wtorek, 26 lutego 2013

Kapitalizm a monopol

Bardzo często spotykam się ze zdaniem, że istnienie monopoli to efekt działania kapitalizmu. Przekonanie to wynika z całkowitego braku zrozumienia czym jest kapitalizm. Jest dokładnie odwrotnie. To właśnie w kapitalizmie zaistnienie prawdziwego monopolu jest niemożliwe.

Najczęstszym błędem jest stwierdzenie, że w kapitalizmie wielka korporacja może przekupić polityków, by wprowadzili sprzyjające im prawo, licencje, by odebrać innym firmom możliwość konkurowania z nimi. Kapitalizm tymczasem z definicji jest oparty na swobodnym obrocie towarami i usługami. Swobodnym, zatem nie regulowanym z zewnątrz przez polityków i przez państwo. Nie ma czegoś takiego jak licencje, prohibicja, ceny minimalne, płaca minimalna, ani inne regulacje, które dziś uprzykrzają nam życie. Zatem nie ma nic, co przekupiony polityk mógłby zrobić, by korporacji "pomóc", bo nie ma do tego narzędzi. Równie dobrze ten "kapitalista" mógłby przekupić kiełbasą psa, żeby zagrał na klarnecie.

Oczywiście może zaistnieć sytuacja, gdy na wolnym rynku istnieje tylko jeden dostawca pewnej usługi, ale to jeszcze nie jest prawdziwy, trwały monopol. Będzie to wprawdzie "monopol" według niektórych definicji, ale tylko teoretycznie. W praktyce będzie zaś posiadał te cechy, które obserwujemy w przypadku konkurencji kilku usługodawców. Już wyjaśniam:

Konsument, przy wyborze towaru lub usługi kieruje się pewnymi kryteriami, takimi jak cena, jakość, prostota i bezpieczeństwo obsługi, itp. One składają się na "atrakcyjność oferty". Najczęściej jest tak, że na rynku istnieje kilku usługodawców w pewnej dziedzinie, posiadających różne oferty. Jeden oferuje wyższą jakość za trochę wyższą cenę, drugi ma ofertę trochę tańszą, ale trochę gorszej jakości, trzeci dużo tańszą i dużo gorszej jakości, czwarty oferuje usługę drogą i kiepską, ale pani w reklamie ma ładne nogi. Między tymi ofertami musi się utrzymywać względna równowaga "plusów" i "minusów". Jeżeli tylko któraś z ofert będzie wyraźnie gorsza od innych (droga, kiepska, a w reklamie brzydki pan), to przegra "wyścig o klienta" i odpadnie.

Zatem, aby utrzymać się na rynku, przedsiębiorca musi dążyć do przedstawienia jak najbardziej atrakcyjnej oferty. Bo jeśli można coś zrobić lepiej lub taniej, a on tego nie zrobi, to zrobi to ktoś inny, zyskując tym samym przewagę. Na rynku, na którym nie ma koncesji, cen minimalnych i innych środków faworyzowania "wybranych", jedyny sposób, by stać się "monopolistą" to przebić ofertę konkurencji i to znacznie. Jeśli jestem w stanie robić coś dużo szybciej, lepiej i taniej niż inni, to znaczy, że robię coś bardzo dobrze. A moją wygraną za robienie czegoś dobrze jest właśnie to, że konsumenci korzystają tylko z mojej oferty.

Ale czy taki "monopol" to coś złego? Oczywiście, że nie, bo konsumenci dostają dokładnie to czego chcą - gdyby tak nie było, to moja oferta nie wyeliminowałaby konkurencji. Nikt nie będzie płakał za ofertami, z których nie korzysta. To jest "monopol" najlepszej oferty, zatem najlepszy z możliwych dla konsumenta, stojący w opozycji do takich monopolistów jak PKP, czy Poczta Polska, którzy są monopolistami "z nadania". Oni mogą sobie pozwolić na obniżanie jakości i nieuzasadniony wzrost cen, słowem - pogarszanie oferty, bo ich status monopolisty nie jest zagrożony.

Czy na wolnym rynku monopolista może pozwolić sobie na pogorszenie oferty, czyli "opuszczenie gardy"? Nie. On musi cały czas polepszać swoją ofertę. Jeśli "wyeliminowałem" już konkurencję, to muszę cały czas trzymać rękę na pulsie. Kiedy tylko pojawi się możliwość żeby robić coś lepiej i taniej, to ja muszę tę możliwość wykorzystać. Bo moja konkurencja nie śpi. Jaka konkurencja? - ktoś zapyta - przecież została wyeliminowana. Tak, została - ale tylko z rynku. To że aktualnie jej sprzedaż wynosi zero, to nie znaczy że jej nie ma.

Jest, ale zimuje i czeka na moje potknięcie, czeka aż "opuszczę gardę". To mogą być dawni właściciele firm, które byłem wyeliminowałem, którzy podjęli tymczasowo jakąś inną pracę, by przeczekać, to mogą być zupełnie nowi przedsiębiorcy, czekający na okazję "wbicia" się w rynek, to mogą być studenci, którzy mają głowy pełne nowych, rewolucyjnych pomysłów. I ja muszę przed nimi cały czas uciekać, bo jeśli choć na chwilę zwolnię kroku, to oni włączą się do wyścigu przedstawiając ofertę lepszą lub choćby porównywalną z moją.

Dopóki każdy może przyłączyć się do wyścigu, to ten wyścig trwa. Nie ma prawdziwego monopolu tam, gdzie w każdej chwili na rynek może wejść nowy gracz. Jedynym sposobem na stworzenie prawdziwego, "złego" monopolu jest wyeliminowanie tej możliwości. A zrobić to można tylko tworząc sztuczne ograniczenia w trybie urzędowym. Ale to już nie jest wówczas wolny rynek, to już nie jest kapitalizm.

10 komentarzy:

  1. Co sądzisz o tym co robi TOYA, przynajmniej w Łodzi.

    Istnieje dużo osiedlowych sieci udostępniających kablówkę i internet za rozsądną cenę. Na osiedle wchodzi TOYA z ofertą dumpingową bo jako że jest to duża firma to stać ich na dopłacanie do biznesu w danym miejscu przez rok czy dwa. Osiedlowe sieci padają i znikają z mapy. Jak tylko znikną to co robi TOYA? Podnosi ceny i to dość znacznie.

    Już nie mówiąc o tym że ostatnio wkopali światłowody nie tylko na osiedlach domków jednorodzinnych, ale i w okolicy Łodzi, tam gdzie zagęszczenie jest jeszcze mniejsze. Kto dał kasę? Unia dała kasę... O ile na obrzeżach oferta może się wydawać atrakcyjna (umiarkowane ceny i pewność łącza a nie radiowe dziadostwo...) to w innych miejscach TOYA robi z siebie monopolistę bo może. Potem małe sieci już nie powstają.

    Może to jest problem... bo założenie firmy jest w tym kraju utrudnione.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. TOYA nie może wiecznie do interesu dokładać. Raz rzuci ceną poniżej kosztów później musi sobie odbić. Ale nie może podnieść ceny za bardzo bo hamuje ją oferta TP S.A. czy Netii, nie mówiąc o dostawcach mobilnych typu Plus czy Cyfrowy Polsat. Strategia cen dumpingowych się sprawdza w walce z konkurencją do puki nie wyrośnie w jednym czasie 6 małych firm rozproszonych geograficznie. Podsumowując jak dla mnie jest to zdrowa sytuacja.

      Usuń
  2. Anonimowy wcale tak nie jest jak mówisz. Bo to nie jest żaden monopolista. Zawsze można wziąć internet z netii czy TP ale jest on zasadniczo jeszcze droższy wiec taka TOYA moze potem (po okresie cen dumpingowych) podbijac ceny tylko do pewnego poziomu. Zresztą branża o której mówisz nie ma wysokiego progu wejścia, więc ceny dumpingowe w ogóle tam nie działają.
    O cenach dumpingowych dyskutuje się tylko w branżach o wysokim progu wejścia na rynek, a i tam ciężko stwierdzić czy naprawdę zadziałają i czy naprawdę są szkodliwe dla całości gosodarki. Zresztą w ogóle ceny dumpingowe to jest bardzo śliski temat. Jak odróżnić ceny dumpingowe od promocji ?

    OdpowiedzUsuń
  3. Unia dała kasę? No widzisz...

    OdpowiedzUsuń
  4. Niestety, sprawa nie jest tak prosta jak opisuje SzH, ale suma summarum i tak wychodzi, że lepiej jak państwo od monopoli trzyma się z daleka.

    Naturalne monopole istnieją, nie tylko tam, gdzie państwo stawia bariery formalne. Istnieją różne bariery wejścia do sektorów - najprostszym przykładem będą bariery dostępu do surowców (np. energetycznych) albo dostępu do technologii (i to nawet nie chodzi o patenty). Poza powyższymi warto podkreślić sektory, w których występują dodatnie efekty skali - co oznacza, że duża produkcja jest bardziej efektywna kosztowo i firma, która zdobędzie wysokie udziały rynkowe uzyskuje przewagę nad innymi (skrajnymi przykładami będą dostawcy elektryczności i wody - budowa sieci przesyłowej jest droga, ale po pewnym momencie koszt na jednego abonenta jest bardzo mały).

    Nieprawdą jest też, że gdy monopol powstaje w sposób naturalny i nie ma barier prawnych we wchodzeniu do sektora - to monopolista będzie działał tak jakby monopolem nie był. Producent osiągający efekty skali będzie miał niskie koszty, ale to nie przełoży się na ceny, bo ryzyko wejścia konkurenta jest niewielkie. Potencjalny nowy gracz zanim wejdzie do sektora uwzględni w kalkulacji, że monopolista może obniżyć ceny i efekcie podejmie inwestycję tylko wtedy, kiedy inwestycja nie będzie zbyt duża a zakupione aktywa będzie można w łatwy sposób spieniężyć (czyli gdy nie są specyficzne i nie tracą wartości). W innych przypadkach sama groźba obniżenia przez monopolistę cen już jest wystarczającą barierą wejścia do sektora.

    To tyle gwoli ścisłości - bo SzH zbytnio uprościł sprawę i w ten sposób naraża się na uzasadnioną krytykę. A jednak ekonomia poszła do przodu i przez ostatnie 60 lat dobrze przebadała konsekwencje takich uwarunkowań i zgodnie ze współczesną wiedzą należy powiedzieć, że antytrustowa polityka państwa przynosi więcej szkód niż pożytku.

    Regulacje antymonopolistyczne można by uzasadnić jedynie w odniesieniu do krótkiego okresy - kiedy faktycznie analiza wykazuje, że monopolista przejmuje nadwyżkę ekonomiczną, przyczyniając się do obniżenia ogólnego dobrobytu. Ujęcie statyczne jest jednak czymś czego w ekonomii powinniśmy unikać, a regulacje antymonopolistyczne mają w długim okresie skutki negatywne.

    Po pierwsze: wielkość nadwyżki przechwytywanej przez monopolistę stanowi impuls dla innowacji dla innych graczy zainteresowanych sektorem. Rentowność dużych operatorów telekomunikacyjnych w erze "druta" przyczyniła się do tego, że opłacało się inwestować w rozwój technologii bezprzewodowych, które w wyniku tych prac są tańsze i lepsze.

    Po drugie: monopole mają tendencję do samodestrukcji. Wysoka rentowność rozleniwia. Dużym podmiotem trudno się zarządza, a przy wysokiej rentowności struktury się rozrastają i maleje przedsiębiorczość w organizacji. To prowadzi do dużej niestabilności wewnętrznej monopolu i w dalszej konsekwencji do tego, że może on przegrać walkę z nowym graczem wkraczającym do sektora (mimo teoretycznie gorszej pozycji pretendenta).

    Po trzecie: regulacje antymonopolistyczne są niebezpiecznym precedensem. Państwo nie powinno wkraczać w działalność przedsiębiorstw - jeśli pozwolimy im to robić w jednym miejscu, zaraz zgodnie z prawem Parkinsona będą wpychać się w kolejne działki. Zacznie się od regulacji monopolu, potem będą nadzorować fuzje na rynku, potem czy nie ma zmów cenowych itd.

    Dottore

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powiem szczerze że komentarz napisany bardzo profesjonalnie. Jest jednak jeszcze jeden przypadek który należy wziąć pod uwagę. Duży monopolista może używać środków walki z konkurencją innych niż lepsza oferta (nie wykluczając fizycznej eliminacji władz konkurencyjnej firmy). Co więcej w przypadku gdy monopolista dysponuje większym majątkiem, siłą ognia lub lepszą technologią niż państwo pojawia się poważny problem co z tym zrobić. Sytuacji takiej dawno nie było i raczej nie prędko się pojawi jednak w końcu to nastąpi a ja osobiście nie widzę jej rozwiązania.

      Usuń
    2. A wiesz, że duże firmy zatrudniają trolli internetowych do szkalowania konkurencji? ;)

      Glassius

      Usuń
  5. Bardzo fajny wpis, równie chętnie przeczytam kolejny - uzupełniający ;-) Staszku poszedłeś tym razem trochę na łatwiznę omawiając wybraną część problemu. Nie chodzi mi oczywiście o to co piszą przedmówcy, bo do spraw kryminalnych potrzebny jest skuteczny wymiar sprawiedliwości a nie urząd antymonopolowy.

    Chodzi o to, że opisany przez Ciebie model funkcjonuje w odniesieniu do rynków, gdzie nie ma bariery wejścia lub jest ona niewielka. Będzie to doskonale pasować do przysłowiowego piekarza, który wygryzł konkurencję dobrymi i tanimi bułeczkami. Nie idzie tej logiki jednak tak gładko rozciągnąć na przypadki, gdzie możliwości pojawienia się konkurenta są ograniczone. Przykładowo: nowy dostawca energii ma dużą barierę wejścia na rynek, bo musi wybudować kosztowną infrastrukturę, nowy operator telefonii komórkowej musi uzyskać dostęp do ograniczonego zasobu jakim są częstotliwości (a te już mogły się skończyć - zostały wyprzedane) itp. Potencjalny konkurent jest też przecież świadomy tego, że monopolista będzie reagował. Załóżmy, że obecny monopolista sprzedaje usługę po horrendalnej cenie 50zł/jednostka, gdzie rozsądna cena to 5zł/jednostka. Czy nowy zawojuje rynek sprzedając to samo 10 razy taniej, po 5zł/jednostka? Nie, bo zanim nowy skończy budować infrastrukturę, stary doraźnie obniży ceny do 3zł/j, poczeka aż nowy upadnie i wróci na 50zł/j. Potencjalny konkurent spodziewa się takiej reakcji, więc nie może założyć, że będzie zdobywał klientów sprzedając 20% taniej, po 40zł/j. Musi założyć, że wojna cenowa ustawi ceny na właściwym poziomie 5zł/j, a walka o klientów będzie trudna. A to już powoduje, że inwestycja jest nieopłacalna, więc nikt nie przeszkadza monopoliście spokojnie łupić ludności stawką 50zł/j.

    Tak więc, w wielu biznesach monopolista ma na prawdę gigantyczny margines nonszalancji, przykładowo w przypadku dostarczania energii może być to dopiero koszt produkcji energii z własnego wiatraka czy generatora spalinowego. I w takich właśnie sytuacjach, z bardzo wysoką barierą wejścia, urzędy antymonopolowe mają swoje uzasadnienie.

    Tak więc podnosimy poprzeczkę i teraz, Staszku, czekam na kolejny tekst! ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A mi trudno sobie wyobrazić jakiś dział gospodarki, gdzie nie dało by się wejść z czymś nowym.

      Przykładowo energetyka po uwolnieniu cen zaczęła by stymulować rozwój nowych technologii pozyskiwania energii. Gdyby ceny za 1 kWh były wolne i były w okolicach 3-5zł, to pewnie okazało by się, że już dawno byśmy w domu posiadali bardzo energooszczędne urządzenia w domu. Zwykła żarówka była by tylko w muzeum i nie potrzeba by było do tego specjalnej ustawy w unii europejskej. A na każdym dachu pewnie były by kolektory słoneczne lub i inne wynalazki o których nawet nam się nie śniło.

      Odgórna regulacja tylko szkodzi, i zaburza przepływ kapitału kierując go do niewłaściwych działów gospodarki.

      Usuń
    2. Gdyby ceny energii były wolne to byłyby w granicach 30-50 złotych a ceny żarówek energooszczędnych i panedli solarnych byłyby takze odpowiednio wyższe, niż teraz, ponieważ wzrozt cen energii generowałby takze wiekszy popyt na żródła alternatywne oraz podnosił koszt wytwarzania tych żródeł.

      Usuń