Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sąd. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sąd. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 29 października 2012

Licencja na rozmnażanie

We Włoszech odebrano rodzicom dziecko, gdyż uznano ich za zbyt starych na posiadanie dziecka (sznurek). O ile wiem włoskie prawo nie precyzuje jasno górnego wieku zostania rodzicem, zatem wyrok oparty jest jedynie na urzędniczym widzimisię. Sąd uzurpuje sobie prawo do decydowania o sprawach rodzinnych i decydowania kto może być rodzicem, a kto nie. Z niecierpliwością czekam, kiedy w Unii Europejskiej małżeństwo, nim zacznie starać się o potomstwo, będzie musiało uzyskać od urzędnika pozwolenie, tak jak obecnie na przykład na budowę domu.

Niesmak tej informacji potęguje karygodne uzasadnienie sądu:

Sąd ten we wrześniu 2011 roku uznał w uzasadnieniu wyroku, że dziewczynka, która przyszła na świat dzięki zabiegowi in vitro przeprowadzonemu za granicą, jest "owocem wypaczonego wykorzystania możliwości, oferowanych przez postęp w dziedzinie genetyki".

Samo sformułowanie takiej wypowiedzi jest idiotyczne i odrażające jednocześnie. A nawet jeśli faktycznie ta dziewczynka jest owocem wypaczonego wykorzystania możliwości, oferowanych przez postęp w dziedzinie genetyki, to czy przestanie nim być, gdy odbierze się ją rodzicom? Nie bardzo.

I głupsze:

Rodzice nigdy nie zastanowili się poważnie nad tym, że córka zostanie sierotą w młodym wieku.

Pomijając już nawet fakt, że jest to jawne włażenie z buciorami w cudze sprawy rodzinne, wypowiedź ta jest czystym absurdem. Oto bowiem sąd, chcąc uchronić tę dziewczynkę przed ryzykiem utraty rodziców w młodym wieku i adopcją przez obcych ludzi,  pozbawia tę dziewczynkę rodziców w wieku jeszcze młodszym i przekazuje ją do adopcji przez obcych ludzi. No ale w końcu dla dziwczynki będzie dużo lepiej jeśli osieroci ją urzędnik, niż gdy zrobi to Matka Natura, wszak on wie co robi - po to tam jest.

Kontynuacja tematu

niedziela, 26 czerwca 2011

Kara śmierci a dzban bez dna

Na portalu Wirtualnej Polski podano wyliczenia amerykańskich badaczy twierdzących, że kara śmierci jest bardziej kosztowna niż kara dożywocia. Podane argumenty wskazują jednak niezbicie, iż sytuacja taka ma miejsce w wyniku upośledzonego systemu sądownictwa. Oczywistym jest przecież, że pozbawienie kogoś życia musi być tańsze niż utrzymywanie go przy nim.

I tak badacze ci podają:

Rachunek jest tu prosty, należy bowiem pamiętać, że w kwestiach związanych z karą śmierci, wszystko jest droższe. I tak, przykładowo: jak podają specjaliści rozprawa, w której oskarżyciele domagają się kary głównej generuje średnio 20- krotnie większe koszty, niż proces z orzeczeniem dożywocia i kosztuje minimum 1,1 miliona dolarów. Dlaczego tak drogo? Otóż w tym przypadku wszystko musi być dogłębnie przeanalizowane i sprawdzone, bo w końcu na szali waży się ludzkie życie.

Innymi słowy mówią tu wprost, że sędziowie i ławnicy nie przykładają się zbytnio do spraw, w których zasądzana jest kara dożywocia, w której również waży się ludzkie życie.

Każda rozprawa, niezależnie od tego, czy dotyczy kary śmierci, dożywocia, czy dwudziestu lat więzienia, powinna zostać przeprowadzona z najwyższą bacznością. Wyrok nie powinien pozostawiać żadnych wątpliwości. Nie może być tak, że sąd radzący nad błahszymi przewinieniami mniej się przykłada tylko dlatego, że to nie jest kwestia życia i śmierci.

Zresztą, właśnie z ekonomicznego punktu widzenia, odszkodowanie dla rodziny niesłusznie skazanego na śmierć jest zazwyczaj niższe w porównaniu z odszkodowaniem za dwadzieścia lat spędzonych za kratkami przez niedopatrzenie sądu. Oczywiście marny to argument, ale skoro panowie badacze zajmują się tylko suchymi liczbami, to i ten głos nie jest nie na miejscu.

Nie można także zapominać o późniejszym przebywaniu skazanych na śmierć w więzieniach. Naturalnie, osoby oczekujące na wykonanie najwyższego wyroku, muszą być przetrzymywane w specyficznych warunkach, pod okiem wzmożonej ochrony.

Kolejny błąd systemu: wyrok powinien być wykonywany następnego dnia po jego ogłoszeniu. Jeżeli proces przebiegał zgodnie z powyższymi założeniami, to nie ma powodów do żadnej zwłoki.

Oczywiście należy do tego doliczyć koszty postępowania karnego i niekończących się apelacji, a także... błędów sądowych.

Po raz trzeci: każda kara, nie wykluczając kary śmierci, może zostać zasądzona jedynie po pełnym udowodnieniu winy. Jeśli tak się będzie działo, nie będzie ani błędów sądowych, ani podstaw do apelacji.

Ponadto istnienie możliwości apelacji ma bardzo negatywne skutki moralne. Po pierwsze podważa niezawisłość sądu. Skoro od wyroku można się odwołać, to znaczy, że zakładamy, że sędzia mógł się pomylić. Jest to niedopuszczalne. Sąd jest nieomylny.

Po drugie dochodzi do przerzucenia odpowiedzialności. Sędzia może pochopnie wydać wyrok w przekonaniu, że w przypadku pomyłki, skoryguje ją sąd wyższej instancji. A tymczasem sąd apelacyjny również przyjmuje wygodną postawę i zakłada, że skoro wszystkie akta były już przestudiowane, wszystkie mowy i zeznania wysłuchane przez sąd niższej instancji, to cóż więcej można wymyślić? I sprawa ponownie rozpatrywana jest "po łebkach".

Możliwość apelacji zatem jedynie wydłuża ten proces, zwiększa jego koszty oraz, co jest gorsze od wszelkiego marnotrawstwa, obniża jakość wymiaru sprawiedliwości i rozleniwia sędziów.

Aby nie wyrzucać pieniędzy w błoto, należy zmienić system na prosty i jasny, gdyż to jego wady generują dodatkowe koszta, nie tylko w przypadku skazanych na karę śmierci. W poprawnie zaprojektowanym systemie koszta samego procesu są takie same zarówno dla kary śmierci, jak i dla podawanego za przykład w artykule źródłowym dożywocia. W przypadku samej kary rachunek jest oczywisty.

Sędzia Arthur L. Alarcon i profesor z Loyola Law School Paula M. Mitchell wyliczyli bardzo skrzętnie, że do dzbana wchodzi więcej wina niż do beczki. Niestety nie zauważyli, że dzban jest dziurawy.

środa, 27 kwietnia 2011

Kara dla nauczyciela za nadgorliwość przy realizacji programu

Nic dziwnego, że sądy w Polsce działają, jak działają, skoro zajmują się takimi sprawami, jak zakwasy po lekcji W-F. PolskaLokalna.pl o tym pisała w zeszłym tygodniu.

Nauczyciel wychowania fizycznego polecił jedenastoletniemu uczniowi wykonanie stu pompek. Była to kara za uczestnictwo w szkolnej bójce. Dość łagodna, no ale obecnie przyszło nam żyć w czasach, w których ojciec nie może gówniarza wytargać za ucho (czyt. wychowywać), a co dopiero pedagog. Uważam wręcz, że całkowicie na miejscu byłoby stwierdzenie, że łobuzowi uszło to na sucho.

Sprawa jednak zajął się sąd, bo chłopiec w wyniku kary zachorował na bardzo ciężką i nieuleczalną chorobę, która dziesiątkuje polską młodzież. Dostał zakwasów i dłonie mu spuchły.

Świat stoi na głowie, i bardzo już się ustabilizował w tej pozycji. W normalnym państwie bowiem, rodzice zawracający gitarę takimi, pardon, duperelami, zostaliby odesłani do domu przez woźnego, zanim zdążyli by wleźć na teren sądu czy komisariatu. I jeszcze zapłaciliby karę za zakłócanie pracy woźnego.

Czy kara ta była zbyt surowa? Jak już powiedziałem, powinien się smarkacz cieszyć, że nie dostał linijką po łapach. Ale dlaczego aż sto pompek? - ktoś zapyta. Najlepszym dowodem na to, że nie była to wygórowana kwota, jest zdanie:

Chłopiec wykonał polecenie.

Kropka. Koniec dyskusji. Pompki mają tę przewagę nad laniem po łapach, że o ile tym drugim można przekroczyć próg wytrzymałości karanego (złamać rękę i dalej bić), o tyle w przypadku pompek jest to niemożliwe. Jeśli dzieciak nie byłby w stanie zrobić stu pompek, to by ich nie zrobił, i nawet gdyby nauczyciel zagroził mu jedynką z W-Fu, lub naganą z zachowania - zrobiłby 99 i koniec. "Cham się uprze, i mu daj! - no skąd wezmę, jak nie mam?" Jak to było w filmie śp. Stanisława Barei, wybitnego "absurdalizatora" socjalizmu.

Poza tym pompki chyba nie wykraczają poza program lekcji W-F, prawda? Przecież nauczyciel nie kazał mu balansować na linie nad basenem z rekinami uzbrojonymi w lasery. Czy sprawa trafiłaby do sądu, gdyby matematyk za karę kazał urwisowi rozwiązać sto słupków? Nie sądzę. Nawet, jakby następnego dnia bolał go mózg.

Lekarz rodzinny skierował 11-latka do szpitala, gdzie spędził cztery dni.

 To tak, żeby przypadkiem ktoś faktycznie tego potrzebujący nie zajmował łóżka. Za nasze pieniądze, jak mniemam, bo gdyby rodzice sami musieli za to zapłacić, to zapewne popukaliby się w głowę i to lekarza a nie nauczyciela zgłosiliby na policję za próbę naciągania.

Swoją drogą, myślę, że cztery dni w państwowym szpitalu to, zwłaszcza dla dzieciaka w tym wieku, kara gorsza od chłosty. Wiem bo w jego wieku ciągle coś sobie łamałem.

Kiedyś na W-F, w wyniku niefortunnego upadku urwałem sobie zaczepy mięśni karku. Bolało jak diabli, z każdą minutą coraz gorzej, a musiałem jeszcze wytrzymać pięć lekcji, bo higienistki nie było, więc nie miał mnie kto zwolnić. Po tym przez trzy tygodnie musiałem chodzić w kołnierzu ortopedycznym i brać leki przeciwbólowe. W szpitalu nie spędziłem ani jednej nocy. A tu z powodu zakwasów?

Gdyby wuefman zamiast wymierzać sprawiedliwość, rzucił dzieciakom piłkę do kosza, żeby sobie pograli przez godzinę, to łobuz też by miał zakwasy i spuchnięte dłonie. Może nawet wybity palec lub rozwalone kolano i nie sądzę, by komukolwiek (ani łobuziakowi, ani nikomu innemu z klasy, którzy przecież też by "ucierpieli") przyszło do głowy robić takie zamieszanie.

Za moich czasów chłopak, któremu nauczyciel wlepiłby karę 100 pompek, a ten by ją wykonał, byłby bohaterem. Nie tylko dlatego, że jest w stanie zrobić sto pompek, ale też dlatego, że "pokazał" nauczycielowi. Chłopak, który poszedłby poskarżyć się rodzicom (nawet nie policji), że go po tym boli, byłby wyśmiany i do matury nazywany synonimami damskich części ciała, o ile ktoś w ogóle się do niego odzywał. A W-F odbywałby z dziewczynkami.

Ale to za moich czasów...