Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wielka brytania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wielka brytania. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 10 maja 2012

Tajemnica lekarska przed pacjentem

Jak podaje portal Gazeta.pl za telewizją Sky:

Brytyjscy lekarze będą musieli uważać na to, co mówią, gdy przyjdzie do nich pacjent z nadwagą. Używanie przez nich słowa "otyły" nie jest zalecane, ponieważ może wprawić pacjentów w kompleksy i popsuć im samopoczucie

Zamiast wypominać pacjentom otyłość, mają posługiwać się politycznie poprawnym określeniem "zdrowa waga" lub ogólnie mówić o związku między wagą ciała a samopoczuciem. Wyrażenia "otyłość" można wprawdzie używać, ale tylko wówczas, gdy lekarze i pielęgniarki są we własnym gronie i mają pewność, że ucho pacjenta go nie wyłapie.

Prawdą jest, że usłyszeć od kogoś, że jestem gruby jest nieprzyjemne. Ale lekarz właśnie od tego jest! Płacę mu za to, aby udzielił mi rzetelnej informacji na temat mojego zdrowia i kondycji fizycznej. Od niego chcę słyszeć prawdę, nawet tę najgorszą. I on pierwszy powinien mi zwrócić uwagę, że powinienem zrzucić parę kilogramów. Bo jak mi to powie lekarz, to jest większa szansa, że się tym przejmę i zacznę robić coś w tym kierunku.

Jeśli nie mogę szczerze o tym porozmawiać z lekarzem, to z kim? Mój lekarz wie o mnie wszystko - ile mam lat, jakie choroby przebyłem, wie o moim uzależnieniu od sernika, o hemoroidach, o moczeniu nocnym, o bólach fantomicznych, o wrastającym paznokciu, wie, że mam wiatry po brukselkach, a jego dłonie były tam, gdzie przed nim nie dotarł żaden mężczyzna. Ale powiedzenie mi wprost, że jestem otyły jest wykluczone.

Ja rozumiem, że obowiązuje go tajemnica lekarska na temat mojego zdrowia, ale, u licha, nie przede mną!

Lekarz może obgadać moją tuszę za moimi plecami z otolaryngologiem (względnie z otolaryngolożką), ale nie może porozmawiać o tym ze mną wprost. Ze mną musi się namęczyć podsuwając mi różne rebusy: "Jest pan szczupły inaczej", "Ma pan imponujący iloraz tuszy", "Jest pan bardzo atrakcyjny w sensie grawimetrycznym".

Bo powiedzenie tego wprost może mi popsuć samopoczucie.

Ale przecież powiedzeni mi, że mam platfusa też "może wprawić mnie w kompleksy i popsuć mi samopoczucie".  Wiadomość o każdej chorobie jest przykra, dlaczego zatem czepiają się głupiej otyłości, która nawet nie jest prawdziwą chorobą? Wolałbym, by lekarz mówił mi, choćby codziennie, że jestem grubas, niż dowiedzieć się, że mam raka, czy stwardnienie rozsiane. Ale o raku, który nie tylko popsuje mi samopoczucie, ale może mnie wpędzić w poważniejsze stany depresyjne, lekarz może mi, bardzo słusznie, śmiało powiedzieć bez żadnych ogródek. Konsekwentnym jednak byłoby zakazanie lekarzom informowania pacjenta o jakiejkolwiek chorobie.

Oczywiście wówczas, aby ratować lekarzy przed bezrobociem, ustawodawca musiałby wprowadzić obowiązek wizyt u lekarza, bo po cholerę mam tracić czas na stanie w kolejce do przychodni, skoro i tak nic mi nie powie?

W zeszłym roku odstawiłem samochód na przegląd. Bardzo się zaniepokoiłem, kiedy dowiedziałem się, że powinienem wymienić przednie zawieszenie. O ileż świat byłby piękniejszy, gdyby tak zakazać mechanikom mówienia właścicielowi, że jego samochód jest zepsuty i wymaga kosztownej naprawy. Ustawa powinna chronić mnie przed takimi przykrościami. Oczywiście mechanicy między sobą niech sobie o tym rozmawiają, "ale tylko wówczas, gdy są we własnym gronie i mają pewność, że ucho kierowcy tego nie wyłapie".

Apeluję do autora tego pomysłu, aby zakazał też gazownikowi informowania mnie, że moja instalacja jest nieszczelna, bankowi, że zalegam ze spłatami kredytu, komentatorom krytykowania moich wpisów, nauczycielowi, że moje dzieci wagarują, a życzliwemu, że moja żona się puszcza z mleczarzem. W imię poprawności politycznej.

Albo lepiej: zmusić obywateli do codziennego żarcia prozacu. Nikt nie będzie smutny, nikomu nie będzie przykro, nikt nie będzie miał żadnych problemów, wszyscy będą się uśmiechać, opozycja przestanie narzekać i nikt nie będzie się o nic martwił.

Ale jednak, mimo wszystko, ktoś powinien.

czwartek, 28 kwietnia 2011

Skandal! Ku-Klux-Klan niezaproszony na murzyńskie wesele

Na wielu polskich i zagranicznych serwisach internetowych, między innymi na Onecie, można przeczytać o "skandalu", jakim jest niezaproszenie na królewski ślub między innymi panów Blaira, Browna, a także Obamy. Ja bym tego "skandalem" nie nazwał - wprost przeciwnie, zaproszenie ich byłoby skandalem.

Wyobraźmy sobie pewną bardzo abstrakcyjną sytuację: ślub dwóch kartofli, na który nie zaproszono stonki ziemniaczanej. Czy nazwiemy to skandalem? Czy zaskoczyłaby nas informacja o niezaproszeniu państwa Termitów na ślub Pinokia? Albo Hitlera na Bar Micwę? Raczej nie.

Dlaczego zatem skandalem jest niezaproszenie demokratów na królewski ślub? Przecież ci ludzie otwarcie głoszą wyższość rządów motłochu nad monarchią. Co więcej, pan Obama jest głową państwa, które prowadziło i prowadzi wiele akcji militarnych, których oficjalnym celem jest obalanie monarchii w różnych zakątkach świata.

Ci panowie to, z punktu widzenia monarchii, szkodniki

Dla mnie to pokrzepiające, że młody Książę William potrafi tym dżentelmenom, którzy tombakowymi zgłoskami wbazgrali się w brudnopis historii, pokazać gdzie jest ich miejsce.

Z drugiej jednak strony obawiam się, że cieszę się na wyrost i że przyczyny nieuwzględnienia wspomnianych panów na liście są zgoła odmienne. Wszak monsieur Sarkozy bilecik otrzymał.