We wtorek pisałem o konieczności zniesienia obowiązku szkolnego (
sznurek). Temat to bardzo trudny do przepchnięcia i budzi bardzo wiele sprzeciwów. Dzieje się tak nie bez powodu. O wiele łatwiej jest przełknąć pomysł likwidacji państwowej służby zdrowia, z którą kontakt mamy przeciętnie kilka razy w roku, czy ZUS, z którym styczność mamy raz w miesiącu, a i tak przez znaczną część życia kontakt ten ma miejsce poza naszą świadomością. Ze szkolnictwem publicznym jest trudniej bo dla większości z nas przez kilka lub kilkanaście lat naszego życia było ono codziennością. Przesiąknęliśmy nim do szpiku kości. Nic zatem dziwnego, że nawet wśród osób deklarujących się jako wolnościowcy istnieją osoby z wątpliwościami "ale jakże to tak, bez obowiązku szkolnego?!".
Celowo w tamtym wpisie pominąłem jeden z ważniejszych argumentów, zostawiając go sobie na oddzielny temat. Otóż
główną zaletą braku obowiązku szkolnego jest różnorodność - program w każdej szkole będzie różnił się od oferty konkurencji. Komentatorzy zauważyli tę lukę i dyskusja pod wspomnianym wpisem rozciągnęła się również i na ten temat oraz na kwestię finansową, o której będę pisał przy innej okazji.
Dlaczego różnorodność jest dobra? Przede wszystkim dlatego, że każdy rodzic ma prawo posłać swoje dziecko do takiej szkoły, której program najbardziej mu odpowiada. Jeden rodzic wyśle dzieci do szkoły, gdzie będzie większy nacisk na historię, geografię i religię, inny pośle dzieci do szkoły gdzie będzie Więcej biologii, chemii i WF, a jeszcze inny pośle syna na rozszerzoną matematykę, fizykę i ZPT, a córkę do szkoły gdzie jest dziesięć godzin muzyki i dziesięć godzin plastyki.
Drugim, nie mniej ważnym argumentem jest fakt, że obecnie umiera sztuka dyskusji. Obecnie szkoły uczą wszystkiego na jedno kopyto. Program jest sztywny, wszyscy uczą się z tych samych podręczników. To czego młodzież dzisiaj się uczy przyjmowane jest za aksjomat typu "Mickiewicz wielkim poetą był". Nic dziwnego, że młodzież nie rozmawia o nauce, historii, czy literaturze. Nie ma o czym, bo każdy ma tę samą "opinię".
Jeśli programy będą różne, a nauczyciel dodatkowo będzie przedstawiał punkt widzenia odbiegający od jedynego słusznego, to po lekcjach, gdy dziecko spotka się z kolegą z innej szkoły, z kuzynem, czy w grupie na kolonii, będzie miał o czym porozmawiać. Będzie mógł przekonać kolegę, że jednak Mickiewicz był niewielkim poetą, że rewolucja francuska nie była dobrym pomysłem, czy że globalne zmiany klimatu to zjawisko całkowicie naturalne nie mające nic wspólnego z tym jaką żarówkę wkręci do żyrandola.
Sztuka dyskusji bowiem jest bardzo ważna, a, o czym niestety przekonać się można łatwo na wielu forach, również wśród komentarzy na niniejszym blogu, jest sztuką całkowicie zapomnianą. Zdolność logicznego wyciągania wniosków zastąpiona została przez zacietrzewienie. Argumenty merytoryczne parowane są argumentami "Nie, bo nie". Dialog jest prowadzony jak przepychanka. Jedynym celem dyskusji jest nie dać się przekonać, za żadną cenę nie zmienić zdania. Dzieje się tak dlatego, że ludzie są przyzwyczajeni, że jak raz coś usłyszeli od nauczyciela, czy w telewizji, to jest to najświętsza prawda i koniec. Byliby bardziej otwarci, gdyby w młodości częściej mieli do czynienia z odmiennym zdaniem.
Różnorodność umożliwia rodzicowi wolny wybór, czego i w jakiej szkole jego dziecko ma się uczyć. I bardzo dobrze, by każdy taki wybór miał, by każdy mógł swoje potomstwo wychować w duchu wartości, które on sam uznaje. Jak już pisałem w poprzednim artykule, rodzicowi bardziej zależy na odpowiednim wykształceniu dzieci, niż urzędnikowi. Okazuje się, że nie dla wszystkich jest to oczywiste. Komentator Kage ma wątpliwości:
Prywatyzacja szkół da różnorodność. Wygeneruje również spore koszty i nierówności programowe, które może byłyby zdrowe, gdyby były podejmowane tylko przez osoby zainteresowane (dzieci) a nie rodziców, którzy niekoniecznie muszą się znać na tym co jest przydatne w życiu a co nie
Ma rację, że rodzice nie muszą się znać na tym co jest przydatne w życiu, i wielu z nich się nie zna. Na pewno jednak wiedzą to lepiej, niż minister, który tego dziecka nie zna i na oczy nie widział. Ale sugerowanie, że dziecko wie lepiej od rodzica, co mu się w życiu przyda? Powagi! Dziecko może powiedzieć rodzicowi, czego lubi się uczyć, co je interesuje i dobry rodzic głos taki weźmie pod uwagę.
Jeśli dziecko uwielbia matematykę, to większa jest szansa, że przekona ojca, by posłał go do szkoły, gdzie jest więcej matematyki, niż że przekona ministra, by zmienił program. Nie mówiąc już o sytuacji, w której dziecko byłoby miłośnikiem kryptologii. Poza tym jeśli dziecko ma prawdziwą pasję, to nie potrzebuje do jej rozwijania szkoły. Zwłaszcza dziś, gdy jest Internet. Ja nie miałem w szkole przedmiotu szachy, kostka Rubika, czy grawimetria (w prywatnej mógłbym mieć!), a mimo to nie stanęło to na przeszkodzie mojej pasji.
Ponadto, wbrew temu, co Kage sugeruje, JEST to inwestycja we WŁASNĄ przyszłość. Pamiętajmy bowiem, że inwestorem, przynajmniej w początkowych latach edukacji, o których piszemy, jest rodzic i on też w jakiejś części będzie beneficjentem właściwego wychowania i procesu nauczania swojego potomka. Zatem to do rodzica należy wybór, na co te pieniądze przeznaczyć. I tak, jak ma prawo decydować, co jego dziecko je, tak samo ma prawo decydować, czym karmiony jest dziecka umysł.
A dziecko, gdyby mogło samo wybierać, to jadłoby tylko czekoladę, nie myłoby zębów, wrzeszczałoby na rodziców i chodziło spać po północy, a co dopiero mówić o wyborze szkoły. Ministerstwo edukacji natomiast wszystkie dzieci wrzuca do jednego wora i ani ich zainteresowania, ani ambicje rodziców nie są brane pod uwagę.
Ponownie Kage:
Natomiast czego ja się BARDZO boję gdyby nagle edukacja podstawowa rozstała uwolniona to zapędów organizacji religijnych.
Boję się, że jak w Teksasie rodzice będą buntować się przeciw teorii ewolucji, bo jest niekompletna, ale każą nauczać dzieci teorii "inteligentnego projektu".
Bardzo się boję, że może u nas dojść nie do wygenerowania analfabetów, ale wieków ciemnych, gdzie dzieci będą ukształtowane jedynie światopoglądem rodziców. Gdzie będą uważać kłamstwo za prawdę, bo znają je od dzieciństwa i od wczesnych lat było im wmawiane, że to jedyna droga.
W czym wtóruje mu P.G.T.:
Co z tego, że większość uzna kreacjonizm za jedynie prawdziwy? Wtedy już będziemy pędzić po równi pochyłej kiedy to nauka będzie służyć kościołowi (jakiemukolwiek) i się bezwzględnie zgadzać z jego założeniami zamiast być wolna.
Nie wiem czego tu się bać. Ja na pewno nie posłałbym moich dzieci do takiej szkoły. Kage i P.G.T. zapewne też nie. Więc nie ma ryzyka, że WSZYSCY będą uważać teorię ewolucji za kłamstwo. Zapewniam, że całkiem spory odsetek młodych rodziców pośle pociechy do szkół, w których naucza się podstawowych teorii naukowych. Zapewne znacznie większy odsetek, niż odsetek osób, którym jest to do życia potrzebne. A dodatkowo nasze dzieci miałyby z kim dyskutować na temat pochodzenia człowieka.
Nie wszyscy muszą być naukowcami. Dla kierowcy autobusu, operatora koparki, sprzątaczki, urzędnika czy prezesa banku nie ma ŻADNEGO znaczenia, czy stworzył go Bóg, Allah, czy pochodzi od małpoluda, czy od tchórzofretki. Po prostu będzie kupował inne krzyżówki. Przez wiele wieków ludzie wierzyli że Ziemia jest płaska i leży w centrum wszechświata, a i tak nie zahamowali postępu nauki.
Ja zresztą uważam, że jest lepiej, jeśli osoby, które nauką się nie interesuję, zamiast uczyć się teorii, których i tak nie pojmą, będą wierzyły, że jak kogoś okradną lub zabiją to pójdą do piekła. Taka wiedza bardziej przyda się i im samym, i społeczeństwu.
A poza tym - i to jest chyba ważniejszy argument -
dlaczego moje dzieci mają się uczyć tego, co chce Kage, a nie odwrotnie? To są moje i tylko moje dzieci. Mam prawo nie wierzyć w teorię ewolucji. I nikt nie ma prawa nakazać mi, żebym posyłał dziecko do szkoły, w którym uczą idei, z którymi ja się nie zgadzam, choćbym był w tym jedynym na świecie.
Mam prawo nie chcieć, by moje dzieci uczyły się zasad dynamiki Newtona, tego, że homoseksualizm jest normalny, rachunku prawdopodobieństwa, antropogenicznej teorii globalnego ocieplenia, czy tego, że w czasie II Wojny Światowej zginęło sześć milionów żydów. A skoro mam prawo nie chcieć tego, to muszę mieć też prawo nie chcieć, by umiały czytać, czy dodawać i nie muszę przed nikim się tłumaczyć dlaczego. I mam prawo im to uniemożliwić tak samo, jak uniemożliwiam im jedzenie niemytych jabłek, dostęp do filmów dla dorosłych czy gangsta-rapu.
Bo są to moje dzieci. Ja je karmię. Ja je wychowuję. Ja je utrzymuję. Kropka.
Kage może jedynie walczyć o zmniejszenie odsetka dzieci nauczanych niezgodnie z jego przekonaniami przez intensyfikację własnej prokreacji i posyłanie swojego licznego potomstwa do właściwych jego zdaniem instytucji oświatowych.
A zanim zacznie wychowywać moje dzieci, musi mieć moją zgodę.
W czasach Darwina najbardziej uhonorowane głowy z kręgów naukowych oburzały się słysząc jego teorie. Gdyby w owym czasie program szkół był zunifikowany, jego obrońcy również by twierdzili, że nie można go zliberalizować, bo jeszcze powstaną szkoły, w których dzieci będą uczyły się, że człowiek jest krewnym goryla. To samo dotyczy wszystkich przełomowych teorii naukowych.
I jeszcze jeden argument Kage, z którym się zupełnie nie zgadzam:
Poza tym, gdyby rodzice stwierdzali, że Tobie wystarczy 6 klas podstawówki, albo nawet sami nauczymy dziecka czytać i liczyć wiesz ile talentów mogło by się zmarnować? Jak na tym ucierpiała by nasza kultura i nauka?
Wolne żarty. To właśnie obecny system nauczania marnuje talenty. Spowalnia ludzi uzdolnionych i równa w dół.
Talenty trzeba rozwijać, a nie uśredniać. Jeśli ktoś ma talent do języków, to niech idzie do podstawówki, gdzie zamiast hymnu Unii Europejskiej będzie się uczył sześciu języków obcych. Jak ktoś ma talent do matematyki, to nic nie stoi na przeszkodzie, by miał dwadzieścia godzin matematyki tygodniowo, a w trzeciej klasie uczuł się liczb zespolonych. Jeśli czyjąś pasją jest wojna secesyjna, to niech poświęci jej więcej czasu, a mniej chemii i fizyce. Uśrednianie zabija talent. Dużo lepiej jest, jeśli społeczeństwo składa się z fachowców z różnych dziedzin, niż z uśrednionej papki. Społeczeństwo takie więcej dokona, a i ludzie będą mieli o czym rozmawiać, bo każdy nauczony będzie czegoś innego. Nauka na tym tylko zyska, a nie ucierpi.
A kultura? Proszę się wybrać do muzeum sztuki i do muzeum sztuki współczesnej. Proszę iść do teatru na sztukę klasyczną a potem na sztukę współczesną. Proszę się wybrać do filharmonii na koncert muzyki klasycznej i na koncert muzyki współczesnej. Proszę zgadnąć, które działa powstały ZANIM wprowadzono obowiązek szkolny.
Kontynuacja tematu