czwartek, 10 lutego 2011

Edókacji C.D.

Zjawiskiem, które wprost wynika z poprzednio omówionych problemów jest prosty fakt, że na studia obecnie dostać się może każdy matoł i skończyć też je może większość z nich. Skutkuje to co roku wypluwaną nową porcją idiotów z dyplomem, którzy są tak samo głupi, jak przed studiami, między którymi ze świecą można szukać ludzi, którzy faktycznie zasługują na tytuł.

Brakuje rąk do pracy, spawaczy, elektryków, ale magistrów mamy nadprodukcję. Niech więc nikt nie będzie rozgoryczony, że po studiach zarabia dwa tysiące miesięcznie, a jego sąsiad hydraulik kosi tyle w tydzień, jak sobie weźmie piątek wolny. No ale ktoś musi na te studia zarobić.

Musi to prowadzić do dewaluacji wszelkich tytułów naukowych. Dzisiejszy magister mniej znaczy niż przedwojenny maturzysta. Zresztą bardzo jestem ciekaw ilu dzisiejszych magistrów, ba, doktorów zdałoby przedwojenny egzamin dojrzałości.

I stąd też się bierze problem drugiego kierunku studiów. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu nikomu by do głowy nie przyszło brać drugi kierunek, bo jeden wystarczył, żeby nie mieć najmniejszych problemów ze znalezieniem dobrej pracy. Drugi kierunek był marnowaniem czasu, który można spożytkować na zarabianie pieniędzy. Ale nie dziś. No bo skoro każdy matoł może mieć dyplom, to żeby zaimponować potencjalnemu pracodawcy, warto mieć dwa, nieprawdaż? Skoro pojęcie jakości zanikło, to trzeba iść w ilość.

Drugim problemem jest marnotrawstwo tych pieniędzy. Zamiast płacić bezpośrednio szkole, podatnik płaci przez Urząd Skarbowy, MinFin, MinEd, a tam są urzędnicy, którzy też muszą za coś żyć. Często lepiej niż wykładowcy. Moja dawna uczelnia trzyma się dobrze, ale tu i ówdzie farba odpada, drzwi skrzypią, zaciek na suficie, sprzęt stary. Nie w urzędzie. Ilekroć załatwiam jakieś formalności, witają mnie szklane blaty, gładko pomalowane jasne ściany, nowiutkie komputery na każdym stanowisku, również na tych wiecznie pustych. Gołym okiem widać, gdzie jest wąskie gardło dla pieniędzy. Wystarczy porównać państwowe szkoły, przychodnie, dworce, komisariaty i URZĘDY.

No i oczywiście sprawa najważniejsza, a zarazem oczywista. różne partie ciągle mówią o tym, że jak studia będą prywatne, to ludzi nie będzie na nie stać. Zaraz, zaraz! To ja teraz płacę na studia I urzędników, a jak będę płacił tylko na studia, to nie będzie mnie stać? Niech mi odbiorą bezpłatne studia, oddadzą tę część podatku, która na to idzie, a ja już sobie poradzę. Problem jedynie w tym, że ani im się śni.

To co jest teraz robione, czyli podnoszenie podatków przy jednoczesnym obcinaniu świadczeń, to jest zwykłe złodziejstwo. Dla naszego dobra oczywiście.

Ciąg dalszy

środa, 9 lutego 2011

Edókacja

W piątek sejm uchwalił nowelizację prawa o szkolnictwie wyższym, o czym dowiedziałem się ze strony Polskiego Radia. Wprowadza ona między innymi:

a. opłatę za drugi kierunek studiów (krok w dobrym kierunku, ale bardzo niewielki),

b. model finansowania uczelni w zależności od jakości kształcenia (całkowicie zbędny),

c. większą autonomie programową (nieodzowną, by b. mógł zadziałać),

d. ograniczenie "wieloetatowości" nauczycieli (jednoznacznie i bezwzględnie złe!)

Dyskusji tej w ogóle nie byłoby, gdyby studia były płatne i PRYWATNE!

A.
Zacznę od obalenia pewnego mitu. Państwowe studia płatne. Uczelnie nie działają charytatywnie. Proszę sobie wyobrazić, że nauczyciele POBIERAJĄ pensję. Problemem nie jest więc opłacanie studiów, bo to jest bezsporne, tylko sposób, w jaki jest ono dokonywane.

Złe jest to, że płacą za studia wszyscy, nie tylko zainteresowani. Podobnie jak rzecz się ma z abonamentem telewizyjnym (mam telewizor, ale używam go tylko do gier wideo - nie szkodzi, i tak muszę płacić na TVP), albo z PKP (nie jeżdżę pociągami, ale w podatkach utrzymuję ten moloch).

Tak też i tutaj. Osoba, która po zawodówce od razu idzie do pracy, musi ze swojej pensji utrzymywać rówieśników, którzy postanowili kontynuować naukę. Tylko że on nie ma z tego żadnej korzyści, zaś koledzy, na których łoży (pod przymusem, ma się rozumieć) owszem. W przeciwnym razie nie szli by na studia.

Wyobraźmy sobie dwie rodziny. W jednej jest trzech zdrowych synów i każdy z nich studiuje. W drugiej też jest trzech synów, tylko że najmłodszy jest przewlekle chory. Dwóch starszych pracuje by pomóc rodzicom opłacić leki i rehabilitację dla brata. Nie mają czasu na studia. Zasuwają przy łopacie, aż się kurzy. A mimo to, ta rodzina płaci na państwowe uczelnie więcej niż ta pierwsza, bo na ten cel opodatkowane są aż cztery osoby! Czy to jest uczciwe?

Poza tym płacenie za studia z własnej kieszeni ma jeszcze jedną ważną funkcję. Motywuje do rozsądnego wyboru. Jest wszak inwestycją. Kandydat na studia z większą rozwagą podejmuje decyzję, co do kierunku. Darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda, ale jak już się płaci, to trzeba się dowiedzieć, co po takich studiach można robić, jaki jest rynek i ile płacą. Na pytanie  "Dlaczego idziesz na filozofię?" już nikt wtedy nie odpowie "Bo Wojtek tam studiuje i mówi, że fajnie."

Nawet jeszcze lepiej - przewiduję, że w takiej sytuacji sporo osób, zanim podejmie studia np. architektoniczne, pójdzie do pracy jako asystent, czy kreślarz, żeby zobaczyć, czy branża mu odpowiada i czy widzi się w niej za kilka lat.

Kandydat nie tylko dobrze zastanowi się, jaki kierunek wybrać, ale czy w ogóle iść na studia. Jeśli jestem bystry i wiem, że sobie poradzę, to opłaca mi się zainwestować. Ale jeżeli mam wątpliwość, jeżeli ledwo co przebrnąłem przez maturę na trójkach, to już się zastanowię. Co jeśli wydam na studia, a po dwóch latach mnie wywalą? Stracę tylko pieniądze. Może lepiej dać sobie spokój i zatrudnić się jako prezenter TVP?

Obecnie tempo nauczania dostosowywane jest do największych matołów w grupie. Sale wykładowe są przepełnione i nie ma warunków na rozsądną dyskusję tam, gdzie rozsądny jest profesor i może z tuzin studentów, a na sali oprócz nich jest jeszcze drugie, trzecie, albo i piąte tyle bałwanów.

A jeśli uczelnia odsieje tych, którzy na studia idą "bo się należy", jeśli odsieje tych, którzy tak naprawdę nie wiedzą co i po co robią i odsieje tych, którzy po prostu nie mają zdolności, cierpliwości i systematyczności, potrzebnych na studiach, to wtedy ci zdolni, którzy pozostaną, będą mieli bardzo przyzwoite warunki do nauki. Na takie studia opłaca się wydać pieniądze.

Ciąg dalszy

Ogłoszenia Rapafialne.
Zgodnie z sugestią anonimowego komentatora dodałem możliwość prenumeraty moich wpisów. Guzik jest na górze po prawej stronie. Może to ułatwi śledzenie, bo nie pisuję tak regularnie, jak niektórzy blogersi. Zapraszam też do zapisywania się w okienku "obserwatorzy". Będzie mi miło zobaczyć nowe twarze. I pamiętajcie - zbliżają się wybory - podrzucajcie moje posty i filmiki, a także innych kolibowych autorów przyjaciołom i rodzinie. Jeśli każdy z nas przekona choć jedną osobę, to będzie nas dwa razy więcej.

poniedziałek, 7 lutego 2011

Ząb, zupa, dąb.

Trochę humoru.

Właśnie czytam na Onecie artykuł na temat zębów mądrości. Notka ta nie pozostawia żadnej wątpliwości co do związku „ósemek” z mądrością. Do refleksji skłonił mnie już sam tytuł:

Kłopotliwy narząd człowieka powoli zanika

Artykuł oprócz oczywistych stwierdzeń:

Często rosną niewłaściwie lub nie wyrastają do końca.

Zdaniem wielu naukowców ósemki, czyli najpóźniej wyrastające zęby, zwane zębami mądrości, to narządy szczątkowe człowieka, zanikające powoli w procesie ewolucji.

Zauważyć można również analogię z efektami oglądania telewizji i czytania reżymowych gazet. I oczywiście o konsekwencjach jakie może to nieść dla przyszłych pokoleń:

Są teorie naukowe mówiące, że nasze szczęki ulegają stopniowej redukcji, ponieważ jemy coraz bardziej przetworzoną żywność, która nie wymaga tak intensywnej pracy szczęk, a więc nasi potomkowie być może w ogóle będą pozbawieni ósemek. Już teraz wielu pacjentów nie ma zawiązków ostatnich zębów trzonowych - dodał.

Powyższe zdanie jest też całkowitym nonsensem z punktu widzenia ewolucjonizmu, ale nie o tym chciałem pisać.

Z praktyki dr Romana Borczyka z Kliniki Implantologii i Stomatologii Estetycznej w Katowicach wynika, że różnego rodzaju patologie związane z ósemkami ma aż 50 proc. jego pacjentów. W przypadku ok. 20 proc. pacjentów w ogóle nie wyrosły - bo nie było zawiązków lub zatrzymały się w kości, u 30 proc. wyrosły nieprawidłowo.
Mam podejrzenia, że powyższe liczby mogą być zaniżone.

Ale z naszym narodem nie jest na szczęście jeszcze tak najgorzej
- Polacy i tak przodują na mapie Europy w kwestii posiadania zęów mądrości. Na Zachodzie standardowo usuwa się wszystkie ósemki, które nie wyrosły prawidłowo do 16-18 roku życia, by uniknąć komplikacji w przyszłości.

sobota, 5 lutego 2011

www.hitlerowcy.pl

Kilka dni temu, minister kultury, p. Bogdan Zdrojewski zaproponował, by zmieniono nazwy stron internetowych muzeów na terenach dawnych obozów koncentracyjnych. Chodzi o zamianę ".pl" na coś innego. Bo końcówka .pl ma sugerować, że były to polskie obozy.

No dobrze, ale co z tego, że zmienimy końcówkę? Ja mam .com, czy przez to jestem mniej Polakiem, niż gdybym miał .pl? To jest tylko nic nieznaczący pryszcz w adresie. Ale dobrze, jak dla pana ministra to takie ważne, to ja pójdę jeszcze dalej.

Załóżmy więc, że muzeum zmienia sobie literki i w miejscu starego adresu pojawia się www.auschwitz.org.eu. Pojawia się nowy problem. Skoro zmieniliśmy tylko adres, to nadal wita nas strona z wyborem języka. Angielskiego lub polskiego. Niemieckiego niet.

Idąc tokiem pana ministra dochodzimy do wniosku, że obozy te są albo polskie, albo angielskie. Należałoby dodać niemiecką wersję. Tak jak na przykład na stronie obozu w Sztutowie. Tam jest nawet rosyjski. Ale o zgrozo, sztutowskie muzeum domyślnie otwiera się na polskim! Co sobie świat pomyśli? Z przerażeniem zamykam stronę.

Wracam do Oświęcimia. Klikam ikonkę Union Jack, by zachować pozory. Spokojnie czytam sobie artykuliki w języku angielskim. Ale koszmar zaczął się, gdy kliknąłem zakładkę "Contact". Mój Boże!!! Same polskie nazwiska! Ba! Polskie numery kierunkowe!

A co gorsza, te obozy znajdują się na terytorium Polski. Teraz już nigdy się z tego nie wytłumaczymy światu. W procesie norymberskim skazano niewinnych ludzi. No może trochę, mają swoją wersję językową w Sztutowie, ale za to, to dwa lata w zawiasach maks!

Celowo sprowadziłem wypowiedz ministra do absurdu, przejaskrawiając ją przy tym znacząco. To tylko po to, żeby łagodniej przejść do puenty.

Wchodzę na zakładkę Historia . Drugie zdanie jak wół mówi, przez kogo został utworzony i na terytorium jakiego państwa. Po angielsku też. Bo i po to jest ta strona, żeby człowiek mógł się z niej takich i innych rzeczy dowiedzieć.

Tak jest z ocenianiem książki po okładce. Czasem trzeba przeczytać trochę więcej niż tylko adres internetowy, żeby się czegoś dowiedzieć. Ale co się dziwić. Traktat lizboński tak samo czytali.

Równie dobrze mógłbym założyć stronę zdrojewski-najmadrzejszym-czlowiekiem-na-swiecie.il. Ale czy to mu doda rozumu, albo odejmie...?

czwartek, 3 lutego 2011

Na zdrówko!

 Bardzo ważnego, z punktu widzenia liberałów tematu dotyka posłanka Joanna Mucha w pochopnie autoryzowanym wywiadzie, który ukazał się w partyjnym biuletynie Platformy. Czyli publiczna służba zdrowia.

Temat to ważny dla liberałów o tyle, że z naszego punktu widzenia w ogóle nie powinien istnieć. Bo sama publiczna służba zdrowia nie powinna istnieć.

Zanim przeczytałem rzeczony wywiad w pełnym brzmieniu, to wnioskując z docierających do mnie stąd i zowąd jego fragmentów spodziewałem się raczej literackiego odpowiednika bigosu. Miło się rozczarowałem. Połowicznie. Pani posłanka opisała tam bowiem kilka bardzo trafnych spostrzeżeń. Remedium, które zaordynowała, jest już dużo mniej trafione, ale w stosunku do obecnej sytuacji nie zaszkodziłoby. Pogarszanie się stanu pacjenta najpewniej zostałoby spowolnione.

Co ciekawe, wszystkie z omówionych objawów można skutecznie wyleczyć tradycyjnymi metodami medycyny naturalnej. Czyli powrotem do leczenia prywatnego.

A oto co przeczytałem:

[...] pacjentowi można zrobić punkcję, można operację i można leczyć antybiotykami. Jeśli wycena tych świadczeń jest taka, że lekarzowi opłaca się operować to możemy być pewni, że liczba operacji wzrośnie, co niekoniecznie będzie najlepsze dla pacjenta.

To, jak kosztowna metoda leczenia zostanie wybrana, pacjenta nie obchodzi. Nie on płaci. Znaczy on, ale niezależnie od decyzji oskubią go tak samo, więc naturalnym jest, że chce zabieg najlepszy, najskuteczniejszy, najdroższy. Lekarz zaś, na zaleceniu droższego zabiegu zarobi abo tyle samo, albo więcej niż w przypadku tańszego, więc też będzie się skłaniał ku temu pierwszemu. Gdyby jednak pieniądze z kieszeni pacjenta szły bezpośrednio do lekarza, czy też szpitala to większość z nas już się zastanowi.

Pierwszym etapem zastanowienia się byłoby zdobycie u lekarza wyczerpującej informacji na temat każdej z metod, skuteczności, szans powodzenia, czasie rehabilitacji i całej masy innych danych z wszelkimi powiązanymi kosztami na czele.

Następnie, jeśli pacjent nadal nie czuje się przekonany, lub podejrzewa, że lekarz próbuje go naciągnąć na droższy zabieg, to bez problemu, jeszcze tego samego dnia może umówić się na spotkanie z innym specjalistą, lub nawet, jeśli jest ambitny, przejrzeć samodzielnie literaturę naukową - na pewno mu nie zaszkodzi.

I wreszcie podejmuje decyzję opartą o solidną informację. Ja płacę, więc ważę każdy grosz. I jeśli mi wyjdzie, że na jednej procedurze zaoszczędzę, dajmy na to, tysiąc złotych, ale będę musiał leżeć w domu o miesiąc dłużej, przez co nie dostanę jednej pensji, to wybiorę tę droższą.

I wtedy znika problem:

Tylko jaki jest sens wykonywania takiej operacji (biodra - SzH) u 85-latka, który nie chodzi i nie będzie chodzić, bo się nie zrehabilituje?

Bo wtedy to 85-latek decyduje. Jeśli uzna, że warto, to nie brońmyż mu tego. Zakładam, że wypowiedź ta nie była, jak niektórzy sugerują, sugestią wprowadzenie granicy wiekowej na pewne zabiegi, ale faktem jest, że obecnie lekarz, czy też urzędnik decydują, „kogo jeszcze warto, a kogo już nie”. I to jest złe. Decydować ma zainteresowany. A nie zainteresowani jego pieniędzmi.

Brakuje jeszcze jednej rzeczy, to jest monitoring, sprawdzanie NFZ. [...] Efekt jest taki, że czasami świadczeniodawcy potrafią sprawozdawać porody wykonane u mężczyzn

Chodzi o wprowadzanie dodatkowo do szpitali hordy urzędników, którzy po pierwsze oderwą lekarzy od łóżek i stołów operacyjnych, każąc wypełniać idiotyczne formularze, a po drugie, muszą być opłacani. Im ich więcej, tym mniej pieniędzy z naszych składek przeznaczonych będzie na niesienie rzeczywistej pomocy.

Obecnie kto inny płaci, a kto inny korzysta. Pacjenta nie obchodzi ile i za co płaci NFZ, a NFZ ma w nosie, czy pacjent poczuje się lepiej. Jeśli ta sama osoba, czyli każdy z nas będzie i płacić i wymagać, to wówczas żaden dodatkowy monitoring nie jest potrzebny. Z własnych pieniędzy nikt za fuszerkę nie zapłaci, a z „państwowych”, czemu nie? I niech teraz ktoś spróbuje wysłać facetowi rachunek za jego poród!

Następnie jest kilka słów o specjalizacji szpitali, z którymi całkowicie się zgadzam:

Polski pacjent jest przyzwyczajony do bardzo dużego komfortu, który polega na tym, że za każdym rogiem powinien być szpital .W każdym mieście powiatowym pełnozakresowy. A racjonalnie byłoby tak, że w każdym mieście powiatowym jest szpital z czterema, pięcioma najważniejszymi zakresami czyli interna, pewnie ginekologia...

Oraz już mniej zadowalające mnie rozwiązanie.

I można zrobić tak, że w jednym mieście mamy fantastycznie wyspecjalizowaną laryngologię, a w sąsiednim, 40 km dalej, okulistykę. Każdy szpital powiatowy będzie miał określoną specjalizację. Trzeba ułożyć bardzo trudną mapę, bo to wykracza poza województwo.

Po jakież licho ci biedni urzędnicy mają sobie nad tym głowy łamać i marnować nasze pieniądze? Prawdopodobieństwo, że stworzona „mapa” faktycznie będzie skuteczna i odpowiadająca potrzebom pacjentów jest słabiutkie. Zbyt wiele zmiennych – dojazd, częstość występowania chorób z konkretnej specjalizacji na danym terenie, całe mnóstwo danych, wykorzystanych jednorazowo.

Pozwólmy działać rynkowi. Jeśli oddział neurologiczny będzie nierentowny w Mińsku Mazowieckim, to go po prostu zamknąć i nie dopłacać. A wówczas Warszawa i Siedlce odnotują zwiększony popyt. Może nawet opłaci im się zatrudnić personel ze zlikwidowanego oddziału. A jeśli z drugiej strony zapotrzebowanie będzie wskazywało na rentowność takiej inwestycji, to szpital zarządzany przez kapitalistę otworzy nawet oddział specjalizujący się w chirurgii małego palca lewej stopy, jeśli tylko na tym zarobi.

I zdanie, które chyba wzbudziło najwięcej emocji:

[...] starsi ludzie przyzwyczajeni do traktowania wizyty u lekarza co dwa tygodnie jako rozrywki.

Ale taka jest prawda. Hipochondryków mamy na pęczki. Niektórzy od samego oglądania reklamy syropu zaczynają kasłać. A jak nieopatrznie jakaś gazeta napisze o epidemii dorszej grypy, to następnego dnia poczekalnie są pełne ludzi z kompletem objawów, które oczywiście w czasie samej wizyty łagodnieją lub ustępują całkowicie.

Dlaczego tak się dzieje? Bo „się należy”.

A oddajcież tym biednym ludziom pieniądze z ich składek, i niech sami wydzielają sobie pieniądze na wizyty. Wtedy człowiek się zastanowi, czy po każdym kaszlnięciu lecieć do lekarza, czy może chwilę się wstrzymać, wziąć cholinex, ewentualnie zmierzyć temperaturę, zanim wyda pieniądze na doktora. Gwarantuję, że w poczekalniach pozostaną tylko chorzy.

Tylko jedno niech będzie jasne, PRZESTAĆ LUDZIOM ZABIERAĆ PIENIĄDZE na NFZ! Niech będzie jasne, że prywatne leczenie, to nie, tak jak teraz, dodatkowa opłata. Tylko zamiast. I że zdrowie pacjenta w najmniejszym stopniu nie zależy od liczby urzędników, którzy są opłacani z jego składki.

A jak ktoś się boi, że go dopadnie droga choroba i nie starczy mu w ten sposób zaoszczędzonych pieniędzy, to niech się ubezpieczy, ale dobrowolnie i prywatnie. Będzie na pewno taniej i lepiej niż w NFZ.

Adekwatny film

Gdyby PO, sławiąca się niegdyś „partią liberalną” faktycznie poszła w deklarowanym kierunku, tych problemów w ogóle by nie było. Ale też nie byłoby z czym w bohaterski sposób walczyć, jakby powiedział nieodżałowany Stefan Kisielewski.

I na zakończenie podsumowanie. Również sformułowane przez uroczą panią poseł Muchównę. Nic dodać nic ująć.

[...] jeśli coś oferowane jest nam za darmo to mamy skłonność korzystać z tego ponad miarę. Przejawia się to zarówno w zbyt dużej w stosunku do potrzeb liczbie wizyt pacjentów, jak i z drugiej strony w tym, że lekarze nakłaniają pacjentów do częstszego korzystania z opieki zdrowotnej niż jest to potrzebne. Jeśli lekarz ma płacone za każdą wizytę, to zamiast przyjąć pacjenta dwa razy, przyjmie go cztery, sześć albo i więcej razy. Jeśli to pacjent kontroluje koszty, nie da się lekarzowi naciągnąć.

środa, 2 lutego 2011

Volenti non fit iniuria!


Jeżeli facet sam wlazł na dach
I skoczył, i do widzenia,
To kto zawinił, że przestał żyć?
Czy Grawitacja, czy Ziemia?

A nazwij bezdusznym mnie, ale ja
Od razu powiem, że facet.
Wszak wiedział dobrze, co stanie się,
A mimo to skoczył – that’s it!

A jeśli zabił człowieka drab,
Więc ścięto go, sukinsyna,
To kto zawinił, że stracił łeb?
Czy Sędzia, czy Gilotyna?

A nazwij nieludzkim mnie, ale ja
Od razu powiem: morderca!
Wszak wiedział dobrze, co czeka go,
Nie okazujmy mu serca.

I jeśli przypadkiem z dachu raz
Spadnie na kark jakiś człowiek,
To gdyby nie Grawitacja, to
Wszystko by stało na głowie.

wtorek, 1 lutego 2011

Kto kogo zabija?

Dziękuję za lekturę i komentarze. Cieszę się, że tak wiele osób bywa na moim blogu i co ważniejsze, że są to w większości osoby, które podzielają mój punkt widzenia. Ale mam też związany z tym apel. Proszę o podsyłanie mojego blogu nie tylko „naszym”, ale też „Babciom z Mławy”. Generalnie wszystkim, którzy chcą, żeby w Polsce żyło się lepiej, ale nie bardzo mają wizję jak to można osiągnąć i z wyborów na wybory miotają się między „jedynymi słusznymi wyborami”. Proszę też o kopniaki na wykopie. Na koniec podam listę sznurków.

Wszak nie chodzi tylko o to, bym ja pisał rozsądne rzeczy, a garstka rozsądnych czytelników kiwała głowami, że owszem, tak, jak najbardziej… Chcemy, by było nas coraz więcej, nieprawdaż?

A teraz dwa komentarze:

Waterfall792: To jedyny filmik od Staszka Z Halinowa z którym się nie zgadzam, bo nigdy nie byłem za jakimkolwiek zabijaniem.

Przyjąłem to jako pochwałę dwóch pierwszych filmów i, wbrew zamysłowi autora, tego trzeciego też. Dlaczego tak? Otóż drogi waterfallu792:

Wyobraź sobie, że jesteś kierowcą TIRa. Jedziesz sobie długą prostą szosą. Z daleka widzisz, jadącego z naprzeciw wariata – pędzi na złamanie karku i to w dodatku zygzakiem. I nagle tuż przed tobą zaczyna wyprzedzać ciężarówkę. On może tego nie widzi, ale Ty wiesz, że nie ma szansy, żeby się zmieścił, między nią, a tobą. Jedyną szansą dla niego będzie to, że Ty zjedziesz na pobocze, które jest szerokie, spokojnie się zmieścisz, nie ryzykując stoczenia się do rowu.

I do tej pory wszystko jest jasne. Zakładam, że każdy na Twoim miejscu tak właśnie by postąpił. Ale nie powiedziałem o jednym. Poboczem idzie pielgrzymka. I co teraz?

Co jest lepsze, żeby idiota zabił się przez własną głupotę, czy pozwolić, by przez tęże życie straciło kilka niewinnych osób?

To jest właśnie zamysł kary śmierci. Wybór mniejszego zła. Lepiej jest powiesić jednego zabójcę, który zabił, mając świadomość, co go za to czeka, niż pozwolić, by czując się bezkarnie zabijał niewinne osoby.

Problem w tym, że nikt nie widzi tej pielgrzymki.

Dlatego właśnie uważam, że jeśli jesteś przeciwny zabijaniu, powinieneś być za karą śmierci. Wszystkich i tak nie uratujesz, ale możesz wybrać czy uratujesz bandytę, czy dziesiątki, a może i setki niewinnych ludzi.

Bo bandyta ma w nosie to, że jesteś przeciwny.

grrreggae z kolei pisze: jezeli "wybrani" moga decydowac o zyciu lub smierci to dlaczego dzidek nie moze...?

Dwie sprawy: po pierwsze w ten sposób można obalić cały system sprawiedliwości:

Jeżeli wybrani mogą zamknąć kogoś w więzieniu, to dlaczego pan Fritz nie może?

Jeżeli policja może mi wystawić mandat, to dlaczego mafia nie może?

i tak dalej.

Po drugie: Wybrani nie decydują o życiu lub śmierci. Wybrani ustalają regułę „kto zabije zostanie zabitym” i pozostawiają Dzidkowi wolny wybór. To Dzidek decyduje o życiu swojej ofiary i swoim. Dopóki nie zabije, nic mu nie grozi, prawda?

I obiecane sznurki. mareq7427, ketta i waren umieścili moje filmy na wykopie - dziękuję - sam próbowałem, ale ciągle miałem problemy z rejestracją. I bardzo proszę znajomych właśnie tam kierować i samemu wykopywać, by upiec dwie pieczenie na jednym ogniu:



I oczywiście proszę nie zapomnieć o polecaniu bloga: krulpik.blogspot.com