterów. Cokolwiek uczyni je szczęśliwymi.
I my właśnie chcemy dać im ten WYBÓR. Chcemy, by pieniądze wypracowane przez ich mężów wróciły do ich kieszeni. Żeby Mężczyzn stać było na godne utrzymanie rodziny, by żony ich były szczęśliwe i wypoczęte, a dzieci zadbane i dobrze ułożone. Bo na tym polega prawdziwa Rodzina.
I ma to być wybór, z którego kobiety "Światowe", robiące wymarzoną karierę będą mogły nie skorzystać - i też nas to będzie cieszyło. I one różnicy nie odczują, poza tym, że w restauracji posiłek poda im kelner, a nie kelnerka (no i oczywiście, że same będą więcej zarabiały).
Feministki tego nie chcą. Nie chcą szczęśliwych kobiet i nie chcą mężczyzn usługujących im w supermarkecie, na poczcie, na dworcu. To o co faktycznie walczą feministki to to, żeby usługiwały nam nisko opłacane, zmęczone i upodlone kobiety. Bo wówczas mogą głosić, całkowicie słusznie z resztą, że kobiety są upadlane i wykorzystywane. A jak kobieta ma wybór, to po cholerę jej feministka?
* Samo zastosowanie w języku polskim słowa "kura" nadaje tej nazwie, niesłusznie, wydźwięk negatywny - kura to (chociaż tu zapewne Kira się nie zgodzi) stworzenie głupie i zniewolone przez człowieka. Dlatego ja znacznie bardziej wolę angielski zwrot "house wife" - kobieta domu, lub po prostu "pani domu".
Kontynuacja tematu
wtorek, 13 marca 2012
Nie wystarczy mieć rację
Na stronie "Nowego Ekranu" znalazłem wpis jednej z blogerek, Dominiki Sibigi na temat żeńskich nazw zawodów:
Minister Joanna Mucha dołączyła do grona feministek propagujących używanie form żeńskich od nazw zawodów i stanowisk jak np. adwokat – adwokatka, filozof – filozofka, etyk - etyczka, polityk - polityczka, psycholog – psycholożka, w końcu słynne minister – ministra.
Wyraz „ministra” jest formą dopełniacza i biernika od wyrazu „minister”
Przykłady:
Dzisiaj w Sejmie nie ma Ministra Kultury Bogdana Zdrojewskiego.
lub
Z oddali widać zbliżającego się na konferencję prasową Ministra Sprawiedliwości Jarosława Gowina.
Skoro „ministra” jest odmianą przez przypadki słowa „minister”, to jawi się jako wyraz podrzędny, taki który jest pochodną formy podstawowej.
Ci, którzy promują ten styl wypowiedzi, zachowują się tak jakby zakładali z góry, że kobiety są z natury gorsze i nie zasługują aby ich godnie nazywać, traktować na równi z mężczyznami oraz, że powinny one zadowalać się jakąś drugorzędną formą deklinacji czyli odmiany rzeczownika.
Zamieściłem tam komentarz:
Oczywiście pomysł minister Muchy jest głupi, ale na pewno nie z podanych tu przyczyn. Proponowane słowo "ministra" wprawdzie brzmi jak dopełniacz rzeczownika "minister", ale nim nie jest. Jest (zakładając, że istnieje) żeńską formą słowa minister.
Na tej samej zasadzie można byłoby dowieść, że pani Stanisława jest kimś gorszym, niż pan Stanisław.
Proszę też zwrócić uwagę, że według tej logiki obecnie funkcjonujące nazewnictwo jest krzywdzące w stosunku do mężczyzn. Wszak słowo "minister" jest tylko (między innymi) dopełniaczem i biernikiem żeńskiej formy (obecnej) tego słowa. Jak w zdaniach:
Dzisiaj w Sejmie nie ma Minister Joanny Muchy.
lub
Z oddali widać zbliżającą się na konferencję prasową Minister Joannę Muchę.
Krytyka tego pomysłu jest jak najbardziej słuszna, ale uzasadnienie jest całkowicie chybione.
Oczywiście piętnowanie głupot i wytykanie absurdalnych pomysłów feministek jest słuszne, ale przeciwstawianie im nie mniej idiotycznych "argumentów" niczemu dobremu nie służy, tylko ośmieszeniu krytyka. W efekcie dyskredytuje jego tezę.
Nie wystarczy mieć rację, trzeba jeszcze umieć ją w sposób logiczny wykazać. Nie jest trudne obalanie tez feministek, ale i do tego trzeba się czasem przygotować, zamiast rzucać barejowe "I pijak, bo każdy pijak to złodziej!".
A propos feministek - załączam przezabawny fragment filmu z "manify", w którym w tle słychać, jak feministka traktuje (swojego?) "mężczyznę". Pociesznie brzmi ton głosu tego feministy.
Minister Joanna Mucha dołączyła do grona feministek propagujących używanie form żeńskich od nazw zawodów i stanowisk jak np. adwokat – adwokatka, filozof – filozofka, etyk - etyczka, polityk - polityczka, psycholog – psycholożka, w końcu słynne minister – ministra.
Wyraz „ministra” jest formą dopełniacza i biernika od wyrazu „minister”
Przykłady:
Dzisiaj w Sejmie nie ma Ministra Kultury Bogdana Zdrojewskiego.
lub
Z oddali widać zbliżającego się na konferencję prasową Ministra Sprawiedliwości Jarosława Gowina.
Skoro „ministra” jest odmianą przez przypadki słowa „minister”, to jawi się jako wyraz podrzędny, taki który jest pochodną formy podstawowej.
Ci, którzy promują ten styl wypowiedzi, zachowują się tak jakby zakładali z góry, że kobiety są z natury gorsze i nie zasługują aby ich godnie nazywać, traktować na równi z mężczyznami oraz, że powinny one zadowalać się jakąś drugorzędną formą deklinacji czyli odmiany rzeczownika.
Zamieściłem tam komentarz:
Oczywiście pomysł minister Muchy jest głupi, ale na pewno nie z podanych tu przyczyn. Proponowane słowo "ministra" wprawdzie brzmi jak dopełniacz rzeczownika "minister", ale nim nie jest. Jest (zakładając, że istnieje) żeńską formą słowa minister.
Na tej samej zasadzie można byłoby dowieść, że pani Stanisława jest kimś gorszym, niż pan Stanisław.
Proszę też zwrócić uwagę, że według tej logiki obecnie funkcjonujące nazewnictwo jest krzywdzące w stosunku do mężczyzn. Wszak słowo "minister" jest tylko (między innymi) dopełniaczem i biernikiem żeńskiej formy (obecnej) tego słowa. Jak w zdaniach:
Dzisiaj w Sejmie nie ma Minister Joanny Muchy.
lub
Z oddali widać zbliżającą się na konferencję prasową Minister Joannę Muchę.
Krytyka tego pomysłu jest jak najbardziej słuszna, ale uzasadnienie jest całkowicie chybione.
Oczywiście piętnowanie głupot i wytykanie absurdalnych pomysłów feministek jest słuszne, ale przeciwstawianie im nie mniej idiotycznych "argumentów" niczemu dobremu nie służy, tylko ośmieszeniu krytyka. W efekcie dyskredytuje jego tezę.
Nie wystarczy mieć rację, trzeba jeszcze umieć ją w sposób logiczny wykazać. Nie jest trudne obalanie tez feministek, ale i do tego trzeba się czasem przygotować, zamiast rzucać barejowe "I pijak, bo każdy pijak to złodziej!".
A propos feministek - załączam przezabawny fragment filmu z "manify", w którym w tle słychać, jak feministka traktuje (swojego?) "mężczyznę". Pociesznie brzmi ton głosu tego feministy.
piątek, 2 marca 2012
Męski, szowinistyczny świń
Pani Anna Dryjańska wypowiedziała się dla Rzeczypospolitej na temat żeńskich końcówek w nazwach zawodów. Domaga się wprowadzenia do języka polskiego takich nazw zawodów jak "chirurżka", "szoferka", czy "szambonurkini".
Ja oczywiście nie miałbym nic przeciwko temu. Język polski daje taką możliwość, jest językiem żywym, więc czemu nie? Ale wówczas, kiedy te słowa przyjmą się w sposób naturalny. Język powinien rozwijać się sam z siebie, a nie dlatego, że ktoś narzuca zasadę, że od dziś mówimy inaczej niż mówiliśmy wczoraj. Język żywy jest żywym dlatego, że sam ewoluuje i to jest w nim piękne.
Próba narzucania "poprawnego" języka jest pewnego rodzaju faszyzmem, a z drugiej strony tworzy absurdalne sytuacje. Na przykład, jeśli biały powie w USA, w prywatnej rozmowie, słowo "nigger" (Murzyn, z łac. "niger" - czarny), to ludzie łapią się za głowy i wywalają gały, jakby kogoś gwałcił (jeśli powiedział to w pracy, to może się zacząć pakować), natomiast niejaki Chris Rock, Murzyn, może sobie spokojnie ze sceny w teatrze szafować tym słowem, a setki innych Murzynów rechoczą przy tym rozanielone. Najśmieszniejsze w tym jest to, że jest to wynik walki o równość!
W artykule pada stwierdzenie, że pani Dryjańska opowiada się za tym, by każdy zawód miał swoją żeńską formę. Ale przecież te zawody, które są przytaczane w artykule mają swoje żeńskie formy. Wystarczy je sobie odmienić przez przypadki, a zobaczymy, że "minister Boni" i "minister Mucha" to dwie różne formy. Brzmią tak samo w mianowniku, ale jeśli będziemy się z nimi witać, to przywitamy się z minister Muchą i z ministrem Boni. Możemy podać rękę profesorowi Bralczykowi, albo, mniej chętnie, profesor Senyszyn.
Te nazwy w doniesieniu do kobiet mają formę żeńską. Tak samo, jak imię Beatrycze, które się odmienia podobnie, a mimo to jest jednym z piękniejszych imion żeńskich.
Co znamienne, podobnie też odmienia się wywalczona przez FEMINISTKI "bizneswoman"!
Proszę zwrócić uwagę, że jest też wiele profesji, których nazwy w formie męskiej, nie tylko brzmią, jakby były rodzaju żeńskiego w mianowniku, ale w dodatku odmieniają się przez przypadki tak, jakby były rzeczownikami żeńskimi. Co ma powiedzieć pediatra, szachista, ortopeda, czy gitarzysta? Dlaczego żaden z nich nie walczy, by być nazywanym "pediatrem" (w mianowniku "pediater"?), "szachistem" itd.? Prawdopodobnie dlatego, że maja trochę więcej oleju w głowie niż feministki.
Najlepsze jednak świadectwo o pomysłodawcach takich zmian kryje się w tytule przytaczanego artykułu:
To są ludzie (ludzinki?), dla których prestiż jest w nazwie, a nie w czynach. Dla nich "menadżer" to człowiek o znacznie wyższym prestiżu niż ten sam człowiek nazwany kierownikiem. A dla mnie liczy się, czy dobrze zarządza powierzonym mu działem.
Feministki twierdzą, że "pani chirurg" brzmi mniej poważnie niż "pan chirurg" i proponują słowo "chirurżka". Dla mnie właśnie "chirurżka" brzmi niepoważnie. Jak zdrobnienie. Jak ktoś, kto pomaga chirurgowi, albo przyszły chirurg na stażu. Albo bułka, którą chirurg je na drugie śniadanie, tak jak murarz je murarkę.
Co więcej, ja uważam, że zostanie tą chirurg jest większym wyczynem niż zostanie tym chirurgiem, bo jest to zawód wymagający sporej wytrzymałości psychicznej i fizycznej. Mężczyzn na ogół mniej wzrusza widok ludzkich wnętrzności, czy kilka-, kilkanaście godzin nieprzerwanej pracy w pełnym skupieniu. Za to stwierdzenie zostałbym zapewne przez panią Dryjańską nazwany szowinistyczną świnią.
Jest jeszcze jedna konsekwencja wprowadzenia formy nazw proponowanej przez panią Dryjańską, której nie dostrzega. Dzisiaj, w wyniku tego, że poszczególne przypadki żeńskiej formy na przykład słowa "doktor" brzmią jednakowo, dla ich rozróżnienia pomagamy sobie rzeczownikiem "pani". To jest "pani doktor", rozmawiamy z "panią doktor". Do Pawła Lubicza zwrócimy się: "doktorze", ale do kobiety: "pani doktor". Dzisiaj kobiety uprawiające zawody o spornych nazwach są PANIAMI. Feministki nie chcą by były paniami, tylko inżynierkami, premierkami, tokarkami. Myślę, że obecne nazwy brzmią dostojniej i nie chciałbym, żeby to się zmieniło. Wolę być leczonym przez panią doktor, niż przez "doktorkę".
Jeśli chwilę się zastanowić, to szybko okazuje się, że proponowane zmiany ani nie prowadza do niczego rozsądnego, ani z niczego rozsądnego się nie biorą. Więc skąd? Z kompleksu? Poczucia niższości? Normalna kobieta nie czuje się gorsza od mężczyzny. To feministki ciągle czują się gorsze, i chcą, żeby inne kobiety uwierzyły, że są gorsze, bo to jest wiatr w ich żagle.
Drogie Panie, jesteście najwspanialsze na świecie. Niezależnie od sposobu, w jaki odmieniają się Wasze imiona, zawody, czy stanowiska.
Ja w przeciwieństwie do feministek nie mam najmniejszego problemu z akceptacją mojej płci, roli w społeczeństwie, czy z językiem polskim, najpiękniejszym na świecie. I mam nadzieję, że nikt nie będzie w moim imieniu walczył o to, by nazywano mnie MĘŻCZYZNEM.
Ja oczywiście nie miałbym nic przeciwko temu. Język polski daje taką możliwość, jest językiem żywym, więc czemu nie? Ale wówczas, kiedy te słowa przyjmą się w sposób naturalny. Język powinien rozwijać się sam z siebie, a nie dlatego, że ktoś narzuca zasadę, że od dziś mówimy inaczej niż mówiliśmy wczoraj. Język żywy jest żywym dlatego, że sam ewoluuje i to jest w nim piękne.
Próba narzucania "poprawnego" języka jest pewnego rodzaju faszyzmem, a z drugiej strony tworzy absurdalne sytuacje. Na przykład, jeśli biały powie w USA, w prywatnej rozmowie, słowo "nigger" (Murzyn, z łac. "niger" - czarny), to ludzie łapią się za głowy i wywalają gały, jakby kogoś gwałcił (jeśli powiedział to w pracy, to może się zacząć pakować), natomiast niejaki Chris Rock, Murzyn, może sobie spokojnie ze sceny w teatrze szafować tym słowem, a setki innych Murzynów rechoczą przy tym rozanielone. Najśmieszniejsze w tym jest to, że jest to wynik walki o równość!
W artykule pada stwierdzenie, że pani Dryjańska opowiada się za tym, by każdy zawód miał swoją żeńską formę. Ale przecież te zawody, które są przytaczane w artykule mają swoje żeńskie formy. Wystarczy je sobie odmienić przez przypadki, a zobaczymy, że "minister Boni" i "minister Mucha" to dwie różne formy. Brzmią tak samo w mianowniku, ale jeśli będziemy się z nimi witać, to przywitamy się z minister Muchą i z ministrem Boni. Możemy podać rękę profesorowi Bralczykowi, albo, mniej chętnie, profesor Senyszyn.
Te nazwy w doniesieniu do kobiet mają formę żeńską. Tak samo, jak imię Beatrycze, które się odmienia podobnie, a mimo to jest jednym z piękniejszych imion żeńskich.
Co znamienne, podobnie też odmienia się wywalczona przez FEMINISTKI "bizneswoman"!
Proszę zwrócić uwagę, że jest też wiele profesji, których nazwy w formie męskiej, nie tylko brzmią, jakby były rodzaju żeńskiego w mianowniku, ale w dodatku odmieniają się przez przypadki tak, jakby były rzeczownikami żeńskimi. Co ma powiedzieć pediatra, szachista, ortopeda, czy gitarzysta? Dlaczego żaden z nich nie walczy, by być nazywanym "pediatrem" (w mianowniku "pediater"?), "szachistem" itd.? Prawdopodobnie dlatego, że maja trochę więcej oleju w głowie niż feministki.
Najlepsze jednak świadectwo o pomysłodawcach takich zmian kryje się w tytule przytaczanego artykułu:
Radykalne środowiska kobiece domagają się żeńskich końcówek. Ich brak oznacza dla nich brak prestiżu.
To są ludzie (ludzinki?), dla których prestiż jest w nazwie, a nie w czynach. Dla nich "menadżer" to człowiek o znacznie wyższym prestiżu niż ten sam człowiek nazwany kierownikiem. A dla mnie liczy się, czy dobrze zarządza powierzonym mu działem.
Feministki twierdzą, że "pani chirurg" brzmi mniej poważnie niż "pan chirurg" i proponują słowo "chirurżka". Dla mnie właśnie "chirurżka" brzmi niepoważnie. Jak zdrobnienie. Jak ktoś, kto pomaga chirurgowi, albo przyszły chirurg na stażu. Albo bułka, którą chirurg je na drugie śniadanie, tak jak murarz je murarkę.
Co więcej, ja uważam, że zostanie tą chirurg jest większym wyczynem niż zostanie tym chirurgiem, bo jest to zawód wymagający sporej wytrzymałości psychicznej i fizycznej. Mężczyzn na ogół mniej wzrusza widok ludzkich wnętrzności, czy kilka-, kilkanaście godzin nieprzerwanej pracy w pełnym skupieniu. Za to stwierdzenie zostałbym zapewne przez panią Dryjańską nazwany szowinistyczną świnią.
Jest jeszcze jedna konsekwencja wprowadzenia formy nazw proponowanej przez panią Dryjańską, której nie dostrzega. Dzisiaj, w wyniku tego, że poszczególne przypadki żeńskiej formy na przykład słowa "doktor" brzmią jednakowo, dla ich rozróżnienia pomagamy sobie rzeczownikiem "pani". To jest "pani doktor", rozmawiamy z "panią doktor". Do Pawła Lubicza zwrócimy się: "doktorze", ale do kobiety: "pani doktor". Dzisiaj kobiety uprawiające zawody o spornych nazwach są PANIAMI. Feministki nie chcą by były paniami, tylko inżynierkami, premierkami, tokarkami. Myślę, że obecne nazwy brzmią dostojniej i nie chciałbym, żeby to się zmieniło. Wolę być leczonym przez panią doktor, niż przez "doktorkę".
Jeśli chwilę się zastanowić, to szybko okazuje się, że proponowane zmiany ani nie prowadza do niczego rozsądnego, ani z niczego rozsądnego się nie biorą. Więc skąd? Z kompleksu? Poczucia niższości? Normalna kobieta nie czuje się gorsza od mężczyzny. To feministki ciągle czują się gorsze, i chcą, żeby inne kobiety uwierzyły, że są gorsze, bo to jest wiatr w ich żagle.
Drogie Panie, jesteście najwspanialsze na świecie. Niezależnie od sposobu, w jaki odmieniają się Wasze imiona, zawody, czy stanowiska.
Ja w przeciwieństwie do feministek nie mam najmniejszego problemu z akceptacją mojej płci, roli w społeczeństwie, czy z językiem polskim, najpiękniejszym na świecie. I mam nadzieję, że nikt nie będzie w moim imieniu walczył o to, by nazywano mnie MĘŻCZYZNEM.
środa, 7 grudnia 2011
Feminizm a duże piersi
Pod choinkę lalka zamiast walecznego Bakugana dla synka, auto zamiast różowego konika dla córeczki - proponują feministki. Ich zdaniem taki prezent dobry byłby na początek rewolucji w wychowaniu maluchów. A wszystko po to, by usunąć nierówności płci.
To można przeczytać na stronie Metra w wywiadzie z panią Marią Kahlau pod tytułem "Feministki nie chcą wychowywać synów na twardzieli".
Nie mam zamiaru w żaden sposób krytykować sposobu w jaki pani Kahlau wychowuje swojego dwuletniego syna - z prostej przyczyny, że jest to jej syn i mnie ani nie obchodzi, ani obchodzić nie powinno, jak jest traktowany, na kogo wyrośnie, czy będzie umiał wbić gwóźdź w ścianę i czy jakaś kobieta zechce na męża zniewieściałego chłoptasia, który nie będzie jej w stanie obronić przed napastnikiem, a co najwyżej przed wirusami - podając napastnikowi prezerwatywę.
Zresztą nawet jak nie będzie w stanie zdobyć sobie wartościowej kobiety, to nic - na pewno Bartek świetnie ułoży sobie życie z synem jakiejś innej feministki.
W całej sprawie dwie rzeczy mnie zastanawiają, a jedna wręcz fascynuje.
Zastanawia mnie w jaki sposób podarowanie chłopcu lalki, a dziewczynce autka ma być krokiem w kierunku wyrównania "nierówności płci". Wyrównaniem mogło by być podarowanie obojgu lalki, albo podarowanie obojgu autka, albo jeszcze lepiej - samochodu dla lalek. Owszem wówczas może i byłoby to jakieś "wyrównanie".
Ale tutaj jest proponowany krok nie w kierunku -, tylko krok daleko poza wyrównanie płci, czyli całkowite odwrócenie ról. I to jest dalece gorsze od "nierówności", z którą do czynienia mamy mieć obecnie, bo nie dosyć, że nierówność zostaje zachowana (bo chłopcy się bawią lalkami w przeciwieństwie do dziewczynek, które się bawią samochodzikami), to na dodatek jest ona jeszcze wynaturzona i postawiona na głowie. Bo obecna różnica między płciami jest całkowicie naturalna i zdrowa.
Ale oczywiście feministkom to nie przeszkadza, bo, podobnie jak wszelkie inne postępowe istoty, są przeciwne temu co zgodne z naturą, tradycją, czy zdrowym rozsądkiem. Równie dobrze można by dążyć do równości zwierząt i zmusić wilki do żarcia trawy, a żubry do polowania na zające. Zapewne zapanowałaby równość między anemicznymi drapieżnikami a wściekłymi krowami. I te, i te miałyby równe rozwolnienie.
I to mnie fascynuje - ten upór w robieniu czegoś wbrew naturze. To jakiś rodzaj opóźnionego buntu młodzieńczego. A że trzydziestoparolatce nie przystoi buntować się przeciwko rodzicom, to trzeba buntować się wszystkiemu na czym świat stoi, podmieniając to głową.
Zdaję sobie sprawę, że podział ról na męskie i żeńskie obecnie nie ma aż takiego znaczenia, jak tysiąc, czy milion lat temu. Mężczyzna nie musi być silny ani inteligentny, nie musi polować, ani wojować, by zapewnić pożywienie i bezpieczeństwo swojej żonie - może być księgowym, psychologiem manikiurzystą albo prezenterem TVNu. Kobieta nie musi się już opiekować dziećmi - może je oddać do żłobka, albo zostawić z mężem, korzystającym z urlopu ojcowskiego, zwanego przez analfabetów "tacierzyńskim". Ale pewne zachowania, pewne cechy i pewne instynkty są zakodowane nieco głębiej niż nowoczesny model rodziny.
Zmiana wychowania na pewno tych cech nie wyruguje - może jedynie wprowadzić w zakłopotanie. Powstaje bowiem błąd - konflikt pomiędzy wychowaniem dziecka, a tym co je "pociąga". Pomiędzy naturalnymi potrzebami i zdolnościami, a czynnikami tłumiącymi owe. I to ten konflikt upośledza, a nie jakaś wymyślona "nierówność". Bo w żyłach dzisiejszych chłopców płynie ta sama krew, która płynęła w żyłach dawnych wojowników, ich pradziadów - prawdziwych mężczyzn. A w żyłach dzisiejszych dziewczynek płynie krew dawnych niewiast, dam i białogłów. Ja uważam, że to jest piękne i wspaniałe. A feministki chcą to zniszczyć. W imię czego? Nie wiem. Naprawdę - nic nie przychodzi mi do głowy.
Oprócz wielkich piersi.
Dlaczego mężczyźni wolą kobiety z obfitymi biustami i krągłymi biodrami? Bo od milionów lat kobieta z szerokimi biodrami łatwiej znosiła poród, który był też bezpieczniejszy dla samego dziecka, a kobieta z dużymi piersiami produkowała więcej pożywienia. W związku z tym amatorzy kobiecych kształtów mieli liczniejsze i zdrowsze potomstwo niż amatorzy chudzinek. I z pokolenia na pokolenie liczba tych pierwszych (a także liczba krągłych kobiet) rosła stosunkowo szybciej niż tych drugich.
Dzisiaj oczywiście, podobnie jak tradycyjny podział ról, wielkość biustu czy pupy nie ma tak wielkiego znaczenia jak onegdaj. Ryzyko zgonu przy porodzie jest minimalne, a jak kobieta ma za ciasną miednicę, to się przeprowadza cesarskie cięcie. Mamy też masę kaszek dla niemowlaków, które są tak samo, jeśli nie bardziej pożywne od mleka matki i na dodatek mają smak banana. A mimo to mężczyźni ciągle oglądają się za dużymi piersiami i pupami. Dlaczego?
Bo, podobnie jak różnice między płciami, ich gusta nie są uformowane przez dzisiejszy styl życia, chwilową modę, czy kaprys matki. Tylko przez rozważne, cierpliwe i celowe działanie Matki. Matki Natury.
Jakie efekty przynosi siłowanie się z naturą, bardzo elegancko i zabawnie przedstawia poniższa reklama. Nie trzeba znać angielskiego, żeby zrozumieć jej przesłanie:
Subskrybuj:
Posty (Atom)
