Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prywatyzacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prywatyzacja. Pokaż wszystkie posty

środa, 7 marca 2012

Strażak potrafi

Pod niedawnym wpisem na temat prywatyzacji straży pożarnej, komentator Damian zamieścił kilka wątpliwości. Większość z nich to sztuczne "problemy Kisiela", ale też dzisiaj ludzie często postrzegają tego typu problemy za wielkie wyzwania, którym czoła może stawić tylko biurokracja państwowa, więc są one bardzo cenne dla dyskusji i należy na nie odpowiedzieć. Damian zaczyna od uwagi:

Większość akcji wykonywanych przez Straż Pożarną nie ma nic wspólnego z gaszeniem ognia, choć mało kto o tym wie. Wszystkie sytuacje gdy człowieka trzeba wydostać, podlegają pod jurysdykcję straży pożarnej.
Generalnie strażacy to także goście od ciężkiego sprzętu.

Ma oczywiście rację. Mówiąc o gaszeniu posługuję się pewnym skrótem myślowym, w wierze, że czytelnik pamięta też o innych zadaniach straży. Dalej przechodzi do meritum:

1.Teraz jeśli trzy remizy zjadą się do gościa który utknął na słupie to kto za to zapłaci.

Zapłaci gość na słupie, lub jego ubezpieczyciel. I oczywiście zapłaci tylko tej ekipie, która przeprowadzi akcję ratowniczą. Pierwszeństwo powinien mieć tu ten zespół, który zjawił się pierwszy na wezwanie, co nie powinno budzić żadnych wątpliwości w tym przypadku - straż pożarną zazwyczaj wzywamy w sytuacji, w której czas ma ogromne znaczenie.

A co z pozostałymi? Nic. Oni złożyli tylko "ofertę", która przegrała z lepszą. Jest to koszt prowadzenia każdej działalności. W przetargu też nikt nie zwraca przegranym pieniędzy za pracę i materiały wykorzystane w ofercie, a kino puszcza film niezależnie od tego, czy sala jest pełna, czy siedzi tylko jedna osoba. Zresztą proszę pamiętać, że strażaków trzeba opłacić niezależnie od tego, czy siedzą w remizie, czy pędzą na sygnale do pożaru, zatem, jak mniemam, koszt ogranicza się do kosztu paliwa, a i ten nie jest wielki, bo straż zwykle działa w zasięgu do kilkudziesięciu kilometrów.

2.Co jeśli dojdzie do większej katastrofy i jedynie dzięki współpracy możliwe będzie jej opanowanie?

No, to będą współpracować. W czym problem? Proszę nie doszukiwać się trudności tam, gdzie ich nie ma. Na dużej budowie też muszą współpracować ze sobą firmy, często konkurenci na rynku. Ale jakoś się dogadują, bo za to im płacą.

2.1.W straży istnieje system rang od których zależy kto dowodzi akcją w takich sytuacjach. Straż musi być zorganizowana trochę jak wojsko by radzić sobie z większymi katastrofami

Nie widzę przeszkód, by prywatna straż była zorganizowana jak wojsko. Każda firma większa niż jednoosobowa musi posiadać jakąś hierarchię ważności. Czy widział ktoś kasjerkę wydającą polecenia kierownikowi sklepu?

A w przypadku większej akcji z udziałem kilku konkurencyjnych jednostek myślę że dobrą praktyką byłaby zasada, że prowadzi ją dowódca jednostki, która zjawiła się na miejscu jako pierwsza. Ale to wszystko są szczegóły do ustalenia przez właściciela lub między właścicielami, bo ostatecznie jest to w ich interesie. Jak zamiast gasić będą się kłócić, to rynek ich wyruguje.

3.Z ogniem się nie dogadasz, czasami jedyne co straż może zrobić to uniemożliwienie by ogień rozprzestrzeniał się dalej, czy jako właściciel którego dom został z góry skazany na stratę nie czuli byśmy się oszukani, że jeszcze musimy za to płacić.

Tak samo jak "czuje się oszukanym" sprawca kolizji samochodowej, który stracił samochód, a jeszcze musi zapłacić za naprawę poszkodowanemu. Takie rzeczy się zdarzają i ktoś musi ponieść za nie konsekwencje. Oczywiście sprawca - niekoniecznie właściciel.

4.Co jeśli ogień się rozprzestrzenił na inne domy, kto jest winien zapłacenia za gaszenie ???

Sprawca lub jego ubezpieczyciel. Jak zaleję sąsiada w bloku, to też mu płacę za nowy sufit, prawda? Nie ma sytuacji, w których dom spontanicznie zajmuje się ogniem. Winny na ogół jest człowiek - jego celowe działanie lub niedopatrzenie. Sprawcą może być właściciel, podpalacz, właściciel instalacji gazowej, producent kuchenki, instalator piorunochronu, itp. Trzeba go znaleźć i tym straż też się zajmuje - ustaleniem przyczyny pożaru.

Oczywiście może się zdarzyć, że pożar wywoła na przykład zwarcie w kablu przegryzionym przez szczura. Faktycznie - trudno wówczas znaleźć winnego pożaru mojego domu. Ale jeśli zapali się też dom sąsiada - to źródłem ognia jest mój dom, zatem w jakiś sposób jestem temu winny, tak samo jak jestem winny, gdy wiatr zerwie mi z dachu dachówkę, a ta przeleci do ogródka sąsiada i zabije mu psa.

Proszę mi wierzyć, że prywatna straż nie będzie się borykała z żadnymi problemami, z którymi nie boryka się dziś państwowa. A jeśli urzędnik potrafił jako - tako to ogarnąć, to tym bardziej ogarnie to prywatny przedsiębiorca. Lepiej i szybciej. Bo urzędnik dostanie pieniądze "czy stoi, czy leży", a prywaciarz tylko wówczas, gdy jest najlepszy.

Ja powyższe rozwiązania wymyśliłem naprędce, czytając komentarz Damiana - ot, podsunął mi je zdrowy rozsądek. Prywaciarz, który będzie miał na to kilka dni, i którego przyszłość od tego zależy będzie miał jeszcze lepsze pomysły. Bo to jest JEGO problem. On się na tym zna i on wie co robić. Poradzi sobie bez nas. My nie musimy się tym martwić, tak jak nie martwimy się, w jaki sposób właściciel supermarketu powinien zorganizować logistycznie swoją firmę, by codziennie miał świeże rzodkiewki. Piękne w wolnym rynku jest to, że my nie musimy myśleć o tych rzodkiewkach, a one i tak tam są i czekają na nas.

niedziela, 22 stycznia 2012

Zez rozbieżny

Wiele osób, kiedy podsuwa im się pomysł o prywatyzacji "wszystkiego", bezmyślnie odpowiada argumentem, że wówczas trzeba będzie za wszystko płacić, za szpital, za autostradę, za szkołę, a ludzi na to nie stać i stać nie będzie nawet, kiedy te pieniądze im się odda. Problem polega na tym, że jednym okiem widzą podatki, które koniecznie trzeba płacić państwu, żeby ono pomagało obywatelom, a drugim okiem widzą te "bezpłatne" szkoły, szpitale, czy infrastrukturę utrzymywaną przez to państwo, ale nie potrafią tych dwóch obrazów złożyć w całość.

Nie widzą, że te pieniądze, które płacimy w podatkach oraz te pieniądze z których utrzymywane są te wszystkie "gratisy" to są dokładnie te same pieniądze. One trafiają do jednego wora i z tegoż wora są wydawane. I nie da się z niego wyciągnąć więcej, niż się do niego włożyło.

Albo inaczej: da się, ale kosztem długów, które będą spłacać nasze dzieci i wnuki w kwocie o wiele wyższej, niż dzisiejsze pożyczki.

Zatem, za te wszystkie "darmowe" świadczenia i tak płacimy sami. Tylko, że obecnie ponosimy dodatkowe koszta w postaci pensji i świadczeń dla półmilionowej zgrai biurokratów, ich marnotrawstwa (bo to nie ich pieniądze, więc co się będą przejmować?), nie wspominając już o cenach zawyżonych z uwagi na istnienie monopolu i tak dalej... I oczywiście płacimy za nie niewspółmiernie do stopnia ich wykorzystania.

Gdyby zatem rzeczone osoby zechciały na chwilę przeprowadzić doświadczenie i złożyć te wa obrazy z dwóch gałek ocznych w jeden, doszłyby niechybnie do wniosku, że obecnie musi być drożej, niżby było po prywatyzacji. A póki co, to są oni przekonani, że po prywatyzacji "wszystkiego" będą musieli sami sobie wszystko zapewnić, ale patrzą na to ze zgrozą, bo przez pryzmat obecnych cen i poborów. Oczywiście, przy takim założeniu, ich przerażenie tą myślą nie może dziwić.

Bardzo często powtarzającym się argumentem jest : "Jak to? To ja miałbym płacić za każdym razem, kiedy chcę sobie iść do parku?!" Tak. I bardzo dobrze. Obecnie każdy z nas zrzuca się na wszystkie parki (w swoim mieście, czy też za parki narodowe). A my chcemy, by płacił tylko za te parki, do których chadza i wtedy, kiedy z nich korzysta. Dlaczego ja, jeśli codziennie biegam w parku pod moim domem, a co niedzielę wybieram się tam na kilkugodzinny spacer z całą rodziną, miałbym płacić na ten park tyle samo, co mój sąsiad, który raz zabrał tam dziewczynę na randkę w maju w dziewięćdziesiątym trzecim? Jest to oczywiście okradanie mojego sąsiada.

Kiedy idę na pływalnię, to płacę za siebie przy każdym wejściu. Dlaczego na to nikt nie narzeka? Przecież stosując logikę osób, które nas krytykują, państwo powinno opłacić nasze pływanie - podnieść każdemu podatki o parę złotych i już - każdy może sobie iść pływać, kiedy chce "za darmo".

Nawet nie będę się rozpisywał, jak wówczas wyglądałyby te pływalnie, opłacane niezależnie od tego, czy ludzie chcą tam uczęszczać, czy jest tam czysto - wystarczy porównać wygląd instytucji publicznych z ich odpowiednikami prywatnymi.

Jestem pewien, że gdyby dzisiaj ktoś wystosował pomysł, by podnieść podatki i pobudować państwowe pola golfowe tak, by każdy mógł sobie w wolnym czasie "popykać" "za darmo" to większość krytyków naszych pomysłów oburzyłaby się, bo to dodatkowe pieniądze, bo mnie golf nie interesuje, nie umiem i tak dalej. I słusznie. Mogą mieć taką samą niechęć do golfa, jak ktoś inny do spaceru w parku, więc złodziejstwem byłoby zmuszanie ich do płacenia za przyjemność innych.

Ale jestem też pewien, że gdyby mimo sprzeciwów udało się przepchnąć taką ustawę, a za dziesięć lat ktoś przyszedł z pomysłem by ją skasować, to ci sami ludzie zaczęliby protestować krzycząc: "Jak to? To ja miałbym płacić za każdym razem, kiedy sobie idę pograć w golfa?!".