środa, 30 października 2013

Nauka przez zabawę

Pod koniec października w wielu krajach, ostatnio również w Polsce, obchodzi się tak zwane Halloween (All Hallows' Evening), czyli wigilia Wszystkich Świętych. Ludzie często kręcą głowami: Po co nam to? To święto amerykańskich przygłupów! Samo "święto", jako okazja do zabawy w dotychczasowej, nieoficjalnej formie, nie powinno nikomu przeszkadzać.

Jest jednak, obok radosnych przebieranek i zabaw, pewna "tradycja" związana z tym "świętem", która budzi we mnie pewien umiarkowany niesmak. "Cukierek albo psikus", czyli chodzenie dzieci po sąsiedztwie i "straszenie" niewinnym psikusem, jeśli mieszkaniec nie zapłaci okupu w postaci słodyczy. Oczywiście to tylko niegroźna zabawa i żarty dla nas, dorosłych, ale dzieci przez zabawę się uczą. A lekcja z tej zabawy, niezależnie od tego, jak niewinnym i drobnym jest psikus, płynie jedna: szantaż działa. Ta niezbyt wychowawcza lekcja, powtarzana dziecku rok w rok, musi pozostawić jakiś ślad.

Tak, większość dzieci, gdy dorośnie, nie napada na banki z bronią w ręku (choć odnoszę wrażenie, że w SZA, gdzie "cukierek albo psikus" istnieje od kilkudziesięciu lat, incydentów tych jest więcej niż w Polsce), podobnie jak większość dzieci biegających z nożyczkami nie wydłubuje sobie oczu. Ale chodzi o zasady przekazywane dzieciom. Dlaczego uczyć, albo choćby oswajać dzieci z negatywnymi postawami, jeśli można, nie umniejszając zabawy, uczyć czegoś dobrego?

Rozmawiałem o tym ze znajomymi obcokrajowcami, wychowanymi od dziecka w tej "tradycji", którzy również swoje dzieci w ten sposób wychowywali. Pierwsza reakcja to zdziwienie, że nie popieram tej zabawy, druga to śmiech, że jestem pomylony, jeśli uważam, że dzieci faktycznie uczone są szantażu, w końcu irytacja u jednych i refleksja u drugich.

Ciekawą odpowiedzią jest: Ale to jest równoważone wpajanymi wartościami moralnymi. Być może, ale w krajach z tą tradycją prawie wszystkie dzieci uczestniczą w zabawie, a znacznie mniej może się cieszyć dobrym przykładem od rodziców. Poza tym można też powiedzieć: Biję moje dziecko, ale równoważę to całuskami i przytulaniem. Oczywiście lepsze to niż bicie bez całusków, ale wciąż dużo gorsze niż całuski bez bicia. Jeśli chcemy wpajać dzieciom dobre wartości, to nie mówmy im, że czasami można o nich zapomnieć.

Nie piszę tego po to, by odebrać dzieciom zabawę, by zakazywać im chodzenia za cukierkami. Piszę to, bo smuci mnie, że wprowadzamy lewicowe "tradycje", oparte na roszczeniowej postawie "mi się należy", dlatego, że fajne i amerykańskie, a jednocześnie zapominamy i odrzucamy naszą piękną tradycję opartą na zasadzie "ja tobie, ty mi".

Młodzież, zwłaszcza miejska, może tego nie pamiętać, ale dawniej, kiedy nikt w Polsce jeszcze o Halloween nie słyszał, nasze dzieci też przebierały się i straszyły. Też chodziły od domu do domu. Też prosiły o słodycze, orzechy, pieniądze. Nazywało się to kolędowaniem. Ale kolędnicy oferowali coś w zamian: taniec, zabawę, inscenizację. Dziś powiedzielibyśmy: kabaret.

Mam sugestię dla młodych rodziców, którzy w wigilię Wszystkich Świętych wybierają się z dziećmi po cukierki: Przebierzcie je, wymalujcie, niech mają zabawę. Ale zapukawszy do drzwi, zamiast żądać słodyczy i straszyć potwornymi konsekwencjami braku współpracy ze strony gospodarza, zaproponujcie coś w zamian. Piosenkę, wierszyk, taniec, kawał o niedźwiedziu i zającu, zmiecenie liści ze ganka - cokolwiek. Gospodarzowi będzie miło, że dostał coś w zamian za swoje cukierki i chętniej (liczniej) je odda. A co istotniejsze, Wasze dziecko poczuje satysfakcję, że uczciwie na te cukierki zapracowało dobrym uczynkiem i że zostało potraktowane nie jak urwis, ale jak biznesmen.

No i dostanie swoją pierwszą lekcję kapitalizmu!

sobota, 26 października 2013

Wszystko co masz

Chory weterynarz przychodzi do internisty. Internista przeprowadza szczegółowy wywiad. Pyta weterynarza, co go boli, czy ma zawroty głowy, niestrawność, bóle stawów, czy dobrze sypia, czy w rodzinie były takie, a takie choroby. W końcu weterynarz mówi zniecierpliwiony:
- Panie, pan się nazywasz lekarzem? Moi pacjenci nie potrafią mówić. Żaden mi nie powie, co go boli ani jak się czuje. Wszystkiego muszę się dowiedzieć z własnych obserwacji, a za pana pacjent sam wszystko musi robić.
W tym momencie internista spojrzał na weterynarza, przerwał wywiad i w milczeniu przystąpił do badania. Osłuchał, zbadał puls, obejrzał język... W końcu wyjął bloczek recept i wypisał jakieś pigułki i wręczył receptę bez słowa weterynarzowi, który z satysfakcją powiedział:
- No! Widzisz pan - można.
Internista przerwał milczenie i z pełną powagą, ale i ze spokojem w głosie powiedział:
- Oczywiście zdaje pan sobie sprawę z tego, że jeśli ta kuracja nie poskutkuje, to będę musiał pana uśpić.

Dowcip stary, umiarkowanie śmieszny, ale i refleksyjny: Jeśli ktoś chce być traktowany jak zwierzę, to musi liczyć się z tym, że BĘDZIE traktowany jak zwierzę. Jeżeli ktoś myśli, że urzędnicy sami zadbają o jego potrzeby i o jego bezpieczeństwo, to musi liczyć się z tym, że urzędnicy ci w nosie będą mieli jego zdanie i nie będzie ich obchodziło, czy zapewnione przez państwo usługi odpowiadają "klientowi". Ślepe ufanie, że ktoś zaopiekuje się nami lepiej, niż my sami jest bardzo wygodne, ale i bardzo zgubne. Bez odpowiedzialności nie ma wolności. Tomasz Jefferson powiedział: Rząd, który jest na tyle duży, by dać ci wszystko czego pragniesz, jest też na tyle duży, by odebrać ci wszystko, co masz.

piątek, 25 października 2013

Krzywa afera

Ostatnio "poprztykałem" się z JKM na jego blogu na temat krzywej Laffera. On twierdzi, że krzywa ta może sobie falować i mieć wiele maksimów lokalnych, ja się z tym nie zgadzam. Napisałem:

Myli się Pan, Prezesie. Krzywa ta może mieć tylko jedno maksimum i zawsze będzie wypukła do góry (oczywiście przy założeniu, że oprócz wysokości podatku nie zachodzą żadne inne istotne zmiany, jak na przykład zaostrzenie kar za oszukiwanie fiskusa). Aby krzywa "wygięła się" w drugą stronę, wpływy z podatków musiałyby przyrastać szybciej niż gdyby proporcja ta była liniowa, czyli gdyby podnoszenie podatków zniechęcało do oszukiwania fiskusa, a wiadomo, że jest dokładnie odwrotnie. Dodałem odsyłacz do mojego wyczerpującego, jak mi się wydawało, artykułu Prosta Krzywa.

JKM:
Nie mylę się. Nikt nie powiedział, że krzywa użyteczności ludzi jest liniowa, ani że kary są liniowe, ani że łatwość oszukiwania na podatkach jest liniowa (np. gdy ustawowo podatnicy  z małą stopą opodatkowania sprawdzani są przez biuro A, ze średnią przez biuro B, z najwyższą przez biuro C - a wiadomo, że w biurze B panuje tolerancja...) .  Oczywiście w praktyce w 99% będzie jedno maksimum - ale mówimy o teorii... 

Ja:
Pozostaję na stanowisku, że krzywa Laffera może mieć tylko jedno maksimum. Zgadzam się, że wymienione przez Pana zmienne mają wpływ na wysokość wpływów do budżetu państwa, ale nie mogą być uwzględniane przy tego typu rozważaniach.

Możliwości są dwie: albo zmienne te są funkcją wysokości podatków, albo, że są od nich niezależne.
Pierwszy przypadek można odrzucić, bo człowiek nie stanie się ani mniej ani więcej użyteczny po podwyżce podatków, a nawet jeśli tak będzie, to trudno się spodziewać, że podwyżka z 10 na 15 procent obniży jego użyteczność, a z 20 na 25 zadziała przeciwnie. To samo z karami - można podnieść podatek i obniżyć kary, a można też obniżyć podatek wraz z karami - nie ma między nimi żadnej zależności, poza wolą pana Rostowskiego.


A jeśli czynniki te nie są zależne od wysokości podatków, to, aby je uwzględnić, należy traktować je jak kolejne argumenty tej funkcji, rozszerzając jej wykres o kolejne wymiary, ale wówczas krzywa Laffera przestaje być krzywą, a zaczyna być powierzchnią, albo i bardziej skomplikowanym, wielowymiarowym tworem.


Pańskie dotychczasowe podejście można porównać do zadania z fizyki: naszkicuj wykres zależności naciągu łuku do odległości na jaką poleci strzała. Zadanie proste, ale w tym wykresie Pan stara się dodatkowo uwzględnić wszystkie możliwe materiały, z jakich zbudowane są łuk i strzała, pełen zakres temperatury i ciśnienia powietrza, zmienne pole grawitacyjne. Nic mądrego z tego nie może wyniknąć.


Dlatego do rozważań musimy przyjąć, że wszystkie parametry niezależne od wysokości opodatkowania są stałe, bo jeśli nie, to będziemy mieli do czynienia z wielowymiarową funkcją o dość trudnym do modelowania przebiegu, ale i tak zawsze każdy dwuwymiarowy przekrój tej funkcji równoległy do osi wysokości podatków P i osi wpływów do budżetu W będzie mniej lub bardziej symetrycznym, czy regularnym, ale zawsze "łukiem" wypukłym w kierunku od osi P i z jednym maksimum Wo, czyli dokładnie tak, jak przedstawił był to Artur Laffer. A zatem pozostałe parametry w tych rozważaniach można pominąć, jako nieistotne.


Bardzo częstym problemem w zrozumieniu krzywej Laffera, który musi prowadzić do podobnych, fałszywych wniosków jest to, że, świadomie lub nie, traktuje się krzywą Laffera jako funkcję czasu. Tak jakby się zakładało, że pan Laffer proponuje eksperyment: dziś podatki są zerowe i stopniowo będziemy podnosić je przez rok do stu procent, a krzywa pokazuje jak w ciągu roku zmieniać się będą się dzienne wpływy, przy jednoczesnym założeniu że w czasie tego roku życie płynie swoim tokiem i wszystko może się zdarzyć - zmiany w prawie podatkowym, strajk związkowców, krach na giełdzie, wojna.

Świetnie to widać w komentarzu antaresa, który pisze: W pewnym momencie Bolek potrącony przez samochód, trafił do szpitala i nie kupił swoich 30 flaszek. I kuracja szpitalna trwał pół roku. Sytuacja pańska stała się "wypukła" w dół. Czyli zakłada, że na przykład kiedy podatek wynosi 20 procent Bolek jest zdrowy, a kiedy wynosi 30 procent Bolek jest w szpitalu. Jest to błąd na poziomie podstawowym. Innym błędem podstawowym jest modelowanie krzywej dla jednego podatnika, ale o tym za chwilę.

Krzywa Laffera nie ma osi czasu. Ilustruje jaki wpływ do budżetu byłby DZIŚ, gdyby podatek wynosił 20 procent, oraz jaki byłby DZIŚ, gdyby wynosił 30 procent. Możemy oczywiście wykreślić dwie krzywe - jedną dla (pozostając już przy tej niefortunnej retoryce antaresa) Bolka w szpitalu, drugą dla Bolka zdrowego i obie te krzywe będą od siebie nieco różne, ale obie będą miały te same cechy charakterystyczne dla krzywej Laffera, o których już nieraz pisałem.

Trudność w zrozumieniu tego bierze się stąd, że jest to koncepcja o pewnym poziomie abstrakcji, bo bardzo nieintuicyjne jest wyobrażenie sobie, że w tym samym momencie obowiązują różne podatki (rzeczywistość równoległa) - stąd, często nieświadome, podmienienie osi stopy podatku P osią czasu t, z założeniem, że stopa podatku jest liniową funkcją czasu P(t). Różnica jest taka, że prawo podatkowe oraz pewne inne czynniki, które są niezależne od wysokości podatków P, są zmienne w czasie t (zależą od czasu), zatem po tej podmianie wpływy do budżetu państwa stają się funkcją nie tylko stopy podatkowej, ale też wielu innych argumentów.

 Drugim błędem jest rozważanie krzywej Laffera dla jednego podatnika. Podatnik zazwyczaj nie rezygnuje z płacenia tylko drobnej części podatku, przy każdej drobnej zmianie stopy. On niski podatek będzie płacił równo (wzrost liniowy), przy pewnej wartości zatai na przykład połowę swojego przychodu, w tym punkcie funkcja będzie nieciągła a podatek dla pewnych wartości znów zacznie przyrastać liniowo. Przy innej stopie Bolek zrezygnuje z pracy w ogóle. Wykres nie będzie ani ciągły, ani nie będzie przypominał krzywej Laffera. Podobnie z bezrobociem - jeden podatnik albo ma pracę gdy podatki są niskie, albo jej nie ma, ale nigdy nie jest tak, że bezrobocie jednej osoby wynosi 20 procent.

Podobny błąd popełnia marekgwozdz, gdy pisze (poprawiłem pisownię):

Wraz ze wzrostem podatków najpierw zaczyna działać pierwsza grupa ludzi, tych tzw "cwaniaków" czyli osób dla których naturalne jest ciągłe szukanie dziur w systemie i stać ich na to. I wpływy obniżają się gdyż mają oni więcej motywacji do unikania podatków.
Potem dalsze podwyżki podatków mogą znowu powodować wzrost wpływów z powodów czysto arytmetycznych.
Po przekroczeniu pewnego punktu nawet zatwardziali patrioci podatkowi i osoby którym się nie chciało dochodzą do rozumu i też zaczynają kombinować. I znowu wpływy się zmniejszają.
Potem znowu mogą odrobinę rosnąć, a potem wraz z dalszym wzrostem, całe branże przestają funkcjonować i znowu mamy spadek.
 

O jakich grupach pisze?  Nawet jeśli w społeczeństwie są jacyś cwaniacy, to nie są oni zorganizowaną grupą cwaniaków, którzy na sygnał przestają płacić podatki. Każdy z nich w innej sytuacji zaczyna cwaniakować. Nikt się z nikim nie umawia, że od dziś nie płaci podatków. Nie ma cwaniaków A i cwaniaków B, każdy cwaniak jest inny. Firmy też nikt nie będzie zamykał na sygnał. Jednemu interes przestanie się opłacać przy podatku 40 procent, a drugiemu przy podatku 39,96.

Dopiero po rozważeniu wpływów z podatków dla dużej grupy różnych podatników i przy założeniu, że oprócz stopy podatkowej i czynników od niej zależnych wszystkie inne czynniki są stałe, można je przybliżyć krzywą Laffera i taki też był zamysł jej autora.

czwartek, 24 października 2013

Wolność a bezpieczeństwo

Z tą wolą społeczeństwa i wolnością to jest tak: Jeśli w państwie jest wolność, każdy może oddać jej kawałek w zamian za bezpieczeństwo - każdy ma tyle jednego i drugiego ile sam chce. Jeśli zaś to państwo narzuca "bezpieczeństwo", to rozsądni ludzie żyją jak w więzieniu, a tchórze i maminsynki też nie są do końca zadowoleni, bo mało kto ma dokładnie tyle wolności, ile by chciał.

W wolnym państwie, jeśli większość społeczeństwa. która dzisiaj głosuje za niewolnictwem, chce "bezpieczeństwa" w podróży, to większość linii lotniczych, skuszonych ich pieniędzmi, wprowadzi upragnione ograniczenia i będą ogłaszać: Do naszych samolotów nie wpuszczamy ludzi z obcinaczami do paznokci, napojami i z brodami, a przed wejściem na pokład każdy jest dokładnie obmacywany i ma przeprowadzaną kolonoskopię. Inne (mniej liczne zapewne, ale przecież rozsądni ludzie też mają pieniądze, które warto od nich wyciągnąć) linie lotnicze powiedzą: U nas każdy może podróżować z tym, z czym zechce. I wówczas miłośnik bezpieczeństwa poleci pierwszymi, a ja drugimi, bo mam brodę i lubię mieć przy sobie termos z kompotem truskawkowym. I obaj będziemy zadowoleni. Obecnie jest tak, że osoba, która lubi być traktowana jak zwierzę lata sobie z jako-taką przyjemnością, bo jest traktowana tak jak lubi i jak na to zasługuje, a ja muszę za każdym razem znosić te cholerne obmacywanki, rentgeny i piję Coca Colę, zamiast mojego ulubionego kompotu. Promuje się postawę barana.

Osoba taka pójdzie też do pracy do kogoś, kto zapłaci za jego ubezpieczenie zdrowotne, zapewni emeryturę, urlop "tatusiński", po swojemu wykształci jego dzieci i jeszcze kupi mu buty, kombinezon i kask, a ja pójdę do pracy, gdzie sam będę musiał sobie to wszystko zapewnić, ale za to zarobię trzy razy więcej.

Obecnie niestety nie mam takiego wyboru. I dlatego uważam, że ludzie przede wszystkim powinni być wolni, a bezpieczeństwo jest sprawą drugorzędną. Bo bezpieczeństwo każdy sam może sobie zapewnić, wolność - nie.

A gdybym był terrorystą, to i tak porwałbym samolot tych pierwszych linii lotniczych. Lepszy efekt.

wtorek, 1 października 2013

Nie ważne kto jak głosuje, ważne kto liczy głosy

Demokracja obecnie jest tylko przykrywką - próbą uprawnienia pewnych decyzji, które już zostały podjęte. Bo jeśli złą decyzję podejmie prezydent, premier, komisarz, czy nawet król, to wiadomo, kto jest winny i prędzej, czy później za to odpowie. Ale jeśli decyzja została podjęta przez większość na przykład w referendum, to władza rozkłada ręce i mówi: Ale co ja mogę, skoro większość tego chce?

Tylko, że nie zawsze większość akurat chce tego samego, co władza - i wówczas na scenę wchodzi metoda liczenia głosów, a tu średnio zdolny matematyk może zdziałać cuda. No to zdziałał: W konsultacjach społecznych na temat wydobycia gazów łupkowych osiem osób z Malty, Grecji i Łotwy przegłosowało 12 tysięcy Polaków (źródło). Tak właśnie działa unijna demokracja. Ma wyjść, jak ma wyjść, trzeba tylko wykombinować jak otrzymać żądany wynik.

Z niecierpliwością czekam aż głosy będą ważone masą ciała głosującego, liczbą znajomych na Facebooku, lub poziomu zdobytym w Tetrisie. Bo na to, że głosy będą ważone rozsądkiem, kompetencjami i znajomością tematu w demokracji nie ma co liczyć.


sobota, 28 września 2013

Podatki: wzrost a wysokość

Bardzo powszechne jest niesłuszne przekonanie, że rząd, który nie podnosi podatków jest lepszy niż rząd, który te podatki podnosi. Błąd ten wykorzystuje Stefan Niesiołowski, który w programie Młodzież Kontra... chwali się, że Platforma od dwóch lat nie podniosła żadnych podatków. Musimy jednak pamiętać o jednym - naszym, podatników, obciążeniem nie są podwyżki podatków same w sobie, tylko wysokość podatków! Szkoda, że ten młody mężczyzna z UPR nie zwrócił na to uwagi. PO podniosła VAT dwa lata temu i od tamtej pory go nie zmieniła, ale przecież my w wyniku tej podwyżki przez ostatnie dwa lata miesiąc w miesiąc płacimy wyższy podatek.

Jest to tożsame z dyskusją nad wartością funkcji na podstawie analizy tylko jej pierwszej pochodnej.

Proszę poświęcić chwilę na rozważenie następującej sytuacji: Władzę obejmuje Zjednoczona Partia Baranów. W dniu przejęcia władzy podatek (na przykład dochodowy) wynosi 15 procent. po roku ZPB podnosi podatek o 10 punktów, po kolejnym roku o kolejnych 10 punktów, po trzecim również. Po czwartym roku odbywają się kolejne wybory, władzę przejmuje Unia Świń i od razu podnosi podatek ale tylko o jeden punkt procentowy, po czym nie zmienia go przez kolejne cztery lata. Która partia jest gorsza pod względem polityki fiskalnej? Oczywiście UŚ. ZPB wprawdzie podniosła podatki drastycznie do 45 procent, ale UŚ nawet tego było mało i podniosła go do 46.

Więc nawet jeśli pan Niesiołowski chwali się, że podnieśli podatek bardzo dawno temu (bo z materiału wynika, że dla niego dwa lata to zamierzchła przeszłość) to prawdziwy przekaz jest taki, że cokolwiek zostało nam odbierane wcześniej, również przez inne partie rządzące, dla Platformy okazało się być za mało. Oni okradają nas dużo bardziej niż poprzednio i pan Niesiołowski udaje, że to przecież dobrze, bo podatek jest wprawdzie wysoki, ale stabilny.

INiedorzecznym jest krytykowanie poprzedników o podniesienie jakiegokolwiek podatku jeśli samemu się go nie znosi. Te podwyżki się sumują - jeśli któryś rząd nie anuluje podwyżek poprzednika, to znaczy, że też z nich korzysta. Więc nie należy się dziwić głosom, że z każdą kadencją jest w kraju coraz gorzej i coraz biedniej, bo wszystkie zmiany w podatkach, a ogromna większość z nich jest na niekorzyść podatnika, kumulują się.

Co więcej, nawet gdyby Unia Świń pozostawiła podatek bez zmian, albo i obniżyła go o dziesięć punktów do 35 procent, to i tak w perspektywie czteroletniej kadencji (zakładając, że wysokość podatku to jedyna zmienna, bo dobrodusznie przyjmijmy, że nie wzrosło bezrobocie, nie spadła konsumpcja, nikt nie wyjechał za granicę itd.), złupi podatników bardziej niż Zjednoczona Partia Baranów. Obywatel, który zarabia 1000 marchewek rocznie, w ciągu czterech lat zapłaci pod rządami ZPB: 150+250+350+450=1200 marchewek, a pod rządami UŚ: 4x350=1400 marchewek. Zatem mimo, że UŚ obniżyła podatek dość znacznie nie zmienia to faktu, że w czasie swojej kadencji okradnie obywateli gorzej niż poprzednicy, choć oczywiście mniej niżby ich okradła, gdyby pozostawiła podatek bez zmian, zatem należy im się niewielka pochwała.

Nie ważne więc jak często i o ile podnosi się podatki. Zasada jest prosta: jeśli choć trochę podnosisz podatki, to i tak jesteś większym zbójem od poprzednika. Należy zacząć radykalnie redukować podatki, bo w przeciwnym razie podwyżkom nie będzie końca, bo jak dotąd każdy rząd troszeczkę - tylko trochę podnosi podatki, mówiąc: I tak podnieśliśmy mniej niż Narodowy Sojusz Bydła... Tak, ale w efekcie ZABIERAJĄ nam więcej.

środa, 25 września 2013

Antycywilizacja tchórzy

We wtorek po godz. 18 zaczęła się ewakuacja restauracji McDonald's we Wrocławiu. Podobnie było w całej Polsce. Powodem był anonimowy telefon o podłożeniu w jednym z lokali bomby. Po sprawdzeniu wszystkich restauracji okazało się, że alarm był fałszywy. (Gazeta Wrocław)

Żyjemy w takich czasach, kiedy jeden łobuz potrafi postawić na nogi całą policję w kraju. W artykule zapytano rzecznika sieci o straty spowodowane żartem. Niestety nie doczytałem, by ktoś zapytał ile kosztowała akcja policji. Bo McDonalds może sobie pozwolić na taką akcję, bo za ich straty zapłaci ktoś inny, a za postawienie na nogi policji w całym kraju zapłacimy my, podatnicy.

Pierwszą zasadą, która została tu naruszona jest to, że zareagowano na anonimowe zgłoszenie. O ile nie obchodzi mnie reakcja McDonalds, bo na własnym każdy może być tchórzem, o tyle niepokoi mnie policja, która trzęsła portkami za moje pieniądze. Policja powinna od razu ignorować tego typu "zagrożenia", nawet jeśli są prawdopodobne (ten absolutnie nie był). Bo, o ile dowcipnisie niczego się nie nauczą, o tyle prawdziwi terroryści szybko przekonają się, że tego typu akcje do niczego im nie służą. A odpowiadanie na anonimy tylko zachęca do wykorzystywania tego w niecnych celach.

Zagrożenie nie było prawdopodobne z kilku przyczyn. Bywa, że ktoś dzwoni i mówi o podłożeniu bomby dla wicu. Ale nie zdarza się, by ktoś dla żartu zadał sobie faktyczny trud zgromadzenia materiałów, zbudowania bomby, zaplanowania i zrealizowania jej podłożenia. To kosztuje dużo więcej niż minuta rozmowy telefonicznej, a i ryzyko niemałe. Tego się nie robi dla śmiechu, tylko z zupełnie innych przyczyn.

Przyczyny mogą być dwie. Terrorysta albo chce wysadzić bombę i zabić (kogoś konkretnego, albo kogo popadnie), zniszczyć mienie, albo bomba jest tylko kartą przetargową w szantażu (jak nie dostanę dwóch ciężarówek pączków, wysadzę cukiernię).

W pierwszym przypadku nikt nie będzie dzwonił na policję, bo tylko zmniejsza swoją szansę na sukces. Robi to, co zrobił był Andrzej Breivik - wypełnia ciężarówkę ładunkami wybuchowymi, parkuje w pobliżu celu i zdalnie je detonuje. Bez problemu, bez zostawiania zbędnych śladów.

W drugim przypadku szantażysta przedstawia konkretne żądanie. Skąd policjant, czy właściciel cukierni ma wiedzieć, czego terrorysta chce, jeśli ten zawiadamia o bombie, ale nie przedstawi swoich postulatów? Jeśli tego nie zrobił, to znaczy, że jego jedynym celem jest wprowadzenie zamieszania. A do tego żadna bomba nie jest mu potrzebna - tylko informacja o bombie.

Zatem w tym przypadku od początku jasne było, przynajmniej dla człowieka rozumnego, że ten "zamach" to lipa. Nawet jeśli istniało jakieś bardzo małe ryzyko, że dzwoniący jest hollywoodzkim psychopatą-dowcipnisiem, było ono stanowczo za małe, by niepokoić klientów restauracji ewakuacją, a tym bardziej, by angażowała się w to policja. A ponieważ anonim nie podał nawet adresu restauracji, więc to ryzyko dla każdej z nich było jeszcze trzystukrotnie niższe. Większe jest ryzyko, że gość wyproszony z restauracji wpadnie pod samochód, do czego by nie doszło, gdyby pozwolone mu było dokończyć BigMaka w spokoju. Ale to jest opinia człowieka rozsądnego, a nie policjanta, który ma interes w tym, by ludzie się bali.

Jutro zadzwoni ktoś, kto powie, że ukrył bombę w jednym z samochodów - co wtedy? Sparaliżujemy cały kraj, by "nie podejmować zbędnego ryzyka"?

Terroryzm polega na wzbudzaniu strachu. Terroryści mają nad nami pełną władzę, bo wystarczy, że tupną nóżką, a my drżymy. Płacimy na "wojnę z terrorem", pozwalamy się obmacywać i przetrząsać nasze prywatne szpargały na lotnisku, żądamy większej kontroli. To są najdobitniejsze dowody na to, że jesteśmy sterroryzowani - terroryści wygrali, bo oni chcą, żebyśmy się bali. Więc my się boimy, a oni nawet już nie muszą nic robić. Po co, skoro boimy się już nawet nie samych terrorystów - my się boimy własnego cienia!