wtorek, 18 czerwca 2013

Plotki postępowców

Komentator ~Spostrzegawczy nie zgadza się z moim stwierdzeniem, że homoseksualiści nie są dyskryminowani przez prawo:

Jeśli jedna grupa ludzi ma pełne prawo do wspólnego opodatkowania (na preferencyjnych zwykle warunkach), pełne prawo do dziedziczenia po sobie bez dodatkowych umów/testamentów (które bardzo łatwo podważyć) i wielu innych ułatwiających życie instytucji jak choćby możliwość uzyskania informacji o partnerze/partnerce w szpitalu, a druga grupa takich praw nie posiada to z całą pewnością jest to prawo dyskryminujące kogoś z uwagi na pewną jego/jej cechę lub jej brak.

Ma tu całkowitą rację, tyle że w polskim prawie nie mamy z taką sytuacją względem homoseksualistów do czynienia. Z tego co wiem, nie ma w nim żadnego zapisu, który inaczej traktowałby homoseksualistę a inaczej heteroseksualistę. Ani w prawie podatkowym, ani w prawie spadkowym, ani żadnym innym. Nie jestem prawnikiem, a nawet gdybym był, to i tak nie znałbym wszystkich ustaw, więc proszę mnie poprawić jeśli się mylę.

Ja wiem, że organizacje LGBT ciągle się skarżą, że prawo traktuje homosi inaczej niż heteroseksualistów, ale do tej pory nie słyszałem, żeby któryś z nich przytoczył konkretny przykład, który by to potwierdzał. Proszę się nie dać nabrać na tę pustą manipulację! Prawo jest konkretem, więc jeśli chcemy o nim rozmawiać, to posługujmy się konkretami. Jeśli ~Spostrzegawczy lub ktoś z czytelników zna przykład z polskiego prawa dyskryminującego homoseksualistów, to bardzo proszę mi je wskazać konkretnie - co takiego może zrobić heteroseksualista, czego nie może zrobić homoseksualista - a przyznam się do błędu i potępię ustawodawcę, albo wykażę, że jest inaczej. Ale trudno mi jest się ustosunkować do ogólników, powtarzanych za postępową propagandą.

Jestem pewien, że rozsądnemu człowiekowi sama próba znalezienia konkretnego przepisu prawnego, który dyskryminowałby homoseksualistów wystarczy, by się zorientować, że homoseksualiści dyskryminowani nie są. Proszę sprawdzić!

niedziela, 16 czerwca 2013

Jałmużna minimalna

Socjaliści mają kolosalny problem z rozumieniem działania ekonomii, co bardzo wyraźnie widać na przykładzie ostatniej dyskusji między JKM a Piotrem Ikonowiczem w TVP. Dla nich pojęcia pieniądza, wartości, wolności są czymś zupełnie abstrakcyjnym.

Jedną z najczęstszych pomyłek jest przekonanie, że pracownik otrzymuje pensję "na coś", a nie "za coś". Ikonowicz mówi, że za pensję minimalną nie można się utrzymać, że nie zapewnia ona minimum egzystencjalnego (co jest niedorzeczne, bo jakoś egzystencja ta nie ustaje), wylicza wydatki rodziny. Prawda jest taka, że pracodawca płaci pracownikowi nie NA utrzymanie rodziny, tylko ZA wykonaną pracę. I jeśli jego praca (plus podatki) jest warta tysiąc złotych, to choćby miał czternaścioro dzieci i ślepą żonę, wyższej pensji nie dostanie.

Może co najwyżej dostać jałmużnę, ale ją może dostać od każdego, bez umowy o pracę. I właśnie o tym mówi Ikonowicz - nie o płacy, tylko o jałmużnie. Jałmużnie minimalnej. Zapłata jest zawsze "za coś".

Proszę wyobrazić sobie, że idę do cukierni i kupuję pączka. Miła pani zza lady pyta mnie, czy chcę pączka za 80  groszy, czy za 1,20:

- Czy ten droższy jest smaczniejszy?
- Nie, oba są tak samo smaczne.
- Większy?
- Nie.
- Może ma więcej lukru, albo dżemu?
- Nie, proszę szanownego pana, oba są dokładnie identyczne - toczka w toczkę.
- Skąd zatem różnica w cenie?
- Tańszy został przygotowany przez kawalera, a droższy - przez pracownika, który ma czternaścioro dzieci i ślepą żonę.

Ja oczywiście kupuję tańszy - dlaczego? Bo dla mnie nie ma żadnej różnicy! Ja płacę za pączka, a nie na utrzymanie czyjejś rodziny. Mógłbym wprawdzie, poruszony historią płodnego cukiernika, kupić droższego pączka. Ale wówczas te czterdzieści groszy różnicy byłyby dokładnie jałmużną - dobrowolnym datkiem na rodzinę cukiernika i Ikonowicza nie powinna ona obchodzić.

Niestety właściciel cukierni nie jest w takiej komfortowej sytuacji. On za wytworzenie tego samego pączka płaci swoim dwóm cukiernikom różne pensje. Bo on nie płaci ZA usługę. On musi uwzględnić masę czynników "społecznych", które dla mnie, konsumenta pączka, który przychodzi do niego z pieniędzmi, nie mają najmniejszego znaczenia. Więc pączki kosztują złotówkę, a kawaler jest dyskryminowany, bo za tę samą pracę dostaje mniej pieniędzy niż jego kolega. Ale akurat ta dyskryminacja lewicy nie przeszkadza.

Socjaliści nie rozumieją również wartości pieniądza. Nie rozumieją, że te pieniądze, które pracownik dostaje pod koniec miesiąca, muszą zostać przez niego wypracowane. Pracodawca nie ma drukarni pieniędzy (nie mówię tu o budżetówce, rzecz jasna). On nie może i nie jest w stanie zapłacić więcej, niż zarobi na sprzedaży tego, co wytworzył pracownik. Socjaliści są pod tym względem jak dzieci, albo Murzyni w Afryce.

Przypomina mi to sytuację, kiedy pracowałem w Somalii. Jeden z moich podwładnych, który zarabiał, tak jak pozostali Murzyni, pięć dolarów dziennie (bardzo przyzwoite pieniądze w Somalii w owym czasie), pewnego dnia po robocie przyszedł i oznajmił, że od jutra chce zarabiać pięćdziesiąt dolarów. Nie sześć, nie siedem - pięćdziesiąt. Całkowicie nie rozumiał, czego żąda i nie widział w tym żadnego problemu. Jeszcze się odgrażał. Wy mieć pieniądze, wy dać. Dokładnie tak samo rozumuje Ikonowicz. Mówi o płacy minimalnej 2,5 tys. złotych, bo jemu akurat tak się podoba. Nie obchodzi go, kto za to zapłaci. Kto będzie musiał dostać niższą płacę, żeby dorzucić do pensji kolegi, który tych dwóch i pół nie wypracuje. To nie jego zmartwienie. Pazerny Murzyn został wyrzucony na pysk i to samo powinno stać się z Ikonowiczem i jemu podobnymi.

Zresztą ten sam problem z oceną rzeczywistości ma nasz były łepek państwa, Lech Wałęsa, zachęcający przedsiębiorców do finansowania budowy piramid - tak po prostu. Dobrobyt pochodzi z pracy, a nie ze świadczeń socjalnych.

Na deser, zamiast pączka za "złoty dwadzieścia" złota myśl "Filozofa z Pruszkowa". W programie skarży się on na to, że aż jedna trzecia zatrudnionych w Polsce zarabia płacę minimalną. W dalszej części programu postuluje wprowadzenie płacy minimalnej na poziomie 2,5 tysiąca złotych. On wierzy, że wówczas odsetek ten zmaleje!

Nie rozumiem, jak telewizja może zapraszać kogoś takiego w roli eksperta do programu publicystycznego.

Choć w tym szaleństwie może być metoda, bo jestem pewien, że zmalałaby liczba osób zarabiających płacę minimalną - nie odsetek - LICZBA - na skutek gigantycznego bezrobocia.

Ja chcę, by każdy miał szansę uczciwie zarobić - były lider PPS chce, by nieliczni zarabiali 2,5 tysiąca, a reszta nie robiła nic. Być może to jest celem Ikonowicza. Ale to nie miałoby nic wspólnego z bogactwem ani z dobrobytem. Tak właśnie się dzieje - z roku na rok podnoszona jest płaca minimalna, a, i są to słowa socjalistów, w Polsce bieda cały czas się pogłębia. Przypadek? Że też nikogo na lewicy to nie zastanawia.

sobota, 15 czerwca 2013

"Nie dowie się nikt..."

Pod artykułem Największy wróg postępowców, komentator zamieścił opinię, z którą nie sposób się zgodzić (pisownia oryginalna):

odnosnie kolorowych i kobiet pelna zgoda, natomiast w przypadku gejow faktycznie problem istnieje. ile razy slyszymy pogardliwe "pedał" na okreslenie niczemu niewinnego geja? geje sa w polsce traktowani jako ludzie drugiej kategorii i to jest fakt, dlatego o tolerancje dla nich trzeba walczyc. a to ze srodowisko LGTB robi blazenade na roznych paradach to juz inna sprawa...

Jest dokładnie odwrotnie! Z przytoczonych grup to właśnie homoseksualiści są w najbardziej komfortowej sytuacji. Przede wszystkim homoseksualizm jest najłatwiejszy do ukrycia. Nawet widząc homosia na golasa nie będziemy wiedzieli, że jest homosiem, dopóki nie zacznie się tym sam przechwalać. Ani kobieta, ani Murzyn nie mają tego komfortu. Zatem najprostszym sposobem uniknięcia nieprzyjemnych zawołań jest dyskrecja. I nie chodzi o to, żeby homoś udawał kogoś kim nie jest. Normalny homoseksualizm ujawnia się w tylko jednej sytuacji, która, poza samym homosiem i drugim, także homosiem, nikogo obchodzić nie powinna.

Tak samo można mówić o dyskryminacji ludzi, którzy dłubią w nosie. Jeśli ktoś rozmawia ze mną i jednocześnie paluchami wygrzebuje sobie kozy z nosa, to niech nie dziwi się, że patrzę na niego z obrzydzeniem. A jeśli nie robi tego przy mnie, tylko dyskretnie, w domu, lub w łazience, to niech nawet sobie te gile zjada. Guzik mnie to obchodzi.

To nie homoseksualizm jest problemem tylko ekshibicjonizm, a ten potępiany jest nie bez słuszności. To agresywne afiszowanie się z homoseksualizmem i poszukiwanie akceptacji powoduje uprzedzenie do homoseksualistów. To co robią działacze gejowscy jest najlepszym sposobem na pogłębienie niechęci w stosunku do homoseksualistów. Ludzie potrafią tolerować każdą dziwność, pod warunkiem, że nie są zmuszani do obcowania z nią i jej pochwalania. A niestety do tego sprowadza się działalność ruchów LGBT - do wciskania nam homoseksualizmu na siłę, do gwałcenia nas homoseksualizmem przez uszy i oczy. Stąd problem - problem, który został sztucznie stworzony przez tych "biednych i niekochanych" gejów.

To, jak ludzie traktują homoseksualistę zależy tylko od niego samego. Nikt nie musi wiedzieć o tym, kto z kim sypia. Jeśli zaś potrzeba akceptacji homosia jest tak wielka, że musi narzucać się innym ze swoimi upodobaniami seksualnymi, to musi liczyć się z tym, że nie wszystkim taka wylewność odpowiada. Jedni mogą ją lubić, ale dla większości jest ona obrzydliwa, tak samo jak obrzydliwym jest chwalenie się, że jest się onanistą, zoofilem, miłośnikiem pejczy w sypialni, czy nawet zdrowym heteroseksualnym pożyciem z małżonkiem. Miejsce spraw "damsko - męskich" jest w czterech ścianach sypialni. Homoseksualizm pod tym względem nie różni się od innych upodobań erotycznych - nie jest ani dobry ani zły. To ekshibicjonizm jest plugawy.

Wracając na krótko do problemu nierównego traktowania homosiów, to pragnę zauważyć, że obowiązujące prawo również w żaden sposób ich nie dyskryminuje. Nie ma chyba w polskim prawie żadnego przepisu, który traktowałby homoseksualistów inaczej niż normalnych ludzi. A jest wiele przepisów, które rozróżniają mężczyznę od kobiety, jak chociażby przepisy dotyczące emerytury. Geje nie domagają się równości, bo prawo traktuje ich na równi z innymi. Oni domagają się przywilejów dla siebie. Chcą, by prawo faworyzował homoseksualistów. A "prawo", które faworyzuje jedną wybraną grupę, nie ma nic wspólnego ani z równością, ani z prawem. Kropka.

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Lepiej nic nie robić, niż przeszkadzać

Ciekawa sytuacja miała miejsce na jednym z trójmiejskich festynów z okazji Dnia Dziecka. Zdarzenie zostało nagrane i opublikowane przez jednego ze świadków. Jest to kolejny dowód na to, że instytucje publiczne zwane zwyczajowo "służbami" mają więcej wspólnego z "panem" niż ze służbą.

Nagranie przedstawia strażniczkę miejską wyładowującą swoje frustracje na mężczyźnie rozdającym w miłym geście watę cukrową dzieciom. Mężczyzna otrzymywał wprawdzie pieniądze od rodziców, ale w postaci dobrowolnej daniny, zatem de facto nie można nazwać go handlarzem.

Straż miejska wprawdzie ma prawo do udzielenia pouczenia, ale słowa strażniczki o niewyparzonej gębie w żaden sposób nie przystają do pouczenia ani w formie, ani w treści, zatem funkcjonariuszka w bardzo nieelegancki sposób przekroczyła swoje uprawnienia.

Przedstawiona sytuacja w internecie nazywana jest niesłusznie szokującą. Nie, to zachowanie nie jest szokujące dla kogoś kto zna metody działania wszelkich "służb publicznych". Ja sytuację tę postrzegam jako komiczną. Bo jest coś zabawnego w funkcjonariuszu straży miejskiej, który mówi "ludzie muszą zapierdalać na takich nierobów". Jedyne co przychodzi na myśl, to, pozostając przy retoryce odpowiadającej okazji Dnia Dziecka, słowa: "Kto się przezywa, sam się tak nazywa".

Nie wiem, i strażniczka zapewne też nie wie, w jaki sposób słowa te odnoszą się do tego "nieroba", który perfidnie rozdawał dzieciom watę cukrową, bo nie wiem z czego się utrzymuje, ani jak rozlicza się z tego z Urzędem Skarbowym, ale wiem, jak sprawa się ma od strony "przezywającej".

Nazwanie Strażników Miejskich nierobami byłoby oczywiście kłamstwem a także pobożnym życzeniem. O ileż bowiem nasze życie byłoby prostsze, gdyby nic nie robili. Niestety ich obowiązkiem, z realizacji którego zdają się czerpać bardzo wiele satysfakcji, jest utrudnianie nam życia na każdym kroku. Rzucanie kłód pod nogi tych ciężko i uczciwie "zapierdalających" obywateli.Oni nie są "nierobami" - gorzej - są złoczyńcami.

Odnośnie zaś do płacenia podatków, to sytuacja jest nawet bardziej komiczna. Strażniczka bardzo dobitnie podkreśla, że płaci podatki. Czyżby? Proszę zwrócić uwagę, że w sektorze prywatnym, aby zapłacić podatek, trzeba najpierw pieniądze zarobić wykonując pewną usługę, za którą klient zapłaci z pieniędzy, którymi rozporządza w sposób dobrowolny.

W przypadku służb publicznych jest zgoła inaczej. Ich pensje pochodzą z naszych podatków, zatem podatki, które oni płacą również pochodzą z naszych podatków. Dodatkowo należy wziąć pod uwagę to, że w Polsce praktycznie wszystkie podatki trafiają do "jednego wora", bo na przykład ze skarbu państwa dokłada się do ZUSu, bo podatki lokalne przechodzą przez Warszawę itd. Z powyższego jasno wynika, że te "podatki", które płaci strażniczka z filmu, podatkami są tylko z nazwy.

Nie ma żadnego znaczenia, czy strażniczka ta otrzymuje pensję z kasy publicznej, przy czym oddaje do niej od razu PIT oraz składki ubezpieczeniowe, a potem przy każdym zakupie VAT i akcyzę, czy też otrzymuje na początku każdego miesiąca kwotę już o te wszystkie świadczenia pomniejszoną, a od reszty nie płaci żadnego podatku. Ilość pieniędzy, które trafiają do kasy publicznej, bądź w niej zostają, oraz ilość pieniędzy, które ona przeznacza dobrowolnie na konsumpcję nie zmieniają się. To tylko kwestia zaksięgowania tych pieniędzy. Różnica jest tylko w przypadku sektora prywatnego.

Skłamałbym, gdybym powiedział, że obejrzałem ten film z niezadowoleniem. Z niesmakiem owszem, bo jest to niesmaczne, gdy funkcjonariusz służby publicznej sieje zgorszenie przy dzieciach i plugawi mundur, za który płacą Gdynianie, również ci, którym w tak perfidny sposób popsuto radość z Dnia Dziecka. Ale również z satysfakcją. Cieszę się, że obnażane są tego typu praktyki. Chamstwo ludzi postawionych paradoksalnie na straży porządku.

Wierzę, że ta publikacja, wcale popularna - nawet Gazeta jej nie przeoczyła, a także niniejszy tekst, podniosą świadomość obywateli, czym faktycznie jest Straż Miejska i pomoże w organizacji referendów o odwołanie Straży Miejskiej oraz w ich wygraniu - nie tylko w Trójmieście, ale i w pozostałych miastach.

Żal tylko tych dzieci, które cały rok czekały na festyn z okazji Dnia Dziecka, który został zrujnowany przez jedną sfrustrowaną funkcjonariuszkę, która nie miała żadnych względów dla ich obecności. Tym większą mam nadzieję, że uda się ją pozbawić stanowiska w referendum (bo na usunięcie jej w postępowaniu dyscyplinarnym nie liczę). Wówczas przynajmniej będziemy mogli powiedzieć, że ich uszy nie ucierpiały daremnie.

Znamiennym jest to, że strażniczka naprawdę była głęboko przekonana, że pan rozdający watę cukrową kogoś tym krzywdzi.

poniedziałek, 3 czerwca 2013

Kłamca musi mieć dobrą pamięć

Po sieci krąży fragment wywiadu z posłanką PO Ligią Krajewską, w którym wyśmiewa ona program swojej partii w przekonaniu, że wyśmiewa program PiSu. Komentatorzy piszą "głupia baba", "jak można nie znać programu własnej partii?". Ale akurat to, że dała się dziennikarzowi wpuścić w maliny, to nie jest bezpośrednio wina jej głupoty, czy niewiedzy.

Jak mówi stare przysłowie, ten kto kłamie musi mieć dobrą pamięć. Dlaczego? Bo prawda jest jedna, a kłamstw są tysiące. Konia z rzędem temu, kto pamięta wszystkie kłamstwa Platformy. Jestem Pewien, że sam Donald Tusk nie pamięta wszystkich i jakby dobrze go podejść, to tak samo by się wyłożył, jak Krajewska.

Wywiad ten obnaża przede wszystkim niespójność programu PO. To nie jest program, który można zrozumieć, jak to ma miejsce w przypadku partii ideowych, które program swój opierają na kilku jasnych i oczywistych zasadach, a cała reszta wprost z nich wynika. W tym przypadku program jest chaotycznym i nielogicznym bigosem i nikt z członków partii nie potrafi odpowiedzieć na żadne pytanie, dopóki nie pozna stanowiska władz partii.

Pani Krajewska oczywiście jest głupia, ale nie dlatego, że nie potrafi spamiętać tysięcy kłamstw partii, do której należy, tylko dlatego, że do takiej partii należy.

Jak z humorem zauważył Konrad Berkowicz w programie Młodzież Kontra, członkom tej partii można ufać tylko w sprawach o znikomej wadze, takich jak jadłospis.

wtorek, 28 maja 2013

Największy wróg postępowców

Zastanawia mnie czasem jaki jest cel walki wszelkich działaczy "równościowych", feministek, aktywistów LGBTCWCJ, walczących z rasizmem i "nietolerancją". Bo właśnie cel jest jedną z tych rzeczy, bez zdefiniowania której każda walka zamienia się w chaos. Oni najwyraźniej żadnego celu nie mają. Mają tylko kierunek oraz jakieś cele pośrednie. A po osiągnięciu każdego z tych celów zamiast zatrzymać marsz, złożyć broń i z satysfakcją wrócić do swoich normalnych codziennych zadań, prą bezmyślnie dalej. Kombinują, do czego jeszcze można by się tu przyczepić. Bo oni po prostu nie mają "normalnych codziennych zadań", to co ich określa, to tylko ich walka. Bez niej są nikim.

Proszę zwrócić uwagę, co się dzisiaj dzieje:

Feministki, niegdyś walczące o równe prawa dla kobiet, dziś walczą o robienie z kobiet "gorszych mężczyzn". O to, by kobiety pracowały w fabrykach, walczyły na froncie, robiły karierę jako szambonurkinie. O to, by kobiety nawet wbrew ich kwalifikacjom umieszczać na siłę w parlamentach, zarządach spółek. A każdy pomysł autorstwa mężczyzny w tej materii jest nie do przyjęcia z definicji, bo to szowinistyczne świnie, które na złość kobietom sikają na stojąco.

Antyrasiści, którzy niegdyś walczyli o równe prawa dla kolorowych, po osiągnięciu tego celu idą dalej. Dziś, cokolwiek nie powie się o kimś czarnym, można być posądzonym o rasizm. Na uczelniach amerykańskich kandydaci oraz studenci murzyńskiego pochodzenia posiadają specjalne przywileje. Przy zatrudnianiu faworyzowani są kolorowi. Murzyni mogą o białych powiedzieć wszystko - obrażać, wyzywać, obwiniać o wszelkie zło na świecie - biały, zanim coś powie, musi się naprawdę dobrze zastanowić.

Bojownicy LGBTCWCJ, którzy kiedyś walczyli tylko o to, by ich traktować jak normalnych ludzi, dziś idą znacznie dalej. Dziś to normalni nazywani są chorymi na homofobię. Geje żądają tego, by traktować ich związki tak, jak normalną rodzinę. Ba! Lepiej niż normalną rodzinę. Parady gejów, niewybredne ich hasła, flagi i transparenty są dziś na porządku dziennym, podczas gdy kilka miesięcy temu, chyba we Francji, policja kazała przechodniowi zasłonić bluzę z wizerunkiem tradycyjnej rodziny, jako niestosowną. Bo godziła w uczucia sodomitów. O uczucia normalnych ludzi jakoś nikt się nie martwi, bo jesteśmy normalni. Przejawem dyskryminacji homoseksualistów ma być nawet polonez tańczony na studniówce. I nie jest to pomysł jakiegoś jednego gejowskiego oszołoma - jest to stanowisko Kampanii Przeciwko Homofobii, przedstawione w broszurce Lekcja Równości, wydanej pod patronatem Pełnomocnik Rządu do spraw Równego Traktowania Agnieszki Kozłowskiej-Rajewicz.

Nie muszę chyba wspominać o tym, co się dzieje, gdy przeciwnicy ksenofobii i samozwańczy "antyfaszyści" walczą o to, by muzułmanie czyli się w Europie jak w domu - jak gospodarze tego domu - bo na to ostatnio mamy dosyć przykładów.

Niestety, kiedy do walki zabiera się ktoś, kto nie ma o walce pojęcia, to najpewniej "przedobrzy" -  doprowadzi od jednej skrajności w przeciwną skrajność.

Dodatkowo w powyższych przypadkach mamy też do czynienia z innym czynnikiem. To nie są ludzie, którzy walczą dla idei, tylko dla pieniędzy. Organizacje te, dotowane przez zmanipulowanych ludzi, czy politpoprawne agendy państwowe nie mogą sobie pozwolić na ogłoszenie rozejmu. Bo wówczas przyjdzie im zacząć zarabiać na życie uczciwą i pożyteczną pracą. A niestety, oprócz darcia gąb, jak to są źle traktowani nie potrafią nic. Bez swojej wojenki są niczym. Dlatego właśnie muszą przekonywać nas ciągle, że kobiety wciąż są dyskryminowane, gejom się źle dzieje, a Murzyni mają w USA gorzej niż w Afryce. I muszą wmawiać kobietom, homosiom, kolorowym, że są nieszczęśliwi. Bo szczęśliwe kobiety, szczęśliwi homosie i szczęśliwi kolorowi to ich najgorszy wróg.

niedziela, 26 maja 2013

Wolność słowa a demokracja

Na serwisie W Polityce natknąłem się na artykuł pod tytułem Czy to jeszcze demokracja? Komisja Europejska chce karać partie, które nie reprezentują i nie szanują "europejskich wartości". Chodzi oczywiście nie o europejskie wartości, ale o unijne wartości, czyli całkowicie przeciwne, ale z tym mniejsza.

Co mnie niepokoi, to nieustanne utożsamianie demokracji z wolnością słowa. Nie ma wolności słowa - czy to jeszcze demokracja? To tak jakby zapytać: Skończyła się herbata - czy papież grywa w szachy?

Jeśli większość chce, by karać wspomniane partie, to jest to decyzja demokratyczna, jeżeli nie - to nie. Treść proponowanej ustawy nie ma tu żadnego znaczenia. Jej "demokratyczność" zależy jedynie od sposobu jej uchwalenia i poparcia dla niej.

Autorowi tego pytania bez wątpienia chodzi o to, że aby demokracja działała dobrze (dobrze, czyli zgodnie z założeniami demokracji, bo dobrze w znaczeniu "dla dobra ogółu" demokracja nie działa nigdy lub prawie nigdy) obywatel musi mieć pełny dostęp do informacji.

Mamy tu do czynienia z pewnym paradoksem. Demokracja bowiem opiera się głównie nie na informacji, ale na dezinformacji. Wystarczy uważnie obejrzeć dziennik w telewizji, by nie mieć co do tego żadnych wątpliwości. Fałszowanie informacji jest konieczne, by reżim, ale także opozycja oraz inni zainteresowani, zmusili wyborcę do myślenia w taki sposób, w jaki sami myślą. Każdy mówi co innego, więc wyborcę tego można bardzo łatwo w zalewie informacji zgubić. Prawda wszak jest jedna, a kłamstw są miriady. Jest to szukanie igły w stogu siana, więc nic dziwnego, że rzesze zwykłych zjadaczy telewizji cerują potem skarpetki źdźbłami trawy.

Z drugiej strony tego paradoksu jest system niedemokratyczny, czyli taki, w którym decyzje podejmuje monarcha, albo grupa ludzi, nawet niemała grupa ludzi, ale ludzi znających się na rzeczy. Rozumiejący z czym mają do czynienia. Tacy, których nie da się tak łatwo oszukać. Próba podrzucenia im fałszywej informacji mija się więc z celem. W tej sytuacji źródeł informacji jest dużo mniej, media nie są tak rozrośnięte, jak obecnie, ale za to ich wiarygodność jest nieporównywalnie wyższa.

Przepaść między obiema sytuacjami jest niezmierzona. W pierwszej mamy ilość bez żadnej jakości, w drugiej mamy ograniczoną ilość, ale wysokiej jakości. W pierwszym idioci podążają za tym, który piękniej kłamie (bo prawda nigdy nie jest na tyle wspaniała, by zachwycić idiotę), w drugim sprawy wagi państwowej są rozstrzygane przez ludzi do tego zdolnych i w oparciu o fakty nie wykoślawione przez pp. Durczoka, Lisa, czy Michnika.

W socjalizmie cenzura jest konieczna - bo jeśli człowiek, nawet chowany na lewicowych ideałach, usłyszy parę mądrych słów z prawej strony, to może zacząć rozsądnie myśleć, a rozsądek zawsze jest niebezpieczny dla socjalistów. I to jest jedyny cel przyświecający nowemu pomysłowi Unii. W normalnym państwie cenzura jest zbędna, bo nikt nie traktuje poważnie słów demokratów, czy socjalistów. Jeszcze jakieś sto lat temu, ludzie pukali się dobrotliwie w głowę, gdy ktoś wspomniał o demokracji.

A co do samej treści powyższego artykułu, to szkoda gadać. Zachód Europy może tego jeszcze nie wie, ale my u siebie już to mieliśmy i wiemy dobrze czym to pachnie. Uniokraci zapominają o jednym - zła jest ta idea, która jest niesłuszna, a nie ta, którą się zagłusza. Ale oni nauki brali u Goebbelsa.