środa, 31 października 2012

Kapitalizm a socjalizm

Krótka prezentacja podsumowująca czym jest socjalizm. Prosta treść w ciekawej formie - dowcipnie i dobitnie.


Jest to fragment dokumentu I want your money (Chcę waszych pieniędzy) z 2010 roku, który tłumaczy różnice między socjalizmem a kapitalizmem, porównując prezydentury Barucha Obamy i Ronalda Reagana. Warto przypomnieć przed wyborami.

poniedziałek, 29 października 2012

Licencja na rozmnażanie

We Włoszech odebrano rodzicom dziecko, gdyż uznano ich za zbyt starych na posiadanie dziecka (sznurek). O ile wiem włoskie prawo nie precyzuje jasno górnego wieku zostania rodzicem, zatem wyrok oparty jest jedynie na urzędniczym widzimisię. Sąd uzurpuje sobie prawo do decydowania o sprawach rodzinnych i decydowania kto może być rodzicem, a kto nie. Z niecierpliwością czekam, kiedy w Unii Europejskiej małżeństwo, nim zacznie starać się o potomstwo, będzie musiało uzyskać od urzędnika pozwolenie, tak jak obecnie na przykład na budowę domu.

Niesmak tej informacji potęguje karygodne uzasadnienie sądu:

Sąd ten we wrześniu 2011 roku uznał w uzasadnieniu wyroku, że dziewczynka, która przyszła na świat dzięki zabiegowi in vitro przeprowadzonemu za granicą, jest "owocem wypaczonego wykorzystania możliwości, oferowanych przez postęp w dziedzinie genetyki".

Samo sformułowanie takiej wypowiedzi jest idiotyczne i odrażające jednocześnie. A nawet jeśli faktycznie ta dziewczynka jest owocem wypaczonego wykorzystania możliwości, oferowanych przez postęp w dziedzinie genetyki, to czy przestanie nim być, gdy odbierze się ją rodzicom? Nie bardzo.

I głupsze:

Rodzice nigdy nie zastanowili się poważnie nad tym, że córka zostanie sierotą w młodym wieku.

Pomijając już nawet fakt, że jest to jawne włażenie z buciorami w cudze sprawy rodzinne, wypowiedź ta jest czystym absurdem. Oto bowiem sąd, chcąc uchronić tę dziewczynkę przed ryzykiem utraty rodziców w młodym wieku i adopcją przez obcych ludzi,  pozbawia tę dziewczynkę rodziców w wieku jeszcze młodszym i przekazuje ją do adopcji przez obcych ludzi. No ale w końcu dla dziwczynki będzie dużo lepiej jeśli osieroci ją urzędnik, niż gdy zrobi to Matka Natura, wszak on wie co robi - po to tam jest.

Kontynuacja tematu

piątek, 19 października 2012

Nieważne procedury, trzeba być domyślnym

W Częstochowskim szpitalu umarła ciężarna kobieta, która półtorej godziny czekała na karetkę, która miała ją przewieźć z jednego szpitala do innego. Szczegóły podaje Gazeta. Dyrektor pogotowia, jako winną wskazuje dyspozytorkę:

Jest wiele okoliczności tego zdarzenia. Natomiast po sprawdzeniu wszystkich dokumentów stwierdziliśmy, że w kwestii karetki na sto procent zawiniła nasza dyspozytorka - mówi dyrektor częstochowskiej stacji Leszek Łyko. - To dlatego, że ściśle trzymała się procedur.

Za samo stwierdzenie: ...na sto procent zawiniła nasza dyspozytorka, dlatego, że ściśle trzymała się procedur ten człowiek powinien wylecieć ze stanowiska.

To tak, jakby kierowca samochodu wjechał na czerwonym świetle na przejście dla pieszych, wytrącił przechodzącej po nim matce wózek z dzieckiem, zabijając je na miejscu, a policjant, przybyły na miejsce zdarzenia, wręczył matce mandat za to, że zbyt dosłownie potraktowała zielone światło dla pieszych.

Niepotrzebnie wdała się w ustalanie szczegółów. Stąd wzięło się to półtoragodzinne opóźnienie - mówi dyr. Łyko. - Z nagrań rozmów, jakie się odbyły między szpitalem a dyspozytorką, nie wynika do końca, jaki był stan pacjentki. Dlatego nasza pracownica nie uznała, że ma do czynienia z sytuacją zagrożenia życia. Ale też po przesłuchaniu nagrań doszliśmy do wniosku, że powinna to zrobić. Po rozmowach z lekarzem powinna domyślić się, że stan pacjentki jest poważny, i bezzwłocznie zadysponować wyjazd specjalistycznej karetki transportowej - tym bardziej że miała ją do dyspozycji. A nawet powinna złamać procedury i użyć karetki ratunkowej, która przywiozła kobietę na Mickiewicza. Wobec tego wszystkiego wyciągnąłem konsekwencje służbowe: dyspozytorka straciła u nas pracę.

To już nawet nie jest zwykła bezczelność. To jest kawał sukinsyna. Dyspozytorka została wyrzucona z pracy za wykonanie dokładnie tego, co było jej bezwzględnym obowiązkiem. Jest to ewidentny przykład szukania kozła ofiarnego. Ale i jest to najpodlejszy z przykładów, bo dyspozytorka nie tylko została zwolniona, ale też jej pracodawca na całą Polskę obwieścił, że jest ona winna śmierci pacjentki. Za sumiennie wykonywaną pracę teraz ma na karku prokuratora. A jeśli nawet zostanie uniewinniona, w co nie wątpię, to dla społeczeństwa nadal będzie zabójcą, jak to nieraz bywało.

I co to znaczy powinna domyślić się? Dyspozytorka nie jest od myślenia, tylko od ślepego przestrzegania procedur. Po to są te procedury, by nie było miejsca na zastanawianie się "co autor miał na myśli". To jest powtórka z Nangar Khel.

Jeśli ktoś ponosi odpowiedzialność za to zdarzenie, to tylko osoba, która procedury zatwierdziła. Nie znaczy to, że jest winna, albo że procedury są złe. Procedury są po to, by zminimalizować ryzyko takich wydarzeń, ale nie ma takiej możliwości, by je całkowicie wykluczyć. Cytowany przepis: karetka systemu - z ratownikami, jeżdżąca do nagłych wypadków - nie może służyć do transportu pacjenta z jednego szpitala do drugiego, który dyspozytorka miała według swojego przełożonego "złamać" wydaje się być bardzo rozsądnym przepisem i jestem przekonany, że stosowanie go zwiększa ogólną skuteczność pogotowia.

Ale nawet, gdyby był to przepis idiotyczny i powodował, że więcej ludzi umiera, niż jest ratowanych, to nie zmienia to faktu, że dyspozytorka nie miała prawa łamać obowiązującego ją regulaminu. Zwłaszcza w instytucji o takim charakterze jak pogotowie ratunkowe. Bo jeśliby w tym samym czasie ktoś inny potrzebował karetki i się jej nie doczekał, bo domyślna dyspozytorka posłała ją gdzieś indziej, to nikt nie oglądałby się, czy dzięki niej uratowano życie ciężarnej kobiecie, czy nie. Pan Łyko wówczas zapewne powiedziałby, całkowicie słusznie, że winę w stu procentach ponosi dyspozytorka, bo NIE przestrzegała procedur. I wówczas powinien ją wywalić na bruk, a ona powinna ponieść odpowiedzialność karną za śmierć chorego. W takiej sytuacji jak najbardziej.

A nawet, gdyby nikt przez to nie ucierpiał, to powinna wówczas zostać zwolniona dyscyplinarnie, po to, by inne dyspozytorki wiedziały, czym kończy się "domyślanie się". Tymczasem przekaz z tej historii jest zupełnie inny. Teraz, dzięki takim draniom, jak Leszek Łyko, dyspozytorki zaczną się "domyslać" i rozsyłać karetki wedle swojego widziimsię do "złamanych paznokci", powodując opóźnienia w przypadkach nie cierpiących zwłoki - w słusznej obawie o swoją pracę. Czy tego chce pan Łyko?Bo jeśli tak, to jest nie tylko sukinsynem, ale i sabotażystą.

Żałuję zmarłej, współczuję rodzinie i bliskim, i żywię wielką nadzieję, że dziecko, które zostało uratowane dzięki cesarskiemu cięciu, przeżyje i będzie zdrowe. Ale szukanie winnych wśród ludzi, którzy sumiennie i dokładnie wykonują swoje obowiązki, to podłość i antycywilizacja.

Co gorsze, takie podejście do sprawy jest bardzo powszechne, bo o ile komentatorzy powyższej informacji dostrzegają sedno problemu, to kilka miesięcy temu, gdy na Florydzie ratownik został zwolniony z pracy za pogwałcenie obowiązującego go regulaminu i narażenie życia osób, za których bezpieczeństwo był odpowiedzialny on i zatrudniająca go firma, nie brakowało bardzo ostrych słów krytyki pod adresem jego pracodawcy (sznurek).

niedziela, 14 października 2012

Paraedukacja

Ostatnio w Internecie pojawiły się dwie informacje, o bardzo zbliżonym znaczeniu. Pierwsza to wiadomość o kobiecie, która nie została przyjęta na Uniwersytet Teksasu, z uwagi na biały kolor skóry - szkoła przyjęła kolorowych kandydatów o gorszych wynikach w nauce. Druga, to informacja o regulacjach przyjętych przez władze szkolne stanu Floryda, stawiających za jedno z kryteriów zaliczenia przedmiotu szkolnego kolor skóry. Biali i Azjaci muszą wykazać się większą wiedzą niż Murzyni i Indianie, by zaliczyć ten sam przedmiot. Trochę to przypomina paraolimpiadę: niech ci gorsi też mają szansę na dyplom.

Pierwszą rzeczą, którą można tu zauważyć, jest to, że środowiska postępowe, wprawdzie niebezpośrednio, ale bardzo dobitnie, dają do zrozumienia, że zdolności intelektualne Murzynów stoją na dużo niższym poziomie, niż Białych. Znamiennym jest, że jest to jawnie sprzeczne z tym, co głoszą wprost.

Drugą, bezsporną rzeczą, która tu się rzuca w oczy jest to, że obie sytuacje są bardzo jaskrawymi przykładami rasizmu w majestacie prawa. Jeżeli szkoła, oprócz obiektywnych wyników w nauce bierze pod uwagę zupełnie niezwiązaną z nią cechę, jaką jest przynależność rasowa, to oczywiście jest to rasizm. Wic polega na tym, że w obu sytuacjach dyskryminowani są Biali, a faworyzowani są Murzyni, więc wszystko jest "w porządku". Gdyby miejsce miała sytuacja odwrotna, w której szkoła nagradza Białych uczniów, przy jednoczesnym odrzuceniu uczniów Murzynów o lepszych (albo nawet takich samych) wynikach, skandal byłby na całą Amerykę.

Jeśli pracodawca w USA zatrudnia Białego na jakieś stanowisko, a odrzuca Murzyna o "tych samych kwalifikacjach", to może mieć spore nieprzyjemności. Tylko że powyższe dowodzi dobitnie, że te "te same kwalifikacje" w postaci wyników w nauce wcale nie są takie same. Biały, by je zdobyć musiał się wykazać większą wiedzą. Jeśli te same wyniki znaczą różne rzeczy w zależności od rasy, to należy zaakceptować to, że będą one interpretowane przez pryzmat rasy.

Biali na takim podejściu tracą, ale niewiele. Ambitny student poczeka rok, będzie miał czas na lepsze przygotowanie się i zda na uczelnię. Najbardziej na tym stracą Kolorowi i to ci najzdolniejsi. Ci, którzy nie potrzebują forów, by dostać się na uniwersytet i skończyć go z wyróżnieniem. Bo jego dyplom, będzie i tak mniej wart niż taki sam (a nawet trochę gorszy) dyplom Białego. Bo Biały miał poprzeczkę ustawioną wyżej niż Kolorowy, a nikt nie będzie dociekał z jakim zapasem ją przeskoczyli. A konsekwencje tego dla kariery zawodowej są dużo gorsze, niż strata tego jednego roku w młodości.

czwartek, 11 października 2012

Nie ma rozsądnych argumentów za aborcją

Pod moim niedawnym artykułem na temat aborcji pojawiło się kilka "argumentów", których używają zwolennicy mordowania dzieci, by usprawiedliwić swoje barbarzyństwo. Oczywiście wszystkie te "argumenty" niczego nie uzasadniają a jedynie wykazują krótkowzroczność ich autorów.

Ludzie zasłaniają się tym, że do któregoś tygodnia dziecko nie ma rozwiniętego układu nerwowego, więc nie tylko nie czuje bólu, ale i nie ma rozwiniętej świadomości. Nie widzą za to, że ma ono w sobie materiał genetyczny, w którym zawarte są nawet najmniejsze szczególiki, tworzące człowieka.

Ja nie sprzeciwiam się aborcji dlatego, że dziecko czuje ból, lub że ma świadomość tego, że jest zabijane, tylko dlatego, że jest to morderstwo. Podstępne i zaplanowane. Gdybym do mieszkania śpiącego sąsiada wprowadził przez szparę pod drzwiami wężyk, podłączony do butli z tlenkiem węgla i cichutko zwolnił zawór, to sąsiad też ani nie poczułby bólu, ani nie miałby świadomości tego, że właśnie jest zabijany. Czy w związku z tym nie jestem mordercą? Oczywiście, że jestem, bo podstępnie i z zamiarem zabijam sąsiada.

Pulsar kontynuuje temat materiału genetycznego:

Ktoś mógłby powiedzieć, że plemnik też ma taki materiał, więc należy zakazać antykoncepcji. Ostrożnie więc z tymi argumentami.

Ktoś mógłby, ale świadczyłoby to tylko o tym, że nie ma pojęcia  czym mówi. Zarodek ludzki posiada w sobie pełen ludzki genom. To już jest osoba. Sam plemnik, jak i sama komórka jajowa, posiadają tylko "połówki" tego kodu genetycznego, które same w sobie niewiele znaczą. Dopiero ich połączenie powoduje powstanie nowego organizmu z pełnowartościowym i unikatowym materiałem genetycznym. Mówienie: Skoro zakazujemy zabicia płodu, powinniśmy również zakazać uśmiercania plemników i komórek jajowych, z których one powstają, ma dokładnie tyle samo sensu co zdanie: Skoro zakazujemy sprzedaży alkoholu dzieciom, to powinniśmy również zakazać sprzedawania im cukru i drożdży, z których powstaje alkohol.

Wilk dodaje:

Nie ma znaczenia, że każda kobieta co miesiąc pozbywa się komórki, z której mogłoby powstać dziecko gdyby tylko ta zajęła się prokreacją, ale doprowadzanie do obumarcia już połączonych gamet, które z dużym prawdopodobieństwem (około 50% jeżeli mnie pamięć nie myli) i tak nie zostałyby przyjęte przez organizm matki, jest już moralnie naganne.

Zapomina tylko dlaczego te połączone gamety nie zostają przyjęte przez organizm matki. Na pewno nie w wyniku zamierzonego działania z zewnątrz. Tak samo słuszna (a nawet dwukrotnie bardziej słuszna) jest wątpliwość: Dlaczego umyślne doprowadzenie do śmierci człowieka, który z dużym prawdopodobieństwem (100%, jeżeli mnie pamięć nie myli) i tak prędzej czy później umrze, jest moralnie naganne? Problemem nie jest to, że zapłodniona komórka jajowa umiera, tylko to, w jaki sposób. Jeśli do śmierci przyczynia się celowe działanie człowieka, to czyn ten JEST naganny.

Również nasza rodzima gwiazda telewizyjna, Anna Przybylska, która najwyraźniej, gdy wszyscy inni stali w kolejce po rozum, ustawiła się po raz drugi w kolejce po urodę, jest zdania, że w pewnych sytuacjach zabójstwo dziecka powinno być wręcz zalecane:

W skrajnych przypadkach w patologicznych rodzinach, gdzie jest alkohol, przemoc, ubóstwo, lekarze powinni nawet sugerować możliwość aborcji.

Niedawna twarz akcji Kocham - nie biję, postanowiła poprzeć akcję Współczuję - morduję. Może jestem jakimś niepoprawnym entuzjastą życia, ale, gdyby była to moja jedyna szansa na życie, to wolałbym być upośledzonym umysłowo dzieckiem, bitym codziennie przez ojca butelką, niż nigdy się nie urodzić. A nawet jeśli uznałbym cierpienie, którego doświadczam za gorsze od śmierci, to chciałbym sam podjąć decyzję o pozbawieniu się życia, a nie, by decydował o tym ktoś inny, za namową lekarza, czy też gwiazdy opery mydlanej.

"Argumenty" przeciwników zakazu aborcji są albo całkowicie niespójne i nielogiczne, albo opierają się na niewiedzy, albo, co jest najgorsze, całkowicie ignorują fakt, że przedmiotem ich rozważań jest życie człowieka - niemego i bezbronnego, ale człowieka.

środa, 10 października 2012

Pojazdy uprzywilejowane

Jeden z komentatorów zadał ciekawe pytania na temat pojazdów uprzywilejowanych na niepaństwowych drogach:

Czy ułatwianie im przejazdu przez innych uczestników ruchu zależałoby wyłącznie od ich dobrej woli, czy byłoby jednak regulowane prawnie, albo zwyczajnie przez prywatnego właściciela drogi? 

Oczywiście kwestia ta powinna być regulowana przez właściciela drogi i jestem pewien, że jego decyzja zawsze będzie na korzyść pojazdów uprzywilejowanych. Niezależnie od tego, czy będzie to droga prywatna, czy samorządowa, nie widzę żadnego powodu, dla którego zarządca drogi miałby rezygnować z pojazdów uprzywilejowanych. Przejazd karetki raz na kilka godzin nie jest żadnym znaczącym utrudnieniem w ruchu, a z drugiej strony rezygnacja z tych przywilejów skutkowałaby dłuższym czasem oczekiwania na pomoc w sytuacjach krytycznych, co niechybnie przełożyłoby się na niższą jakość życia, a zatem i niższą wartość gruntów w mieście, czy na terenie gminy w przypadku dróg samorządowych, oraz na wyższą śmiertelność w wypadkach na drodze prywatnej, co na pewno nie jest korzystną sytuacją dla właściciela. Szybki bilans zysków i strat powinien rozwiać tę wątpliwość.

Czy zwykły, spieszący się kierowca mógłby postawić na dachu koguta, czy byłoby to jednak zabronione i zarezerwowane tylko dla szczególnych pojazdów?

Umożliwienie każdemu kierowcy podróżowania "na sygnale" mija się z celem, bo czym różniłaby się od sytuacji, w której nie ma uprzywilejowanych pojazdów w ogóle? Oczywiście ktoś musi czuwać nad porządkiem w tej kwestii, gdyż jest to bardzo prosty przypadek dylematu więźnia: jeśli ja użyję koguta, to dotrę do celu szybciej, więc zyskuję, ale gdyby jednocześnie pomyśleli tak wszyscy uczestnicy ruchu, to nikt by nie zyskał, a tylko zapanowałby chaos. I rozważny właściciel drogi będzie pilnował przestrzegania tego prawa - samorząd za pomocą lokalnej straży miejskiej, czy gminnej, a właściciel prywatny za pomocą prywatnych patroli.

Z rozpoznaniem pojazdów ratowniczych nie powinno być problemu, bo oprócz "koguta" mają charakterystyczny wygląd. Ktoś musiałby być naprawdę zdesperowany, by przemalować swój samochód na ambulans, by szybciej dojeżdżać do pracy. A jeśli właściciel drogi obawia się, że ktoś może to zrobić, to zawsze może wprowadzić identyfikatory dla pojazdów, które na jego drodze są uprzywilejowane, a w przypadku większych dróg całkiem dobrym rozwiązaniem byłoby posiadanie własnych pojazdów ratowniczych.

niedziela, 7 października 2012

...A na pięknych założą pokrowce

Annika Eriksson, kucharka w jednej ze szwedzkich szkół w Falun została ukarana za zbyt dobre posiłki. Jej obiady były tak smaczne i bogate, że lokalny samorząd zażądał od niej obniżenia ich jakości, gdyż dotychczasowa sytuacja była krzywdząca w stosunku do uczniów innych szkół.

Proszę zwrócić uwagę, jak rozumują socjaliści: jeśli jedna szkoła serwuje dobre posiłki, to uczniowie z pozostałych, serwujących posiłki przeciętne, są pokrzywdzeni, ale nie przez kiepskie kucharki w ich szkołach, tylko przez dobrą kucharkę w szkole sąsiadów. Jeśli zaś wszystkie szkoły serwują przeciętne posiłki, to nikt nie jest pokrzywdzony. Nie potrafię tego pojąć. Przecież, skoro uczniowie o przeciętnym jadłospisie są krzywdzeni, to zmuszając kucharkę z Falun do zniżenia jakości posiłków do tego samego poziomu krzywdzi się uczniów szkoły w której pracuje. Ta decyzja sprawia, że w Dalarnie jest o jedną szkołę, w której uczniowie są pokrzywdzeni, więcej. Tak czy nie? Skoro przeciętne posiłki są krzywdzące to tak musi być.

Otóż nie, powyższe wnioskowanie opiera się bowiem na logicznym rozumowaniu, które jest socjalistom obce ideowo. Socjalizm jest ustrojem opartym na zawiści. Poziom życia, bogactwo nie są wartościami bezwzględnymi tylko zależą od poziomu bogactwa i życia sąsiada. Dla socjalistów lepsza jest sytuacja, gdzie wszystkie szwedzkie dzieci jedzą kamienie, niżby polowa z nich miała jeść kanapki na pieczywie ze sklepu, a druga kanapki na świeżo pieczonych rogalikach.

Z tej przyczyny, gdy wypowiadają się lewicowi politycy, słyszymy o konieczności niwelowania różnic między bogatymi i biednymi, słyszymy o tym, że to niesprawiedliwe, że jedni zarabiają dwudziestokrotnie więcej od drugich. To są wartości względne. Prawica mówi o podnoszeniu średniego poziomu życia. To są wartości bezwzględne. Różnica jest taka, że po to aby poprawić bezwzględny poziom życia to trzeba stworzyć warunki, w których wszystkim będzie się przeciętnie żyło lepiej. Po to, by zmniejszyć różnicę wystarczy sprawić, by pogorszyć jakość życia tych, którym dziś jest lepiej. I to jest dużo prostsze. Równanie w dół jest zawsze prostsze, tylko że do niczego dobrego nie prowadzi.

W normalnym kraju pani Eriksson byłaby wychwalana przez gazety, a szkoły prześcigałyby się z ofertami pracy dla niej. Co ja mówię! Nawet w PRL zostałaby odznaczona dyplomem przodownika pracy, orderem uśmiechu, a Polska Kronika Filmowa pokazywałaby ją jako przykład do naśladowania. Eurosocjalizm jest dużo gorszy nawet od PRLu, bo w bezwzględny sposób niszczy tych, którzy chcą i potrafią dać z siebie więcej niż inni.

Jeśli eurosocjalizm będzie postępował w kierunku, w którym postępuje, to doczekamy ulicznych łapanek ładnych dziewcząt i przymusowego ich oszpecania, by nie dyskryminować brzydul. Jak się nie da, żeby wszystkie były piękne, to niech chociaż wszystkie będą brzydkie, jak w piosence.