Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieci. Pokaż wszystkie posty

środa, 7 grudnia 2011

Feminizm a duże piersi

Pod choinkę lalka zamiast walecznego Bakugana dla synka, auto zamiast różowego konika dla córeczki - proponują feministki. Ich zdaniem taki prezent dobry byłby na początek rewolucji w wychowaniu maluchów. A wszystko po to, by usunąć nierówności płci.

To można przeczytać na stronie Metra w wywiadzie z panią Marią Kahlau pod tytułem "Feministki nie chcą wychowywać synów na twardzieli".

Nie mam zamiaru w żaden sposób krytykować sposobu w jaki pani Kahlau wychowuje swojego dwuletniego syna - z prostej przyczyny, że jest to jej syn i mnie ani nie obchodzi, ani obchodzić nie powinno, jak jest traktowany, na kogo wyrośnie, czy będzie umiał wbić gwóźdź w ścianę i czy jakaś kobieta zechce na męża zniewieściałego chłoptasia, który nie będzie jej w stanie obronić przed napastnikiem, a co najwyżej przed wirusami - podając napastnikowi prezerwatywę.

Zresztą nawet jak nie będzie w stanie zdobyć sobie wartościowej kobiety, to nic - na pewno Bartek świetnie ułoży sobie życie z synem jakiejś innej feministki.

W całej sprawie dwie rzeczy mnie zastanawiają, a jedna wręcz fascynuje.

Zastanawia mnie w jaki sposób podarowanie chłopcu lalki, a dziewczynce autka ma być krokiem w kierunku wyrównania "nierówności płci". Wyrównaniem mogło by być podarowanie obojgu lalki, albo podarowanie obojgu autka, albo jeszcze lepiej - samochodu dla lalek. Owszem wówczas może i byłoby to jakieś "wyrównanie".

Ale tutaj jest proponowany krok nie w kierunku -, tylko krok daleko poza wyrównanie płci, czyli całkowite odwrócenie ról. I to jest dalece gorsze od "nierówności", z którą do czynienia mamy mieć obecnie, bo nie dosyć, że nierówność zostaje zachowana (bo chłopcy się bawią lalkami w przeciwieństwie do dziewczynek, które się bawią samochodzikami), to na dodatek jest ona jeszcze wynaturzona i postawiona na głowie. Bo obecna różnica między płciami jest całkowicie naturalna i zdrowa.

Ale oczywiście feministkom to nie przeszkadza, bo, podobnie jak wszelkie inne postępowe istoty, są przeciwne temu co zgodne z naturą, tradycją, czy zdrowym rozsądkiem. Równie dobrze można by dążyć do równości zwierząt i zmusić wilki do żarcia trawy, a żubry do polowania na zające. Zapewne zapanowałaby równość między anemicznymi drapieżnikami a wściekłymi krowami. I te, i te miałyby równe rozwolnienie.

I to mnie fascynuje - ten upór w robieniu czegoś wbrew naturze. To jakiś rodzaj opóźnionego buntu młodzieńczego. A że trzydziestoparolatce nie przystoi buntować się przeciwko rodzicom, to trzeba buntować się wszystkiemu na czym świat stoi, podmieniając to głową.

Zdaję sobie sprawę, że podział ról na męskie i żeńskie obecnie nie ma aż takiego znaczenia, jak tysiąc, czy milion lat temu. Mężczyzna nie musi być silny ani inteligentny, nie musi polować, ani wojować, by zapewnić pożywienie i bezpieczeństwo swojej żonie - może być księgowym, psychologiem manikiurzystą albo prezenterem TVNu. Kobieta nie musi się już opiekować dziećmi - może je oddać do żłobka, albo zostawić z mężem, korzystającym z urlopu ojcowskiego, zwanego przez analfabetów "tacierzyńskim". Ale pewne zachowania, pewne cechy i pewne instynkty są zakodowane nieco głębiej niż nowoczesny model rodziny.

Zmiana wychowania na pewno tych cech nie wyruguje - może jedynie wprowadzić w zakłopotanie. Powstaje bowiem błąd - konflikt pomiędzy wychowaniem dziecka, a tym co je "pociąga". Pomiędzy naturalnymi potrzebami i zdolnościami, a czynnikami tłumiącymi owe. I to ten konflikt upośledza, a nie jakaś wymyślona "nierówność". Bo w żyłach dzisiejszych chłopców płynie ta sama krew, która płynęła w żyłach dawnych wojowników, ich pradziadów - prawdziwych mężczyzn. A w żyłach dzisiejszych dziewczynek płynie krew dawnych niewiast, dam i białogłów. Ja uważam, że to jest piękne i wspaniałe. A feministki chcą to zniszczyć. W imię czego? Nie wiem. Naprawdę - nic nie przychodzi mi do głowy.

Oprócz wielkich piersi.

Dlaczego mężczyźni wolą kobiety z obfitymi biustami i krągłymi biodrami? Bo od milionów lat kobieta z szerokimi biodrami łatwiej znosiła poród, który był też bezpieczniejszy dla samego dziecka, a kobieta z dużymi piersiami produkowała więcej pożywienia. W związku z tym amatorzy kobiecych kształtów mieli liczniejsze i zdrowsze potomstwo niż amatorzy chudzinek. I z pokolenia na pokolenie liczba tych pierwszych (a także liczba krągłych kobiet) rosła stosunkowo szybciej niż tych drugich.

Dzisiaj oczywiście, podobnie jak tradycyjny podział ról, wielkość biustu czy pupy nie ma tak wielkiego znaczenia jak onegdaj. Ryzyko zgonu przy porodzie jest minimalne, a jak kobieta ma za ciasną miednicę, to się przeprowadza cesarskie cięcie. Mamy też masę kaszek dla niemowlaków, które są tak samo, jeśli nie bardziej pożywne od mleka matki i na dodatek mają smak banana. A mimo to mężczyźni ciągle oglądają się za dużymi piersiami i pupami. Dlaczego?

Bo, podobnie jak różnice między płciami, ich gusta nie są uformowane przez dzisiejszy styl życia, chwilową modę, czy kaprys matki. Tylko przez rozważne, cierpliwe i celowe działanie Matki. Matki Natury.

Jakie efekty przynosi siłowanie się z naturą, bardzo elegancko i zabawnie przedstawia poniższa reklama. Nie trzeba znać angielskiego, żeby zrozumieć jej przesłanie:

sobota, 16 lipca 2011

Patologia w Betlejem

Na portalu Wirtualnej Polski przeczytałem bardzo pokrzepiającą nowinę. Dwudziestodziewięcioletniemu Shemowi Daviesowi urodziła się wnuczka.

Słowem najczęściej powtarzającym się w wypowiedziach komentatorów jest "patologia".

To nie jest patologia. Narodziny, to wbrew ich opinii, pozytywne zjawisko. Powstanie nowego życia jest powodem do radości. A patologią jest dopatrywanie się w tym czegokolwiek zdrożnego.

Temu, że nastoletnia matka uznawana jest dziś za nieodpowiedzialną puszczalską, zawiniła czerwona propaganda dwudziestego wieku. I to właściwie każdy jej aspekt. Oni robią wszystko, by kobiety zostawały matkami jak najpóźniej oraz by ich potomstwo było jak najmniej liczne.

Po pierwsze pełnoletność. Co to jest? To jakaś całkowicie sztuczna koncepcja, która sprawia, że w dniu swoich osiemnastych urodzin stajemy się zupełnie kimś innym, niż byliśmy dnia poprzedniego, choć nawet nie wiadomo w jakim sensie. Czy jesteśmy mądrzejsi? Rozsądniejsi? Silniejsi? Bardziej odpowiedzialni? Na czym to się opiera? Sama też liczba osiemnastu lat jest też wzięta z sufitu, o czym świadczy fakt, że w różnych, bardzo podobnych krajach, wiek pełnoletności waha się od kilkunastu lat do dwudziestu kilku. Jest to jakaś idiotyczna koncepcja, która powoduje jeszcze więcej idiotyzmów.

Idiotyzmem jest na przykład założenie, że owa pełnoletność jest niezbędna (z drobnymi wyjątkami) do zawarcia związku małżeńskiego. Oczywistą konsekwencją tego jest, że dziecko młodej matki musi być dzieckiem nieślubnym, zaś ona sama jest "puszczalską", niezależnie od tego jaką matką by nie była ani od tego, jaką więź tworzy ze swoim mężczyzną. Innymi słowy, dziecko pochodzące z monogamicznego związku nastolatków jest dzieckiem gorszym, od dziecka "dorosłej" mężatki, która nawet nie wie, kto jest ojcem. Niewykluczone, że mąż, ale jej tryb życia tego nie gwarantuje.

Osiemnaście lat, to również górna granica obowiązku szkolnego. Szkoła absorbuje. Trudno jest być matką, jeśli pod przymusem spędza się kilka godzin dziennie w szkole. Również finansowo. Osoba w wieku do szesnastu lat w ogóle nie może podjąć pracy (dlaczego? skąd ta granica?), a potem, do czasu uzyskania pełnoletności prawo do pracy jest tak bardzo zaostrzone, że znalezienie oferty spełniające jego założenia jest, poza okresem wakacyjnym, niemalże niemożliwe.

Matka, nie tylko młoda, ma obecnie dużo szczęścia, jeśli jej mąż jest w stanie zarobić dość pieniędzy, by ona mogła spokojnie zająć się dzieckiem. Niestety, w wyniku grabieży fiskalnej, jest to luksus, na który niewiele osób może sobie pozwolić. Sprawia to, że coraz częściej kobiety decydują się na pierwsze dziecko po trzydziestce, kiedy już odłożą oszczędności, a ojciec wypracuje sobie lepszą pozycję w pracy. Nic dziwnego więc, że nastoletnia matka jest zjawiskiem rzadkim. A zjawisko nietypowe nazywane jest dzisiaj patologią w kontraście do oryginalnego znaczenia tego słowa.

Również polityka emerytalna doprowadziła do tego, że kobiety rodzą mniej dzieci i później. Dlaczego później? Otóż jeśli małżeństwo zakłada, że na przyszłość będą je utrzymywać dzieci, a nie ZUS, to celują tak, aby w momencie ich "emerytury" dzieci miały już dobrą pracę i znajdowały się na wysokim szczeblu kariery zawodowej, co zapewni im wyższy standard życia na starość, a i sami nie będą zbyt wielkim obciążeniem dla swoich pociech. Zatem im wcześniej postarają się o dziecko, tym więcej czasu będzie ono miało na odniesienie sukcesu.

I tak dalej...

Możliwe, że wszyscy ci komentatorzy wygadują takie głupoty w wyniku tego, że większość z ich pra-pra-prababek i pra-pra-pradziadków urodziła się w wyniku takiej "patologii". Najpewniej bowiem tak było i człowieka żyjącego w normalnym świecie nie powinno to ani szokować, ani bulwersować, ani nawet dziwić.

W normalnej sytuacji osoba w wieku lat czternastu to osoba dojrzała i odpowiedzialna. Niestety chora administracja i państwo opiekuńcze wymusza na obywatelu, by był nieodpowiedzialnym idiotą. Jeśli człowieka traktuje się jak bydło, to on zaczyna się odpowiednio zachowywać.

Jeszcze kilka wieków temu czternastoletni młodzieniec brał udział w wyprawach wojennych, a kobiety w tym wieku zajmowały się dziećmi. Byli dojrzałymi osobami i nie wisieli uczepieni mamusinej spódnicy, jak to ma miejsce obecnie.

Co ciekawsze, ich dzisiejszy rówieśnik wie dużo więcej na temat ciąży i wychowania dzieci, a mimo to, według większości jest on za głupi, by mieć potomstwo. Co czyni średniowieczną czternastolatkę lepszą matką od dzisiejszej? Mam wrażenie, że ktoś sobie z nas kpi.

A tymczasem natura, przez miliony lat konstruowała i "tuningowała" człowieka, by jak najlepiej dopasować go do życia na Ziemi. Dorosłość płciowa i popęd płciowy pojawiają się w okolicach czternastego roku życia nie bez przyczyny. Jest to rozwiązanie, które wygrało w drodze doboru naturalnego. Matka natura miała dość czasu, dla ustalenia idealnego momentu w życiu człowieka. Gdyby momentem tym były osiemnaste urodziny, to zapewne zdolność reprodukcyjna człowieka pojawiałaby się z dnia na dzień w dniu osiemnastych urodzin. Tak nie jest, bo natura nie lubi marnować czasu. I nie jest przypadkiem, że im młodsza matka, tym lepiej dla zdrowia dziecka, oraz jej samej.

A jeśli człowieka stworzył Bóg, to też chyba można Mu w tej mierze zaufać. Chyba, że wierzymy, że urzędnik wie lepiej od Niego.

Ile lat miała Maria, gdy powiła Chrystusa? Wiele źródeł podaje, że od trzynastu do szesnastu lat (niektóre podają też więcej), co pokrywa się z ówczesnym zwyczajem. A jednak w Boże Narodzenie nie świętujemy "patologii".

Patologią była znaczna część dwudziestego wieku i ciągnie się ona jeszcze do dzisiaj. Patologia, zakładająca, że urzędnik wie lepiej, zakładająca, że życie człowieka powinno być uregulowane i wbite w szablon, a popęd seksualny, to nie mechanizm zapewniający ciągłość gatunku, tylko nieodpowiedzialny kaprys nastolatka.

Według tych kategorii Maria, podobnie jak większość kobiet w historii to nieodpowiedzialna puszczalska, a Józef był pedofilem. Jak większość naszych męskich przodków oczywiście.

czwartek, 23 czerwca 2011

Jesteśmy różni, więc się tak zachowujmy

We wtorek pisałem o konieczności zniesienia obowiązku szkolnego (sznurek). Temat to bardzo trudny do przepchnięcia i budzi bardzo wiele sprzeciwów. Dzieje się tak nie bez powodu. O wiele łatwiej jest przełknąć pomysł likwidacji państwowej służby zdrowia, z którą kontakt mamy przeciętnie kilka razy w roku, czy ZUS, z którym styczność mamy raz w miesiącu, a i tak przez znaczną część życia kontakt ten ma miejsce poza naszą świadomością. Ze szkolnictwem publicznym jest trudniej bo dla większości z nas przez kilka lub kilkanaście lat naszego życia było ono codziennością. Przesiąknęliśmy nim do szpiku kości. Nic zatem dziwnego, że nawet wśród osób deklarujących się jako wolnościowcy istnieją osoby z wątpliwościami "ale jakże to tak, bez obowiązku szkolnego?!".

Celowo w tamtym wpisie pominąłem jeden z ważniejszych argumentów, zostawiając go sobie na oddzielny temat. Otóż główną zaletą braku obowiązku szkolnego jest różnorodność - program w każdej szkole będzie różnił się od oferty konkurencji. Komentatorzy zauważyli tę lukę i dyskusja pod wspomnianym wpisem rozciągnęła się również i na ten temat oraz na kwestię finansową, o której będę pisał przy innej okazji.

Dlaczego różnorodność jest dobra? Przede wszystkim dlatego, że każdy  rodzic ma prawo posłać swoje dziecko do takiej szkoły, której program najbardziej mu odpowiada. Jeden rodzic wyśle dzieci do szkoły, gdzie będzie większy nacisk na historię, geografię i religię, inny pośle dzieci do szkoły gdzie będzie Więcej biologii, chemii i WF, a jeszcze inny pośle syna na rozszerzoną matematykę, fizykę i ZPT, a córkę do szkoły gdzie jest dziesięć godzin muzyki i dziesięć godzin plastyki.

Drugim, nie mniej ważnym argumentem jest fakt, że obecnie umiera sztuka dyskusji. Obecnie szkoły uczą wszystkiego na jedno kopyto. Program jest sztywny, wszyscy uczą się z tych samych podręczników. To czego młodzież dzisiaj się uczy przyjmowane jest za aksjomat typu "Mickiewicz wielkim poetą był". Nic dziwnego, że młodzież nie rozmawia o nauce, historii, czy literaturze. Nie ma o czym, bo każdy ma tę samą "opinię".

Jeśli programy będą różne, a nauczyciel dodatkowo będzie przedstawiał punkt widzenia odbiegający od jedynego słusznego, to po lekcjach, gdy dziecko spotka się z kolegą z innej szkoły, z kuzynem, czy w grupie na kolonii, będzie miał o czym porozmawiać. Będzie mógł przekonać kolegę, że jednak Mickiewicz był niewielkim poetą, że rewolucja francuska nie była dobrym pomysłem, czy że globalne zmiany klimatu to zjawisko całkowicie naturalne nie mające nic wspólnego z tym jaką żarówkę wkręci do żyrandola.

Sztuka dyskusji bowiem jest bardzo ważna, a, o czym niestety przekonać się można łatwo na wielu forach, również wśród komentarzy na niniejszym blogu, jest sztuką całkowicie zapomnianą. Zdolność logicznego wyciągania wniosków zastąpiona została przez zacietrzewienie. Argumenty merytoryczne parowane są argumentami "Nie, bo nie". Dialog jest prowadzony  jak przepychanka. Jedynym celem dyskusji jest nie dać się przekonać, za żadną cenę nie zmienić zdania. Dzieje się tak dlatego, że ludzie są przyzwyczajeni, że jak raz coś usłyszeli od nauczyciela, czy w telewizji, to jest to najświętsza prawda i koniec. Byliby bardziej otwarci, gdyby w młodości częściej mieli do czynienia z odmiennym zdaniem.

Różnorodność umożliwia rodzicowi wolny wybór, czego i w jakiej szkole jego dziecko ma się uczyć. I bardzo dobrze, by każdy taki wybór miał, by każdy mógł swoje potomstwo wychować w duchu wartości, które on sam uznaje. Jak już pisałem w poprzednim artykule, rodzicowi bardziej zależy na odpowiednim wykształceniu dzieci, niż urzędnikowi. Okazuje się, że nie dla wszystkich jest to oczywiste. Komentator Kage ma wątpliwości:

Prywatyzacja szkół da różnorodność. Wygeneruje również spore koszty i nierówności programowe, które może byłyby zdrowe, gdyby były podejmowane tylko przez osoby zainteresowane (dzieci) a nie rodziców, którzy niekoniecznie muszą się znać na tym co jest przydatne w życiu a co nie

Ma rację, że rodzice nie muszą się znać na tym co jest przydatne w życiu, i wielu z nich się nie zna. Na pewno jednak wiedzą to lepiej, niż minister, który tego dziecka nie zna i na oczy nie widział. Ale sugerowanie, że dziecko wie lepiej od rodzica, co mu się w życiu przyda? Powagi! Dziecko może powiedzieć rodzicowi, czego lubi się uczyć, co  je interesuje i dobry rodzic głos taki weźmie pod uwagę.

Jeśli dziecko uwielbia matematykę, to większa jest szansa, że przekona ojca, by posłał go do szkoły, gdzie jest więcej matematyki, niż że przekona ministra, by zmienił program. Nie mówiąc już o sytuacji, w której dziecko byłoby miłośnikiem kryptologii. Poza tym jeśli dziecko ma prawdziwą pasję, to nie potrzebuje do jej rozwijania szkoły. Zwłaszcza dziś, gdy jest Internet. Ja nie miałem w szkole przedmiotu szachy, kostka Rubika, czy grawimetria (w prywatnej mógłbym mieć!), a mimo to nie stanęło to na przeszkodzie mojej pasji.

Ponadto, wbrew temu, co Kage sugeruje, JEST to inwestycja we WŁASNĄ przyszłość. Pamiętajmy bowiem, że inwestorem, przynajmniej w początkowych latach edukacji, o których piszemy, jest rodzic i on też w jakiejś części będzie beneficjentem właściwego wychowania i procesu nauczania swojego potomka. Zatem to do rodzica należy wybór, na co te pieniądze przeznaczyć. I tak, jak ma prawo decydować, co jego dziecko je, tak samo ma prawo decydować, czym karmiony jest dziecka umysł.

A dziecko, gdyby mogło samo wybierać, to jadłoby tylko czekoladę, nie myłoby zębów, wrzeszczałoby na rodziców i chodziło spać po północy, a co dopiero mówić o wyborze szkoły. Ministerstwo edukacji natomiast wszystkie dzieci wrzuca do jednego wora i ani ich zainteresowania, ani ambicje rodziców nie są brane pod uwagę.

Ponownie Kage:

Natomiast czego ja się BARDZO boję gdyby nagle edukacja podstawowa rozstała uwolniona to zapędów organizacji religijnych.
Boję się, że jak w Teksasie rodzice będą buntować się przeciw teorii ewolucji, bo jest niekompletna, ale każą nauczać dzieci teorii "inteligentnego projektu".
Bardzo się boję, że może u nas dojść nie do wygenerowania analfabetów, ale wieków ciemnych, gdzie dzieci będą ukształtowane jedynie światopoglądem rodziców. Gdzie będą uważać kłamstwo za prawdę, bo znają je od dzieciństwa i od wczesnych lat było im wmawiane, że to jedyna droga.

W czym wtóruje mu P.G.T.:

Co z tego, że większość uzna kreacjonizm za jedynie prawdziwy? Wtedy już będziemy pędzić po równi pochyłej kiedy to nauka będzie służyć kościołowi (jakiemukolwiek) i się bezwzględnie zgadzać z jego założeniami zamiast być wolna.

Nie wiem czego tu się bać. Ja na pewno nie posłałbym moich dzieci do takiej szkoły. Kage i P.G.T. zapewne też nie. Więc nie ma ryzyka, że WSZYSCY będą uważać teorię ewolucji za kłamstwo. Zapewniam, że całkiem spory odsetek młodych rodziców pośle pociechy do szkół, w których naucza się podstawowych teorii naukowych. Zapewne znacznie większy odsetek, niż odsetek osób, którym jest to do życia potrzebne. A dodatkowo nasze dzieci miałyby z kim dyskutować na temat pochodzenia człowieka.

Nie wszyscy muszą być naukowcami. Dla kierowcy autobusu, operatora koparki, sprzątaczki, urzędnika czy prezesa banku nie ma ŻADNEGO znaczenia, czy stworzył go Bóg, Allah, czy pochodzi od małpoluda, czy od tchórzofretki. Po prostu będzie kupował inne krzyżówki. Przez wiele wieków ludzie wierzyli że Ziemia jest płaska i leży w centrum wszechświata, a i tak nie zahamowali postępu nauki.

Ja zresztą uważam, że jest lepiej, jeśli osoby, które nauką się nie interesuję, zamiast uczyć się teorii, których i tak nie pojmą, będą wierzyły, że jak kogoś okradną lub zabiją to pójdą do piekła. Taka wiedza bardziej przyda się i im samym, i społeczeństwu.

A poza tym - i to jest chyba ważniejszy argument - dlaczego moje dzieci mają się uczyć tego, co chce Kage, a nie odwrotnie? To są moje i tylko moje dzieci. Mam prawo nie wierzyć w teorię ewolucji. I nikt nie ma prawa nakazać mi, żebym posyłał dziecko do szkoły, w którym uczą idei, z którymi ja się nie zgadzam, choćbym był w tym jedynym na świecie.

Mam prawo nie chcieć, by moje dzieci uczyły się zasad dynamiki Newtona, tego, że homoseksualizm jest normalny, rachunku prawdopodobieństwa, antropogenicznej teorii globalnego ocieplenia, czy tego, że w czasie II Wojny Światowej zginęło sześć milionów żydów. A skoro mam prawo nie chcieć tego, to muszę mieć też prawo nie chcieć, by umiały czytać, czy dodawać i nie muszę przed nikim się tłumaczyć dlaczego. I mam prawo im to uniemożliwić tak samo, jak uniemożliwiam im jedzenie niemytych jabłek, dostęp do filmów dla dorosłych czy gangsta-rapu. Bo są to moje dzieci. Ja je karmię. Ja je wychowuję. Ja je utrzymuję. Kropka. 

Kage może jedynie walczyć o zmniejszenie odsetka dzieci nauczanych niezgodnie z jego przekonaniami przez intensyfikację własnej prokreacji i posyłanie swojego licznego potomstwa do właściwych jego zdaniem instytucji oświatowych. A zanim zacznie wychowywać moje dzieci, musi mieć moją zgodę.

W czasach Darwina najbardziej uhonorowane głowy z kręgów naukowych oburzały się słysząc jego teorie. Gdyby w owym czasie program szkół był zunifikowany, jego obrońcy również by twierdzili, że nie można go zliberalizować, bo jeszcze powstaną szkoły, w których dzieci będą uczyły się, że człowiek jest krewnym goryla. To samo dotyczy wszystkich przełomowych teorii naukowych.

I jeszcze jeden argument Kage, z którym się zupełnie nie zgadzam:

Poza tym, gdyby rodzice stwierdzali, że Tobie wystarczy 6 klas podstawówki, albo nawet sami nauczymy dziecka czytać i liczyć wiesz ile talentów mogło by się zmarnować? Jak na tym ucierpiała by nasza kultura i nauka?

Wolne żarty. To właśnie obecny system nauczania marnuje talenty. Spowalnia ludzi uzdolnionych i równa w dół. Talenty trzeba rozwijać, a nie uśredniać. Jeśli ktoś ma talent do języków, to niech idzie do podstawówki, gdzie zamiast hymnu Unii Europejskiej będzie się uczył sześciu języków obcych. Jak ktoś ma talent do matematyki, to nic nie stoi na przeszkodzie, by miał dwadzieścia godzin matematyki tygodniowo, a w trzeciej klasie uczuł się liczb zespolonych. Jeśli czyjąś pasją jest wojna secesyjna, to niech poświęci jej więcej czasu, a mniej chemii i fizyce. Uśrednianie zabija talent. Dużo lepiej jest, jeśli społeczeństwo składa się z fachowców z różnych dziedzin, niż z uśrednionej papki. Społeczeństwo takie więcej dokona, a i ludzie będą mieli o czym rozmawiać, bo każdy nauczony będzie czegoś innego. Nauka na tym tylko zyska, a nie ucierpi.

A kultura? Proszę się wybrać do muzeum sztuki i do muzeum sztuki współczesnej. Proszę iść do teatru na sztukę klasyczną a potem na sztukę współczesną. Proszę się wybrać do filharmonii na koncert muzyki klasycznej i na koncert muzyki współczesnej. Proszę zgadnąć, które działa powstały ZANIM wprowadzono obowiązek szkolny.

Kontynuacja tematu

wtorek, 21 czerwca 2011

Rodzic nie ma nic do gadania

Na portalu Emetro przeczytałem wstęp do artykułu:

Już 165 tys. osób podpisało się pod projektem ustawy zmieniającej reformę edukacji - chodzi o obowiązkowe wysyłanie sześciolatków do szkół.

Wiadomość ta natchnęła mnie optymizmem, że ludzie są zdeterminowani walczyć z tym idiotycznym przymusem. Nie cieszyłem się długo, gdyż już w pierwszym akapicie przeczytałem:

Karolina i Tomasz Elbanowscy zorganizowali akcję "Ratuj Maluchy" - przygotowali obywatelski projekt ustawy przywracający obowiązek szkolny od 7 lat.

Przecież problemem nie jest to, czy obowiązek szkolny ma obejmować dzieci od lat siedmiu, sześciu, dwóch, czy piętnastu! Problemem jest to, że taki obowiązek istnieje. To tak, jakby sejm uchwalił ustawę, by wszyscy ludzie byli prowadzani na sześciometrowych smyczach, a państwo Elbanowscy zaczęli zbierać podpisy pod projektem ustawy zakładającej prowadzanie obywateli na smyczach siedmiometrowych. Owszem, zawsze to lepiej niż smycz sześciometrowa, ale generalnie jest to ta sama niewola.

Projekt ustawy o którym mowa nie zmienia podstawowego założenia, że urzędnik ma prawo decydować za rodzica, kiedy jego dziecko idzie do szkoły i czego jest uczone. To trochę tak jak z tymi świniami przy korycie. Można je zmienić na trochę lepsze, można je zmienić na ciut gorsze, ale dlaczego po prostu nie zlikwidować koryta?

Nie zamierzam tu krytykować akcji państwa Elbanowskich, bo jestem przekonany, że jest on oparty o szlachetną ideę, ale niestety jest to tylko pudrowanie legislacyjnych wągrów.

Przeciwnicy zaraz się obruszą, że jak to tak, bez obowiązku szkolnego? Przecież za kilka lat Polacy będą narodem analfabetów! Spokojna głowa, nic takiego nie nastąpi. Większość rodziców jest świadoma tego, że edukacja jest dzieciom potrzebna. Dowodem na to jest sam fakt, że ludzie bardzo krytycznie odnoszą się do propozycji by szkoła nie była obowiązkowa. A jeśli chcą, by ich dzieci były zmuszane do chodzenia do szkoły, to zapewne poślą je do niej nawet jeśli obowiązku nie będzie, prawda? Postąpienie inaczej byłoby hipokryzją.

Ale to rodzic ma decydować kiedy dziecko do tej szkoły pójdzie. Któż lepiej niż rodzic wie, czy jego dziecko już jest gotowe na podjęcie edukacji? A może ma być uczone w domu przez rodziców albo piastuna? Każde dziecko jest inne.

I, tak, to rodzic ma decydować, czy dziecko w ogóle pójdzie do szkoły. A może tylko do dwóch klas - niech nauczy się literek, dodawania i odejmowania w zbiorze liczb naturalnych, bo więcej nie potrzebuje. Jak raz na jakiś czas jakieś dziecko w ogóle nie pójdzie do szkoły - to też tragedii nie będzie. Dla takich też znajdzie się miejsce w społeczeństwie. Nie trzeba znać treści "Germinal", by pracować w kopalni. Nie trzeba studiować mechaniki newtonowskiej, by zostać mechanikiem.

Do podstawówki ze mną chodził pewien kolega z rodziny menelskiej. Bardzo oporny na naukę. Nigdy nie było go w ławce, zawsze tarzał się gdzieś po podłodze w klasie. Krzyczał, przeklinał, bardzo utrudniał nauczycielom prowadzenie zajęć, a były to jeszcze czasy, kiedy obowiązywała niepisana zasada, że nauczycielowi nie należy zakładać na głowę kosza na śmieci. Materiał się opóźniał, inne dzieci były przez niego rozpraszane, moja klasa miała najniższą średnią. Na przerwach też nas demoralizował ucząc menelskich przyśpiewek zasłyszanych w domu w czasie libacji, albo bijąc się z kolegami, a był od nas starszy - repetował.

Po jakie licho było mu te dwanaście lat podstawówki? On z niej niczego przydatnego nie wyniósł, reszta klasy na tym tylko traciła na zdrowiu, kulturze i edukacji. Jedyną osobą która na tym zyskała był hurtownik relanium zaopatrujący naszą panią.

Kilka lat po skończeniu podstawówki spotkałem go na stadionie X-lecia. Handlował obuwiem sportowym. Arytmetyki jakoś się nauczył, bo musiał, bo jak źle wydał resztę, to dokładał z własnej kieszeni. Polszczyznę opanował w stopniu wystarczającym, szło się z nim dogadać, a wszelkie bardziej skomplikowane wyrazy dłuższe niż trzysylabowe bardzo sprytnie zastępował łacińskimi odpowiednikami tak, że nawet trudno się było zorientować. Jakoś sobie dawał radę.

Podejrzewam nawet, że w czasie, kiedy ja byłem w szkole średniej, czy na studiach i nie miałem pieniędzy na nic, on sobie dużo lepiej radził z tym swoim analfabetyzmem, a i teraz zapewne z głodu nie umiera.

Decyzja o edukacji dziecka, o sposobie jego wychowywania, o wieku inicjacji naukowej powinni decydować rodzice, i tylko oni. Bo to oni, a nie urzędnik chcą dla tego dziecka najlepiej. Bo to oni, a nie urzędnik zostaną bez opieki na stare lata, jeśli popełnią błąd wychowawczy. Bo to oni, a nie urzędnik znają możliwości i zainteresowania swojego dziecka. Bo to oni, a nie urzędnik kochają to dziecko nad życie. A jeśli urzędnik kocha dziecko bardziej niż rodzice, to powinna się nim zająć pani Elżbieta Radziszewska.

Urzędnik, w przeciwieństwie do rodzica nie ponosi ŻADNEJ odpowiedzialności, za skutki takiego, a nie innego wychowania czy trybu edukacji dziecka. Co więcej - porażka jest w jego interesie - jeśli zawali sprawę i za dwadzieścia lat okaże się, że centralnie zarządzany system edukacyjny wyprodukował masy idotów, kryminalistów, nieudaczników i inne patologiczne jednostki - to jeszcze lepiej dla niego, bo powstaje tzw. "problem społeczny", do rozwiązania którego niezbędny jest kto?

Urzędnik oczywiście.

Kontynuacja tematu

środa, 27 kwietnia 2011

Kara dla nauczyciela za nadgorliwość przy realizacji programu

Nic dziwnego, że sądy w Polsce działają, jak działają, skoro zajmują się takimi sprawami, jak zakwasy po lekcji W-F. PolskaLokalna.pl o tym pisała w zeszłym tygodniu.

Nauczyciel wychowania fizycznego polecił jedenastoletniemu uczniowi wykonanie stu pompek. Była to kara za uczestnictwo w szkolnej bójce. Dość łagodna, no ale obecnie przyszło nam żyć w czasach, w których ojciec nie może gówniarza wytargać za ucho (czyt. wychowywać), a co dopiero pedagog. Uważam wręcz, że całkowicie na miejscu byłoby stwierdzenie, że łobuzowi uszło to na sucho.

Sprawa jednak zajął się sąd, bo chłopiec w wyniku kary zachorował na bardzo ciężką i nieuleczalną chorobę, która dziesiątkuje polską młodzież. Dostał zakwasów i dłonie mu spuchły.

Świat stoi na głowie, i bardzo już się ustabilizował w tej pozycji. W normalnym państwie bowiem, rodzice zawracający gitarę takimi, pardon, duperelami, zostaliby odesłani do domu przez woźnego, zanim zdążyli by wleźć na teren sądu czy komisariatu. I jeszcze zapłaciliby karę za zakłócanie pracy woźnego.

Czy kara ta była zbyt surowa? Jak już powiedziałem, powinien się smarkacz cieszyć, że nie dostał linijką po łapach. Ale dlaczego aż sto pompek? - ktoś zapyta. Najlepszym dowodem na to, że nie była to wygórowana kwota, jest zdanie:

Chłopiec wykonał polecenie.

Kropka. Koniec dyskusji. Pompki mają tę przewagę nad laniem po łapach, że o ile tym drugim można przekroczyć próg wytrzymałości karanego (złamać rękę i dalej bić), o tyle w przypadku pompek jest to niemożliwe. Jeśli dzieciak nie byłby w stanie zrobić stu pompek, to by ich nie zrobił, i nawet gdyby nauczyciel zagroził mu jedynką z W-Fu, lub naganą z zachowania - zrobiłby 99 i koniec. "Cham się uprze, i mu daj! - no skąd wezmę, jak nie mam?" Jak to było w filmie śp. Stanisława Barei, wybitnego "absurdalizatora" socjalizmu.

Poza tym pompki chyba nie wykraczają poza program lekcji W-F, prawda? Przecież nauczyciel nie kazał mu balansować na linie nad basenem z rekinami uzbrojonymi w lasery. Czy sprawa trafiłaby do sądu, gdyby matematyk za karę kazał urwisowi rozwiązać sto słupków? Nie sądzę. Nawet, jakby następnego dnia bolał go mózg.

Lekarz rodzinny skierował 11-latka do szpitala, gdzie spędził cztery dni.

 To tak, żeby przypadkiem ktoś faktycznie tego potrzebujący nie zajmował łóżka. Za nasze pieniądze, jak mniemam, bo gdyby rodzice sami musieli za to zapłacić, to zapewne popukaliby się w głowę i to lekarza a nie nauczyciela zgłosiliby na policję za próbę naciągania.

Swoją drogą, myślę, że cztery dni w państwowym szpitalu to, zwłaszcza dla dzieciaka w tym wieku, kara gorsza od chłosty. Wiem bo w jego wieku ciągle coś sobie łamałem.

Kiedyś na W-F, w wyniku niefortunnego upadku urwałem sobie zaczepy mięśni karku. Bolało jak diabli, z każdą minutą coraz gorzej, a musiałem jeszcze wytrzymać pięć lekcji, bo higienistki nie było, więc nie miał mnie kto zwolnić. Po tym przez trzy tygodnie musiałem chodzić w kołnierzu ortopedycznym i brać leki przeciwbólowe. W szpitalu nie spędziłem ani jednej nocy. A tu z powodu zakwasów?

Gdyby wuefman zamiast wymierzać sprawiedliwość, rzucił dzieciakom piłkę do kosza, żeby sobie pograli przez godzinę, to łobuz też by miał zakwasy i spuchnięte dłonie. Może nawet wybity palec lub rozwalone kolano i nie sądzę, by komukolwiek (ani łobuziakowi, ani nikomu innemu z klasy, którzy przecież też by "ucierpieli") przyszło do głowy robić takie zamieszanie.

Za moich czasów chłopak, któremu nauczyciel wlepiłby karę 100 pompek, a ten by ją wykonał, byłby bohaterem. Nie tylko dlatego, że jest w stanie zrobić sto pompek, ale też dlatego, że "pokazał" nauczycielowi. Chłopak, który poszedłby poskarżyć się rodzicom (nawet nie policji), że go po tym boli, byłby wyśmiany i do matury nazywany synonimami damskich części ciała, o ile ktoś w ogóle się do niego odzywał. A W-F odbywałby z dziewczynkami.

Ale to za moich czasów...