Czy między kobietą a mężczyzną jest jakaś różnica? No jest. W przeciwnym razie nie używalibyśmy dwóch różnych słów na ich określenie. "Specjaliści" od gender studies, czyli od badania rodzaju (proszę zwrócić uwagę, że nie mówi się o badaniu płci, tylko rodzaju, jakby chciano sprowadzić różnicę między płciami do różnicy gramatycznej) próbują przekonywać nas, że ten rodzaj jest jedynie wynikiem wychowania w stereotypach, a płeć to tylko drugorzędna cecha fizyczna. Nasze siusiaki i biusty to tylko deformacje na skórze, coś jak odstające uszy, trzeci sutek albo krosta.
Wiara w to, że w procesie ewolucji powstały tak znaczne różnice fizyczne między płciami, jak to, że kobiety są zdolne do rodzenia i karmienia dzieci, a mężczyźni są duzi i umięśnieni, by móc walczyć o trwałość swoich genów, odbyło się bez uwzględnienia najważniejszego organu, jakim jest mózg, jest wielką naiwnością.
Gołym okiem widać, że agresja i chęć podejmowania wyzwań, cechy typowo męskie, u kobiet zastąpione są instynktem macierzyńskim i potrzebą bezpieczeństwa. Czy to jest wina wychowania w stereotypach? Stereotypy są bardzo ważne i zawsze niosą ze sobą jakąś ważną wiadomość. Stereotypem na przykład jest, że nie należy podchodzić do dzikich zwierząt, bo mogą ugryźć, ukąsić, użądlić. Odrzucanie stereotypów skończy się tym, że będziemy wkładać ręce w ogień, biegać z nożyczkami po śliskiej podłodze i wbiegać na ulicę.
Stereotypy skądś się biorą. Nawet jeśli założymy, że nasze mózgi są takie same, to fakt, że wszystkie wielkie cywilizacje i większość drobnych cechuje ten sam lub bardzo zbliżony podział na role męskie i żeńskie, świadczy o tym, że musi być w tym coś korzystnego. Gdyby faktycznie nie miało to innego znaczenia, niż kulturowe, dzisiaj mielibyśmy cywilizacje pół na pół. Połowa świata byłaby zdominowana przez mężczyzn, a połowa przez kobiety. Jeśli więc genderowcy narzekają na "dominującą" rolę mężczyzny, to muszą zadać sobie pytanie, dlaczego to mężczyźni "zdominowali" kobiety, a nie na odwrót.
Proszę też zwrócić uwagę, że różnice w zachowaniu między płciami obserwujemy też wśród zwierząt, nawet tych, w których nie istnieje coś takiego jak kultura czy wychowanie, a młode nie bawią się ani lalkami, ani klockami Lego.
Ale nawet jeśli założymy, że mężczyzna jest mężczyzną tylko dlatego, że ojciec widząc siusiaka u noworodka, stereotypowo kupił mu wóz strażacki, a kobieta kobietą tylko dlatego, że matka nie widząc siusiaka, stereotypowo kupiła szmaciankę, to nie zmienia faktu, że jako rodzice mieli do tego pełne prawo. Mogę kierować wychowaniem syna tak, by wychować go na strażaka, na matematyka, na piłkarza. Mogę też chcieć wychować syna na mężczyznę, a córkę na damę.
A genderowcy niech ubierają swoich synów w kolorowe sukieneczki, a córki niech uczą wbijać gwiździe. Problem pojawia się wtedy, gdy ci idioci biorą się za eksperymenty na cudzych dzieciach bez zgody ich rodziców, tak jak ma to miejsce obecnie, w różnych postępowych przedszkolach. I to tu należy postawić granicę nieprzekraczalną!
I proszę nie zapominać, że gender jest tak zwaną "nauką humanistyczną" (termin mylnie wiązany z prawdziwym Humanizmem). Czyli więcej ma wspólnego z niewiążącą opinią, niż z Nauką przez wielkie N.
sobota, 4 stycznia 2014
niedziela, 15 grudnia 2013
I tak źle, i tak niedobrze
Swego czasu pracowałem w firmie, która podlegała dosyć restrykcyjnym standardom bezpieczeństwa. Aby utrzymać certyfikat niezbędny do jej działalności musiała przeprowadzać szczegółowe kontrole okresowe. Każde, nawet najdrobniejsze zacięcie się kartką papieru musiało zostać szczegółowo opisane w raporcie, a raport zarchiwizowany do kontroli. Ba! Wystarczyło, że "o mały włos" do czegoś nie doszło, a już trzeba było pisać, co mogło pójść nie tak i jak w przyszłości zapobiegać podobnych sytuacji. Raporty te były pełne idiotycznych lub dowcipnych komentarzy, jako reakcja na absurdalność niektórych pytań.
"Pech" chciał, że zdarzyło się pewnego razu, że przez trzy miesiące z rzędu nie wydarzyło się nic "niebezpiecznego". Nawet jednej drzazgi. Zakładowi wydającemu certyfikat nie spodobało się to, zarządził kontrolę poza kolejnością. Firma została dokładniej niż kiedykolwiek prześwietlona, osoba odpowiedzialna za BHP musiała się tłumaczyć, jakim cudem nikomu nic się nie stało przez tyle czasu. Niewiele brakowało, by firma straciła certyfikat, co oznaczałoby koniec z biznesem.
Innymi słowy organ wydający certyfikat bezpieczeństwa prawie był go odebrał za to, że w firmie jest bezpiecznie. Cyrk? Nie: biurokracja. Powyższe to tylko ilustracja pewnego problemu, który trawi większość instytucji państwowych (albo niepaństwowych, ale takich którym państwo udziela monopolu w pewnym zakresie).
Dokładnie tak samo działa obecnie rząd. Partia, która go utworzyła, szła do wyborów z hasłem "By żyło się lepiej". Ale nich tylko komuś żyje się lepiej, to już oni naślą na niego kontrolę skarbową, sprawdzą, dlaczego jest mu dobrze, czy kradnie, czy oszukuje. No bo przecież jeśli faktycznie żyje mu się lepiej, to oczywiście nie dlatego, że rząd robi coś, by lepiej mu było, tylko dlatego, że sam postanowił zadbać o swoje dobro, a na to nie może być zgody!
"Pech" chciał, że zdarzyło się pewnego razu, że przez trzy miesiące z rzędu nie wydarzyło się nic "niebezpiecznego". Nawet jednej drzazgi. Zakładowi wydającemu certyfikat nie spodobało się to, zarządził kontrolę poza kolejnością. Firma została dokładniej niż kiedykolwiek prześwietlona, osoba odpowiedzialna za BHP musiała się tłumaczyć, jakim cudem nikomu nic się nie stało przez tyle czasu. Niewiele brakowało, by firma straciła certyfikat, co oznaczałoby koniec z biznesem.
Innymi słowy organ wydający certyfikat bezpieczeństwa prawie był go odebrał za to, że w firmie jest bezpiecznie. Cyrk? Nie: biurokracja. Powyższe to tylko ilustracja pewnego problemu, który trawi większość instytucji państwowych (albo niepaństwowych, ale takich którym państwo udziela monopolu w pewnym zakresie).
Dokładnie tak samo działa obecnie rząd. Partia, która go utworzyła, szła do wyborów z hasłem "By żyło się lepiej". Ale nich tylko komuś żyje się lepiej, to już oni naślą na niego kontrolę skarbową, sprawdzą, dlaczego jest mu dobrze, czy kradnie, czy oszukuje. No bo przecież jeśli faktycznie żyje mu się lepiej, to oczywiście nie dlatego, że rząd robi coś, by lepiej mu było, tylko dlatego, że sam postanowił zadbać o swoje dobro, a na to nie może być zgody!
środa, 11 grudnia 2013
Zagadka z mordercą
Jakiś czas temu zadałem zagadkę ze złodziejem. Wśród odpowiadających, o ile ich interpretacje nieco różniły się między sobą, panowała pełna zgodność, że w opisywanym przypadku doszło do kradzieży.
Jak część czytelników zapewne się domyśliła, ta zagadka to był jedynie wstęp:
Sytuacja 3:
Mietek wraca z giełdy samochodowej. Po drodze zostaje napadnięty przez kilku drabów, którzy namierzyli go już na giełdzie. Bandyci zatłukli Mietka kijami na śmierć. Myślę, że nikt nie będzie oponował, jeśli zaryzykuję stwierdzenie, że Mietek został zamordowany.
Sytuacja 4:
Kajtek jest płodem poczętym w lutym. Nie ma wprawdzie świadomości, że żyje, ale życie cały czas jest w nim, trwa i czeka tylko na moment, kiedy Kajtek będzie mógł z niego skorzystać. Jedyną osobą, która wie, że Kajtek został obdarowany życiem jest jego matka, ale pomyślała, że czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal i że Kajtek i tak nie skorzysta z tego życia aż do przyszłej jesieni, więc odebrała mu to życie. Kajtek nigdy się o tym nie dowie.
Pytanie: Czy Kajtek został zamordowany, czy nie? A jeśli tak, to czy jego strata była mniejsza niż Mietka? Przecież Kajtek nic nie zrobił w celu zaistnienia tego życia i "miał je" zaledwie przez kilka tygodni i nawet nie wiedział, że je ma, ani że je stracił, a matce aborcja na pewno była na rękę.
Jak część czytelników zapewne się domyśliła, ta zagadka to był jedynie wstęp:
Sytuacja 3:
Mietek wraca z giełdy samochodowej. Po drodze zostaje napadnięty przez kilku drabów, którzy namierzyli go już na giełdzie. Bandyci zatłukli Mietka kijami na śmierć. Myślę, że nikt nie będzie oponował, jeśli zaryzykuję stwierdzenie, że Mietek został zamordowany.
Sytuacja 4:
Kajtek jest płodem poczętym w lutym. Nie ma wprawdzie świadomości, że żyje, ale życie cały czas jest w nim, trwa i czeka tylko na moment, kiedy Kajtek będzie mógł z niego skorzystać. Jedyną osobą, która wie, że Kajtek został obdarowany życiem jest jego matka, ale pomyślała, że czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal i że Kajtek i tak nie skorzysta z tego życia aż do przyszłej jesieni, więc odebrała mu to życie. Kajtek nigdy się o tym nie dowie.
Pytanie: Czy Kajtek został zamordowany, czy nie? A jeśli tak, to czy jego strata była mniejsza niż Mietka? Przecież Kajtek nic nie zrobił w celu zaistnienia tego życia i "miał je" zaledwie przez kilka tygodni i nawet nie wiedział, że je ma, ani że je stracił, a matce aborcja na pewno była na rękę.
poniedziałek, 9 grudnia 2013
Nieślubne dziecko wczoraj i dziś
Czasy się zmieniają. Kiedyś, jeśli niezamężna nastolatka zaszła w ciążę, to potępiało się ją za to, że się "puściła", ale cieszono się z dziecka, bo każde poczęcie słusznie uważane było za błogosławieństwo.
Dziś jest całkowicie odwrotnie. Nastolatki się wręcz namawia do wczesnego rozpoczęcia współżycia seksualnego, seks promuje się w szkołach, w telewizji i w czasopismach młodzieżowych. Jak się małolata puszcza, to dobrze. Dopiero "wpadka" jest potępiana, jako wynik głupoty.
Efekt jest oczywisty. Kiedyś rozwiązaniem tego problemu było małżeństwo, dziś - aborcja.
Dziś jest całkowicie odwrotnie. Nastolatki się wręcz namawia do wczesnego rozpoczęcia współżycia seksualnego, seks promuje się w szkołach, w telewizji i w czasopismach młodzieżowych. Jak się małolata puszcza, to dobrze. Dopiero "wpadka" jest potępiana, jako wynik głupoty.
Efekt jest oczywisty. Kiedyś rozwiązaniem tego problemu było małżeństwo, dziś - aborcja.
środa, 4 grudnia 2013
Wyparowujące pieniądze
Mówi się, że różnica między kobietą a mężczyzną na zakupach jest taka, że mężczyzna zapłaci 200 złotych za rzecz o wartości rynkowej 50 złotych, jeśli będzie mu ona bardzo potrzebna, a kobieta kupi całkowicie niepotrzebną jej rzecz, jeśli została ona przeceniona z 200 złotych na 50. Społeczeństwa i rządy niewieścieją i fakt ten wykorzystuje ZSRE.
Polskie (i nie tylko) miasta i gminy wydają ogromne pieniądze na idiotyczne i nikomu niepotrzebne projekty, ale robią to bardzo ochoczo i z dumę, bo dzięki unijnej kasiorce płacą zamiast powiedzmy 900 tysięcy złotych za "infokioski", ledwie trzecią część tej kwoty. I to wielki sukces. Nikt nie zwróci uwagi na to, że nawet te trzysta tysiący, to idiotyczna cena za to, czego nikt nie używa.
Rozmowa, nie do końca fikcyjna, dwóch przyjaciółek po zakupach w galerii handlowej:
- Zobacz, jaką sobie piękną torebkę na przecenie kupiłam!
- Piękna! Teraz pewnie nie będziesz chciała już żadnej innej nosić!
- Właściwie to nie, do niczego mi nie pasuje i jest nieporęczna, ale jaka okazja!
Dlaczego ją kupiła? Bo kupowała za pieniądze męża. Podobnie z tymi nietrafionymi projektami. Samorządy wydają na nie pieniądze, których same nie zarobiły, bo pracowali na nie mieszkańcy. A jedynym uzasadnieniem zakupu jest to, że dzięki Unii są one tańsze niż normalnie. Pytanie o zasadność zakupu jest zbędna.
Ale mimo wszystko przyjaciółka i tak postępuje rozsądniej, bo niższą cenę za torebkę płaci kosztem pomniejszonego zysku butiku, tymczasem za niepotrzebne fontanny, muzea, biblioteki współfinansowane z pieniędzy unijnych kto płaci? Unia, czyli kto? "Ja płacę, pan płaci... Społeczeństwo!". Przecież budżet unijny to te pieniądze, które "państwa" członkowskie płacą w składce ze swoich budżetów, a tam one też nie biorą się z ciężkiej pracy urzędników, tylko z podatków. A na samym końcu bilans i tak musi się zgodzić.
Zatem katowickie infokioski były finansowane dwiema drogami. Jedna szła tylko przez kasę katowicką, a druga przeszła przez Katowice, Warszawę i Brukselę. A każdy taki etap to prowizja dla popychających te pieniądze biurokratów. W efekcie Katowice wyszłyby na tym dużo lepiej, gdyby całość zapłaciły z własnej kieszeni. Problem tylko w tym, że te 300+ widać, a tych 600+++ nie widać - spadają z nieba. Deszcz też spada z nieba, ale każde dziecko z lekcji środowiska w szkole podstawowej wie, że ta woda najpierw musi skądś wyparować.
Jestem pewien, że gdyby władze miasta Katowice dostały ofertę postawienia tych infokiosków za jedyne 300 tysięcy bez pomocy unijnej, to tych pieniędzy by nie wydały. Wydano je tylko dlatego, że stworzono pozór niepowtarzalnej okazji, ten sam, na który dała się złapać przyjaciółka, która kupiła zupełnie niepasującą jej do niczego torebkę.
Efekt końcowy jest taki, że Katowice nie zyskały, ani nie zaoszczędziły 600 tysięcy, jak to zwykło się mawiać o podobnych "sukcesach". Katowice wydały na coś niepotrzebnego 300 tysięcy złotych! (A oprócz tego my wszyscy zrzuciliśmy się na unijne "600 tysięcy" wydane na projekt nie warty połowy tych pieniędzy.)
Prawda jest taka, że przyjaciółka wydała pieniądze męża nie na torebkę, tylko na poczucie satysfakcji, że udało jej się ją "upolować". Podobnie urzędnicy płacący za podobne projekty - wydają na nie nasze pieniądze, bo tymi głupimi budkami jeszcze długo będą się chwalić dzieciom i wnukom na spacerze po Katowicach.
Będą się tym chwalić, jak w dowcipie, w którym dostawca węgla jedzie ulicą i wrzeszczy: Węgiel przywiozłem!, na co koń, ciągnący ciężki wóz z węglem i dostawcą parska: Ty przywiozłeś?!!!. Ale to dowcip. W rzeczywistości ani koń, ani my, którzy rzeczywiście za to wszystko płacimy, głosu nie mamy.
Polskie (i nie tylko) miasta i gminy wydają ogromne pieniądze na idiotyczne i nikomu niepotrzebne projekty, ale robią to bardzo ochoczo i z dumę, bo dzięki unijnej kasiorce płacą zamiast powiedzmy 900 tysięcy złotych za "infokioski", ledwie trzecią część tej kwoty. I to wielki sukces. Nikt nie zwróci uwagi na to, że nawet te trzysta tysiący, to idiotyczna cena za to, czego nikt nie używa.
Rozmowa, nie do końca fikcyjna, dwóch przyjaciółek po zakupach w galerii handlowej:
- Zobacz, jaką sobie piękną torebkę na przecenie kupiłam!
- Piękna! Teraz pewnie nie będziesz chciała już żadnej innej nosić!
- Właściwie to nie, do niczego mi nie pasuje i jest nieporęczna, ale jaka okazja!
Dlaczego ją kupiła? Bo kupowała za pieniądze męża. Podobnie z tymi nietrafionymi projektami. Samorządy wydają na nie pieniądze, których same nie zarobiły, bo pracowali na nie mieszkańcy. A jedynym uzasadnieniem zakupu jest to, że dzięki Unii są one tańsze niż normalnie. Pytanie o zasadność zakupu jest zbędna.
Ale mimo wszystko przyjaciółka i tak postępuje rozsądniej, bo niższą cenę za torebkę płaci kosztem pomniejszonego zysku butiku, tymczasem za niepotrzebne fontanny, muzea, biblioteki współfinansowane z pieniędzy unijnych kto płaci? Unia, czyli kto? "Ja płacę, pan płaci... Społeczeństwo!". Przecież budżet unijny to te pieniądze, które "państwa" członkowskie płacą w składce ze swoich budżetów, a tam one też nie biorą się z ciężkiej pracy urzędników, tylko z podatków. A na samym końcu bilans i tak musi się zgodzić.
Zatem katowickie infokioski były finansowane dwiema drogami. Jedna szła tylko przez kasę katowicką, a druga przeszła przez Katowice, Warszawę i Brukselę. A każdy taki etap to prowizja dla popychających te pieniądze biurokratów. W efekcie Katowice wyszłyby na tym dużo lepiej, gdyby całość zapłaciły z własnej kieszeni. Problem tylko w tym, że te 300+ widać, a tych 600+++ nie widać - spadają z nieba. Deszcz też spada z nieba, ale każde dziecko z lekcji środowiska w szkole podstawowej wie, że ta woda najpierw musi skądś wyparować.
Jestem pewien, że gdyby władze miasta Katowice dostały ofertę postawienia tych infokiosków za jedyne 300 tysięcy bez pomocy unijnej, to tych pieniędzy by nie wydały. Wydano je tylko dlatego, że stworzono pozór niepowtarzalnej okazji, ten sam, na który dała się złapać przyjaciółka, która kupiła zupełnie niepasującą jej do niczego torebkę.
Efekt końcowy jest taki, że Katowice nie zyskały, ani nie zaoszczędziły 600 tysięcy, jak to zwykło się mawiać o podobnych "sukcesach". Katowice wydały na coś niepotrzebnego 300 tysięcy złotych! (A oprócz tego my wszyscy zrzuciliśmy się na unijne "600 tysięcy" wydane na projekt nie warty połowy tych pieniędzy.)
Prawda jest taka, że przyjaciółka wydała pieniądze męża nie na torebkę, tylko na poczucie satysfakcji, że udało jej się ją "upolować". Podobnie urzędnicy płacący za podobne projekty - wydają na nie nasze pieniądze, bo tymi głupimi budkami jeszcze długo będą się chwalić dzieciom i wnukom na spacerze po Katowicach.
Będą się tym chwalić, jak w dowcipie, w którym dostawca węgla jedzie ulicą i wrzeszczy: Węgiel przywiozłem!, na co koń, ciągnący ciężki wóz z węglem i dostawcą parska: Ty przywiozłeś?!!!. Ale to dowcip. W rzeczywistości ani koń, ani my, którzy rzeczywiście za to wszystko płacimy, głosu nie mamy.
sobota, 30 listopada 2013
Zagadka ze złodziejem
Proponuję czytelnikom zabawę. Proszę wyobrazić sobie następujące sytuacje:
Sytuacja 1:
Bronek jedzie na giełdę samochodową, by kupić swój pierwszy samochód. W kieszeni ma 10 tysięcy złotych, które odkładał przez dwa lata na ten cel. Niestety nie udaje mu się znaleźć nic odpowiedniego i po całym dniu szukania wraca do domu. Po drodze zostaje napadnięty przez kilku drabów, którzy namierzyli go już na giełdzie. Złodzieje zabierają mu wszystkie pieniądze. Myślę, że nikt nie będzie oponował, jeśli zaryzykuję stwierdzenie, że Bronek został okradziony z 10 tysięcy złotych.
Sytuacja 2:
Wacek w lutym skończył studia z wyróżnieniem. Z tej okazji udał się do dziadka na drugi koniec Polski, by pochwalić się dyplomem. Dziadek jest niezwykle dumny i ma dla Wacka prezent. Odkąd Wacek poszedł na studia odkładał co-nieco z emerytury i uzbierał 10 tysięcy złotych na tę okazję. Dziadek jednak wie, że Wacek to bardzo skromny i kochany chłopak, więc nigdy nie przyjąłby takiego prezentu. Jest jednak bardzo przebiegły, więc kiedy Wacek zbiera się już do wyjścia potajemnie wsuwa do kieszeni jego kurtki kopertę z pieniędzmi i kartką z gratulacjami.
Wacek jednak tych pieniędzy nie znalazł. Znalazła je dopiero po kilku tygodniach jego matka, gdy brała kurtkę do prania. Przeczytała kartkę od dziadka, po czym pomyślała, że czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal i że jest wiosna, więc Wacek i tak nie zajrzałby do kieszeni kurtki aż do przyszłej zimy, więc zachachmęciła te 10 tysięcy. Jednocześnie wie, że Wacek nigdy się o tym nie dowie, bo w międzyczasie dziadek się poślizgnął odśnieżając schody, skręcił kark i umarł.
Pytanie do czytelników: Czy Wacek został okradziony, czy nie? A jeśli tak, to czy został okradziony z dziesięciu tysięcy złotych, tak jak Bronek, czy może jego strata była mniejsza? Przecież on na te pieniądze nie zarobił i "miał je" zaledwie przez kilka tygodni i nawet nie wiedział, że je ma, ani nie wiedział, że je stracił, a matce na pewno te pieniądze się przydadzą.
Proszę o komentarze, bardzo chciałbym poznać Państwa zdanie na ten temat.
Sytuacja 1:
Bronek jedzie na giełdę samochodową, by kupić swój pierwszy samochód. W kieszeni ma 10 tysięcy złotych, które odkładał przez dwa lata na ten cel. Niestety nie udaje mu się znaleźć nic odpowiedniego i po całym dniu szukania wraca do domu. Po drodze zostaje napadnięty przez kilku drabów, którzy namierzyli go już na giełdzie. Złodzieje zabierają mu wszystkie pieniądze. Myślę, że nikt nie będzie oponował, jeśli zaryzykuję stwierdzenie, że Bronek został okradziony z 10 tysięcy złotych.
Sytuacja 2:
Wacek w lutym skończył studia z wyróżnieniem. Z tej okazji udał się do dziadka na drugi koniec Polski, by pochwalić się dyplomem. Dziadek jest niezwykle dumny i ma dla Wacka prezent. Odkąd Wacek poszedł na studia odkładał co-nieco z emerytury i uzbierał 10 tysięcy złotych na tę okazję. Dziadek jednak wie, że Wacek to bardzo skromny i kochany chłopak, więc nigdy nie przyjąłby takiego prezentu. Jest jednak bardzo przebiegły, więc kiedy Wacek zbiera się już do wyjścia potajemnie wsuwa do kieszeni jego kurtki kopertę z pieniędzmi i kartką z gratulacjami.
Wacek jednak tych pieniędzy nie znalazł. Znalazła je dopiero po kilku tygodniach jego matka, gdy brała kurtkę do prania. Przeczytała kartkę od dziadka, po czym pomyślała, że czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal i że jest wiosna, więc Wacek i tak nie zajrzałby do kieszeni kurtki aż do przyszłej zimy, więc zachachmęciła te 10 tysięcy. Jednocześnie wie, że Wacek nigdy się o tym nie dowie, bo w międzyczasie dziadek się poślizgnął odśnieżając schody, skręcił kark i umarł.
Pytanie do czytelników: Czy Wacek został okradziony, czy nie? A jeśli tak, to czy został okradziony z dziesięciu tysięcy złotych, tak jak Bronek, czy może jego strata była mniejsza? Przecież on na te pieniądze nie zarobił i "miał je" zaledwie przez kilka tygodni i nawet nie wiedział, że je ma, ani nie wiedział, że je stracił, a matce na pewno te pieniądze się przydadzą.
Proszę o komentarze, bardzo chciałbym poznać Państwa zdanie na ten temat.
czwartek, 21 listopada 2013
I am the 0,000007 percent!
Komentator zgłosił pewną istotną wątpliwość:
Zastanowiła mnie ostatnio taka kwestia: jeśli prawo do wolności podstawowym, to wydaje mi się, że jest to nie do pogodzenia z monarchią. W monarchii bowiem nie mam żadnego wpływu na to, czy władcą będzie ktoś, kto mi odpowiada. Jest wprawdzie wysoka szansa, że będzie on dbał własne państwo, a więc i o mnie, ale jednocześnie nie tyle podejmuję, co muszę zgodzić się, na ryzyko, że będzie to kompletny idiota, który, korzystając z władzy, zaszkodzi nawet nie koniecznie państwu, ale konkretnie mnie.
A więc, oddając władzę dziedzicznemu monarsze, który teoretycznie po prostu lepiej ode mnie się na sprawowaniu władzy zna i do tej roli go "wynajmuję" (płacąc mu podatki), ryzykuję, że jego następca będzie kimś zupełnie innym, na co żadnego wpływu nie mam, kto może mnie wolności pozbawić.
Stawiam więc tezę (z którą chciałbym się nie zgadzać), że demokracja jest jednak jedynym akceptowalnym w wolnym społeczeństwie ustrojem, który zawsze pozostawia mi jakiś minimalny wpływ na osobę władcy(monarchia elekcyjna)/władców(obecny system polityczny).
Warto zadać sobie kilka pytań: Jaki jest mój, pojedynczego obywatela, wpływ na władzę w demokracji i w monarchii? Jaki jest wpływ na władzę innych? Co ta władza obejmuje (reguluje)? Jakie jest przygotowanie osób sprawujących władzę do jej sprawowania?
Faktycznie, słuszne jest przekonanie, że w demokracji każdy ma wpływ na państwo. Wpływ ten jednak jest grubo przeceniany. Jego wielkość można w arytmetyczny i dość dokładny sposób wyznaczyć. Jeśli w Polsce jest 31 milionów osób uprawnionych do głosowania (dane z wyborów w 2011 roku), to, nawet uwzględniając, że z prawa tego korzysta połowa, w bardzo prosty sposób mogę wyznaczyć, że waga mojego głosu wynosi 1:15 mln, albo, jakby to powiedział Jakub Bond z wadą wymowy, 0,00000007. Czyli nic.
To powinno rozwiać wszelkie wątpliwości na temat wpływu jednostki na państwo w demokracji. Ale problemem nie jest to, że ja mam praktycznie zerowy wpływ na państwo. Problemem jest to, kto posiada te pozostałe 100 procent. I to tutaj jest największa różnica między monarchią a demokracją. W monarchii wiem kto. Znam go z twarzy, nazwiska, człowiek ten odpowiada za swoje czyny przed narodem, historią, swoimi przodkami i potomkami.
W demokracji nie wiem. W demokracji jest to bliżej nieokreślona zbieranina, bezimienna i za nic nie ponosząca odpowiedzialności. Zbieranina ta w swojej większości nie ma wielkiego pojęcia o historii, dyplomacji, gospodarce, polityce, nie ma wyobraźni i zdolności patrzenia w przyszłość. Ponadto ludzie w kupie zwykle działają mniej racjonalnie, niż pojedynczo. Więc nawet jeśli byłbym najmądrzejszym człowiekiem na świecie, to ten ułamek wpływu jaki mam na państwo na nic mi się zda - to kropla w oceanie głupoty i niskich instynktów.
A jaki jest mój wpływ na monarchę? Niekoniecznie zerowy. Monarcha, o ile jest rozsądny, a na ogół jest (o "złym królu" napiszę innym razem.), chce dla swojego państwa jak najlepiej, bo jest za nie odpowiedzialny i nie chce swojemu potomkowi pozostawić ruiny. Więc chętnie wysłuchuje ludzi z rozsądnymi pomysłami. Demokracja nie słucha głosu rozsądku. Bo i kto miałby go słuchać? Jak widać ostatnimi czasy nawet list podpisany przez milion osób może wylądować w koszu praktycznie bez czytania. Zatem de facto w monarchii ludzie rozsądni i mądrzy mają nieporównywalnie większą siłę głosu, niż w demokracji.
Głównym zagadnieniem, jeśli chodzi o naszą wolność nie jest jednak to kto i jakim systemem nami rządzi, tylko jaki jest zakres jego wpływu na nasze życie. Czyli co mieści się w tych "stu procentach" władzy. Jeżeli ta władza ogranicza się do funkcjonowania państwa i organów niezbędnych do jego istnienia, to bardzo dobrze. Jeśli zaś miesza się w prywatne sprawy każdego obywatela/poddanego, to znaczy, że nadmiernie ogranicza jego wolność.
Problem w tym, że demokracja ma tendencję do mieszania się we wszystko, poszerzania swoich wpływów, bo większość chce bezpieczeństwa, a nie wolności. Ludzie prości chcą by ktoś inny martwił się o ich zdrowie, o ich dzieci, o ich starość, chcą żreć, spać i żyć na koszt innych.
Król raczej będzie się uchylał od regulowania wszystkiego, dlatego, że on ponosi odpowiedzialność za swoje decyzje. Naturalnie więc woli decydować o tym, co istotne dla trwania i umacniania się państwa, a nie mieszać się w prywatne życie obywateli. Bo dlaczegóż miałby chcieć przysparzać sobie zadań i ponosić odpowiedzialność za coś, co nie mieści się w zakresie jego obowiązków? To tylko odciąga go od spraw ważnych.
Zatem nawet jeżeli przyjęlibyśmy, że w monarchii mój wpływ na państwo wynosi zero, to mój wpływ na sprawy, które dotyczą tylko mnie i mojej rodziny wynosi na ogół 100 procent. W demokracji mój wpływ na państwo jest "mikroskopijnie" większy od zera, ale mam też bardzo ograniczony wpływ na swoje własne sprawy. Mogę sam zadecydować kiedy zjem obiad, ale to te 99,99999993 procent decyduje (pośrednio lub bezpośrednio) co mogę zjeść, a czego nie mogę. To oni decydują jaką pracę wolno mi wykonywać, jak kształcić swoje dzieci, co mogę zbudować na swojej ziemi, jak zadbać o swoje zdrowie i swoją przyszłość. A oni nawet nie są w tych dziedzinach jakoś specjalnie obeznani, nie mówiąc już o tym, że nigdy mnie nie widzieli i nie spytali, co lubię jeść na obiad.
Dlatego wolę monarchę, który ma władzę nade mną w stosunkowo niewielu dziedzinach, ale są to dziedziny na których się doskonale zna, bo od pacholęcia jest przygotowywany do swojej roli i obraca się się wśród ludzi, którzy znają się na państwie, polityce, dyplomacji itd. i który za swoje decyzje odpowiada, nierzadko nawet własnym życiem.
A jeśli ktoś woli, żeby jakaś przypadkowa zbieranina decydowała za niego, w co się ubrać, jak szczepić dzieci, gdzie odkładać oszczędności, to obecnie jest całe mnóstwo forów internetowych, gdzie jedni idioci pytają innych idiotów o radę, a ci aż palą się do jej udzielania. I ponoszą dokładnie taką samą odpowiedzialność za swoje rady, co demokracja za swoje decyzje.
Zastanowiła mnie ostatnio taka kwestia: jeśli prawo do wolności podstawowym, to wydaje mi się, że jest to nie do pogodzenia z monarchią. W monarchii bowiem nie mam żadnego wpływu na to, czy władcą będzie ktoś, kto mi odpowiada. Jest wprawdzie wysoka szansa, że będzie on dbał własne państwo, a więc i o mnie, ale jednocześnie nie tyle podejmuję, co muszę zgodzić się, na ryzyko, że będzie to kompletny idiota, który, korzystając z władzy, zaszkodzi nawet nie koniecznie państwu, ale konkretnie mnie.
A więc, oddając władzę dziedzicznemu monarsze, który teoretycznie po prostu lepiej ode mnie się na sprawowaniu władzy zna i do tej roli go "wynajmuję" (płacąc mu podatki), ryzykuję, że jego następca będzie kimś zupełnie innym, na co żadnego wpływu nie mam, kto może mnie wolności pozbawić.
Stawiam więc tezę (z którą chciałbym się nie zgadzać), że demokracja jest jednak jedynym akceptowalnym w wolnym społeczeństwie ustrojem, który zawsze pozostawia mi jakiś minimalny wpływ na osobę władcy(monarchia elekcyjna)/władców(obecny system polityczny).
Warto zadać sobie kilka pytań: Jaki jest mój, pojedynczego obywatela, wpływ na władzę w demokracji i w monarchii? Jaki jest wpływ na władzę innych? Co ta władza obejmuje (reguluje)? Jakie jest przygotowanie osób sprawujących władzę do jej sprawowania?
Faktycznie, słuszne jest przekonanie, że w demokracji każdy ma wpływ na państwo. Wpływ ten jednak jest grubo przeceniany. Jego wielkość można w arytmetyczny i dość dokładny sposób wyznaczyć. Jeśli w Polsce jest 31 milionów osób uprawnionych do głosowania (dane z wyborów w 2011 roku), to, nawet uwzględniając, że z prawa tego korzysta połowa, w bardzo prosty sposób mogę wyznaczyć, że waga mojego głosu wynosi 1:15 mln, albo, jakby to powiedział Jakub Bond z wadą wymowy, 0,00000007. Czyli nic.
To powinno rozwiać wszelkie wątpliwości na temat wpływu jednostki na państwo w demokracji. Ale problemem nie jest to, że ja mam praktycznie zerowy wpływ na państwo. Problemem jest to, kto posiada te pozostałe 100 procent. I to tutaj jest największa różnica między monarchią a demokracją. W monarchii wiem kto. Znam go z twarzy, nazwiska, człowiek ten odpowiada za swoje czyny przed narodem, historią, swoimi przodkami i potomkami.
W demokracji nie wiem. W demokracji jest to bliżej nieokreślona zbieranina, bezimienna i za nic nie ponosząca odpowiedzialności. Zbieranina ta w swojej większości nie ma wielkiego pojęcia o historii, dyplomacji, gospodarce, polityce, nie ma wyobraźni i zdolności patrzenia w przyszłość. Ponadto ludzie w kupie zwykle działają mniej racjonalnie, niż pojedynczo. Więc nawet jeśli byłbym najmądrzejszym człowiekiem na świecie, to ten ułamek wpływu jaki mam na państwo na nic mi się zda - to kropla w oceanie głupoty i niskich instynktów.
A jaki jest mój wpływ na monarchę? Niekoniecznie zerowy. Monarcha, o ile jest rozsądny, a na ogół jest (o "złym królu" napiszę innym razem.), chce dla swojego państwa jak najlepiej, bo jest za nie odpowiedzialny i nie chce swojemu potomkowi pozostawić ruiny. Więc chętnie wysłuchuje ludzi z rozsądnymi pomysłami. Demokracja nie słucha głosu rozsądku. Bo i kto miałby go słuchać? Jak widać ostatnimi czasy nawet list podpisany przez milion osób może wylądować w koszu praktycznie bez czytania. Zatem de facto w monarchii ludzie rozsądni i mądrzy mają nieporównywalnie większą siłę głosu, niż w demokracji.
Głównym zagadnieniem, jeśli chodzi o naszą wolność nie jest jednak to kto i jakim systemem nami rządzi, tylko jaki jest zakres jego wpływu na nasze życie. Czyli co mieści się w tych "stu procentach" władzy. Jeżeli ta władza ogranicza się do funkcjonowania państwa i organów niezbędnych do jego istnienia, to bardzo dobrze. Jeśli zaś miesza się w prywatne sprawy każdego obywatela/poddanego, to znaczy, że nadmiernie ogranicza jego wolność.
Problem w tym, że demokracja ma tendencję do mieszania się we wszystko, poszerzania swoich wpływów, bo większość chce bezpieczeństwa, a nie wolności. Ludzie prości chcą by ktoś inny martwił się o ich zdrowie, o ich dzieci, o ich starość, chcą żreć, spać i żyć na koszt innych.
Król raczej będzie się uchylał od regulowania wszystkiego, dlatego, że on ponosi odpowiedzialność za swoje decyzje. Naturalnie więc woli decydować o tym, co istotne dla trwania i umacniania się państwa, a nie mieszać się w prywatne życie obywateli. Bo dlaczegóż miałby chcieć przysparzać sobie zadań i ponosić odpowiedzialność za coś, co nie mieści się w zakresie jego obowiązków? To tylko odciąga go od spraw ważnych.
Zatem nawet jeżeli przyjęlibyśmy, że w monarchii mój wpływ na państwo wynosi zero, to mój wpływ na sprawy, które dotyczą tylko mnie i mojej rodziny wynosi na ogół 100 procent. W demokracji mój wpływ na państwo jest "mikroskopijnie" większy od zera, ale mam też bardzo ograniczony wpływ na swoje własne sprawy. Mogę sam zadecydować kiedy zjem obiad, ale to te 99,99999993 procent decyduje (pośrednio lub bezpośrednio) co mogę zjeść, a czego nie mogę. To oni decydują jaką pracę wolno mi wykonywać, jak kształcić swoje dzieci, co mogę zbudować na swojej ziemi, jak zadbać o swoje zdrowie i swoją przyszłość. A oni nawet nie są w tych dziedzinach jakoś specjalnie obeznani, nie mówiąc już o tym, że nigdy mnie nie widzieli i nie spytali, co lubię jeść na obiad.
Dlatego wolę monarchę, który ma władzę nade mną w stosunkowo niewielu dziedzinach, ale są to dziedziny na których się doskonale zna, bo od pacholęcia jest przygotowywany do swojej roli i obraca się się wśród ludzi, którzy znają się na państwie, polityce, dyplomacji itd. i który za swoje decyzje odpowiada, nierzadko nawet własnym życiem.
A jeśli ktoś woli, żeby jakaś przypadkowa zbieranina decydowała za niego, w co się ubrać, jak szczepić dzieci, gdzie odkładać oszczędności, to obecnie jest całe mnóstwo forów internetowych, gdzie jedni idioci pytają innych idiotów o radę, a ci aż palą się do jej udzielania. I ponoszą dokładnie taką samą odpowiedzialność za swoje rady, co demokracja za swoje decyzje.
Subskrybuj:
Posty (Atom)