wtorek, 17 kwietnia 2012

Kobiety z chowu klatkowego

Ludzie i feministki często przypisują nam głoszenia hasła "kobiety do garów". Jest to bardzo wygodne dla nich przeinaczenie pewnego postulatu, który faktycznie głosimy, a który nie ma nic wspólnego z przykuwaniem kobiety łańcuchem do kuchennego kaloryfera, jak starają się to naświetlić niektórzy.

To co my głosimy to nie przymus zrobienia z kobiety "kury domowej"*, ale zniesienie przymusu robienia z kobiety kury przemysłowej. Oczywiście przymusu nie w znaczeniu bezpośrednim. Nikt wszak nie zmusza fizycznie kobiet do pracy poza domem. Zapomina się jednak o tym, że zmusza je do tego zła sytuacja finansowa. A sytuacja ta źródło ma w ogromnych obciążeniach fiskalnych nakładanych przez państwo. Jeśli obywatel ograbiany jest przez państwo z ponad połowy owoców swojej pracy, to nic dziwnego, że na utrzymanie rodziny muszą pracować nie jedna, ale dwie osoby.

Bo Mężczyzna pracować ma i to jest słuszne. Mężczyzny praca w pocie czoła leży u podstaw naszej cywilizacji. Facet, który nie potrafi utrzymać siebie i swojej rodziny to nie Mężczyzna, to leń, wałkoń, nicpoń, obibok, safanduła, niedojda - co kto wybierze, ale mężczyzną jest jedynie w sensie biologicznym, przez małe "m".

Kobieta nie musi.

Oczywiście nie mówię tu o tych wszystkich "kobietach nowoczesnych", bizneswomanach, prezenterkach, posłankach, inżynierach. One sobie poradzą. Zarabiają przyzwoicie i robią na ogół to co lubią. One nie stanowią problemu. Ale szkopuł tkwi w tym, że w debacie o pracy kobiet słychać tylko głosy właśnie tych kobiet - kobiet, które są zadowolone ze swojej pracy. Znamy je z telewizji i gazet, znamy ich nazwiska, są ich setki, może tysiące. I z całego serca cieszę się, że kobietom tym się powodzi, odniosły sukces i są szczęśliwe.

W naszym kraju jest kilkanaście milionów innych kobiet - i ich nikt nie słyszy. Kasjerki w "Biedronce", sprzątaczki na "Centralnym", pomywaczki w restauracji, kelnerki w spelunie, pakowaczki w fabryce. One nie wybrały swojej kariery. One w pracy nie realizują swoich marzeń. One się nie "samorealizują". One naprawdę pracują i pracują ciężko. Bo muszą. Bo inaczej nie miałyby co jeść. Właśnie to są "kobiety do garów" - cudzych garów. Ich nikt nie słyszy, bo one nie mają nazwiska, one nie mają twarzy. One nie mają czasu brylować w telewizorze.

I grubą Pomyłką, Pomyłką przez wielkie "P" jest twierdzenie, że kobiety te nie są "kurami domowymi". One wracają do domu i gotują, sprzątają, piorą, robią zakupy. Ich nie stać na stołowanie się w  restauracji, czy na gosposię. Bycie "kurą przemysłową" nie jest alternatywą bycia "kurą domową". W ogromnej większości przypadków jest dodatkiem do niej - drugą zmianą.

Proszę mi wierzyć, że gdyby kobiety te miały wybór, to gros z nich bez zastanowienia rzuciłoby z ulgą kasy, mopy, fartuchy i wróciłyby do domów. By sprzątać SWÓJ dom, by gotować dla SWOJEJ rodziny, by wychowywać SWOJE dzieci. I wówczas też miałyby czas na prawdziwą samorealizację - czytanie, malowanie, grę w szachy, szydełkowanie, plotki, kurs projektowania stron www, czy pisanie polskich Harrych Potterów. Cokolwiek uczyni je szczęśliwymi.

I my właśnie chcemy dać im ten WYBÓR. Chcemy, by pieniądze wypracowane przez ich mężów wróciły do ich kieszeni. Żeby Mężczyzn stać było na godne utrzymanie rodziny, by żony ich były szczęśliwe i wypoczęte, a dzieci zadbane i dobrze ułożone. Bo na tym polega prawdziwa Rodzina.

I ma to być wybór, z którego kobiety "Światowe", robiące wymarzoną karierę będą mogły nie skorzystać - i też nas to będzie cieszyło. I one różnicy nie odczują, poza tym, że w restauracji posiłek poda im kelner, a nie kelnerka (no i oczywiście, że same będą więcej zarabiały).

Feministki tego nie chcą. Nie chcą szczęśliwych kobiet i nie chcą mężczyzn usługujących im w supermarkecie, na poczcie, na dworcu. To o co faktycznie walczą feministki to to, żeby usługiwały nam nisko opłacane, zmęczone i upodlone kobiety. Bo wówczas mogą głosić, całkowicie słusznie z resztą, że kobiety są upadlane i wykorzystywane. A jak kobieta ma wybór, to po cholerę jej feministka?

* Samo zastosowanie w języku polskim słowa "kura" nadaje tej nazwie, niesłusznie, wydźwięk negatywny - kura to (chociaż tu zapewne Kira się nie zgodzi) stworzenie głupie i zniewolone przez człowieka. Dlatego ja znacznie bardziej wolę angielski zwrot "house wife" - kobieta domu, lub po prostu "pani domu".

Kontynuacja tematu

23 komentarze:

  1. Dobrze napisane. Nie zamieniłbym w tym tekście ani jednego zdania.

    OdpowiedzUsuń
  2. Czas na książkę Panie Staszku. Zbiór tekstów w jednym miejscu. Chętnie by sprezentował niektórym znajomym dla sprostowania światopoglądu. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  3. Jestem zawiedziona.

    "Bo Mężczyzna pracować ma i to jest słuszne. Mężczyzny praca w pocie czoła leży u podstaw naszej cywilizacji. Facet, który nie potrafi utrzymać siebie i swojej rodziny to nie Mężczyzna, to leń, wałkoń, nicpoń, obibok, safanduła, niedojda - co kto wybierze, ale mężczyzną jest jedynie w sensie biologicznym, przez małe "m"."

    Kobieta nie musi."

    Oto kolejna ideologiczna bzdura. Człowiek jako bydlę, które musi poświęcić swoje życie powielaniu jednego utartego schematu. Cóż, niestety, właśnie przez swoje zbydlęcenie - pojmowane przeze mnie jako bezmyślność i słuchanie "autorytetów" - mamy teraz takie ekonomiczne g...o, jakie mamy. Bo ludzie lubią, kiedy się za nich decyduje. Lubią, kiedy nawiedzona feministka bełkocze o konieczności pracy lub nawiedzony prawiak bełkocze, że kobieta powinna to, a mężczyzna tamto. I - niestety - nawiedzonych feministek jest mniej niż nawiedzonych prawiaków.


    Do tej pory miałam Cię, Autorze, za prawiaka rozsądnego, rzeczowo omawiającego istniejące problemy i proponującego konkretne rozwiązania. Zauważam jednak, że zdarza Ci się wkraczać na ścieżkę moralizatorstwa. Tymczasem Twoja "jedynie słuszna ideologia" to tylko jedna z wielu opcji. KAŻDY, kto uważa, że należy koniecznie żyć w taki, a nie inny sposób, jest niewolnikiem marzącym o trwaniu niewolnictwa w nieskończoność.

    Ciekawe, że kobietom chcesz dać wybór, a mężczyznom nie. Dlaczego mężczyzna nie może być na utrzymaniu swojej żony? Bo społeczeństwo się zsika z oburzenia? A kogo obchodzi społeczeństwo? Kogo obchodzi utrzymywanie na siłę statusu quo? Każdy ma JEDNO życie i dlatego dążyć do tego, co MY SAMI uważamy za słuszne, a nie do zachowania jakiejś określonej cywilizacji. Poza tym cywilizacja bierze się z dążeń JEDNOSTEK. Z ich marzeń i planów. Owszem, mentalni niewolnicy są potrzebni. Ale myślałam, że Ty akurat do nich nie należysz.

    Chciałabym też zauważyć, że bycie biednym NIE czyni z mężczyzny safanduły, nicponia czy obiboka. Ani w naszym chorym, ani nawet w najzdrowszym z systemów. Nie każdy ma predyspozycje, by zdobyć dobrze płatną pracę. A potrzeby są większe, niż za dawnych czasów, kiedy do życia wystarczała byle nora i dwa posiłki dziennie.

    Inna sprawa: większość ludzi, nie tylko kobiet, ale i zapewne mężczyzn, GDYBY MIELI WYBÓR, rzuciliby w diabły nielubianą pracę, a lubianą ograniczyło znacznie i zaczęło oddawać się przyjemniejszym zajęciom. Niekoniecznie sprzątaniu domu, myciu garów czy innym tego typu zajęciom. To znaczy - owszem, to też trzeba wykonać. Ale to są tylko dodatki do naszego życia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiro, masz całkowitą rację. Też jestem za tym, by kobieta utrzymywała rodzinę, a mężczyzna rodził dzieci.

      Feminista

      Usuń
    2. Myślę że Anonimowy trochę za krótko.

      Nikt nit broni kobiecie utrzymywać domu. Ale chodzi o to, że kobieta lepiej zajmuje się dziećmi, jest poukładana z reguły ma porządek. Hym facet no może się mylę ale z reguły nie. Oczywiście są wyjątki. I jak najbardziej jest to zdrowa rodzina.

      I jeśli sobie znajdziesz takiego FRAJERA który będzie bawił dzieci sprzątał gotował itd. to proszę bardzo ty pracuj na chleb samochód dla męża itp. No chyba, że Twój mąż będzie szczęśliwy jeśli ktoś będzie na niego pracował.

      A i żeby była jasność kobieta NIE jest frajerką jeśli zajmuje się domem. Oczywiście z własnego wyboru.

      Co do nicponi to po części się z Tobą zgadzam. Ale z reguły ktoś kto nie potrafi utrzymać rodziny to leń i nicpoń. Znam kilka takich przypadków.

      Usuń
    3. Anonimowy, po urodzeniu dziecka to - faktycznie - kobieta powinna zostać w domu, bo ona karmi piersią. Ale na Boga, ile taki stan może trwać? Odchowa się jednego, dwa niemowlaczki - i można wracać do pracy.

      Najważniejsze, to tak sobie ułożyć życie, by się było zadowolonym. (Oczywiście wedle uznanych przez nas reguł moralnych.)

      ======================================


      Anonimowy 2, to tak, jakbyś powiedział, że jak człowieka nie stać na własne lokum i musi mieszkać z rodzicami, to jest nieudacznikiem. A nie pomyślałeś, że NIE wszystko zależy od nas? Że często można tyrać, ale żyć w nędzy. Nawet najlepsze czasy nie pozwalają godnie żyć każdemu.

      Inna sprawa: Twoje prywatne i SUBIEKTYWNE opinie nie są żadnym argumentem. Możesz sobie uważać "kura domowego" (czy "koguta" ;)) za frajera, ale mnie to nie obchodzi. To jest kwestia WYBORU. Dla Ciebie to czysta egzotyka, że facet mógłby w ogóle chcieć prać, gotować, prasować, a dla kogoś innego - norma. Co to w ogóle za moda, żeby KTOKOLWIEK oceniał czyjś model rodziny??? Bardzo mnie to smuci...

      Usuń
    4. I jeszcze dwie sprawy, panowie:

      1) W dzisiejszych czasach często pary decydują się z własnej woli na pozostanie w stanie bezdzietnym. I nie zawsze jest to podyktowane biedą. Powiedziałabym nawet, że brak środków finansowych jest dość rzadkim powodem celowej bezdzietności.

      Ponadto pary rozwodzą się znacznie częściej niż dawniej. I częściej żyją ze sobą przed ślubem.

      To wszystko nie sprzyja dobrowolnej rezygnacji z własnych zarobków. Powiedziałabym nawet, że panie, które wolałyby, by utrzymywał je mąż, są w mniejszości. Bo wiedzą, że:
      a) jakby coś się w związku zepsuło, to państwo nie da im na życie
      b) skoro nie mają dzieci, to po co siedzieć w domu?



      2) Czy możecie mi, panowie, przedstawić jakiś link, w którym feministka wyśmiewa lub gani kobiety decydujące się na niepodejmowanie pracy zawodowej? Ja o czymś takim nie słyszałam. To właśnie feministki mówią i piszą o WYBORZE. Tak więc, drodzy panowie, zastanówcie się, czy jest o co kruszyć kopie.

      Usuń
    5. Socjaliści to ci, którzy mówią na przykład:

      "Czy nie lepiej już finansować z budżetu:
      a) bardzo drogich operacji i terapii, na które nie można by zebrać funduszy z datków
      b) noclegowni i jadłodajni dla ubogich?"

      Usuń
    6. I odezwał się darwinista, tak jak przewidywałam. :) Na serio wierzysz w powrót do czystego kapitalizmu (czyli formy z baaardzo dawnych czasów)? Rozsądny człowiek szuka rozsądnych rozwiązań.

      Tylko co to w ogóle ma wspólnego z modelem rodziny?

      Usuń
    7. A tym rozsądnym rozwiązaniem jest socjalizm?

      Owszem, jestem darwinistą i nie uważam tego za nic złego - wprost przeciwnie. I wierzę w powrót do czystego kapitalizmu. A te "baaaardzo dawne czasy" to czasy ludzi wolnych, prawych i honorowych.

      Usuń
    8. Czy mogłabyś rozwinąć myśl:
      "O prawości i honorze nie wspomnę, skoro uważasz, że darwinizm jest OK."?

      Czy znowu przyczytam tylko coś w stylu "jeśli tego nie rozumiesz, to w ogóle nie ma z tobą co dyskutować", a chwilę później stwierdzenie, że Ty podajesz jasne, merytoryczne argumenty, a wszyscy inni bredzą bez sensu, jak czyniłaś już to w wielu dyskusjach?

      Przy okazji - to nie wolność lub niewola nakazuje mężczyźnie zapracować na siebie, tylko honor. I w żadnym razie nie stoi to w sprzeczności z wolnością. Bo wolny człowiek może przestać pracować i umrzeć z głodu - nie ma krzywdy tam, gdzie jest wybór. Natomiast obecnie obiboctwo utrzymuje się z grabierzy innych w świetle prawa, zatem nie można mówić tu o wolności.

      Usuń
    9. Kiro, błaźnisz się. Bo Autor mówiąc o wyborze kobiety, wcale nie wyklucza tu wyboru mężczyzny. Jest on wręcz w to wszystko wpisany... Mam wrażenie, że wyciągasz na wierzch coraz to nowe problemy, żeby tylko powrzeszczeć sobie na innych dyskutantów.
      Poza tym - Autor postuluje przede wszystkim powrót do normalnego systemu podatkowego, uwolnienie się spod wyzysku, w efekcie czego zostanie nam przedstawiony w ogóle jakikolwiek wybór. Sytuacje w stylu "ciężko tyram, a nie mam nic" wręcz by się zmarginalizowały.

      I jeszcze jedno - zniżając się do poziomu wycieczek osobistych itp., sama wystawiasz sobie świadectwo ;).

      Pozdrawiam,
      V

      Usuń
    10. @Kira: Wyszedłem z założenia, że innym zwróciłaś już na to uwagę. Dałaś się wciągnąć w tę grę. Teraz ja czuję się urażony. Sama także jesteś hipokrytką, bo zastosowałaś taką formę, a potem wytknęłaś komuś to samo.

      Przeczytać ze zrozumieniem przeczytałem. Tylko dzoczytałem się jeszcze jednej rzeczy MIĘDZY WIERSZAMI. Czytuję tego bloga od dłuższego czasu, więc mogę powiedzieć, że poglądy Staszka na tę sprawę znam (a przynajmniej mogę się domyślać), i w zasadzie to pokryłyby się z tym, co napisałem. Bo w tym wszystkim chodzi o wybór, i to wybór dla obojga. Zawiera się to poniekąd w stwierdzeniu "I ma to być wybór, z którego kobiety <>, robiące wymarzoną karierę będą mogły nie skorzystać - i też nas to będzie cieszyło.".

      Więcej z Tobą nie dyskutuję. Staram się podejść kulturalnie, a wychodzi jak wychodzi.

      Pozdrawiam,
      V

      Usuń
  4. "gdyby MIAŁO wybór", "rzuciłOBY"

    OdpowiedzUsuń
  5. Stawianie problemu "przymusu ekonomicznego" niebezpiecznie zahacza o lewicową definicję "wolności do" bogactwa. Nie oceniam czy jest to słuszne czy nie - tylko tak to wybrzmiewa.

    Z drugiej jednak strony (abstrahując od tych wszystkich ideologicznych etykietek) sam od niedawna zastanawiam się, czy przy tym całym biurokratycznym chaosie nie prościej byłoby wprowadzić jakiś rodzaj tzw. "niepełnego dochodu podstawowego", czyli przyznawać każdemu obywatelowi RP pewną kwotę oscylującą na granicy minimum egzystencjalnego, w zamian za likwidację wszystkich pozostałych zapomóg (i przejście na dobrowolną pomoc charytatywną).

    Nie oszukujmy się - program koliberalny w obecnej socjaldemokratycznej mentalności jest uważany za bardzo radykalny. Ludzie częściej dążą do poczucia bezpieczeństwa niż do niskich podatków. Aby więc przerwać ten impas i choć trochę urynkawiać zetatyzowaną rzeczywistość, można by spróbować pójść na taki kompromis.

    Wtedy zarówno kobiety, jak i mężczyźni (+emeryci w ramach jakiegoś rodzaju "modelu kanadyjskiego", +dzieci w ramach "polityki prorodzinnej") mieliby choć cząstkowe poczucie tego "WYBORU". Ot, tak sobie tylko głośno dywaguję. A zanim z góry odrzucicie wszelki koncept tego kalibru, dopowiem tylko, że pochwalał go nawet "czołowy lewak i socjalista" F.A.Hayek. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Minimum socjalne? Cóż, nawet to jest trudne do określenia. Wątpię, czy to by się udało. Czy nie lepiej już finansować z budżetu:
      a) bardzo drogich operacji i terapii, na które nie można by zebrać funduszy z datków
      b) noclegowni i jadłodajni dla ubogich?

      Oczywiście wściekli darwiniści zaraz zaczną się zapluwać, że nawet to nie jest potrzebne...

      Usuń
    2. Szacunki państwa określają minimum egzystencjalne na poziomie 500 zł, a minimum socjalne - 1000 zł. 60% wydatków budżetu mogłoby wystarczyć maksymalnie na 400 zł miesięcznie. Czyli nie byłoby czynnika zniechęcającego do podejmowania jakiejkolwiek pracy.

      Jednocześnie należałoby wtedy sprywatyzować przewlekłą opiekę zdrowotną, edukację ponadpodstawową, system emerytalny oraz zderegulować gospodarkę. Koszt dla budżetu mógłby więc pozostać taki sam, a jednak zyskiwalibyśmy cenne urynkowienie choć części państwowego systemu, do czego wolnorynkowców nie trzeba chyba dwa razy przekonywać. ;)

      Odpowiadając na pytania...
      a) Nie, z uwagi na bardzo wysoki koszt alternatywny (kto policzy, ile chorych cierpiących na "tańsze dolegliwości" można byłoby uratować za tę samą kwotę? co widać - a czego nie widać!).
      b) Oraz domów samotnych matek? ;) Myślę, że to powinno pozostać w gestii gmin. Decentralizacja umożliwiałaby rozpatrywanie takich problemów lokalnie.

      Usuń
    3. "Nie, z uwagi na bardzo wysoki koszt alternatywny (kto policzy, ile chorych cierpiących na "tańsze dolegliwości" można byłoby uratować za tę samą kwotę? co widać - a czego nie widać!)."

      Na tańsze dolegliwości można zebrać pieniądze samemu lub z pomocą tzw. ludzi dobrej woli. Na niektóre terapie - w żadnym razie. A idzie o życie.

      Myślę, że szukasz rozsądnych rozwiązań, z chęcią poczytam o dalszych Twoich pomysłach.

      Usuń
    4. Ależ cały czas może chodzić o życie! Przecież na pewno istnieje jakiś specjalistyczny zabieg kosztujący więcej niż 10 przeszczepów wątrób. A dla jakiegoś samotnika, który nie potrafi czy nie zdąży zorganizować odpowiedniej zbiórki, koszt transplantacji może okazać się tak samo przytłaczający. Zdarza się wiele tragedii. Kto ma decydować, czyje życie jest wartościowsze?

      Żeby nie było - jestem za finansowaniem karetek, OIOM-ów i operacji ratujących życie, ale tylko w przypadkach krytycznych, gdy liczy się czas reakcji, czego modelowym przykładem jest wypadek komunikacyjny. Natomiast od pozostałych można się ubezpieczyć.

      A szukam różnych rozwiązań, bo naczytałem się i nasłuchałem masy ideologicznych manifestów, to z prawej flanki, ciut z lewej i każdy z nich ma (nie)stety trochę racji. ;]
      Próbuję więc na bieżąco tworzyć i swój manifest. A że nie jestem blogerem, to wykorzystuję akurat roboczo swoje forum o telefonach. :P http://tnij.org/projektutopia

      Usuń
  6. Kiro, to co napisałaś w pierwszym komentarzu to zwyczajnie nie prawda. Z wpisu Staszka nigdzie nie wynika że on kazałby kobietom pracować, zabroniłby itp. To jest po prostu jego pogląd że mężczyzna powinien pracować, jego droga życiowa. Raczej nikt kto ceni sobie rozwiązania wolnościowe nie zabroniłby ani nie narzucił nikomu takich rozwiązań. To nie znaczy że nie ma prawa mieć własnych poglądów, wg nich żyć i tak dobierać sobie partnerkę.

    Co do kwestii ekonomicznych i dzieci, to ma to jednak naprawdę ogromne znaczenie. Większości współczesnych małżeństw ani nie stać żeby jedno nie pracowało (wszystko jedno już które) ani nie stać na kilkoro dzieci bo to poważny koszt.
    Oczywiście mówimy tu o ludziach rozsądnych, którzy rozumieją, że lepsza dwójka która będzie żyć na pewnym poziomie niż głodująca ósemka.

    OdpowiedzUsuń
  7. Nigdzie nie piszę, że Autor chciałby zabronić czegoś kobiecie. Skąd ten wniosek? Dziwię się, że nie chce dać wyboru MĘŻCZYŹNIE. Skoro umieszcza takie poglądy w sieci, to ja się do nich odnoszę. Dość mało "wolnościowe" podejście: oceniać wybór stylu życia. Oczywiście każdy ma do tego prawo, ale jeśli upublicznia swoje opinie, to może spotkać się z krytyką. Gdyby takie poglądy napisała osoba konserwatywna do bólu, pewnie bym zmilczała... ale że Autor dał się poznać jako wolnościowiec... No chyba, że się mylę. :)

    Nie twierdzę, że pieniądze nie mają znaczenia, . Ale zważ na to, że to nie bogaci celują w rozrodczości. ;) Dlaczego o tym piszę? Ponieważ WYDAJE mi się, że często osoby narzekające na wpływ dzisiejszego systemu na demografię nie biorą pod uwagę przemian obyczajowych. Ja jestem za prawem wyboru dla każdego! I za zmniejszeniem socjalu do minimum, za wolnym rynkiem, kurczę, to wszystko jest piękne! Ale błagam, kiedy czytam, że kobiety chciałyby wrócić do domów i wychowywać dzieci, pozostając CAŁKOWICIE na utrzymaniu męża, to uznaję to za fantazjowanie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Kira
      Eee tam, "nie chce dać wyboru MĘŻCZYŹNIE" - po prostu nie napisał, bo to oczywista oczywistość.

      "Nie bogaci celują w rozrodczości" - ano, w przyrodzie mnożą się na potęgę osobniki najlepiej przystosowane do warunków środowiskowych, a te gorzej przystosowane - wymierają. W naszych warunkach mnożą się beneficjenci systemu opieki socjalnej, czyli ludzie najsprawniej wycyganiający zasiłki, przy minimum strat własnych.
      Taka dewolucja.

      Zastanawiam się wobec tego jak świat się w ogóle rozwija, bo powinien zdegenerować się do stada debili (i wymrzeć z braku zasiłków).

      A czego chciałyby kobiety?... To pytanie z dawien dawna jest nie do ogarnięcia przez nas - chłopów. Możemy jeno domyślać się, że wolałyby mieć zaradnych mężów, a nie jakieś pierdoły; wolałyby aby mąż zapewniał im stabilizację i spokój, a nie przepijał całej kasy z koleżkami; wolałyby zapewne chodzić do pracy z kaprysu i dla satysfakcji, a nie bo nie ma co do gara włożyć...

      Możemy sobie dywagować na te tematy do woli, ale prawda jest taka, że z jednej pensji budżet się nie zapina i tyle. Jakby się zapinał, to moglibyśmy zastanawiać się na temat wolności, wyborów, dążeń i aspiracji, a tak, to nie ma co chrzanić, bo jutro trzeba na 7. do roboty! (póki jeszcze jest jakaś robota); czego sobie i Państwu życzę.

      Usuń
  8. Osobiście nie lubię jak zajmujesz się moralizowaniem Staszek, głoszeniem jedynie słusznej społecznej prawdy ( a tak zabrzmiało "facet pracować musi, kobieta lepiej, aby tego nie robiła, no chyba, że się uprze. Kiedyś to było jasne, że tylko facet utrzymywał rodzinę- na marginesie kiedy i w jakich warstwach społecznych?) To Ci bardzo dzieli czytelników.
    Troszkę błędne koło:
    1. Niektóre kobiety "niezmuszane" do pracy zajmą się domem rezygnując z mało rozwijającej, ciężkiej pracy.
    2. Zwolni się wiele nieciekawych etatów, które mimo dużego bezrobocia nie zostaną ot tak zapełnione
    3a. Albo spowoduje to zamknięcie wielu firm, które nie będą miały pracowników= ograniczenie konkurencji (np poprzez zanik dyskontów) o tych źle zarządzanych firmach nie wspomnę.
    3b. Albo firmy poprawią pensję i atmosferę w pracy, co przyciągnie nowe osoby, ale cena usług wzrośnie.
    4. Kobiety będą jedynie konsumować owoce pracy męża, którego pensja po nagłym wzroście będzie się dewaluować średnią pensją w kraju i podwyższać premiami, podwyżkami aż do jakiegoś optimum.
    5. Konsumpcja więc nie spadnie, jednak produkcja jak najbardziej, co wpłynie na ceny usług.
    6. Tak więc w tej sytuacji (kobieta zajmuje się domem) przeciętny facet nic nie zyska, albo nawet straci, kobieta zyska, i jedynym plusem będzie to, że z definicji państwo straci najwięcej.
    5. Kobiety z pokolenia na pokolenie będąc coraz bardziej przyzwyczajanie na nowo do postawy "jak nie chcę, to nie muszę"- nie będą znały wartości pracy, a jedynie ich wartość konsumpcyjną, której pewien pułap będzie przez nie wymagany (by "godnie" żyć) i dojdziemy do chorej sytuacji jak w Hongkongu, gdzie nie istnieje miłość. Małżeństwo to transakcja a mężczyzna bez dobrego samochodu, ładnego własnego mieszkania, bardzo dobrze płatnej pracy i dużych oszczędności nie ma co uderzać w podryw. Zainteresowana dziewczyna zanim pozna jakim jest człowiekiem sprawdza jego zaplecze fiskalne i ew wtedy da mu szansę. Połączmy to jeszcze z absolutną władzą rodzicielską i powrócimy do iście najlepszych wartości kapitalizmu - kupowania sobie żony od jej ojca.

    pozdrawiam
    Kage

    OdpowiedzUsuń