wtorek, 15 marca 2011

Podziękowania, wyjaśnienie i apel

Dziękuję za dziesięć tysięcy wejść. Miło jest pisać, ze świadomością, że ktoś to docenia. Również lektura komentarzy jest dla mnie wielce pokrzepiająca, bo widzę, że jest garstka ludzi, którzy myślą podobnie jak ja.

Kilka osób zwraca uwagę na moje odniesienia do Janusza Korwin-Mikkego. Są tacy, którzy uważają, że jest nazbyt obecny w moich tekstach i filmach, a inni twierdzą, że nie dość dobitnie eksponuję jego osobę.

I tak TPReal pisze:

Jeżeli na przykład popierasz JKM, a chyba tak, to na marginesie mogłaby być informacja, że uważasz głosowanie na niego za właściwe. Jeżeli jest coś innego co może zrobić ktoś, komu twój blog otworzy oczy, to napisz o tym, gdzieś na głównej stronie. Bo w tej chwili blog tylko dołuje, a nie podpowiada co zrobić, żeby poprawić sytuację. A ludzie takiej podpowiedzi potrzebują.

Na co KosKos odpowiada:

Ja jednak podtrzymuję moje zdanie - uważam, że lepiej dla tego bloga, jeżeli będzie 'bezpartyjny' - niż, gdyby miał stać się reklamówką partii.

Obie uwagi uważam za słuszne i wydaje mi się, że stosuję się do obu, dzięki działaniu na dwa fronty. Ludzie dzielą się bowiem na oczytanych i o-oglądanych.

Blog piszę dla tych pierwszych. Czytanie bowiem wymaga pewnego "wysiłku". Zakładam, że skoro ktoś podejmuje go tutaj, to również wysili się, by dociec, kto, lub jaka partia odpowiada jego przekonaniom.

Jestem pewien, że sto procent komentatorów mojego bloga i niewiele mniej jego czytelników to osoby na tyle bystre, że dostrzegają bliskość moich poglądów do poglądów JKM. Daleki jestem od tego, by ukrywać fakt, że bardzo cenię głoszone przez niego idee, że wywarł swego czasu na mnie duży wpływ i że jego blogi zainspirowały mnie do utworzenia własnego, za co jestem bardzo wdzięczny. Ale jestem też zdania, że idee te są tak samo prawdziwe niezależnie od tego, jakim nazwiskiem się je okrasi. Więc do postaci JKM nawiązuję sporadycznie, by zachować bezpartyjność bloga, jak to ujął KosKos.

A co z tymi, którzy są zagubieni - zgadzają się z nami, ale nie wiedzą, jak pomóc konserwatywnemu liberalizmowi - dla nich jest mój kanał youtube. Wizualny, czyli przystosowany do dzisiejszych standardów przyswajania informacji w sposób wygodny. I tam też od razu wyraźnie podrzucam rozwiązanie. Bo moje filmy oglądają nie tylko osoby pojętne, ale i te, które nie są zbytnio zorientowane w polityce.

I myślę, że to jest wystarczające rozwiązanie problemu. Garstka tych, co czytają bloga to ludzie świadomi, a dla mas kręcę, można by powiedzieć, gotowe spoty wyborcze. Zresztą wystarczy się przyjrzeć proporcji odwiedzeń bloga (10 000 w ciągu dwóch miesięcy, z czego większość jak zakładam to stali czytelnicy) i kanału Youtube (już chyba ponad 150 000, z czego zdarzył mi się taki dzień, że film Koszta Pracy w ciągu jednego dnia odwiedziło ponad 20 000 osób), by uzasadnić takie postępowanie.

No i oczywiście jest tu też robota dla Was. Zapewne macie w swoim otoczeniu znajomych, sąsiadów, członków rodziny, którzy są niezdecydowani, zawiedzeni i skołowani przez media. Dla naszego wspólnego dobra, pogadajcie z nimi, podeślijcie filmiki, nie tylko moje, podsyłajcie teksty z Internetu i mówcie im, co można i trzeba zrobić, żeby było lepiej. Rozsądnego rozmówce przekonacie bez trudu, proszę mi wierzyć. Jak każdy z nas przekona jedną osobę, to będzie nas o sto procent więcej.

I nawet czasem lepiej najpierw wytłumaczyć co jest złe, co trzeba naprawić i jak, a jak już zaczyna kiwać głową to wtedy podrzucić nazwisko, czy nazwę partii.

APEL

Wracam do tematu filmów. Powoli będę się zbierał do nowego projektu i bardzo przyda mi się pomoc. Film będzie między innymi o podatku VAT, ale mam tu pewien problem. Próba wszelkich szacunków na podstawie teksu ustawy jest bardzo trudna. Dlatego zgłaszam się z apelem do osób, które, albo znają jakąś średniozamożną czteroosobową rodzinę (dwójka dzieci w wieku szkolnym), albo są członkami takowej. Jeśli prowadzicie domowe rachunki, albo zbieracie paragony, bardzo proszę podpowiedzieć ile w praktyce pieniędzy rodzina taka wydaje miesięcznie na powszednie wydatki typu jedzenie, kosmetyki, chemia gospodarcza, ubrania, prąd itp. i jaki procent tej kwoty to VAT. Bardzo mi pomogą nawet najdrobniejsze podpowiedzi. Proszę je zamieszczać jako komentarz do niniejszego wpisu. Z góry dziękuję.

Proszę prenumerować i obserwować mój blog i podsuwać go znajomym. Nasze idee wygrają jednak tylko wówczas, gdy będą widoczne.

niedziela, 13 marca 2011

"Przyjaciół trzeba mieć blisko, ale wrogów jeszcze bliżej"

Niejaki dr Tomasz Piekot, językoznawca, w rozmowie dla Wrocławskiej Gazety Wyborczej wypowiadał się o rasizmie. Również w twórczości Juliana Tuwima, a konkretnie, jak nie trudno się domyślić, w wierszu "Murzynek Bambo".

Niniejszym wpisem chciałbym nawiązać do wielokrotnie wcześniej omawianego przeze mnie tematu upadku edukacji, bo pan Piekot świetnie wpisuje się w moją teorię iż obecnie tytuł doktora może mieć każdy idiota.

Tuwim pisze o nim "ten nasz koleżka". Dziś "koleżka" to określenie lekko obraźliwe

Pierwszy raz słyszę, żeby słowo to miało być obraźliwe. Spotkałem się, nie bez protestu, z opinią, że jest lekceważące. Ale żeby obraźliwe? Przecież to tylko zdrobnienie. Zdaje mi się, że pan "doktorek" nagina tutaj definicję do swojej teorii. Ale dzisiaj bardzo często, zwłaszcza jeśli chodzi o nauki humanistyczne, wszelkie procesy logiczne są odwrócone. Założenie staje się aksjomatem. Być może proces myślowy w tym przypadku wyglądał następująco:

Wiersz Tuwima jest rasistowski. Skoro jest rasistowski, to główny bohater musi w nim być lżony. Skoro Murzynek jest lżony i nazywany "koleżką", to słowo "koleżka" jest obelżywe. Q.E.D.

Spotykałem się wielokrotnie z "dowodem nie wprost", jako bardzo wygodnym i skutecznym procesem logicznym. A tu, proszę, mamy do czynienia z dowodem wspak. Ale oczywiście to tylko moja hipoteza. Bo mogę jedynie zgadywać, jakim cudem słowo "koleżka" stało się obelgą.

Po drugie, jak rzeczony "naukawiec" sam przyznaje, to słowo na "K", jest DZIŚ obelżywe. Zatem jak można mówić, że wiersz ten, powstały blisko sto lat temu, jest z tego powodu rasistowski?

Przypomina mi to całkiem świeży pomysł pewnego amerykańskiego wydawcy dzieł Marka Twaina, który w jego powieściach pozamieniał neutralne w czasach Twaina słowo "nigger" (czarny, od łacińskiego "niger") dzisiaj mające, nie wiem czemu, zabarwienie negatywne na słowo "slave" - niewolnik. Ma on nietuzinkowy walor wychowawczy, którego pomysłodawca zapewne nie przewidział. Uczy bowiem młodzież, że nazywanie Murzyna czarnym jest złe, ale można go nazwać niewolnikiem. Na przykład w zdaniu "Obecny prezydent USA to bardzo szczupły niewolnik"

Wrócę jednak do kolegi Bambo.

Obraźliwy "bambus" też prawdopodobnie pochodzi z tekstu Tuwima - od imienia Bambo.

To też wina Tuwima. Powinien był to przewidzieć. Na tej zasadzie można powiedzieć, że słowo "kolega" jest określeniem pejoratywnym, ponieważ od niego pochodzi to obrzydliwe słowo "koleżka".

Pan Piekot oskarża nie tylko autora, ale i ilustratorów wierszyka.

Ale we współczesnych książeczkach dla dzieci ten Murzynek jest w spódniczce z liści palmowych, z bananem w ręku, w słomianej chacie.

Byłem w Afryce, widziałem banany, słomiane chaty i spódniczki z liści. Owszem, wielu Murzynów, nawet w Afryce, dzięki cywilizacji białego człowieka, która zawitała tam w czasach kolonialnych, dziś żyje i ubiera się inaczej. Ale Polak też jest często przedstawiany w ludowym stroju krakowskim i nie słyszałem, żeby nazywano to dyskryminacją.

Podstawowy błąd, jaki popełnia pan Piekot, to zapomina o tym, że każde dzieło musi być oceniane przez pryzmat czasów, w jakich powstawało. Jakbyśmy jakimś cudem mogli zaprosić pana Tuwima do kina na polski bestseller "Psy", prawdopodobnie byłby jeszcze bardziej zszokowany.

Oczywiście nie mam żadnego wpływu na to, co wygłasza pan Piekot, ale mam apel, zwłaszcza do młodzieży szykującej się do matury.  

Moi drodzy, jeśli zamierzacie na egzaminie z języka polskiego przeprowadzać analizę wiersza - to to nie jest dobry przykład.

Zachowałem jeszcze coś na deser. Proszę usiąść i położyć coś miękkiego na klawiaturze. Dla bezpieczeństwa i klawiatury i głowy.

Najgorsze jest jednak zakończenie: "szkoda, że Bambo czarny, wesoły nie chodzi razem z nami do szkoły". Autor wiedział, że to niemożliwe, żeby czarny chłopczyk uczył się wspólnie z białymi dziećmi. Co sobie myśli dziecko wychowane na takim wierszyku, gdy widzi w swojej klasie czarnego kolegę albo koleżankę? Ciebie tu nie powinno być - dzieci z Afryki uczą się w Afryce. Tekst sugeruje czytelnikom, że Bambo jest taki jak my, ale, niestety, nie z naszego świata.

To jest, jak czytamy "NAJGORSZE".

Dostałem kiedyś kartkę z wakacji od kolegów "Szkoda, że cię tu nie ma". Pochopnie odczytałem to jako komplement, ale teraz rozumiem, że był to tylko przejaw ich nienawiści do mnie.

Jak on to wszystko wyczytał z tego zdania, to nie mam pojęcia. Taka manipulacja i naginanie faktów, tylko po to by na siłę dopasować je do realizacji zamierzonego celu, predysponuje autora tych słów na stanowisko redaktora głównego telewizyjnych Wiadomości, albo nawet Dziennika Telewizyjnego, czy PRLowskiej Polskiej Kroniki Filmowej, gdyby jeszcze istniały. Gdzie tu u licha jest rasizm? Bo ja widzę coś dokładnie przeciwnego.

Chyba, że autorowi tej wypowiedzi chodził po głowie przytoczony przeze mnie w tytule cytat z "Ojca chrzestnego". "Szkoda, że nie chodzisz z nami do szkoły, bo wolelibyśmy mieć cię na oku i wiedzieć co knujesz."

Lubię czasem przedrzeźniać idiotów, więc również pokusiłem się o analizę pewnego fragmentu wiersza:

Mama powiada: "Chodź do kąpieli",
A on się boi, że się wybieli.

Murzynek boi się wybielenia, a zatem bycie białym jest złe. Człowiek biały jest więc gorszy od czarnego. - proszę bardzo, dr Piekot ma rację. To JEST rasistowski wierszyk.

Tym samym sposobem mogę wykazać, że "Bogurodzica" to hymn satanistyczny lżący tchórzofretki.

W niedzielę w Instytucie Filologii Polskiej we Wrocławiu odbędzie się wykład pana Piekota na temat dyskryminacji rasowej. Kuszące, ale chyba szkoda mi czasu. Poczekam, może będzie relacja w GW.

czwartek, 10 marca 2011

Kolejny bramkarz z problemem

Jak czytam na wielu portalach internetowych, między innymi Gazety Wyborczej, Warszawski ratusz bierze się za walkę z "nietolerancją". Innymi słowy przestanie tolerować najemców miejskich lokali, którzy lubią się bawić w takim gronie, jakie im samym odpowiada.

Chodzi o to, że pewna socjalistyczna organizacja uparła się, by udowodnić, że jest problem tam gdzie go nie ma. Do ubiegłej soboty nikomu nie przeszkadzało to, że najemca lokalu sam decydował, kogo doń zaprosić a kogo nie. Bywalcy imprez wiedzieli, gdzie są jakie imprezy i na takie się wybierali. Było różnorodnie. Oczywiście różnorodność jest niemile widziana przez lewactwo. I dlatego postanowiono, że nie będzie selekcji w klubach wynajmujących lokal od miasta.

Naturalnie, jeśli miasto jest właścicielem lokalu, to może decydować na jakich warunkach go wynajmuje, więc z tego punktu widzenia pomysł jest całkowicie legalny. Ale czy jest rozsądny?

Sam jeszcze do niedawna chadzałem na nocne imprezy. Miałem kilka ulubionych lokali, gdzie wiedziałem, że nie wlezie na przykład żaden dresiarz, czy awanturnik. Gdzie nie wpuszcza się ulicznych moczymord, czy dilerów narkotyków. A do innych klubów się po prostu nie pchałem.

Pani HGW ten stan rzeczy najwyraźniej przeszkadza. Chce aby do klubu mógł wejść każdy, kto się napatoczy. Nie myśli o konsekwencjach, bo dla niej ważniejsze jest poparcie politpoprawnego motłochu, bo do klubów nocnych i tak nie zagląda - po co, skoro może u siebie w pałacyku urządzać bankiety, za nasze pieniądze?

Wyobraźmy sobie takiego bramkarza przy klubie. Idzie grupka studentów - wpuszcza. Podchodzi gromadka tuczników na sterydach z łysymi głowami i szelestem przy każdym kroku - wpuszcza, wszak musi. Idzie Dzidek, którego dobrze znają, bo za każdym razem jak przychodzi jest rozróba - wpuszcza. Podchodzi gościu, o którym cała dzielnica wie, że posiada szeroki asortyment środków odurzających - wpuszcza. Podchodzi grupka licealistów, by świętować osiemnastkę koleżanki - wpuszcza tylko tych, którzy mają już dowód.

Bramkarz nie będzie mógł "dyskryminować" ze względu na płeć, strój, rasę, ale będzie mógł "dyskryminować" ze względu na wiek. Bo nie sądzę, żeby pani HGW nakazała wpuszczanie nieletnich do nocnych klubów, bo wówczas koniec z barami ze striptizem.

Zastanówmy się teraz, co dzieje się na parkiecie. Mniej więcej to, co we flakonie z nitrogliceryną. Wystarczy jedno "Masz problem?" i będzie problem. Klub do tej pory miał jednego bramkarza. Teraz trzeba zatrudnić jeszcze pięciu byczków, żeby pilnowali porządku w środku.

Jeśli ktoś był kiedyś w ZOO, w ogrodzie, a nie w tym klubie, to wie, że fok nie trzyma się w zagrodzie z niedźwiedziami polarnymi, a bażantów z lisami. Selekcja jest tam podstawą porządku.

I ci Bogu ducha winni Murzyni, dla "dobra" których rozgorzała cała ta wrzawa, dobrze wiedzieli, w których klubach są mile widziani, a które omijać szerokim łukiem. A teraz ktoś postanowił ich na siłę uszczęśliwiać. A efekt będzie oczywiście odwrotny od zamierzonego. Staną się grupą uprzywilejowaną, a ludzie nie lubią uprzywilejowanych. Będzie przymus wpuszczania ich wszędzie. Oczywiście będzie przymus wpuszczania każdego, ale wszyscy będą mieli świadomość "pod kogo" jest ten przymus. I zostaną wpuszczeni wszędzie. Ale czy będą mile widziani?

Wiem jedno: Im więcej mówi się o prawach dla gejów, tym więcej ludzi ma ich dość. Im więcej mówi się o tolerancji dla żydów, tym więcej jest antysemitów. Na tym pomyśle nikt nie zyska, ale Murzyni zapewne stracą, nie mówiąc o konfliktach ubocznych, wspomnianych na początku.

A jak ktoś będzie chciał, to i tak sposób znajdzie. Nie ma takiego prawa, którego Polak nie potrafiłby obejść, jeśli będzie potrzebował. W większości klubów nocnych bramkarz sprawdza pełnoletność przy wejściu. Na widok paszportu Kamerunu powie "Nie rozumiem" i sprawa załatwiona. A jak przyjdzie "swojski" Murzyn, to zawsze można kwestionować oryginalność dowodu.

W niektórych klubach też sprawdza się przy wejściu, czy osobnik nie wnosi niebezpiecznych przedmiotów. Wystarczy wprowadzić wyrywkowo "dogłębną" kontrolę, a bramkarz już będzie wiedział, kogo wylosować. Albo zatrudnić bramkarza prestidigitatora, który w kieszeni delikwenta znajdzie dzwudziestopak pigułek gwałtu i nie dosyć, że będzie mógł zapomnieć o rwaniu dziewcząt na dyskotece, to jeszcze spędzi noc w areszcie, stając się stroną bierną rwania.

Nie tędy droga, pani prezydent. To prawo nie sprawi, że ludzie będą bardziej tolerancyjni, bo nie można zmusić kota, by pokochał psa. To będzie zmuszanie człowieka do obcowania z obiektem swojej nietolerancji. A to tylko pogłębia problem i wywołuje napięcia.

Ja zawsze miałem zasadę - jak cię gdzieś nie chcą, idź gdzieś indziej. Proste i jasne. Polecam.

Nie znam recepty na sukces, ale znam receptę na porażkę: starać się zawsze uszczęśliwić wszystkich dookoła.

poniedziałek, 7 marca 2011

Profesorze, pora spać!

Mój niedawny wpis Kto jest właścicielem nauczyciela wywołał duży sprzeciw komentatora Kage. Ma w nich trochę racji, ale pewne sprawy chciałbym wyklarować. Mówi między innymi:

Chodziło w tym, aby doktor Zygmunt wykładał tylko na jednej uczelni i przyczyniał się do wzrastania tylko jej prestiżu. To na wolnym rynku rozumie się samo przez się, że nie ODDAJE się konkurencji prawa do sprzedaży własnego produktu za tzw "frajer"

Tekst, który podałem jako źródłowy mówi:

Drugi etat będzie możliwy jedynie po uzyskaniu zgody rektora.

Nie mówi nic o pracy dla konkurencji (Jeśli ktoś znalazł coś na ten temat, proszę podesłać, bo mogę być w błędzie). Castorama nie jest konkurencją Uniwersytetu Warszawskiego, ale, z tego co doczytałem, by tam pracować wykładowca będzie musiał mieć pozwolenie rektora. A po drugie, wiedza doktora Zygmunta nie jest własnością uczelni, nawet jeśli na niej została zdobyta.

Nie wyobrażam sobie, żeby na początku XX wieku, po sformułowaniu przez Alberta Einsteina teorii względności, uniwersytet we Lwowie zmuszony był wciąż wykładać fizykę newtonowską, tylko dlatego, że pan Einstein tam nie pracował. Tym nauka różni się od przepisu na Coca-Colę.

Zgodzę się, że pan Zygmunt nie powinien za darmo wykorzystywać pomocy naukowych należących do uczelni poza nią. Ale to nie może się odnosić do wiedzy, którą już zdobył.

Mówisz, że każdy może z własnym czasem zrobić co chce, ale jakoś rzadko słyszę, aby ktoś po 8 godzinach pracy nie był zmęczony.

Jeśli słyszysz, że ktoś po ośmiu godzinach pracy jest zmęczony, to zrób mu przysługę i zasugeruj zrobienie badania krwi. Prawdopodobnie ma anemię. Ja nie znam takich osób. Moi znajomi też pracują po osiem, czasem więcej godzin i znajdują czas na wiele innych aktywności. Sporty, lektura, blog, gotowanie, szachy, również druga praca. Człowiek, który szesnaście godzin dziennie spędza na odpoczywaniu to zwykły leń. Albo anemik oczywiście.

Ponadto omawiany problem dotyczy w znacznej większości, jeśli nie w ogóle, ludzi dorosłych. I nikt nie musi im mówić, kiedy jest pora spać. Zwłaszcza ustawa. Każdy z nich sam wie, ile pracy to jest dla niego za dużo. A jeśli jego inne aktywności odbijają się niekorzystnie na wydajności w pracy - to to jest temat do rozmowy z pracodawcą, a nie to, o której gasi światło.

Czemu z publicznych środków uczelnia finansuje promowanie naukowca i jego ciągłe bycie na bieżąco. Czemu stara się rozsławić swoje i jego imię?

Uczelnia to, uczelnia tamto. Zapominasz całkowicie o wkładzie naukowca dla uczelni. Do promowania i wysyłania na konferencje uczelnia zawsze kogoś znajdzie. Ale chodzi o to, żeby pracownik naukowy jeszcze coś potrafił. Niewielu dziś pamięta na jakiej uczelni wykładał Newton, ale nazwisko jego jest dobrze znane nawet humanistom. Jakby wykładał na UW, też zapewne sformułowałby prawa dynamiki. Bo liczy się człowiek, a nie instytucja.

Inny komentator pisze:

A słyszeliście coś o nieuczciwej konkurencji? Wyobrażacie sobie pracownika a jeszcze lepiej managera, który w dni parzyste pracuje w Erze a w nieparzyste w Plusie?

Ja sobie tego nie wyobrażam. Ale też nie wyobrażam sobie ustawy, która mogłaby to zakazywać. I zapewniam, że jak kiedykolwiek o takiej ustawie usłyszę, to będę protestował tak samo, albo i głośniej, jak przeciwko omawianej. Głośniej, bo jest różnica między spółką komercyjną, która sprzedaje swoje usługi i technologię, a uczelnią państwową, która usługi te rozdaje "za darmo", a jest utrzymywana z między innymi moich pieniędzy.

W tym temacie polecam również komentarze pulsara pod rzeczonym wpisem. Zwłaszcza ten:

@Kage Zdaje się nie załapałeś istoty rzeczy - problem tkwi w tym, że w tej chwili naukowiec jest na gorszej pozycji bo nie ma możliwości negocjacji z pracodawcą - państwo z góry wymusza rozwiązanie totalnie niekorzystne dla wykładowcy.

Jeszcze krótko odpowiem na komentarz - pytanie pod innym postem, Pieniądze rozumu nie dają, też o edukacji.

a co uważasz o studiach dla osób, które - w wolnym państwie - będą pracowały dla sektora państwowego (policjanci, wojsko)? Czy ich nie powinno wykształcić państwo?

W wolnym państwie policjanci i wojsko będą zarabiali dużo więcej niż obecnie. Będzie ich stać na studia.

Wiem że proponowane rozwiązanie jest praktykowane na przykład w Stanach Zjednoczonych. Owo rozwiązanie ma na pewno przewagę nad "bezpłatną" edukacją dla wszystkich, jak u nas, ale też nie jest dobre. Bo z jednej strony mamy dwóch sierżantów, którzy wykonują tę samą robotę. tyle samo zarabiają, ale jeden z nich idzie na studia na koszt państwa, a drugi nie. Czyli faktycznie jeden z nich otrzymuje wyższe wynagrodzenie. Z drugiej strony powstaje grupa, która dostaje studia "za darmo", co znowu może prowadzić do tego, że ktoś idzie do szkoły "dla rozrywki", jak to obecnie ma miejsce w Polsce, zabierając miejsce cywilom, którzy tych studiów mogą potrzebować.

Najlepszym tu rozwiązaniem byłoby wszystkie te pieniądze, które miałyby służyć bezpłatnemu kształceniu żołnierzy i policjantów, oddać właśnie im. Oni na pewno będą wiedzieli, co z nimi zrobić.

niedziela, 6 marca 2011

Rozterka bramkarza

Nagłówek ze strony Onet sport głosi:

Euro 2012: geje domagają się swojego sektora

Chodzi o to, że środowiska gejowskie domagają się oddzielnych trybun dla "swoich". Ja do homoseksualistów nic nie mam, ale za idiotami nie przepadam. I niech mi nikt nie mówi, że niestosownym jest powiedzenie, że ci geje są głupi (patrz tu). Ale i przezabawni, o czym za chwilkę.

Jak podają zainteresowani:

Na polskich stadionach tak jak na polskich ulicach każda odmienność budzi agresję. Nie walczymy tylko w swojej sprawie. Chcemy, żeby na polskim stadionie każdy bez względu na wygląd, płeć czy orientację seksualną mógł czuć się bezpiecznie.

 Nie chcę tu wchodzić w szczegóły, czy faktycznie odmienność budzi agresję, bo zapewne w jakimś stopniu jest pierwsze zdanie prawdziwe. Na pewno nie użyłbym słowa "każda", ale socjaliści lubią używać mocnych zdań. Załóżmy jednak, że tak jest, i z tego poziomu zabiorę się za drugie zdanie. 

Mowa jest w nim o dyskryminacji ze względu na wygląd. Czyli co? Przywalmy mu, bo jest rudy, gruby, bo ma zeza. Potrafię sobie wyobrazić taką sytuację. Dalej, dyskryminacja ze względu na płeć - klepnę ją w tyłek, bo jest kobietą. Zdarza się, kobietę nie trudno rozpoznać, nawet na zatłoczonej trybunie. Ale po czym poznać geja? Facet może koło mnie siedzieć bite 90 minut plus przerwa, a ja nie będę miał zielonego pojęcia o jego orientacji seksualnej.

Chyba, że będzie siedział w wydzielonym sektorze.

Bo niby skąd mam to wiedzieć? No, chyba że się gorąco obściskuje z kolegą, ale wówczas nie rozumiem, po co przychodzą na mecz mistrzostw europy, jak dużo taniej mogą iść do kina, gdzie nikt na nich nie zwróci uwagi. Natomiast mając własny sektor na stadionie OCZYWIŚCIE będą prowokowali. Choćby tym, że są uprzywilejowani.

Nie zdziwiłbym się jakby stowarzyszenie Murzynów zażądało własnej trybuny. Im trudno jest ukryć swój kolor skóry. Ale dla gejów mam dużo lepsze rozwiązanie:

Ubierz się jak normalny człowiek, a wszelkie aktywności homoseksualne zostaw na wieczór. Chyba wytrzymasz dwie godziny bez bzykania?

Ale podejrzewam, że cel tej akcji jest inny. Przede wszystkim rozgłos. Jest to też kolejna okazja do nazwania kilku rozsądnych ludzi homofobami. A jak akcja by się powiodła, a szanse na to są (bo o ile Gdańsk odmówił, wcale bym się nie zdziwił, jakby inne miasta okazały się "trendy", czy też "trędowate", jak mówimy po polsku), to będą one znowuż służyły eksponowaniu homoseksualizmu, co nie powinno mieć miejsca w miejscu publicznym i już. Z powodu czystej przyzwoitości, a nie uprzedzeń.

Co natomiast rozśmieszyło mnie w tym pomyśle, to problem techniczny, jaki on rodzi:

Na jakiej zasadzie mają być przydzielane miejsca na tej trybunie?

Bo inaczej może się zdarzyć tak, że na tęczową trybunę wkradnie się jakiś paskudny homofob i zacznie rozrabiać. Czy bramkarz będzie sprawdzał jakieś legitymacje gejowskie? Czy też będzie robił badanie per rectum? A może zainteresowany będzie musiał prezentować jakieś homoseksualne figliki?

Ja również zgłaszam się z apelem: 

Jeśli komukolwiek przyjdzie do głowy stawianie tęczowych trybun na stadionie, to proszę, by nie były one widoczne z pozostałych miejsc. Tam siadają rodziny z dziećmi.



piątek, 4 marca 2011

Kto jest właścicielem nauczyciela?

W moim wpisie z 9 lutego 2011, zacząłem polemikę z uchwaloną nowelizacją prawa o szkolnictwie wyższym. Podałem wówczas cztery problemy związane z tą nowelizacją:

a. opłatę za drugi kierunek studiów (krok w dobrym kierunku, ale bardzo niewielki),

b. model finansowania uczelni w zależności od jakości kształcenia (całkowicie zbędny),

c. większą autonomie programową (nieodzowną, by b. mógł zadziałać),

d. ograniczenie "wieloetatowości" nauczycieli (jednoznacznie i bezwzględnie złe!)

Rozprawienie się z tym najbardziej kontrowersyjnym podpunktem a. zajęło mi kilka wpisów. Niniejszym wpisem postaram się zakończyć ten temat, przynajmniej w zakładanym zakresie i o ile w ogóle temat ten można gdzieś zakończyć.

Po lekturze wspomnianego i kilku późniejszych wpisów, nie powinno już być niejasności w sprawie b. i c., ale mimo to krótko podsumuję.

Finansowanie uczelni w zależności od jakości kształcenia, po sprywatyzowaniu uczelni rozwiąże się automatycznie. Kropka. Do dobrych uczelni będzie więcej chętnych, bo będzie się po nich lepiej zarabiać, zatem będą droższe. Z tej samej przyczyny, z której porcja kurczaka w restauracji w hotelu Sheraton jest droższa niż w KFC, a golarka Wilkinson jest droższa od Bica. Kto próbował się golić Bicem, to rozumie.

W prywatnych szkołach nie ma problemu z autonomią programową, bo same decydują o tym, czego uczą. Obecnie program szkół jest ustalany w MEN i jest sztywny jak prześcieradło nastolatka. Dyrektorzy prywatnych szkół są niezależni i każdy z nich dba, żeby program w jego szkole oferował coś oryginalnego, innego niż u konkurencji. Tak jak z proszkami do prania. Jeden ma enzymy, które wnikają w głąb włókien, drugi pachnie jak pluszowy miś, a trzeci nie zmienia koloru. Bo jak wszystkie będą robić to samo, to ludzie kupią Dosię, bo po co przepłacać?

A dlaczego ograniczenie "wieloetatowości" nauczycieli nazwałem jednoznacznym i bezwzględnym złem? Z kilku przyczyn.

Przede wszystkim, skoro nauczyciel musi pytać dyrektora uczelni o pozwolenie na podjęcie innej pracy w jego prywatnym czasie, to znaczy, że jest jego własnością, lub, jak kto woli, niewolnikiem.

Po drugie, szkodzi uczelni - zdolni ludzie będą odchodzili ze szkół i kariery naukowej, dla pieniędzy.

Po trzecie, szkodzi nauczycielowi, bo zakazywanie komukolwiek pracy jest niemoralne i już. Nie ma dyskusji.

Przyjrzyjmy się co taki zakaz oznacza. Pracownik naukowy nie może podjąć dodatkowej pracy, nawet jako nauczyciel innej szkoły, mimo, że taka praca dodatkowo stymulowałaby go intelektualnie. Miałby wszak więcej rozważań, więcej dyskusji na ten temat itd. Jeśli w jakikolwiek sposób mogłoby to wpłynąć na jego pracę, to tylko korzystnie. Ale tego nie może. Może natomiast co wieczór upijać się w szesnaście liter. Może niszczyć sobie organizm i mózg, może prowadzić zajęcia na kacu.

To jest absurd. Tylko boję się, że jak ten argument dotrze do rządzących, to jeszcze zabronią biedakowi pić.

środa, 2 marca 2011

Jeśli nieznajomy nagle obsypie cię kwiatami, bezzwłocznie zgłoś to do prokuratury!

Znowu przeczytałem nagłówek, tym razem na stronie radia Tok FM, o kontrowersyjnej wypowiedzi pani posłanki Joanny Muchy. I również teraz, spodziewając się niusa słusznego kalibru, zawiodłem się. Ale na poruszony temat na pewno chętnie się wypowiem.

Pani poseł na swoim blogu napisała kilka słów na temat "dowodów wdzięczności", słusznie spostrzegając, że dzisiaj należy zachowywać w tej mierze dużą ostrożność. Ta "kontrowersja", za którą została skrytykowana, również przez komentatorów, a nawet panią minister Julię Piterę, to słowa:

Ale jeśli mam potrzebę wyrażenia specjalnego podziękowania - obdarowuję swego Dobroczyńczę... książką.
Książka nie wywołuje skrępowania. Nie powoduje pytań o uczciwość. Nie razi. Przez książkę można obdarowanemu przekazać podziękowanie bardzo indywidualne. I sprawić mu prawdziwą przyjemność.
Gorąco polecam!

Ta krytyka tej wypowiedzi rodzi we mnie jedno pytanie. W którym momencie do tego doszło, że podarowanie książki jest traktowane jako łapówka? Nasze społeczeństwo bez piśnięcia godzi się na rozrost zakresu kontroli i "permanentnej inwigilacji" przez urzędników, a z drugiej strony, jakaś nieuzasadniona mania prześladowcza każe mu doszukiwać się przekupstwa w każdym najdrobniejszym podarku.

Ale ponownie, jak to było z tym wywiadem o służbie zdrowia, o ile pani Mucha widzi problem, to rozwiązania szuka w zupełnie innym miejscu. Ale po kolei.

Załóżmy, że jestem na dyskotece. Widzę ładną panią, więc proponuję jej drinka. Ona chętnie się zgadza. Co w tym złego? Nic. Ale jeśli zakocham się w  urzędniczce i przyniosę jej kwiaty to już jestem podejrzany o korupcję. Przecież to taka sama nieznajoma kobieta. Obcej kobiecie mogę okazać uczucie, ale obcej urzędniczce, lekarce, policjantce to już nie. To jest dyskryminacja. Jak to jest, że są podarunki dobre i złe?

Każdy człowiek ma prawo zrobić ze swoją własnością co chce. Czy to jest bombonierka, pieniądze, czy książka. Może je zakopać w ogródku, wyrzucić z mostu i może je podarować komuś.

Każdy człowiek ma też prawo przyjąć podarek, dlaczego nie? Przecież nie kradnie. Oczywiście dzisiaj państwo pobierze podatek od darowizny, ale to zupełnie inny problem.

Nie to jest ważne, co jest w kopercie, tylko to co poza nią. To co czyni korupcję korupcją to nadużycie. Nie jest złe to, że ktoś wziął milion złotych od darczyńcy, ale to, że w zamian za nie oszukał, zdefraudował, złamał prawo. I to powinno być karane. A nie prezenty.

Sposobem na walkę z korupcją nie jest karanie łapówkodawcy. To jego pieniądze, niech sobie z nimi robi co chce. W przeciwnym razie powstaje między nim i łapówkobiorcą więź. I jeden, i drugi ma wiele do stracenia, jeśli sprawa wyjdzie na jaw. Natomiast jeśli urzędnik (czy ktokolwiek inny) ma świadomość tego, że tylko on w razie czego nadstawia kark, to już się zastanowi: "Moment, a jeśli ja mu załatwię ten przetarg, a on następnego dnia na mnie doniesie? Nie ma głupich!"

A skoro to jest takie oczywiste, to dlaczego nie zostanie uchwalona odpowiednia ustawa? Ponieważ sytuacja obecna CHRONI osoby biorące łapówki. A są one dość licznie reprezentowane i w rządzie, i w parlamencie.

Przeprowadźmy jeszcze eksperyment myślowy i spójrzmy na dwie podobne sytuacje:

1. Składam podanie w urzędzie. Urząd na rozpatrzenie ma dwa tygodnie, ale mi się bardzo spieszy i potrzebuję odpowiedzi na jutro. Daję więc pani urzędniczce bombonierkę (albo książkę) i ślicznie proszę o przyspieszenie sprawy. Pani urzędniczka, urzeczona prezentem, pomimo tego, że jest właśnie w trakcie rozpatrywania podań innych petentów, przychyla się do mojej prośby, przegląda moje podanie, za dwie godziny przybija stempelek i sprawa załatwiona. Nikt na tym nie stracił. Pozostali petenci i tak dostaną swoje rozpatrzenia w przewidzianym terminie.

2. Składam podanie w innym urzędzie. Ponownie urząd ma na rozpatrzenie dwa tygodnie z zastrzeżeniem jednak, że podania będą rozpatrywane w kolejności zgłoszeń. Mnie się znowu spieszy. Tak mi się spieszy, że nie zdążyłem kupić bombonierki. Ale uśmiecham się szeroko do urzędniczki, komplementuję kolczyki, słowem, wykorzystuję cały mój urok (powiedzmy że jestem Pawłem Delągiem), żeby przyspieszyć robotę. Pani urzędniczka, płonąc rumieńcem odkłada na chwileczkę na bok podanie Artura Barcisia i szybko załatwia moją sprawę.

Proszę zwrócić uwagę, że w pierwszej historii był prezent, ale nie doszło do nadużycia. Pani urzędniczka i tak mogła sobie w dowolnej kolejności załatwiać podania, pod warunkiem, że wszystkie będą rozpatrzone w przewidzianym terminie. 

W drugiej przeciwnie. Nie było prezentu, ale pani urzędniczka złamała umowę. Skoro pan Barciś wcześniej złożył podanie, a o kolejności rozpatrywania decydować ma kolejność zgłoszenia, to mimo że jest brzydszy od pana Deląga, ma pierwszeństwo, którego pani urzędniczka mu nie udzieliła. I TO JEST NAGANNE!

Póki nie łamie się prawa, nie działa na czyjąś szkodę, nie dochodzi do malwersacji, to niech te prezenty sobie śmigają w jedną i w drugą stronę. I proszę się w podarowaniu przez panią Muchę książki jakiegoś Bogu ducha winnego japońskiego dramaturga, nie doszukiwać żadnych zdrożności. Bo zaraz dojdzie do tego, że słowo "dziękuję" będzie zakazane.